Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rock. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 lipca 2017

Kazanie baptysty u ewangelika

Nie, nic z tych rzeczy. Zapomnijcie o religii. To wciąż strona poświęcona muzyce. Jednak w tym przypadku ciekawe zrządzenie losu, gra słów i 70 minut koncertu sprawiły, że pozwoliłem sobie na te pseudo szarady. Nieco ponad tydzień temu amerykańsko-niemiecki Frank The Baptist zagrał na małej scenie tegorocznej edycji Castle Party w byłym kościele ewangelickim. Zagrał i porwał publiczność. Był to jeden ze zdecydowanie najlepszych gitarowych koncertów, które niedawno odbyły się w Bolkowie. 


Gwoli ścisłości. Po pierwsze, panowie grali już w Polsce. Po drugie, są doskonale znani krajowym znawcom gatunku. A po trzecie? Nie ma po trzecie. Niech wystarczy sama muzyka. Jest pełna energii, melodii i bardzo skutecznie wymyka się jednoznacznym klasyfikacjom. Można mówić, że to death rock, że dark rock, że  „alternatywne” granie. Tylko po co? Lepiej dać się porwać, bo potencjał tej muzyki jest naprawdę duży. Frank Vollmann ma znakomity głos, a muzycy głowę do chwytliwych zagrań. Chce się czy nie, na koncercie i tak tupie się nogą. I to w najgorszym razie tylko nogą.


Jak dotąd Baptyści nagrali cztery regularne płyty, z których, co ciekawe, trzy wydała austriacka Strobelight Records, kojarzona w Polsce m.in. z wypuszczenia genialnego debiutu naszego Miquel And The Living Dead. Choć mówiąc „muzycy”, trzeba mieć na myśli przede wszystkim Franka Vollmanna, który dobierał sobie pozostałych członków zespołu, zarówno za czasów działania w Stanach, jak i teraz w Berlinie, do którego przeniósł się 2006 r. A płyty? Debiutancka "Diffrent Degrees of Empty" (2003) oraz wydana rok później "Beggars Would Ride" to dość surowe, przeciętnie wyprodukowane, ale mimo wszystko ciekawe granie ze szpadlami pracowników zakładu pogrzebowego w tle. Natomiast dwa kolejne, „berlińskie” krążki „The New Colossus” (2007) i „As The Camp Burns (2015)” to nowe wcielenie Franka. Takie, jakie znamy teraz. Przebojowe, skoczne, ale wciąż bliskie korzeniom zespołu. Po prostu zdecydowanie lepiej brzmiące. To od nich warto zacząć lekturę kazań Franka Baptysty, o ile wcześniej nie mieliście tej okazji. Na długo zapadną Wam w pamięci.  
     

Na poparcie tego, co napisałem wyżej, dodam, że dzień po koncercie Frank The Baptist na polu namiotowym dostrzegłem rozerwaną podeszwę jednego ze swoich wojskowych butów. Nie byłem przesadnie zaskoczony. To, co działo się w byłym kościele, w pełni to uzasadniało. Przy okazji pozdrawiam życzliwe dusze, dziękując jednej za butapren, a drugiej za taśmę klejącą. Podziałało.

sobota, 11 marca 2017

Nieoczekiwany powrót po latach

Za każdym razem, gdy spotykałem Mariusza Kumalę, zadawałem mu dwa proste i niezmiennie te same pytania: "Co z Psychotropic Transcendental?" i "Co z Brain Story?". Poruszając te kwestie byłem tym bardziej uparty, bo dobrze wiedziałem, że wiele gotowych do wydania pomysłów leży odłogiem. I o ile drugi, w pełni ukończony, album Psychotropic kolejny rok będzie pokrywał się mentalnym kurzem na czyimś dysku, o tyle nagle doczekaliśmy się informacji o powrocie Brain Story. Następca debiutanckiego "Colours in my head" ukaże się dokładnie za miesiąc.

Brain Story  /  Fot. facebook.com/brainstoryband
Ten poboczy projekt byłego gitarzysty m.in. Closterkeller to podręcznikowy wręcz przykład przepadnięcia znakomitej muzyki bez odpowiedniej promocji. Mimo że od ukazania się jego pierwszej płyty minie w tym roku 12 lat, będziecie musieli naprawdę mocno się napocić, by na rodzimej scenie znaleźć coś podobnego. Te 70 minut strumienia świadomości wciąż potrafi przenieść słuchacza do zupełnie innego świata. Psychodela? Rock Progresywny? Post Rock? Wszystko wymieszane razem z muzyczną chemią, a nawet pewnie i czymś jeszcze. Dlatego trudno nie szczerzyć zębów aż po same ósemki, gdy słucha się zapowiedzi kontynuacji tego, co przed laty Mariusz nagrał z Gnatem, perkusistą Psychotropic, oraz Gosią, kojarzoną przede wszystkim z Diachronią.


O samym albumie nie wiadomo jeszcze zbyt wiele. Ale przy takiej zapowiedzi nie ma to większego znaczenia. Na razie wystarczy tytuł - "Madeinside" - oraz data premiery, czyli 11 kwietnia. Dopiero z biegiem czasu dowiemy się, czy za tą muzyką stoi ktoś jeszcze i w jaki sposób będzie można ją pozyskać. Fizyczny nośnik byłby tu bardzo mile widziany. Szkoda tych pomysłów jedynie na zwykłe, bezimienne cyfrowe pliki. A przy okazji. Kompaktowe wydanie debiutu Brain Story jest już nieosiągalne, ale muzycy udostępnili je w całości. Zajrzyjcie do archiwów działu MP3 warte posłuchania. Warto.

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Czyszczenie magazynów

Z perspektywy czasu nie sposób nie zauważyć, że muzycy The Gathering mieli nosa do zawieszenia działalności. Zrobili to w 2013 r. po całkiem dobrze przyjętej płycie "Afterwords", o wiele ciekawszej od poprzednich nagranych z Silje Wergeland na wokalu. Co więcej, już wówczas musieli mieć ściśle określony plan na wydawniczą przyszłość zespołu oraz pomysł na zajęcie się czymś nowym. I tak bracia Hans i Rene Rutten realizują się teraz w niebawem mającym zadebiutować projekcie Habitants, a w nasze ręce systematycznie wpadają kolejne wydawnictwa. Było trzypłytowe retrospektywne "TG25: Diving into the Unknown" z okazji 25 lat działalności zespołu, podwójny koncertowy album "TG25: Live at Doornroosje", na którym słychać niemal wszystkich byłych i obecnych muzyków The Gathering, jest i winylowe wydanie "In Motion", pierwotnie dvd m.in. z występem z katowickiej Metalmanii z 1997 r. A żeby tego było mało, zapowiada się coś jeszcze. W praktyce więc przypomina to wielkie czyszczenie magazynów w myśl zasady "spoko, ludzie kupią".

The Gathering w 2006 r.  /  Fot. Wikipedia
Na wiosnę na sklepowe półki trafi kompilacja "Blueprints". Na dwóch płytach mamy znaleźć 24 utwory z czasów "Souvenirs" i "Home", czyli ostatnich studyjnych albumów The Gathering z Anneke van Giersbergen. Będą to wersje demo oraz odrzuty, które nie trafiły na finalne wersje tych krążków. Trudno będzie nie podejść sceptycznie do tego wydawnictwa, ale historia pokazała, że po odejściu Anneke w 2007 r. coś definitywnie się skończyło i zespół już nigdy nie powtórzył artystycznych i komercyjnych sukcesów. Dlatego ta retrospektywa z miejsca ma gwarancję atencji starszych fanów. Pytane tylko, czy jej zawartość będzie warta ich czasu. Inna sprawa, że zespół całkiem sprytnie zapowiedział "Blueprints" dość obiecująco brzmiącym i niepublikowanym wcześniej "Blister".


Na pewno warto będzie zapoznać się z tym wydawnictwem. W przypadku takich krążków dość szybko wiadomo, czy ktoś zaoferował nam coś naprawdę sensownego, czy raczej rozpaczliwie przejrzał zawartość piwnicy lub rzeczonego magazynu w poszukiwaniu pierwszych lepszych staroci, by zarobić parę dodatkowych euro. Z drugiej jednak strony koncertowo-studyjne kompilacje ukazujące się po zawieszeniu działalności The Gathering są bardzo porządnie wydane i wyprodukowane, zatem daje to nieco nadziei, że "Blueprints" będzie potrafiło obronić się samo. Poczekamy, posłuchamy, ocenimy.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Granie na sentymentach

Bracia Soellner w końcu poszli po rozum do głowy. Po latach pseudo rockowego i pseudo alternatywnego grania zaproponowali całkiem przyzwoitą niespodziankę. W nasze ręce trafiło podwójne wydawnictwo z aż dziewiętnastoma premierowymi nagraniami, o wiele bardziej przemawiającymi do słuchacza niż wszystko, co Włosi nagrali do tej pory. Widać, siedem lat wydawniczego milczenia i osiem w przypadku odstępów między regularnymi płytami nie poszło na marne. Ale spokojnie. Nie popadajmy od razu w przesadny zachwyt. "Sentimentale Jugend" ma niewątpliwie nieco zalet, choć nie odkrywa przed nami niczego nowego. Przekornie zacznijmy więc bynajmniej nie po dobroci.

Okładka "Sentimentale" Klimt 1918
Ilość rzadko idzie w parze z jakością i tutaj jest podobnie. Oprócz naprawdę bardzo dobrych utworów są również mniejsze bądź lepsze, ale mimo wszystko, klasyczne wypełniacze. W zasadzie śmiało mogłyby trafić na odrębny album, który relatywnie szybko poszedłby w zapomnienie, gdyby zestawić go z najlepszymi momentami "Sentimentale Jugend". Inna sprawa, że to wydawnictwo to w praktyce właśnie dwa krążki - "Sentimentale" i "Jugend". Ich tytuły miały wspólnie nawiązywać do słynnego projektu Alexandera Hacke z Einstürzende Neubauten. No i nawiązują, choć wyłącznie zamysłem i nazwą. Noise'u i eksperymentów tu nie ma. A co jest? 


"Sentymentalna młodzież" to przede wszystkim współczesne podejście do lat 80., początku 90. i zarazem hołd złożony ówczesnym muzycznym i kulturowym protagonistom. W pierwszym przypadku Włosi wręcz garściami czerpią z dorobku Cocteau Twins i The Jesus And Mary Chain, którego działalność de facto również dotyczy kolejnej dekady. A ta zaś, zwłaszcza na początku, to oczywiście gitarowe gapienie się w buty, czyli shoegaze. I taka jest ta płyta. Pełna piosenkowych melodii, miejscami może o wręcz przesadnym potencjale komercyjnym, co niekiedy jeszcze bardziej nie licuje z i tak kiepską próbą przynależności do tzw. alternatywy. Niech cover "Take My Breathe Away" Berlin, znanego ze ścieżki dźwiękowej "Top Gun", mówi sam za siebie. Gdzie w takim razie te zalety, o których wspomniałem wcześniej? Spokojnie, są. Trzeba je tylko wyłuskać.

Okładka "Jugend" Klimt 1918
Im dalej od piosenek, a bliżej utworów, tym lepiej. Za każdym razem, gdy Włosi dają ponieść się gitarom, nawiązując chociażby do Sigur Rós czy I Like Trains, zyskujemy na tym wszyscy. Przy tak dobrej produkcji "Sentimentale Jugend" aż chciałoby się posłuchać więcej zawartych na niej przestrzennych, shoegae'owo-indie-postrockowych odpływów. To zaledwie uchylona furtka, po przejściu przez którą Włosi mogliby poważnie myśleć o własnym stylu i wyrwać się z nieco pozorowanego, sentymentalnego doła, który i tak nie brzmi przesadnie przekonująco. A przy okazji mogłaby wyjść z tego całkiem ciekawa alternatywa względem najlepszych czasów ich rodaków z Canaan. Wydaje się, że to nie wiele, ale gdy zebrać te momenty i słuchać ich z pominięciem reszty, "Sentimentale" oraz "Jugend" robią się naprawdę ciekawe. Szkoda, że nie ma tego więcej. Widać, panowie myśleli o innym targecie i to przede wszystkim pod niego przygotowali to podwójne wydawnictwo. Może kiedyś zrozumieją, co maruda z Polski miał na myśli.


Warto poświecić nieco czasu, by wyciągnąć z tych płyt to, co najlepsze. Niezależnie jednak od wspomnianych proporcji panowie z Klimt 1918 zasłużyli na uznanie. Postawili wyraźny krok naprzód. Owszem, bardziej komercyjnie niż artystycznie, ale potencjał na więcej jest, i to zdecydowanie duży. Pytanie tylko, w którą stronę teraz pójdą. Obyśmy przekonali się o tym szybciej niż za kolejne osiem lat. Warto mieć ich na oku.

sobota, 11 czerwca 2016

Z Islandii do Skandynawii przez Warszawę

Gdy 3 czerwca wybrałem się na Chłodną 25 na warszawskiej Woli, chciałem przede wszystkim zobaczyć koncert Modernmoon i nieco zmobilizować dziewczyny do przyspieszenia nagrań debiutanckiej płyty. Ich muzyka naprawdę zasługuje na to, by w końcu usłyszało ją więcej osób, a czas niestety ucieka. Porozmawialiśmy nieco. Teraz można tylko czekać. Na miejscu okazało się jednak, że po nich gra ktoś jeszcze. Tym kimś, a w zasadzie całym zespołem, było niejakie Vökuró. Zostałem, zobaczyłem i doszedłem do wniosku w stolicy pojawili się całkiem interesujący debiutanci.      

Vökuró  /  Fot.  facebook.com/vokurokolektyw
Mało kto słyszał wcześniej o tej grupie. Nieliczny wyjątek mogą stanowić śledzący organizacyjne i fonograficzne poczynania Łukasza Pawlaka z Requiem Records. Wygląda na to, że to on ich wypatrzył, złożył propozycję i teraz wydał płytę. "Creatures" zaś potwierdza, że miał nosa. Debiut Vökuró to przyjemne dla ucha balansowanie na kilku muzycznych granicach. Rockowa stylistyka przyciąga nastrojem, oniryczne wątki spod znaku dream popu i trip hopu oddalają od rzeczywistości, zaś elektronika smakuje tu mocną psychodelią. Można odpłynąć. Urozmaicenie standardowego instrumentarium syntezatorem, fletem i klarnetem było dobrym pomysłem. Miejscami aż nawet prosi się o więcej. Efekt jest taki, że w nasze ręce trafia dźwiękowa podróż z Islandii do Skandynawii i z powrotem. Wszystko gdzieś między Björk i np. Paatoss. Dzięki temu muzycy mają w ręku oręż o niemałym potencjale komercyjnym. Tzw. alternatywa z pewnością szybko zwróci na nich uwagę. Zakładając oczywiście, że jeszcze tego nie zrobiła.


Jedną z największych zalet debiutu Vökuró jest zróżnicowanie. To sprawia, że w pełni otwarci na dźwiękowe eksperymenty mogą połknąć "Creatures" w całości. Zwolennicy elektroniki, rocka lub trip hopu znajdą tu z kolei wybrane utwory, do których będą wracali częściej, raczej nie przejmując się pozostałymi kompozycjami. Co więcej, ta nastrojowa różnorodność nie stawia przed warszawiakami żadnych ograniczeń. Teraz mogą pójść w dowolnym kierunku, choćby ledwie zaznaczonym na płycie, a i tak nikt nie będzie miał im tego za złe. W czasie naszych antenowych spotkań zawsze podkreślałem, że nie liczy się gatunek muzyki, a tworzony przez nią nastrój. Ten album to dobry przykład potwierdzający te słowa. Tym bardziej, jeśli jesteście nieco zaskoczeni, że napisałem o tym wydawnictwie. Warto poznać i nadstawić ucha.


niedziela, 10 stycznia 2016

Mierząc się z falą

Muzycy Much już zawsze będą kojarzyć mi się z grupą dwudziestolatków mijanych na radiowym korytarzu, których do swojej audycji zaprosił Maciek Tomaszewski. Odkrył ich dość szybko i kilka razy wspomniał mi, że utożsamia się z muzyką i tekstami poznaniaków, dlatego dość często sięgał na antenie po ich nagrania. Nie podzielałem specjalnie tego entuzjazmu, ale zawsze go szanowałem, bo faktycznie muzycy nieco namieszali na rodzimej scenie. Lata mijały, Muchy latały dalej i nagle, ku niemałemu zaskoczeniu, zespół dość mocno przykuł moją uwagę. Wszystko za sprawą płyty "Powracająca fala", na której poznaniacy porwali się na koncertowe wykonanie wybranych utworów ze ścieżki dźwiękowej do "Fali", kultowego dokumentu Piotra Łazarkiewicza o festiwalu w Jarocinie, nakręconego latem 1985 r.      

Okładka "Powracającej fali" 
Nigdy nie ukrywałem, że jestem zmęczony mitem tego festiwalu, którego sztuczne podtrzymywanie przez często mało wiedzących "redaktorów" doprowadzało do powstawania, nomen omen, fali pustych słów. Dlatego dość sceptycznie podchodzę do wszelkich prób grania na jarocińskich sentymentach. Choć oczywiście w ciągu minionych lat ukazało się kilka solidnych pozycji, przypominających o tamtych czasach. A co z Muchami? Sprawa nie jest taka prosta, choć w zasadzie wszystko tu się zgadza i można powiedzieć, że ta płyta zwyczajnie im wyszła. "Powracającą falą" zespół przystąpił do muzycznego egzaminu dojrzałości, ze szczególnym naciskiem na historię i język polski. Zdał go, bo był dobrze przygotowany. Żaden z wykonawców, którego nagrania trafiły na ten krążek, nie powinien być rozczarowany lub zawiedziony. W takim razie, gdzie te zasygnalizowane wcześniej zawiłości?

Uczestnicy festiwalu wracający do domu  /  Fot. kadr z "Fali"
Od strony muzycznej ten album każdy powinien ocenić sam, bo bicie przed nim pokłonów tylko dlatego, że zgrabnie opowiada o ważnym rozdziale nie tylko muzycznej historii Polski, to gruba przesada. Sam wątek Jarocina niczego nie gwarantuje. Wręcz przeciwnie, wzmaga nasze oczekiwania. Inna sprawa, że przy dobrej znajomości dokumentu Piotra Łazarkiewicza widzo-słuchacz ma prawo pokręcić nieco nosem. Dlaczego? Tu przechodzimy do konfrontacji preferencji sięgającego po płytę z wyborem nagrań dokonanym przez muzyków. Trudno nie odnieść wrażenia, że poznaniacy byli ostrożni, nawet bardzo. Stanęło na trzech nagraniach Tilt, trzech Aya RL i po jednym Madame, 1984, Izraela i Republiki. Liczący na nieco więcej ciężaru za sprawą Kata, Moskwy, Zbombardowanej Laleczki, czy Dzieci Kapitana Klossa musieli obejść się smakiem. Szkoda, choć z drugiej strony interpretacje "Gdyby nie szerszenie", "Mojej krwi" i "O jak dziwny, dziwny, dziwny" nie zostały przecież zagrane na stojąco. Widać, muzycy wybrali to, co było im bliższe i w czym łatwiej było im się odnaleźć. Na pełną wymianę ciosów jednak nie poszli. Złośliwi powiedzą, że stchórzyli, zaś dotychczasowi fani Much będą ich bronić, skupiając się na hołdzie dla wydarzeń sprzed 30 lat, preferencjach muzyków oraz tym, że zwyczajnie dostali to, co lubią.


Słuchając "Powracającej fali", warto dobrze znać film Piotra Łazarkiewicza. Chodzi tu nie tylko o ścieżkę dźwiękową, którą na nowo interpretują Muchy, ale i pełne zrozumienie fragmentów dokumentu wykorzystanych na płycie między utworami. Bez tej wiedzy trudno będzie komukolwiek powiedzieć coś sensownego poza tym, że słuchał koncertowej płyty Much z jakimiś coverami. Co więcej, tylko wówczas w pełni świadomie będzie można ocenić ten album. W przeciwnym razie to mija się z celem. Wybór należy do Was.

Lista utworów z "Powracającej fali":

1. Pogo II (Aya Rl)
2. Ulica (Aya Rl)
3. Gdyby nie szerszenie (Madame)
4. Nie poddawaj (Izrael)
5. Komisariat (1984)
6. O jaki dziwny, dziwny, dziwny (Tilt)
7. Coś pozytywnego (Tilt)
8. Moja krew (Republika)
9. Nasza ściana (Aya Rl)
10. Rzeka miłości, morze radości, ocean szczęścia (Tilt)

"Fala" Piotra Łazarkiewicza w całości

wtorek, 23 czerwca 2015

Film, który przestraszył władzę

Mimo że jestem mocno zmęczony nieco nadmiernie forsowanym i czasem sztucznie już podtrzymywanym mitem punkowego Jarocina, to jednak darzę dużym szacunkiem tych, którzy włożyli lub wciąż władają wiele pracy w udokumentowanie tego, co działo się wówczas w tym niewielkim wielkopolskim miasteczku. Ta oaza wolności na pustyni PRL-u i drzemiący w niej niebywały wręcz artystyczny potencjał zostały uwiecznione na wszelkich możliwych nośnikach. Są książki, kasety, płyty, albumy ze zdjęciami, nieskończone internetowe archiwa oraz kilka ważnych filmów. Z tych ostatnich kluczowe są dwa - zrealizowany w 1986 r. na zlecenie BBC "My Blood, Your Blood" oraz nakręcona rok wcześniej "Fala" Piotra Łazarkiewicza. 20 czerwca przypadła siódma rocznica śmierci reżysera.


Łazarkiewicz był reżyserem, scenarzystą, producentem, okazyjnie również aktorem. Tworzył różne filmy, na zakochanych w sobie narkomanach chorych na HIV począwszy, a na spektaklach teatru telewizji i pamiętnym programie "Bezludna wyspa" z Niną Terentiew skończywszy. Zdarzył mu się nawet epizod z telenowelą, która ostatecznie zakończyła żywot na trzech pilotażowych odcinkach. W tym różnicowanym dorobku znalazł się dokument, który przeszedł do historii. Gdy nagrywał "Falę", miał 31 lat. Wbrew pozorom wcale nie chciał od razu jechać do Jarocina. Początkowo jego myśli krążyły wokół swoistego rezerwatu. Szukał grupy osób, na którą ówczesna władza nie miałaby zbytniego wpływu od środka, mając poczucie, że może oddziaływać na nią jedynie z zewnątrz, co i tak w praktyce rzadko kończyło się powodzeniem. Pomysły były różne, a jednym z nich, całkiem racjonalnych zresztą, wyjazd na pielgrzymkę do Częstochowy. Ostatecznie jednak stanęło na edycji festiwalu w Jarocinie latem 1985 r., choć wbrew pozorom w całej tej historii było jeszcze więcej przypadku i zbiegów okoliczności, niż można sobie wyobrazić.

Piotr Łazarkiewicz  /  Fot. Wikipedia
Pierwotnie, niemalże jakimś cudem, znalazły się pieniądze na dwudziestominutowy dokument, i to taki, który miał powstać na enerdowskiej taśmie, którą to ówcześni polscy operatorzy bez owijana w bawełnę określali mianem "kurwokoloru". A że wówczas wyboru dużego nie było, ekipa zdjęciowa pojechała do Jarocina, nie wiedząc do końca, co z tego wszystkiego wyniknie. Nie było łatwo. Widząc kamerę,  uczestnicy festiwalu często reagowali agresją. Padały słowa "jebani reżimowcy" i "telewizja". Trudno się dziwić, ale napięcie znikało w momencie, gdy Łazarkiewicz i operatorzy sami używali zwrotów, których nie powstydziłby się nawet najstarszy szewc, równocześnie zachęcając młodych, by przed kamerą otwarcie mówili, co im się nie podoba. Dzięki temu dziś możemy obejrzeć druzgocące wręcz wypowiedzi pozostające świadectwem tamtych czasów i bijące z nich absolutne rozczarowanie, apatia i brak perspektyw. "Co ma być, to będzie" i nic więcej.


Na filmie można zobaczyć także lokalnego dygnitarza partyjnego, komendanta policji oraz pewną panią z reżimowego koła pokroju gospodyń wiejskich. Wszyscy jak pod linijkę klepią przygotowane formułki, tym samym demaskując reprezentowany system i robiąc z siebie idiotów. Po latach Łazarkiewicz zdradził, że poza kamerą rozmowa była zupełnie inna. Wszyscy wiedzieli, że cała sytuacja to czysty absurd, ale mówili to, co musieli mówić. W kontekście ówczesnej władzy bezcenne są fragmenty polemik członków, jak sądzę, Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, z uczestnikami festiwalu. Młodzi może nie skakali sobie do gardeł, ale siła zderzenia tych dwóch światów była olbrzymia. To wszystko sprawiło, że cenzura bardzo uważnie przyglądała się temu, co trafiło na wspominaną enerdowską taśmę. Na dzień dobry Łazarkiewiczowi kazano dokonać 23 cięć. Nie zrobił tego. Czas mijał i stanęło ostatecznie na trzech, które i tak nie oznaczały usunięcia całych sekwencji, lecz jedynie fragmentów wypowiedzi księży i jarocińskiego wataszki PZPR. W finalnej wersji filmu nie było również widać genitaliów jednego z muzyków, który paradował na scenie jedynie w skarpetce założonej na przyrodzenie. Władza jednak nie odpuszczała do samego końca.

Fragment pierwotnie wycięty przez cenzurę  /  Fot. kadr z "Fali"
Im bliżej było do finalnej wersji dokumentu, tym w przedstawicielach reżimu bardziej rosło poczucie strachu. Władza zaczęła rozumieć, że coś wymyka jej się spod kontroli, dlatego robiła wszystko, by zniechęcić twórców i zmarginalizować odzew na potencjalna premierę. Decydenci byli do tego stopnia pewni postawienia na swoim, że zaprosili Piotra Łazarkiewicza na pewien festiwal filmowy z pełnym przekonaniem, że ukończenie postprodukcji "Fali" w określonym czasie będzie po prostu niemożliwe. Mylili się. Andrzej Wolf, operator Łazarkiewicza, siedział po nocach w studiu, ale zdążył i przywiózł gotową kopię na dwie godziny przed planowanym czasem pokazu. Organizatorzy nie mieli mieli wyjścia i musieli pokazać film. W 1987 r. "Fala" trafiła do kin.


Mimo że Łazarkiewiczowi chodziło przede wszystkim o pokazanie fenomenu poczucia wolności w swoistym rezerwacie, jakim był teren jarocińskiego festiwalu, reżyser zwrócił również uwagę na ówczesnych wykonawców. Nagrywane były te zespoły, które zwyczajnie podobały się twórcom i zostały uznane za ważne. Dzięki temu uwieczniono bardzo ważne fragmenty występów m.in. takich grup jak Aya RL, Kat, Madame, 1984, Dzieci Kapitana Klossa, Republika, Moskwa i Tilt oraz nieco zapomnianych już zespołów - Zbombardowana Laleczka, Kosmetyki Mrs. Pinki i Piknik Waltera. Przyjemnie ogląda się dziś Roberta Gawlińskiego, Pawła Kuzika czy Olafa Deriglasoffa za czasów, gdy biła z nich olbrzymia energia. Udało się ocalić kawałek jakże ulotnej historii polskiego rocka.

Uczestnicy festiwalu wracający do domu  /  Fot.  kard z "Fali"
W 2007 r. doczekaliśmy się zrekonstruowanej i nieocenzurowanej wersji "Fali". Dokument ukazał się na dvd w dwóch wersjach. Do wydania dwupłytowego dołączono nie tylko komentarz Piotra Łazarkiewicza i Andrzeja Wolfa, którzy przy butelce wina zdradzili kulisy powstania filmu, ale i techniki rekonstrukcji obrazu oraz inny film, nagrany w na festiwalu Jarocinie w 1987 r. "Fala" to niezwykły dokument powstały w niezwykłych, choć jakże szarych, czasach. Rzecz absolutnie bezcenna. Poniżej znajdziecie go w całości. Warto poświęcić te 80 minut, tym bardziej, że w założeniu obraz miał trwać co najwyżej 20.


wtorek, 17 lutego 2015

Wampir z Myśliwieckiej

Wbrew wszelkim znakom na niebie i ziemi na swój sposób Tomasz Beksiński wciąż żyje. Pomijając nawet wydaną w ubiegłym roku głośną książkę "Beksińscy" Magdaleny Grzebałowskiej, wystarczy zajrzeć do rodzimych zasobów globalnej sieci. Pełno w nich mniejszych lub większych wspomnieniowych tekstów, a z każdym rokiem przecież przybywa kolejnych. Nie brakuje także sposobności obejrzenia poświęconych mu filmów dokumentalnych oraz posłuchania tego najważniejszego, czyli audycji, ze szczególnym uwzględnieniem tej ostatniej, nadanej w nocy z 11 na 12 grudnia 1999 r. W ten sposób mit o wampirze z ul. Myśliwieckiej wciąż jest podtrzymywany i nic nie wskazuje na to, by pamięć o dziennikarzu i tłumaczu miała zaniknąć. Wręcz przeciwnie, teraz dowiaduje się o nim jeszcze więcej osób, m.in. za sprawą wydanej 2 lutego płyty "Tomasz Beksiński - In memoriam"

Tomasz Beksiński  /  Fot. Zdzisław Beksiński
To nie pierwsze tego typu wydawnictwo. W 2011 r. ukazał się album Ome, projektu powstałego w wyniku współpracy muzyków Omni i Macieja Januszko z grupy Mech. W ten sposób narodziła się inicjatywa, pod której szyldem nagrano dziesięć kompozycji, a w ośmiu z nich wykorzystano teksty napisane przez Tomasza Beksińskiego jeszcze w latach 80. Teraz w jakimś sensie jest podobnie, ale z drugiej strony jakże inaczej. Chodzi już nie tylko o człowieka i przypadającą w minionym grudniu 15. rocznicę jego samobójczej śmierci. W tym wypadku kluczowe jest również wspomnienie tego, co działo się na antenie, gdy popularny Beksa zasiadał przy mikrofonie. "In memoriam" to wybór czternastu kompozycji, które syn Zdzisława Beksińskiego prywatnie bardzo lubił i niejednokrotnie prezentował w swoich audycjach. Zestawienia nagrań dokonali dziennikarze Trójki oraz słuchacze.

Okładka "Tomasz Beksiński - In memoriam"
Mimo że każdy pamiętający "Trójkę pod księżycem" miałby własny klucz przy doborze wykonawców, to jednak trzeba przyznać, że jest on dość trafny. Owszem, brakuje chociażby Petera Hammilla, Clan of Xymox, czy fragmentu któregoś z wręcz niekończących się nagrań Devil Doll, niemniej w większości zestawień z pewnością widniałoby co najmniej kilka powtarzających się nagrań, które znajdziemy na "In memoriam". Trudno wyobrazić sobie tę płytę bez Lacrimosy, The Legendary Pink Dots, Marillion oraz rodzimych Closterkeller i Abraxas. Najważniejsze jednak, że nie zabrakło "Stationary Traveller" Camel, którym Tomasz Beksiński pożegnał się ze słuchaczami, najpewniej dobrze wiedząc, że niebawem odbierze sobie życie. Wiele z tych zespołów zawdzięcza Beksińskiemu coś bezcennego - popularność, która trwa do dziś. Gdyby nie tłumacz skeczów Monty Pythona, po ich płyty dziś mogłoby sięgać o wiele mniej osób.
Tomasz Beksiński  /  Fot. Wikipedia
Dużą zaletą "In Memoriam" jest jej wydanie, a w zasadzie pozamuzyczna zawartość.W książeczce znalazły się wspomnienia o Tomaszu Beksińskim, spisane przez znanych z anteny z Trójki Piotra Kosińskiego, Piotra Stelmacha i Marka Niedźwiedzkiego. Nie zabrakło anegdot i osobistych wyznań. Oprócz rzeczonych radiowców znalazło się także słowo od Anji Orthodox, prywatnie przyjaciółki Tomasza Beksińskiego, oraz Wiesława Weissa, niegdyś redaktora naczelnego miesięcznika "Tylko Rock", dziś "Teraz Rock". Ten ostatni przytoczył ciekawe zdarzenie. Otóż przy okazji zamkniętego przedpremierowego odsłuchu "Fassade" Lacrimosy, podszedł do niego Tilo Wolff, poruszony śmiercią dziennikarza Polskiego Radia. Biorąc pod uwagę, jak wiele Niemiec zawdzięczał synowi słynnego malarza, trudno uwierzyć, że panowie nigdy nie poznali się osobiście. A jednak. Co ważne, oprócz wspomnień w książeczce pojawiły się również szczegółowe informacje na temat każdego z czternastu nagrań składających się na "In memoriam".


Oprócz rzeczonych walorów ta kompilacja ma jednak jedną olbrzymią wadę. Pośród całej tej znakomitej muzyki zwyczajnie zabrakło tego najważniejszego - głosu Tomasza Beksińskiego. A wystarczyło przecież zrezygnować z jednego utworu, by zamieścić chociażby jego słowa wypowiedziane na zakończenie ostatniej audycji. Nie byłoby lepszego podsumowania, zwieńczenia i puenty tego wydawnictwa. W obliczu takiego zabiegu każde wypowiedziane słowo, czy chociażby jeden dźwięk byłyby absolutnie zbędne. Szkoda, gdyż w nasze ręce trafia dobra, ale mimo wszystko jedynie kompilacja poświęcona pamięci radiowca, tłumacza, sympatyka grozy, horrorów i członka swobodnego w byciu, acz sformalizowanego na papierze, związku wampirów. Z pewnością wielu do dziś marzy się posiadanie profesjonalnego zapisu czterogodzinnej i zarazem ostatniej audycji z grudnia 1999 r. lub chociażby słynnej "Nocy z Lacrimosą". Nie dziś i nie jutro, ale może kiedyś.

Lista nagrań z "In  memoriam"

1. The Legendary Pink Dots - Neon Mariners (fragment)
2. The Sisters of Mercy - Lucretia My Reflection
3. Lacrimosa - Halt Mich   
4. Deine Lakaien - The Game
5. Galahad - Julie Anne   
6. Fish - Vigil   
7. Collage - Living In The Moonlight
8. Closterkeller - Violette
9. Abraxas - Pokuszenie
10. Marillion - Sugar Mice
11. Jethro Tull - Living In The Past
12. Cockney Rebel - Sebastian
13. The Alan Parsons Project - Ammonia Avenue
14. Camel - Stationary Traveller

wtorek, 20 stycznia 2015

Na granicy hipnozy

Trójmiejska Zoharum znana jest przede wszystkim z szalenie konsekwentnego wydawania, zarówno polskiej jak i zagranicznej, szeroko rozumianej elektroniki spod znaku ambientu, industrialu oraz wszelkich około gatunkowych eksperymentów. Gitarowe granie w jej macierzystym katalogu znajdujemy relatywnie rzadko. Nie jest to jednak niemożliwe. Jeśli połączymy umowne sześć strun z dźwiękami rozchodzącymi się aż po horyzont i raz jeszcze spojrzymy na premiery wytwórni Macieja Mahringa, to doszukamy się tam m.in. nowej płyty amerykańskiego Expo 70. 

Justin Wright  /  Fot.  facebook.com/pages/Expo-70
Justin Wright to jeden z muzyków pokroju Aidana Bakera z Nadji i Erika Quacha z Thisquietarmy. Mamy jednego człowieka z gitarą zastawionego kilometrami kabli oraz z całą gamą pedałów, pod którymi kryją się efekty pozwalające tak manipulować wydobywanymi dźwiękami, by zarówno kompozytor jak i słuchacze mogli przenieść się w odległą o lata świetlne bezkresną przestrzeń, osiągając tym samym alternatywne (ekhem...) stany świadomości. Wydaje się, że to nie jest takie trudne. Coś się zaimprowizuje, podłoży jakąś elektronikę, by zamaskować instrumentalne braki, a w celu osiągnięcia końcowego efektu wszystkie utwory zostaną rozciągnięte w czasie tak, by zegar w odtwarzaczu sugerował uczciwą regularną płytę. Nic bardziej mylnego. Nawet przy tego pokroju instrumentalnym graniu słuchacz dość szybko zacznie się nudzić, z łatwością wyczuwając fałsz i dosłowne przeciągnie struny. A jak jest w przypadku nowej płyty Justina Wrighta? Solidnie, miejscami bardzo ciekawie, wręcz odurzająco.



W dyskografii Expo 70 znajdziemy różne albumy. Niektóre bardziej elektroniczne, pełne syntezatorowych wariacji, inne bardziej gitarowe, ale wszystkie garściami czerpią z dorobku psychodelicznego rocka lat 70. "Frozen Living Elements" jest o tyle bliższe korzeniom gatunku, że tym razem Justin Wright nagrywał z dwoma muzykami tworzących sekcję rytmiczną. Efektem współpracy pozostają trzy tasiemcowe, najpewniej zaimprowizowane, nagrania - dwa gitarowe i jedno oparte na syntezatorze. Ta muzyka to kalejdoskop, ale nie z powodu nagłych i częstych zmian dźwięków, lecz konfiguracji zawartych w niej kolorów. To jakby wymieszać lata 70. z pomysłami My Sleeping Carma, przy jednoczesnym spożyciu popularnej tabletki na trzy litery oraz zawartości buteleczki z etykietą "wypij mnie", po którą sięgnęła Alicja. Każde z nagrań przenosi nas gdzieś indziej, pozwalając całkowicie odciąć się od rzeczywistości. Niezależnie od tego, czy poruszamy się po mieście ze słuchawkami na uszach, czy zamykamy drzwi od swojego pokoju, możemy wyłączyć umysł i odpłynąć. To prawda, że utwory są długie, oniryczne i przez to dość wymagające, ale muzyka wynagradza nam cierpliwość. Tyczy się to przede wszystkim dwóch rzeczonych gitarowych kompozycji. Dzieje się w nich na tyle dużo, choć wcale nie na pierwszy rzut ucha, że słuchacz może wraz z basem i perkusją podążać za prowadzącą całość gitarą. Wszystko o krok od hipnozy. A trzecie nagranie? Pozostaje dla najbardziej wytrwałych eskapistów.



Podobnych wykonawców jest dużo, ale z pewnością Justin Wright należy do cenionej mniejszości z nich, którą warto się zainteresować. W przypadku gdy lubicie eksperymenty polegające na odłączaniu głowy od reszty ciała, na "Frozen Living Elements" znajdziecie to, czego szukacie. A jeśli nawet nie w pełni, to przynajmniej po części. Bardzo udana płyta ciekawego muzyka. Bez zatuszowanych potknięć i niedociągnięć. Muzyka dla tych, którym się nie śpieszy.

poniedziałek, 13 października 2014

Rockowa odskocznia

W muzyce coraz trudniej o coś nowego, przełomowego, niezwykłego, od czego nie będziemy mogli się oderwać. A jeśli nawet coś zbliża się do takiej oceny, to zazwyczaj mamy do czynienia z ciekawym wykorzystaniem tego, co już znamy. Dlatego nie pozostaje nic innego, jak zwracać uwagę na wszystkie te wydawnictwa, na których muzycy starają się grać inaczej niż dotychczas, czy to w rodzimym zespole, czy w specjalnie założonym w tym celu pobocznym projekcie. Właśnie, w epoce postmodernizmu pojęcie "inaczej" najwyraźniej zaczyna doganiać "coś nowego". Skutki tego zjawiska są różne, niemniej gdybym nie podzielał tego stwierdzenia, pewnie nie zwróciłbym uwagi na debiut niemieckiego Crone. Ten dwuosobowy projekt właśnie dał o sobie znać za sprawą epki "Gehenna".

Od lewej Markus Renzenbrink i Philipp Jonas  /  Fot. Prophecy Productions
Mamy tu do czynienia z czymś, co powstało gdzieś z boku, nieco przy okazji, najwyraźniej jako potrzeba zmiany w odniesieniu do macierzystych zespołów. Crone został założony dwa lata temu z inicjatywy  Markusa Renzenbrinka, perkusisty Embedded, oraz Philippa Jonasa, wokalisty, gitarzysty i klawiszowca bardziej zdecydowanie bardziej rozpoznawanego Secrets of The Moon. Obaj muzycy znają się od lat, nie raz wspólnie grali na koncertach. W nawiązaniu do ich muzycznych rodowodów można powiedzieć, że pod nazwą Crone spotkały się death i black metal. Niemniej musiało z tego wyniknąć coś zgoła odmiennego. W przeciwnym razie mało kto by się nimi zainteresował.


Ekpa "Gehenna" to cztery utwory przepełnione rockowymi pomysłami. Miejscami można odnieść wrażenie, że na tym wydawnictwie spotkały się surowa muzyczna codzienność wspomnianych Niemców oraz gitarowe emocje wydawane przez angielską Kscope, chociażby te spod znaku Anathemy. Nie mogło zatem zabraknąć refleksji, balladowych solówek i ewidentnych, z pewnością ku własnej uciesze samych zainteresowanych, śladów czerpnia garściami z rockowej spuścizny. Dużo tu spokoju i stonowanych emocji, zwłaszcza tych kojarzących się z mocno jesienną aurą. Nie lada niespodzianką okazał się również gościnny udział Jarboe. Aż szkoda, że była wokalista Swans pojawiła się tylko w jednym nagraniu. Czyni to zdecydowanie zbyt krótko i zbyt subtelnie, by móc nacieszyć się jej głosem. No ale skoro "Gehenna" to epka zapowiadająca regularną płytę, być może muzykom chodziło o nieco bezczelne zaostrzenie naszych apetytów. Oby.

Fot. Prophecy Productions
Na to skromne wydawnictwo składają się nieco nieszablonowo przypomniane szablonowe rockowe standardy. Te wszystkie zwolnienia, gitary akustyczne i skądinąd przebojowe sola brzmią jednak oryginalniej dzięki wspomnianej surowości dość chłodnego brzmienia. Co więcej, "Gehenna" nie okazała się kolejnym shoegazowo-blackowym tworem. Tych jest już wystarczająco dużo. Ale czy to wystarczy, by Niemcy zwrócili na siebie uwagę? O tym przekonamy się po premierze zapowiadanej regularnej płyty. Trzeba jednak pamiętać, że Crone to poboczny projekt, odskocznia mająca sprawiać przyjemność przede wszystkim samym zainteresowanym. A co z nami? Jeśli przypadnie do gustu to panowie Renzenbrink i Jonas z pewnością się ucieszą, a jeśli nie, żaden z nich nawet nie machnie ręką. Trudno, żeby było inaczej.

sobota, 27 września 2014

Druga alternatywa

Gdy cztery lata temu rozeszła się wieść, że Duncan Patterson powołał do życia projekt Alternative 4 i wraz z zaproszonymi muzykami pracuje nad debiutancką płytą, siłą rzeczy umyślna zbieżność nazw zrobiła swoje i wielu oczekiwało powrotu do nastroju z ostatniej płyty Anathemy, którą rzeczony basista nagrywał wraz z braćmi Cavanagh. Stało się jednak nieco inaczej i "alternatywny" nastrój bardziej czuło się na koncertach Alternative 4 niż za sprawą debiutanckiej płyty "The Brink". W przeważającej części album okazał się jednym wielkim interludium, dźwiękami niekiedy do tego stopnia schowanymi między nutami na pięciolinii, że w zasadzie ginęły we własnym echu. Teraz jest inaczej i zarazem o wiele ciekawiej. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że na dopiero co wydanym "The Obscurants" Duncan Patterson powrócił do przeszłości, ze szczególnym uwzględnieniem pewnego kompozytorskiego rozdziału.
Od lewej: Duncan Patterson, Mauro Frison i Simom Flatley  /  Fot. Prophecy Productions
Ta płyta ucieszy wiele osób. Jest nieporównywalnie bardziej interesująca od debiutu, wypełniona przede wszystkim konkretnymi pomysłami, a nie ciągnącymi się paraambientowymi łącznikami co lepszych fraz, których niestety na "The Brink" było aż nadto. Ze swoją poprzedniczką łączy ją co najwyżej oniryczny nastrój. Kluczowym pomysłem okazał się powrót byłego basisty Anathemy do czasów "Lights Out", najbardziej posępnej i najmroczniejszej płyty Antimatter. Płynnie pracująca sekcja rytmiczna przypomina najlepsze triphopowe momenty drugiego studyjnego wydawnictwa duetu Patterson & Moss. Takie nagrania jak "Dina", "Lifeline" czy "Mr Black" śmiało mogłyby na nią trafić. Nie oznacza to jednak, że mamy tu do czynienia z byle kopią. Bynajmniej. Spojrzenie na przeszłość pozwoliło wspomnianemu Brytyjczykowi stworzyć coś nowego, co niewątpliwie należy do grona najciekawszych przejawów jego działalności od czasu opuszczenia Anathemy.


Nie bez znaczenia dla całości okazał się również wpływ nowego muzyka. W zasadzie anonimowy Simon Flatley zastąpił nieporównywalnie bardziej rozpoznawalnego Marka Kelsona, australijskiego wokalistę znanego m.in. z Cryptal Darkess, dziś działającego jako The Eternal. Jego głos doskonale wpasował się w nowe oblicze Alternative 4 i podąża za spokojną, oniryczną muzyką. Równie dobrze sprawdza się w momentach, gdy zespół odchodzi od ponurego nastroju "Lights Out" na rzecz nieco "jaśniejszych" i żwawszych melodii. Owszem, nie ma ich przesadnie wiele, ale przynajmniej teraz wiemy, że jak trzeba, to Simon Flatley potrafi zaśpiewać coś więcej.

Okładka "The Obscurants"
Nowe "Alternatywy 4" to coś, do czego sympatycy Duncana Pattersona, jak i współczesnego Antimatter, długo jeszcze będą wracać. To nie jest ani wybitna, ani sensacyjnie przełomowa płyta, ale z drugiej strony na tyle solidna i z mądrze wyważonymi kompozytorskimi pomysłami, że w żaden sposób nie nudzi. I to nawet, gdy tak wiele na niej wyciszenia oraz refleksji. "The Brink" nie posiadało tej zalety, dlatego po latach bliżej jej będzie raczej do wzmianki w biografii niż faktycznego włożenia kompaktu do odtwarzacza i sumiennego przesłuchania od początku do końca. "The Obscurants" to nie grozi. Wystarczy nadstawić ucha.


czwartek, 4 września 2014

Trzymając rękę na pulsie

Ostatnimi czasy powszechnie ceniony i lubiany w naszym kraju Mick Moss nie zwykł zasypiać gruszek w popiele. Niespełna dwa lata temu ukazała się "Fear Of A Unique Identity", bardzo dobrze przyjęta płyta Antimatter, którą muzyk systematycznie promował koncertami w całej Europie, odwiedzając także Polskę. W tym roku ponownie zawitał do naszego kraju, co zbiegło się z cyfrową premierą nowego nagrania. Obecnie najwyraźniej Anglik postanowił, że Antymateria to nie wszystko i równolegle poświęcił się czemuś nowemu. Po cichu, bez specjalnego rozgłosu, rozpoczął współpracę z Luisem Fazendeirem, Portugalczykiem kojarzonym przez co poniektórych z grupą Painted Black. Obaj powołali do życia Sleeping Pulse, którego debiutancka płyta ukaże się nadchodzącej jesieni.

Od lewej Mick Moss i Luis Fazendeir  /  Fot. Prochecy Produtions
Podobieństwa, nawiązania i skojarzenia z Antimatter są nieuniknione. Nie oznacza to jednak, że album "Under The Same Sky" to zwykła kopia tego, co już doskonale znamy z dokonań Micka Moss, licząc od chwili, gdy Duncan Patterson odszedł z zespołu. Jak sugeruje zamieszczona poniżej pięciominutowa zapowiedź albumu, będzie to nieco żwawsza i jeszcze bardziej gitarowa dawka melancholijnego rocka w porównaniu do tej, do jakiej ostatnio przyzwyczaiła nas Antymateria. Owszem, dźwiękowej melancholii nie zabraknie, niemniej mimo wszystko jest to coś nowego. W każdym razie gdyby ten album ukazał się pod szyldem Antimatter, nie moglibyśmy zarzucić Mossowi ponownego nagrania tej samej muzyki. Dzieje się tak także za sprawą produkcji, choć z drugiej strony słychać tu wiele rozwiązań wpisujących się w doskonale znany w naszym kraju kompozytorsko-towarzyski krąg Antimatter-Anathema-Alternative 4. Data premiery "Under The Same Sky" nie jest jeszcze znana. Wiemy jedynie, że debiut Sleeping Pulse ukaże się jesienią za sprawą niemieckiej Prophecy Productions, a to oznacza, że będzie oficjalnie dystrybuowany także w Polsce. 

czwartek, 14 sierpnia 2014

Więcej rocka w post rocku

Muzycy warszawskiego Frozen Lakes już na samym początku działalności podjęli się dużego wyzwania. Postanowili pójść nieco pod prąd i grać muzykę z okolic post rocka, ale w zgoła odmienny sposób niż czyniło i wciąż czyni to coraz więcej rodzimych grup. Na debiutanckim "Oceans of Subconscious" wyróżniali się przede wszystkim partiami wokalnymi Wawrzyńca Dąbrowskiego, które całkowicie zmieniały sposób odbierania gitarowej muzyki zespołu. Mówiąc o tej płycie w czasie jednego z naszych spotkań, powiedziałem, że aż prosi się, by warszawiacy jak najszybciej postawili kolejny krok i rozwinęli swoje pomysły, gdyż efekt ich potencjalnej pracy już wówczas zapowiadał się bardzo interesująco. Minęły dwa lata. Jest i nowe wydawnictwo, inne od swojej poprzedniczki.
Frozen Lakes  /  Fot. .facebook.com/frozenlakes
"Insuloj de lumo" to cztery utwory, które pozwalają postawić tezę, że wraz z upływem czasu muzycy Frozen Lakes grają nieco łagodniej. Odeszli od cięższych riffów, jeszcze bardziej dając się ponieść nastrojowi i dźwiękowej wrażliwości. Obecnie to muzyka pełna barw, ale i wciąż melancholijna i nostalgiczna. Przez to, że warszawiacy zdecydowali się odstąpić o kolejny krok od postrockowych korzeni, w nasze ręce trafiło wydawnictwo także o pewnym potencjale komercyjnym. Można by zaryzykować stwierdzenie, że owy rock powoli sposobi się, by przejąć nieco miejsca zajmowanego przez młodszego kolegę. Na szczęście robi w białych rękawiczkach, dzięki czemu Frozen Lakes może cieszyć się z własnego stylu, który w znacznej mierze charakteryzacje również rozpoznawalny głos wspomianego Wawrzyńca Dąbrowskiego.


Dużo w tej muzyce inspiracji brytyjskim graniem, zarówno tym bardziej, jak i mniej popularnym. Wraz z wspomnianym jeszcze wyraźniejszym zbliżeniem się do nastroju, muzyka Frozen Lakes staje się bardziej wymagająca. Nagrania zaczynają się spokojniej i dopiero po pewnym czasie słyszymy, co naprawdę w nich zawarto. Może i chwilami jest nawet zbyt spokojnie, ale widać taki najwyraźniej był zamysł. A idąc dalej tym tropem, ma to z pewnością związek z pomysłem na całe wydawnictwo. Insuloj de lumo w języku esperanto oznacza wyspy światła, a tytuły czterech utworów to w rzeczywistości kolory czterech wysp - niebieskiej, czarnej, czerwonej i zielonej. Kiedy jest się tego świadomym, nowej propozycji Frozen Lakes słucha się zupełnie inaczej.



To skromne wydawnictwo jest bez wątpienia kolejnym krokiem warszawiaków ku temu, by dowiedziało się o nich nieco więcej osób. Jednak z drugiej strony muzycy skutecznie pozostali w cieniu łatwych melodii i obronili się  walorami artystycznymi. Owszem, "Insuloj de lumo" miejscami jest dość rozmarzone i bardzo delikatne, ale mamy tu do czynienia raczej z ewolucją niż rewolucją. Takie rozwiązanie nie powinno nikogo dziwić. Pytanie, co muzycy nagrają w przyszłości. Coś mi podpowiada, że jeszcze nie opowiedzieli się, po której stornie stanąć, ciężaru czy wrażliwości. W każdym razie z pewnością będzie melancholijnie. Podobnie jak w przypadku debiutanckiego "Oceans of Subconscious", nowe nagrania zostały w całości udostępnione przez sam zespół. Stosowny link oraz informacje o możliwości pozyskania fizycznej kopii "Insuloj de lumo" znajdziecie tutaj.

sobota, 29 marca 2014

Nowe nagranie i koncerty w Polsce

Antimatter od samego początku miał wielu sympatyków Polsce. Roztoczony w latach 90., i wciąż podtrzymywany, kult starszych nagrań Anathemy przełożył się na zainteresowanie projektem założonym 17 lat temu przez Micka Mossa i Duncana Pattersona, zwłaszcza w momencie, gdy  Patterson opuścił szeregi Klątwy. Obaj muzycy dość szybko wzięli sobie do serca wsparcie znad Wisły i w książeczce do debiutanckiego "Saviour" zamieścili adres polskojęzycznej witryny poświęconej Antimatter. Zresztą, w historii tej grupy polskich wątków jest dużo więcej. Warto wspomnieć chociażby o graniu Micka Mossa z poznańskimi muzykami, co zaowocowało projektem Antimatter Live Band oraz bootlegiem z występu z 20 listopada 2011 r., który odbył się klubie Johnny Rocker. Nasi rodacy odpowiadają również za animację, która promowała nagranie "Conspire" i trafia na także dvd Antimatter. Teraz nie można wykluczyć, że takich akcentów pojawi się jeszcze więcej. W najbliższy wtorek w Krakowie odbędzie się pierwszy z pięciu koncertów, jakie Mick Moss zagra w naszym kraju w ramach europejskich wojaży.

Mick Moss podczas koncertu w 2013 r. /  facebook.com/antimatteronline 
Koncertowy powrót Antimatter do Polski nieprzypadkowo zbiegła się z premierą nowego nagrania, które Mick zamieścił w sieci. Poniższa kompozycja "Too late" to synteza ducha wydanego jesienią 2012 r. "Fear Of A Unique Identity" oraz znajomych akustycznych dźwięków z czasów "Planetary Confinement". Wciąż przygnębiająco i refleksyjnie, a kompozycyjnie raczej więcej tu piosenki niż utworu. Czy to zatem zapowiedź kierunku nowej płyty? Raczej nie, za wcześnie na to. Przynajmniej lepiej potraktować "Too late" jako bieżący epizod, a co będzie dalej, zobaczymy. Wszak Mick wysoko postawił sobie poprzeczkę. Do tej pory każdy z pięciu studyjnych albumów Antimatter wyraźnie różnił się od poprzedniego.



Od pierwszego koncertu Antimatter w Polsce, który odbył się w Poznaniu w 2007 r., ten projekt występował u nas w różnych konfiguracjach. Czasem był to sam Mick wyłącznie z gitarą akustyczną, czasem wspomagany przez drugiego muzyka, w tym m.in. przez Duncana Pattersona i skrzypaczkę Lisę Cuthbert, a czasem na scenie widzieliśmy cały zespół. Tym razem Mick wybrał ostatnie z rzeczonych rozwiązań. Podczas każdego koncertu muzycy w całości zagrają płytę "Leavin Eden". Jeśli ktoś z Was nie miał okazji zobaczyć Antimatter na żywo, teraz będzie miał szansę to zmienić.

Polskie koncerty Antimatter w ramach europejskiej trasy

01.04 Alchemia, Kraków
03.04 RudeBoy, Bielsko-Biała
08.04 Ucho, Gdynia
09.04 Progresja Music Zone, Warszawa
10.04 Od Zmierzchu Do Świtu, Wrocław

czwartek, 13 marca 2014

Francuzi w hołdzie Warszawie

To, że Dawid Bowie do spółki z Brianem Eno nagrał niegdyś utwór "Warszawa", pod którego wpływem przyszli muzycy Joy Division przyjęli nazwę Warsaw, wie niemal każdy. To, że ci sami muzycy następnie porzucili ją m.in. dlatego, by uniknąć powiązań z innym brytyjskim z kolektywem Warsaw Pact, również jest względnie znanym faktem. Ale już o wiele mniej osób wie, że nad Sekwaną, a ściślej rzecz ujmując w Grenoble, istnieje grupa, której członkowie grają pod nazwą Varsovie.  

Varsovie  /  Fot. facebook.com/varsovie.propaganda
Jak sami przyznają, w 2005 r. przybrali ją ze względu na tragiczną przeszłość naszej stolicy, której zagłada wywarła na nich olbrzymie wrażenie, jednocześnie wpisując się w ich zimną, ponurą i dekadencką stylistykę. Co więcej, podczas koncertów wielokrotnie występowali z własnoręcznie wykonanymi opaskami Armii Krajowej. Początkowo było to granie garściami czerpane z dorobku postpunkowej sceny. Ale z drugiej strony na tyle skuteczne, że epka "Neuf millimètres" rozeszła  się w całym nakładzie. W 2009 r. przyszedł czas na regularny debiut w postaci płyty "Etat civil", której było już zdecydowanie bliżej do indie rocka i wszelkich muzycznych obszarów, jakie to niektóre duże rodzime media nazywają alternatywnymi. Niemniej, w tej muzyce wciąż słychać ten zimny, dekadencki i na swój sposób czarno-biały nastrój. Zaś rok później Francuzi sprawili nam drugą miłą niespodziankę, przygotowując własne opracowanie "Nowej Aleksandrii" Siekiery. 

Varsovie  /  Fot. facebook.com/varsovie.propaganda
Wszystko wskazuje na to, a przynajmniej można tak zakładać, że pomysł był pokłosiem wizyty muzyków w Warszawie. W 2008 r. zagrali w klubie Depozyt 44 podczas ówczesnej edycji imprezy Old Skull Party. Nagrania dokonali dwa lata później. Efektem jest niezwykle udane autorskie opracowanie dobrze znanej znam kompozycji. W zasadzie powstał z tego nowy utwór, w który muzycy Varsovie włożyli wiele życia i energii, jednocześnie budując go w oparciu o najlepsze elementy zimnego grania. Co więcej, gitarzysta Grégory Cathérina zaśpiewał cały tekst po polsku, a następnie powtórzył go po francusku, jak gdy była to kolejna zwrotka. W ten sposób krótki utwór Tomasza Adamskiego otrzymał nowe życie. Szalenie miły gest Francuzów, o którym mało kto wie. Tej kompozycji nie ma na pierwszej płycie Varsovie, ale być może pojawi się na kolejnej. Całe nagranie znajdziecie poniżej.


środa, 1 stycznia 2014

Wspomienia i oczekiwania

Miniony rok należał do bardzo interesujących. W nasze ręce, lub do posiadanych przez nas cyfrowych odtwarzaczy, trafiło wiele interesujących płyt. Cieszy to tym bardziej, że większość z nich to wyczekiwane i udane rodzime albumy, które tchnęły nieco nadziei i świeżości w krajową scenę. Działo się bardzo dużo i przyznaję, że chwilami podczas naszych spotkań trudno było znaleźć miejsce na wszystkie te wydawnictwa. Ale to dobrze, wszak takich płyt nigdy za wiele, a i zawsze można sięgnąć po nie później lub po protu do nich wrócić. Oby ten rok był podobny, o ile nie nawet lepszy. Życzę Wam, byście zawsze znajdowali czas na muzykę, której chcecie słuchać. Do usłyszenia.

wtorek, 21 maja 2013

Ray Manzarek nie żyje

Współzałożyciel The Doors przegrał walkę z chorobą nowotworową. Zmarł w Rosenheim w Niemczech. Miał 74 lata.

Fot. facebook.com/ray-manzarek
Jest kilka takich zespołów, których słuchał każdy, niezależnie od tego, po jakie płyty sięga obecnie. W moim przypadku jednym z nich było z pewnością The Doors. To dla mnie wspomnienie okresu liceum, gdy czas spędzałem na poszukiwaniach inspiracji wśród klasyków rocka, dzieląc go z fascynacją muzyką ekstremalną. Sentyment pozostał do dziś.

wtorek, 22 stycznia 2013

Pewnego razu w telewizji

Niespełna dziesięć lat temu zepsuł mi się telewizor. Pomimo możliwości jego naprawy lub kupna nowego odpowiednika, stwierdziłem że to urządzenie nie jest mi potrzebne, tym bardziej w moim pokoju. Od tamtej pory w szklany ekran wpatruję się rzadko, ale niekiedy z dużym sentymentem wspominam to, co mogłem na nim zobaczyć. Zwłaszcza, że było to ściśle związane z muzyką, a ja byłem wówczas nastolatkiem. Takich programów w polskiej telewizji niestety już nie ma, takich jak chociażby pamiętny "Clipol".

Kadr z czołówki programu  /  Fot. TVP
By móc zobaczyć ten program, trzeba było się postarać. Godzina jego emisji sprawiała, że do domu ze szkoły wracało się wyjątkowo szybko. Wszystko zaczynało się na TVP 2 ok. godziny 14 i wówczas przez 30 minut można było oglądać teledyski wyłącznie polskich wykonawców. Początkowo twórcy programu obawiali się, że po kilku tygodniach będą zmuszeni do powtórek, ale szczęśliwie dla nich emisja "Clipola" przypadła na lata 1994 - 1998, a był to przecież okres istnej eksplozji w historii rodzimego rocka. Co ciekawe, w "Clipolu" nie było prezentera. Dzięki temu widz miał gwarancję poczucia jego ciągłości. Jeśli dany fragment programu był jego stałym działem, jak np. powtórkowy cykl "Zobaczmy to jeszcze raz", na ekranie pojawiała specjalna plansza lub odpowiedni pasek z napisami, na którym emitowano słowa adresowane do telewidzów. W każdym odcinku można było również zobaczyć coś zupełnie nowego. To dzięki licznym premierom rzesze sympatyków rodzimego rocka i metalu mogły obejrzeć teledyski Acid Drinkers, Flapjack, Edyty Bartosiewicz, Illusion, Closterkeller, Alberta Rosenfielda, Artrosis, Hey, a nawet Kalibra 44 i Wzgórza Ya-Pa 3 oraz wielu innych ważnych ówczesnych wykonawców, którzy niewątpliwie przeszli do historii polskiej muzyki. Co ważne, "Clipol" bynajmniej nie ograniczał się do samych teledysków. Dwa lub trzy razy w miesiącu cały program był poświęcany danemu zespołowi, którego muzycy opowiadali o własnych klipach i historii swojej grupy. Niekiedy można było również obejrzeć koncerty organizowane przez ekipę "Clipola" w prywatnych mieszkaniach, czy na dachu jednego z budynków, co stało się w przypadku Big Day.

Kadr z teledysku "Two be one" Acid Drinkers, 1996 r.  /  Fot. TVP
Dzisiaj o takim programie możemy jedynie pomarzyć. Przede wszystkim dlatego, że telewizja zawsze będzie prezentowała to, co jest umasowione i popularne, a przecież obecny polski rock nijak ma się do wspomnianej już eksplozji gatunku, której byliśmy świadkami w latach 90. Można odnieść wrażenie, że nawet jeśli coś podobnego miałoby powrócić, to tylko w kategoriach archiwaliów. Kto wie, może jakiś pracownik TVP Kultura wpadnie na taki pomysł. A może już wpadł? Jeśli tak, wiedzą o tym tylko nieliczni, którzy mogą oglądać ten kanał. Ja niestety się do nich nie zaliczam, zatem pozostają mi tylko wspomnienia. Poniżej znajdziecie krótki fragment "Clipola". To czołówka specjalnej edycji programu, który w całości został poświęcony  grupie Hey.


wtorek, 1 stycznia 2013

Jutro będę duży, dzisiaj jestem mały

Początek czegoś nowego to przede wszystkim nadzieja, spojrzenie w przyszłość dające wiarę w to, że będzie lepiej. A czy będzie? Miejmy nadzieję, że tak. Dlatego szczególnie dziś życzę Wam, by w dopiero co rozpoczętym roku w Waszych rękach znalazła się choć jedna płyta, która wniesie coś nowego do Waszego życia. Niech ta muzyka, poznana przez Was w czasie naszych spotkań, czy przy zupełnie innej okoliczności, na dobre zagości nie tylko w Waszych odtwarzaczach, ale i umysłach. Wszystkiego dobrego i do usłyszenia za tydzień.

wtorek, 18 grudnia 2012

Pytanie bez odpowiedzi

Będąc nastolatkiem, bez raczkującego jeszcze wówczas dostępu do internetu, miałem zwyczaj regularnego czytania prasy muzycznej i słuchania radia. W tym drugim przypadku dość szybko sam odbiór  fal radiowych już nie wystarczał. Dlatego zacząłem dzwonić do różnych audycji, przede wszystkim tych w pamiętnej Rozgłośni Harcerskiej i późniejszej Radiostacji, by porozmawiać na antenie bezpośrednio z twórcami danych nagrań. W zdecydowanej większości były to zespoły jeszcze bez regularnej płyty, których dyskografię zazwyczaj tworzyło jedynie debiutanckie demo. Niekiedy zdarzało się, że po takiej rozmowie muzycy bądź prowadzący dany program wręczali mi jeden z egzemplarzy tego materiału, którym przeważnie była płyta cd-r z kserowaną okładką. W ten sposób udało mi się dotrzeć do muzyki mało znanych i przeważnie zapomnianych już grup, których członkowie ostatecznie niestety nie doczekali profesjonalnego debiutu. A szkoda, gdyż kilka z tych zespołów mogło stworzyć coś ciekawego, jak chociażby krakowskie Eulogy.

Fot. Arch. zespołu
Zespół powstał w 1998 r. i przez kilka kolejnych lat dał się poznać jako ciekawa hybryda różnych stylów, której ostateczne ramy określiły grunge i fascynacja dokonaniami grupy Tool, niezmiernie popularnej w naszym kraju, zwłaszcza na przypadający wówczas przełom wieków. Słychać to przede wszystkim w brzmieniu, choć na szczęście nie zostało ono oparte wyłącznie na sześciostrunowych instrumentach. Nie bez znaczenia były również instrumenty smyczkowe. Skrzypce dość ciekawie uzupełniły zarówno surowe brzmienie wspominanych gitar, jak i bardzo charakterystyczny głos wokalisty. To wszystko przełożyło się na stworzenie dość melancholijnego i refleksyjnego nastroju pełnego czegoś, co miało skłonić słuchacza do przemyśleń na wiele tematów. Przede wszystkim tych egzystencjalnych.



Słuch o zespole zaginął ok. 2003 r. Potem nie docierały już do mnie żadne informacje na jego temat. O grupie co jakiś czas przypominają mi jedynie stojące na półce dwie niepozorne płyty cd-r. Choć tak naprawdę wszystkie nagrania z tych krążków to sumie jeden materiał demo. To był jeden z tych zespołów, który w razie otrzymania szansy być może nie osiągnąłby jakiegoś spektakularnego sukcesu, ale gdyby jego muzycy doczekali się regularnej i przede wszystkim profesjonalnie nagranej płyty, to w nasze ręce mogłoby trafić coś ciekawego. Oni potrafili zagrać, i nie tylko dlatego, że każdy z członków Eulogy był dyplomowanym muzykiem. W tych dźwiękach po prostu słyszało się pomysł.



Dziś trudno dotrzeć do nagrań Eulogy i dowiedzieć się o zespole czegoś więcej poza coraz bardziej blednącą notką biograficzną. Na szczęście kilka z nich zostało zamieszczonych w sieci i wciąż można ich posłuchać. A kto wie, być może co bardziej uparci z Was poznają pozostałe kompozycje, których to niestety nie było przesadnie wiele. Zaintrygowanych zachęcam do odwiedzenia działu MP3, których warto posłuchać.