Pokazywanie postów oznaczonych etykietą post rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą post rock. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 września 2018

Krůcza muzyka

Kiedy zespół zaczyna, jest jeszcze przed nagraniem choćby demówki czy debiutanckiej epki, gra niemal wszędzie. Inaczej się nie da. Chcąc się pokazać, chcąc dotrzeć do ludzi, muzycy zaciskają zęby i jeżdżą po różnych miejscach. Oczywiście wszystko ma swoje granice, ale w ramach powszechnie zwanych "trudnych początków", zdarza im się grać przed kimś bardziej rozpoznawalnym, ale z zupełnie innego stylistycznego zakątka parafii. Dlatego niespecjalnie zdziwiłem się, gdy w styczniu tego roku przed włoskim Geometric Vision zobaczyłem Krůk. Jak się domyślacie, anonimowym wówczas warszawiankom elektronika z okolic darkwave niespecjalnie była po drodze. Jednak zagrali swoje na tyle dobrze, że skutecznie przyciągnęli  moją uwagę.

fot. Aleksandra Krucza
Opublikowany przez Krůk Niedziela, 21 stycznia 2018

Stołeczny kwartet miał wręcz uroczo karkołomny pomysł. Postanowił wymieszać okolice post-rocka z czymś rdzennie słowiańskim, wręcz rytualnym. To chyba jeszcze nie do końca się udało, ale debiutancka epka Krůk potwierdza upór muzyków. Cieszy nowym podejściem, pomysłem na siebie, punktem wyjścia, których dość nierzadko zupełnie nie słychać na trafiających do mnie debiutach. Zresztą równie często ich nie widać. Wystarczy popatrzeć chociażby na sesje zdjęciowe wielu grup. Ale to już inna historia. Wróćmy do Krůk.


Największa zaleta i zarazem siła Krůk to Kamila Janiak. Wokalistka, zarówno na scenie, jak i w studiu, wprowadza do muzyki coś pierwotnego, duchowego, słowiańskiego, nieokiełznanego, coś z charakterem. Jej ekspresyjny, niemalże wykrzyczany momentami, sposób śpiewania w przyszłości ma szansę wyprowadzić Krůk z utartych schematów. Zresztą potencjał tkwi również w samej krůczej muzyce. Gorzej niekiedy z połączeniem ciekawych pomysłów. Ale w końcu na czymś warszawiacy muszą się uczuć, z czegoś wyciągać wnioski i w ten sposób zdobywać doświadczenie. 


Dawanie szansy początkującym, anonimowym wręcz, grupom często popłaca. To swego rodzaju inwestycja czasu oraz niekiedy odrobiny środków. A coś mi mówi, że za jakiś czas Krůk będzie pierwszym z brzegu tego przykładem. Zatem jeśli zobaczycie warszawiaków np. przed o wiele bardziej znanym zespołem, niekiedy wyjętym z zupełnie innej muzycznej szuflady, zaczekajcie z pójściem do baru i zobaczcie przynajmniej dwa lub trzy utwory. Słowem, warto ich zapamiętać i mieć oko (ucho) na kolejne wydawnictwa.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Czas i wolna głowa

Na rodzimej scenie dzieje się dużo ciekawych rzeczy. I to na tyle dużo, że każdy mający nieco oleju w głowie i szeroko otwarte oczy może mieć wręcz problem z wybraniem się na wszystkie interesujące go koncerty i nabyciem każdej intrygującej go płyty. Dotyczy to w zasadzie wszystkich gatunków oraz szuflad. Dowód? Bardzo proszę, i to pierwszy z brzegu. Wystarczy wymienić chociażby poniższy split ARRM i Lonker See. Swoje znaczenie niech ma także dość późna w kontekście lutowej premiery data powstania tego tekstu. Po prostu wcześniej trzeba było poświęcić nieco uwagi innym ciekawym krajowym twórcom. To źle? Bynajmniej. Cieszmy się z tego.

Okładka splitu ARRM i Lonker See

Krakowskie Instant Classic raz jeszcze wykonało kawał dobrej roboty. Zestawienie trójmiejskich eksperymentatorów i sosnowieckich podróżników przemierzających kosmiczną pustynię to strzał w dziesiątkę. A co więcej, wydawca podszedł do tematu w sposób relatywnie rzadko spotykany w przypadku takich wydawnictw. Muzycy ARRM przygotowali aż 20-minutowe nagranie, zaś tworzący Lonker Sea zgotowali niemal równie długą dźwiękową psychodelę, więc wszystko zmieściłoby się na jedne płycie. Jest jednak inaczej. Możemy cieszyć oczy elegancko wydaną repliką podwójnego winylowego gatefoldu. Wydawca nie oszczędzał i za to należy mu się uchylenie kapelusza. 



No dobrze, ale co tak naprawdę zawiera to ładne wydanie? To, do czego już przyzwyczaiło nas ARRM i dźwięki, za sprawą których nie tak dawno dało się poznać Lonker Sea. Nie ma więc zaskoczenia, ale nie o to tutaj chodziło. Ten split to kawałek świetnej, nieskrępowanej czasowymi ograniczeniami muzyki, pełnej przy tym improwizacji i przestrzeni. Miejscami to wręcz mentalny bilet na drugą stronę. A że wykonawców jest dwóch, możemy wybierać. ARRM w swoim stylu proponuje przemierzenie spalonej słońcem pustyni, natomiast Lonker Sea to już trip w oparach wszelkich zabronionych przez polskie prawo substancji. Jednak niezależenie od dokonanego wyboru, na każdą z tych podróży trzeba przygotować się w ten sam sposób. Konieczna jest wolna głowa i czas. Bez tego słuchanie choćby fragmentu tej muzyki, nie mówiąc już o obu nagraniach, po prostu mija się z celem. Te de facto dwa krążki wiele oferują, ale i wiele wymagają.



Zapomnijcie o analizowaniu tej muzyki, o zastanawianiu się, co w niej wykorzystano i do jakich szuflad i dyskografii sięgnęli twórcy. Po prostu jej posłuchajcie i pozwólcie sobie odpłynąć. Tylko tyle i aż tyle. Nie będziecie żałować.

sobota, 18 marca 2017

Wychodząc z szuflady

Miło patrzeć, jak rośnie i rozwija się nasza młodzież. To zawsze krzepi, szczególnie gdy poczynania danego zespołu śledzi się od pierwszego wydawnictwa i kojarzy jeszcze z czasów chociażby bardzo pożytecznych trzech kompilacji wydanych siłami internetowej społeczności Post-rock.PL. Niektóre pamiętane z nich grupy przepadły na dobre, ale jest i kilka, których muzycy z uporem działają dalej i z wydawnictwa na wydawnictwo proponują nam coś nowego. To tego grona zalicza się m.in. gdańsko-elbląski Sounds Like The End Of The World.

SLTEOTW  /  Fot. facebook.com/SoundsLikeTheEndOfTheWorld
Wydane na początku marca "Stories" to wyraźny krok na przód i chyba nawet coś więcej niż próba wychylenia głowy z postrockowej szuflady. W każdym razie panowie są na dobrej drodze do domniemanego celu. Druga płyta przynosi przede wszystkim świeżość. Owszem, nie brakowało jej na debiutanckim "Stages of Delusion", ale tam nie było mowy o przekraczaniu gatunkowych granic. Co najwyżej tych kompozytorskich. Był post rock, była energia i tyle. Tyle i aż tyle, bo zespół na koncertach radził sobie bardzo dobrze. A teraz? Panowie zaczęli kombinować.


Najbardziej w uszy rzuca się elektronika, którą doskonale znamy np. z poczynań amerykańskiego Maserati. Bity dodatkowo napędzają sekcję rytmiczną, pompując w nagrania kolejne pokłady życia i energii. Wręcz chciałoby się, by było ich więcej. Kolejną zaletą jest odnoszenie wrażenia, że poszczególne fragmenty nagrań powstały na drodze improwizacji. Najczytelniej słychać to w pełniącym rolę intra "No trespassing", ale swoje do powiedzenia ma także "Breaking the waves", w którym miejscami robi się wręcz bluesowo. To jeden z tych momentów, gdzie panowie udanie uciekają od gatunkowych korzeni, dzięki czemu zyskują wszyscy - oni sami, płyta i w konsekwencji my.


Nie wiem, czy muzykom SLTEOTW zależy na stopowej bądź całkowitej ucieczce od post rocka, ale z pewnością przed wejściem do studia zależało na nagraniu czegoś innego, co też się udało. Ich drugi album brzmi bardzo dobrze i otwiera przed nimi nowe kompozytorskie horyzonty. Oczywiście daleka jeszcze droga do powszechnego bicia przed nimi pokłonów, ale na szacunek z pewnością zasłużyli. A będzie on jeszcze większy, jeśli panowie zostawią ten post rock na dobre i dadzą się ponieść nowym pomysłom.

niedziela, 16 października 2016

Gdańsk wysyła Europie wyraźny sygnał

O Signal From Europa po raz pierwszy można było usłyszeć w 2014 r. za sprawą "The Landscape After the Flood", kompilacji wydanej siłami internetowej społeczności Post-rock PL. Można było usłyszeć i dość szybko zapomnieć. Ich nagranie przeszło w zasadzie bez echa, przegrywając z utworami o wiele bardziej doświadczonych grup. Jednak minęły dwa lata i w kwietniu odezwali się sami, informując mnie o singlu zwiastującym debiutancką epkę. W czerwcu zaś premierowo zaprezentowałem go w Melodiach, mówiąc przy tym, że młodzież z Gdańska wysyła Europie wyraźny sygnał. Teraz jest on jeszcze wyraźniejszy, bo epka w końcu się ukazała.

Signal From Europa  /  Fot. facebook.com/SignalfromEuropa
Najbardziej w muzyce tych chyba od stosunkowo niedawna na poważnie golących się panach przypadł mi do gustu brak pośpiechu. Niewiele? Otóż wbrew pozorom nie, bo od tego wszystko się zaczyna. "Dusty Monuments" to co prawda zaledwie cztery instrumentalnie, czysto postrockowe nagrania, ale nagrania przemyślane, zarówno kompozytorsko, jak i produkcyjnie. Panowie nie pędzili ku uciesze diabła, lecz mozolnie szlifowali swoje, a dopiero potem weszli do studia. Opłaciło się, bo ta epka intryguje. Być może m.in. dlatego, że nie przypomina demówki, a z drugiej strony daleko jej też do wypieszczonego, sterylnego brzmienia. Dzięki temu brzmi autentycznie i czuć w niej salę prób. Inna sprawa, że jak na dość wąskie ramy gatunku jest całkiem zróżnicowana. Owszem, nie znajdziemy na niej niczego nowego, a utwory tradycyjnie rozkręcają się dość niemrawo, ale może się podobać. I to nawet gdy, tak jak ja, ktoś sądzi, że apogeum zainteresowania rodzimymi przedstawicielami gatunku już dawno minęło. No ale od czego w końcu jest młodzież, której zwyczajnie się chce. 


Debiut Signal From Europa to zdecydowanie zastrzyk świeżej krwi, mający szansę z pewnością nie powalić, ale przynajmniej przyciągnąć uwagę. Te niespełna czterdzieści minut muzyki to energia, emocje spontaniczność i swego rodzaju powiew optymizmu, mogącego zarazić nawet co bardziej zdeklarowanych malkontentów, do których zalicza się m.in. piszący te słowa. Rysuje się tu ciekawa perspektywa i apetyt na więcej, bo po prostu jest ciekawie. Warto dać im szansę, nadstawiając ucha na wyraźnie wysyłany sygnał. Póki co "Dusty Monuments" jest dostępne jedynie w wersji cyfrowej, ale niebawem ma ukazać się również na kompakcie. Słowem, powodzenia panowie.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Nadejście początku

Jak zapowiadał, tak zrobił. Fursy Teyssier od ponad roku przygotowywał fanów na otwarcie nowego rozdziału w historii Les Discrets i teraz nadszedł moment może nie tyle szoku czy wielkiego zaskoczenia, co raczej zderzenia z faktami. Epka "Virée Nocturne" w końcu zdradza, jak wiele Francuz pozostawił za plecami i w jakim kierunku zamierza podążać. Choć z drugiej wszyscy dobrze znający nie tylko muzyczną twórczość sympatycznego artysty z Lyonu nie powinni być przesadnie zaskoczeni. Gdy uważnie przyjrzeć się lub nadstawić ucha, wnioski nasuwają się same. To musiało tak się "skończyć".

Furssy Teyssier /  Fot. facebook.com/lesdiscrets
Gdzie zatem ta nowość? Lider Les Discrets pożegnał się z surowymi, postblackmetalowymi gitarami. Teraz znacznie bliżej mu do eksperymentów. Z czystym sumieniem i do woli może poruszać się w płynnych granicach elektroniki, ze szczególnym uwzględnieniem trip hopu, oraz jeszcze bardziej rozmarzonych postrockowo-shoegazowych zakamarkach muzycznej wyobraźni. Można wręcz odnieść wrażenie, że decyzję podjął dawno temu, ale dopiero teraz, czyli po zamknięciu przeszłości koncertowym "Live At Roadburn", mógł w pełni poświęcić się realizacji nowych pomysłów. Z jakim efektem? Trzeba przyznać, że dość interesującym. Nawet jeśli wiele rozwiązań brzmi znajomo, przywodząc na myśl Portishead czy Massive Attack.  


To jednak dopiero początek. Studząc emocje, należy zwrócić uwagę, że na "Virée Nocturne" trafiły zaledwie cztery kompozycje, a w zasadzie trzy oraz remiks jednej z nich. Co więcej, jeden premierowy utwór oznaczono jako wersję demo. Zatem złośliwi, mając przy tym dużo racji, śmiało mogą mówić o marketingowej zagrywce wydawcy, i to szytej dość grubymi nićmi. No ale najważniejsze, że w końcu poznajemy to, o czym mówiło się już od dawna. A to z kolei początek nowej drugi, w której Fursy Teyssier będzie musiał niejako odnaleźć się na nowo. Niejako, bo ta muzyka tkwi w nim od jakiegoś czasu. Musi "jedynie" umieć ją wydobyć i zaproponować w możliwie najciekawszej formule.


Na więcej będziemy musieli zaczekać do początku przyszłego roku. Wówczas w nasze ręce ma trafić "Prédateurs", regularne już wydawnictwo Les Discrets. Na razie mamy znacznie więcej pytań niż odpowiedzi. Choć i tak wiemy więcej niż jeszcze kilka miesięcy temu czy przy okazji premiery "Live At Roadburn" i towarzyszącemu jej pożegnaniu z melodyjnym i pięknym, ale mimo wszystko nieco surowym, brzmieniem. Zaczekajmy. W końcu jak dotąd Fursy Teyssier nigdy nie zawiódł.

niedziela, 17 lipca 2016

Przychodzi Polak do Norwega

Ile to już lat Jarek Leśkiewicz publikuje wyłącznie w sieci? Nie licząc wydanego w ubiegłym roku krążka Opollo, można odnieść wrażenie, że dzieje się tak od czasu jego odejścia z Echoes of Yul. To oczywiście nieprawda, ale skoro nazwisko opolanina częściej pojawia się za granicą niż w kraju, nie trudno odnieść to mylne wrażenie. Trochę szkoda, gdyż rzeczony gitarzysta skomponował, samodzielnie lub do spółki, kawałek muzyki, która naprawdę zasługuje na coś więcej niż egzystencję w bez końca powielanych i usuwanych plikach. Dotyczy to nie tylko co jakiś czas zabieranego przeze mnie do radia Naked On My Own, ale i Sunset Wrecks, którego nowy album właśnie znalazł się w moich rękach, a w zasadzie na dysku komputera.

Jarek Leśkiewicz  /  Fort. facebook.com/nonmyown  
"Salvaged" to drugi album projektu, który wcześniej co poniektórzy kojarzyli pod nazwą NOMODD, czyli Naked On My Own & Dopedrone. Tworzą go wspomniany opolanin oraz Norweg Martin Anderson. Panowie współpracują już od lat i trzeba przyznać, że dotychczas wychodziło im to całkiem dobrze. Teraz zaś jest nawet lepiej. Co prawda, "Salvaged" nie zaskakuje odwiedzanymi przez nich rejonami dźwiękowej wyobraźni, ale muzyka jest ciekawsza, dojrzalsza i chyba nawet nieco lepiej wyprodukowana. To instrumentalne balansowanie na płynnych pograniczach post rocka, shoegaze'u, doomu, drone'u oraz szeroko rozumianego eksperymentu zdążyło już stać się wizytówką wspomnieniach muzyków. Są konsekwentni, a może nawet i nieco uparci, ale niewątpliwie w tym wszystkim wyraźnie słychać postęp. Tym wyraźniej, im dłużej zna się dokonania Polaka i Norwega, zarówno te wspólne, jak i samodzielne.


To przyjemne dla ucha przestrzenne granie. Czasem ciężkie, czasem melodyjne, ale niemal zawsze leniwe, miejscami wręcz oniryczne. Tu nie ma pośpiechu, nie ma duchoty. Jest za to ciekawy kompromis między wspomnianymi gatunkami. Wszystkie spotkały się w jednym miejscu i udanie ze sobą korespondują. Duża w tym zasługa dość bogatego instrumentarium. Co prawda, wykorzystane na "Salvaged" m.in. gitary, syntezatory, klawisze i sample nie tworzą wirtuozerii i nie oferują nam czegoś, czego byśmy nie znali i co nagle miałoby przegrzać serwery Bancampa, ale to kawałek naprawdę przemyślanej i solidnej muzyki. Dlatego od lat konsekwentnie marudzę pod nosem i na antenie, że czy to Naken On My Own, czy to Sunset Wrecks, wreszcie powinny doczekać się fizycznego wydawnictwa. Te dźwięki zdecydowanie zasługują na coś więcej niż zamkniecie w anonimowym, cyfrowym pliku. Inna sprawa, że na kompaktach tak często oferuje nam się tyle muzycznego śmiecia, że czas w końcu na choćby niewielką odmianę.


Jeśli spodobały Wam się te dźwięki, zajrzyjcie do działu MP3 warte posłuchania. Jeszcze przez pewien czas będziecie mogli pobrać "Salvaged" bez żadnych zobowiązań. Choć oczywiście zawsze istnieje możliwość wsparcia muzyków. Zaś starsze dokonania panów Leśkiewicza i Andesona nadal są na wyciągnięcie ręki, pozostając do Waszej dyspozycji i swobodnego pobrania. Przyjemnej lektury.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Jeśli nie oryginalność, to solidność

Zrządzeniem losu ostatnio w mojej radiowej przegródce lub domowym odtwarzaczu pojawia się nieco wydawnictw z Podlasia. Dotyczy to zarówno archiwalnych kaset pokroju demówek Via Mistica czy Nostradamus, jak i również nagrań jeszcze nie do końca opierzonych debiutantów za sprawą m.in. Starsabout. Tych ostatnich zresztą przybywa, dowodząc, że nasza młodzież też ma coś do powiedzenia. Nie zawsze jest przesadnie ciekawie, nie zawsze wybitnie oryginalnie, ale ważne że jest. W końcu od czegoś trzeba zacząć, a na pewno nie będzie rozwijał się ten, kto nie spróbuje. Wśród owych próbujących są także młodzi z białostockiego Fobia Inc.

Fobia Inc.  /  Fot. Paulina Angielczyk
Co prawda istnieją już pięć lat, ale dopiero teraz ich muzyka zaczyna trafiać do kogoś więcej niż jedynie najbardziej osłuchanych w kazamatach rodzimego instrumentalnego grania. Powodem jest regularny debiut w postaci "Astrial Seasons". Po pierwszym przesłuchaniu szybko można dojść do wniosku, że panowie nie będą mieli łatwego zadania. Nie chodzi to, że nagrali fatalną płytę. Bo nie nagrali. Problem leży gdzie indziej. Nad Wisłą podobnych zespołów jest dużo i trzeba nieźle się napocić, by wyjść z rodzinnego miasta i dość oryginalnie wypaść na tle pozostałych przedstawicieli gatunku. Ale jeśli nie jest oryginalnie, bądź zwyczajnie nie może być, to niech będzie za to solidnie. Jak się okazało, jest.


"Astrial Seasons" to jak na debiutantów bardzo dobrze wyprodukowana płyta. W jej booklecie natrafiamy na informację, że za mastering odpowiada Richard Addison. Jeśli to nie zbieżność nazwisk, muzyką białostoczan zajął się uznany kanadyjski specjalista w tej dziedzinie. Była to bardzo mądra inwestycja. Dzięki niej malkontenci może nie będą aż tak bardzo kręcili nosem, gdy usłyszą dobrze znaną wypadkową post rocka i post metalu. Panowie poruszają się po mocno utartych ścieżkach, choć wcale nie oznacza to, że nie potrafią grać. Bynajmniej. Można nawet dojść do wniosku, że ich niemałe umiejętności giną nieco w echach obranych gatunków. A te zaś najlepiej słychać, gdy panowie odchodzą od onirycznego i przestrzennego grania, dając ponieść się ciężarowi. Wówczas robi się najciekawiej. Im więcej życia, tym lepiej. Sennych postrockowych utworów opartych na budowaniu napięcia i tak jest już nad to. Nowe niewiele wniosą.

Fobia Inc.  /  Facebook.com/fobiainc  
Muzycy Fobia Inc. nagrali płytę, z której mają prawo być zadowoleni. A to ważne, bo daje siły do dalszej działalności - poświęcania czasu, środków i odnajdywaniu motywacji. Co prawda muzycy nie oferują nam oryginalności, ale na "Astrial Seasons" są za to jakość i solidność. Skoro jednak mówimy o debiutantach, to jednak na pewne rozwiązania można przymknąć oko, a w zasadzie ucho. Kilka dobrych słów na starcie nikomu jeszcze nie zaszkodziło, a przecież może jedynie pomóc. Więcej będziemy mogli wymagać po drugiej płycie. To ona dopiero pokaże, ile w muzykach uporu, determinacji i faktycznego talentu. Warto ich zapamiętać i przypomnieć sobie za jakiś czas.

poniedziałek, 28 marca 2016

Nostalgia z Podlasia

Gdy pod koniec lutego na chwilę zatrzymałem się w Białymstoku, zamieściłem w sieci link do nagrania nieco zapomnianego już tamtejszego Judy 4 z adnotacją, że byli to czarodzieje z miasta grindcoru i death metalu. Po dwóch dniach otrzymałem wiadomość od jednego z muzyków Starsabout z pytaniem, czy nie chciałbym posłuchać czegoś nowego ze stolicy Podlasia, bo wbrew pozorom i historii to miasto ma do zaoferowania nie tylko ciężkie granie. Zgodziłem się i tak w moje ręce trafiła ciekawa debiutancka płyta, która oficjalnie powinna ukazać się lada dzień. 

Starsabout  /  Fot.  facebook.com/starsabout1
Niewielu słyszało o tym zespole, a jest to jeszcze trudniejsze, jeśli nie mieszka się w północno-wschodniej Polsce. Fani gitarowej alternatywy z innych zakątków kraju co najwyżej mogli przypadkiem natrafić na zamieszczoną w sieci skromną epkę, za sprawą której w 2014 r. muzycy dali pierwszy znak życia. Teraz Starsabout z pewnością będzie starało się wypłynąć na znacznie szersze wody. Po tym co trafiło na jego debiutancką płytę, śmiało można powiedzieć, że jeśli "Halflights" trafi w ręce osób mających posłuch w środowisku (o zgrozo) tzw. alternatywnego grania, to białostoczanie dotrą do przynajmniej części fanów gatunku, którzy do tej pory byli dla nich nieosiągalni. Z drugiej jednak strony trzeba nazywać rzeczy po imieniu. Regularny debiut Starsabout to solidny album, niemniej warto podejść do niego na spokojnie. Zupełnie tak jak podchodzą do nas muzycy, proponujący przyjemne dla ucha i mieniące się ciepłymi kolorami dźwięki.


Tu nikt się nie spieszy. Nikt nikogo nie popędza. Płynie czas, płynie także muzyka. Nawet prędkość światła wydaje się inna. Ten nastój idealnie pasuje do wyraźnie słyszalnej nostalgicznej i stonowanej obserwacji pędzącej rzeczywistości. Wszyscy gdzieś biegną, ale nie muzycy. Oni stoją, obserwują i grają. Nieodparcie na myśl przychodzą skojarzenia z powszechnie znanymi orkiestrami z Wielkiej Brytanii, Islandii, także Skandynawii, a nawet rodzimym Klimt. Jakby panowie zajrzeli do kilku szuflad i wyjęli z nich to, do czego było im najbliżej. No ale w końcu od czegoś trzeba zacząć, by po kilku latach grania dla wąskiego grona fanów podjąć próbę zaproponowania czegoś więcej. Największą zaletą "Halflights" są rzeczone stonowane emocje, a w zasadzie sposób ich wyrażenia. Z muzyką całkiem sprawnie komponuje się wokal, choć miejscami wydaje się jednak zbyt delikatny. Nie zmienia to jednak faktu, że jest charakterystyczny, a to zawsze ma duże znaczenie.  


Panowie potrafią grać. Jest ich czterech i każdego dobrze słychać. Tu nikt nikogo nie kryje, a ma to olbrzymie oznaczenie, bo w studiu można przecież wyczyniać cuda, tak brutalnie weryfikowane później przez koncerty. Pytanie tylko, czy to przełoży się na coś więcej. "Halflights" nie jest bowiem ani objawieniem, ani sensacją. Jest za to solidnym podsumowaniem pierwszych lat zespołu, stanowiącym bardzo dobry punkt wyjścia dla zaproponowania czegoś naprawdę ciekawego. Zanim jednak Starsabout przestanie być jedną z wielu podobnych grup, trzeba czasu i cierpliwości. Zarówno naszych, jak i muzyków.

sobota, 19 marca 2016

Słuchając na długo przed premierą

Wstrzelili się idealnie. W 2009 r. nagrali i wydali debiutancką płytę, gdy wszyscy słuchali jedynie uznanych zagranicznych postrockowych grup, bo w świadomości szerszego rodzimego odbiorcy tych polskich w zasadzie nie było. No i się zaczęło. Kontrakt, wydanie dwóch kolejnych albumów w dwuletnich odstępach, koncerty w całej Europie, zarówno samodzielne jak i z uznanymi orkiestrami, ciekawe marketingowe zagranie z występami w Indiach i de facto pociągnięcie za sobą wielu młodych, krajowych przedstawicieli gatunku. I co dalej? Nie ma lekko. Trzeba mocno się napocić, by grając instrumentalną muzykę, raz jeszcze spróbować zaskoczyć wiecznie głodnych nowości fanów. A że dzięki uprzejmości warszawiaków już teraz mogłem w całości przesłuchać zapowiedziane na 6 maja "Sefahaven", w temacie czwartej płyty Tides From Nebula mam teraz znacznie więcej odpowiedzi niż pytań.

Tides Fom Nebula  /  Fot. Adam Bejnarowicz  
Nie spodziewajcie się rewolucji. Nie oczekujcie również powtórki z budzącego skrajne emocje onirycznego "Earthshine", czy wulkanu spontanicznej i nieco nieokrzesanej energii z czasów debiutanckiej "Aury". Całościowo tej płycie najbliżej do "Eternal Movement". Wydaje się, że zamykające poprzedni krążek "Up From Eden" w jakiejś mierze można uznać za pewien punkt wyjścia dla "Safehaven". Niestety w tym momencie muszę zabawić się w teoretyka, walczącego o Wasze zaufanie i odwołującego się do wyobraźni, gdyż legalnie mogę tu zamieścić jedynie odsłuch udostępnionego do tej pory singla, czyli poniższego "We Are The Mirror". Nie jest to jednak sytuacja bez wyjścia. Zarówno dla Was, jak i dla mnie.


Czy ten utwór jest reprezentatywny dla "Safehaven"? I tak i nie. Zawiera energię, której tej płycie nie brakuje, ale z drugiej strony w żadnej mierze nie zdradza wszystkiego, w tym chociażby wątku elektroniki, przewijającego się przez różne etapy krążka. W zasadzie im bardziej warszawiacy odchodzą od korzeni, tym lepiej się tego słucha. Ma się poczucie niespodzianki, świeżości, po prostu czegoś nowego. Tych momentów nie ma jednak aż tak dużo, jak mogłoby być. Choć nie oznacza to, że "Safehaven" to zwykła kopia tego, co znamy. Bez przesady. Muzycy zagrali w swoim, rozpoznawalnym stylu. Odważnie postawili na samodzielną produkcję, tym samym otwierając nowy etap w historii zespołu. Słychać dojrzałość i efekty pracy wykonanej przez 8 lat dotychczasowej działalności. To dobra płyta. Przypadnie do gustu zdecydowanej większości fanów, niemniej pokusiłbym się o stwierdzenie, że już czas na coś nowego, a przynajmniej nowszego. Nie trzeba od razu zrywać z przeszłością. Raczej umiejętnie uczynić z niej punkt wyjścia. Najbliższe dwa, trzy lata uznałbym za absolutnie ostatni dzwonek dla muzyków, by wszyscy pamiętający początki zespołu, nadal odnajdywali w nim to, co sprawiało, że zaczęli kupować płyty i chodzić na koncerty. Tytułowa bezpieczna przytań wydaje się nieco zbyt bezpieczna. Odważniej, panowie, odważniej. Na pewno na tym nie stracicie. Wręcz przeciwnie.

Okładka "Savehaven"
By było nieco łatwiej wyrobić Wam sobie zdanie na temat tego, na co czekacie, poniżej znajdziecie charakterystykę wszystkich nagrań, jakie trafią na "Safehaven".

"Savehaven" - pogodne, słoneczne wręcz, wprowadzenie w nastrój płyty, w którym co ciekawe słuchać delikatny kobiety głos, a w zasadzie melodyjne, subtelne zawodzenie; średnie tempo, wysunięta perkusja i nieco elektroniki; (05:32),

"Knees To The Earth" - energicznie i ciężej w dobrze znam znanym stylu; solidnie, ale niestety bez zaskoczenia; do zamieszczenia w dowolnie wybranym miejscu koncertowej setlisty; (05:17), 

"All The Steps I've Made" - niemal dwie minuty wprowadzenia pojedynczej gitary, a potem spokój i przestrzenna elektronika; w zasadzie bardziej interludium niż utwór; czyżby pierwotnie improwizacja? (04:48)

"The Lifter" - bardzo dobry moment na płycie; zalupowany bit, którego temat podchwytuje gitara; energia na średnich tempach i wpadająca w ucho melodia; nagranie z pewnością pojawi się na koncertach promujących "Safehaven" i oby nie tlyko na nich; (06:05),

"Traversing" - najdłuższe nagranie z przyjemną dla ucha partią wysuniętego basu; sprawdzona od lat postrockowa konstrukcja, niemniej bardzo dobrze zagrana i z gamą pomniejszych ozdobników; warto dać głośniej; (06:29),

"Colour of Glow" - najkrótszy utwór na płycie, subtelny przerywnik przechodzący w ambientowe outro, na przeczekanie przed następnym nagraniem; (03:31),

"We Are The Mirror" - udostępniony w sieci singiel; dużo energii i koncertowy pewniak podczas nadchodzącej trasy; spokojnie mógłby pojawić się na poprzedniej płycie; (05:48),

"Home" - dobre zakończenie płyty; najpierw elektroniczny wstęp, dalej perkusja, do której dołącza gitara, i przestrzeń z budowaniem napięcia i standardowymi nieco, ale mimo wszystko, efektownymi gitarowymi erupcjami; (06:21).

Zdanie naturalnie musicie wyrobić sobie sami, jednak pierwsze wnioski możecie wyciągnąć już teraz. Z pewnością dotychczasowi nieprzekonani raczej nie porwą się na kompletowanie dyskografii warszawiaków i gorączkowe sprawdzanie dostępności biletów na zapowiedziane koncerty. Ale ci, którzy lubią, szanują i cenią nie będą rozczarowani. Chyba że już teraz uznają, że studyjnie czas na coś więcej. Ale o tym w pełni przekonają się 6 maja.

sobota, 19 grudnia 2015

No dobrze, ale co dalej?

Debiutowali w momencie, w którym niemal wszyscy wyczekiwali trzeciego albumu Tides From Nebula. Zadanie mieli zatem niełatwe, ale z pewnością znacząco pomogło im wygranie pewnego ponoć popularnego telewizyjnego programu. Choć oczywiście, cytując klasyka, "skończyły się czasy wszechmocnej telewizji" i nikt już nie da się nabrać nawet na najbardziej mozolnie promowanych słabych wykonawców. Tu jednak było inaczej. Debiut brzeskiego Besides miał dużo do zaoferowania i muzycy bardzo szybko wbili się klinem w układ sił na rodzimej postrockowej scenie. A jak jest teraz? Po pierwsze, wydana niedawno "Everything is..." musiała zmierzyć się z tzw. klątwą drugiej płyty, a po drugie, ta premiera skłania do postawienia przynajmniej jednego szalenie ważnego pytania.

Besides  /  Fot. facebook.com/BesidesBand
Ciekawi mnie bardzo, co by się stało, gdyby brzeszczanie zadebiutowali przed Tides From Nebula. Warszawiacy nagrali świetną pierwszą płytę w najlepszym możliwym momencie. A że grać potrafią, to i zasłużenie osiągnęli status najbardziej rozpoznawalnego rodzimego przedstawiciela gatunku. Ale gdyby zamienić kolejność debiutanckich premier, to kto wie, jak potoczyłyby się koleje losu. Dlaczego? Bo Besides to kawałek naprawdę solidnie zagranego i dobrze wyprodukowanego post rocka. Owszem, to prawda, że to wszystko już było, że gatunkowo ani "We were so wrong", ani "Everything is..." nie wnoszą nic nowego, a na Zachodzie takich płyt jest bardzo dużo, ale zespół broni się jednak warsztatem. Ten album można by puścić nawet w Kanadzie i powiedzieć, że to nasze, polskie. Oczywiście nikt nie padłby na kolana, ale wstydu też by nie było. Czy to jednak wystarczy? No właśnie. Tu rodzi się jedna zasadnicza wątpliwość.



Na tle zagranicy polski post rock to gatunkowy skansen. Solidny, ale skansen. Póki co wciąż się podoba, jednak to minie, tak samo jak na Zachodzie minęło apogeum fascynacji tą muzyką. Dlatego w pewnym momencie trzeba będzie zaproponować coś nowego, by przytrzymać uwagę kogoś więcej niż jedynie ortodoksyjnych fanów gitarowego grania. To duże wyzwanie nie tylko przed muzykami Besides, ale i wszystkimi rodzimymi przedstawicielami gatunku. Owszem, można się nie przejmować, bo przesadne napięcie nikomu przecież nie pomoże, ale mobilizacja, przekraczanie granic i chęć stawiania kolejnych kroków byłyby mile widziane. Na tym skorzystaliby wszyscy.



"Everything is..." potwierdza, że zainteresowanie Besides nie wzięło się jedynie z telewizji. Tym albumem muzycy w pełni spłacili kredyt zaufania, zaciągnięty m.in. udanym debiutem i dobrymi koncertami. A o tym, co dalej, nie muszą jeszcze myśleć. Dajmy im nacieszyć się tą płytą. Sobie zresztą również. Na walkę z szufladami przyjdzie jeszcze czas. Albo i nie. Posłuchamy, zobaczymy.

niedziela, 15 listopada 2015

Poznańskie horyzonty

Beyond The Event Horizon wypływa na coraz szersze wody. Była pojedyncza kompozycja zamykająca dwupłytową kompilację "Cold Wind Is The Promise of a Storm", wydanej siłami włodarzy internetowej społeczności Post-rock-PL, jest i teraz wyczekiwana debiutancka płyta. Dla porządku warto jeszcze wspomnieć, a co skrzętnie pominięto w obecnej wersji oficjalnej biografii, że niegdyś było i trzyutworowe demo nagrane z wokalistką. Ma to o tyle znaczenie, że raz, dziś BTEH to inna muzyka, a dwa, wyłącznie instrumentalna. A czy warta uwagi? Owszem, ale z kilkoma ważnymi zastrzeżeniami.
Beyond The Event Horizon  /  Fot. Piotr Gębarowski
Gdy niespełna miesiąc temu poznaniacy grali przed Antimatter w warszawskiej Progresji, brzmieli nudno, sennie i bez wyrazu. W przeciwieństwie do miejscowego Thesis, również poprzedzającego występ Micka Mossa, muzykom nie udało się wydobyć z instrumentów siły, energii i przestrzeni, czyli tego wszystkiego, co paradoksalnie w wielu miejscach usłyszałem później na ich debiutanckim albumie. Chwilami "Event Horizon" bardzo pozytywnie zaskakuje. W znacznej mierze to efekt solidnej produkcji, ale nawet ta przecież nie byłaby w stanie obronić miernych kompozycji. Gdzie zatem znajdziemy najwięcej zalet?


Kluczowymi okazało się kilka rozwiązań, z których największą uwagę przyciągają dwa - dobre riffy w wybranych nagraniach oraz sposób wykorzystania klawiszy. Kwintesencją tych spostrzeżeń są dwie kompozycje - "Movement Cycle" oraz "Unknown Void". Mają wpadające w ucho gitarowe zagrania, brzmią ciężko, przepełnia je energia oraz zimne, niemalże analogowe, brzmienie na pograniczu klawiszy i syntezatora. Rozwinięcie tego ostatniego elementu to największa szansa na to, by w przyszłości poznaniacy skutecznie zwrócili na siebie uwagę. Podobnych zespołów jest bardzo dużo, a instrumentalna fala, jeszcze do niedawna zalewająca Polskę, od jakiegoś czasu systematycznie opada. Same dobre riffy nie wystarczą. Konkurencja jest zbyt duża, a przeciętnych zespołów również nie brakuje. Silniejsze nawiązanie do lat 80., chociażby notabene również poznańskiego Klincz z czasów "Latarnika", mogłoby okazać się strzałem w dziesiątkę. Teraz jest obiecująco, ale w dalszej perspektywie to za mało.


Im dalej od schematów, tym lepiej. Każdy słyszalny jednoznaczny romans z prog lub post rockiem działa na niekorzyść zespołu. W głowie słuchacza natychmiast otwierają się wiadome szufladki. Łamane tempa w "Sharper" czy spokój i melodia "Post Waltz" za bardzo przypominają to, co już znamy. Na szczęście miejscami muzyka jest "gdzieś pomiędzy" i w tym, patrząc na BTEH życzliwym okiem, należałoby upatrywać szansy zespołu. No ale na to będziemy musieli jeszcze zaczekać. Wszak dopiero co poznaniacy ucieszyli się z debiutu. Warto mieć jednak na nich oko i za jakiś czas samemu dokonać weryfikacji, zarówno tej koncertowej, jak i studyjnej. Zespół z pewnością wart odnotowania, ale decydujące okaże się kolejne wydawnictwo. Danie mu szansy z pewnością nikomu nie zaszkodzi.

sobota, 26 września 2015

Z dala od dosłowności

Ubiegłej jesieni, gdy w Waszej obecności rozmawiałem z Michałem Śliwą, muzyk Ehoes of Yul powiedział mi, że dąży do tego, by komponowane przez niego dźwięki nie okazywały się zbyt dosłowne. Była to replika na moje pytanie oparte na jednej z jego starszych wypowiedzi, w której porównał swoją muzykę do rozmazanej fotografii. O ile wcześniej w dusznym i doomowym klimacie Ehoes of Yul miejsca na niedomówienie było znacznie mniej, o tyle teraz jest go bardzo dużo. Opolanin najwyraźniej postanowił zakończyć pewien etap w historii projektu i za sprawą trzeciej regularnej płyty rozpocząć coś nowego. Sądząc po tym, co znalazło się na "The Healing", w pełni mu się to udało. Premiera albumu przypadła wczoraj.

Michał Śliwa  /  Fot. Arch.
W nasze ręce trafia mocno wyciszone i refleksyjne wydawnictwo, zgoła odmienne od tego, czym w zasadzie było dotychczas całe Echoes of Yul. Posłużenie się terminem rewolucji to przesada, jednak zmiana jest na tyle istotna, że śmiało możemy mówić o czymś nowym. Jak bardzo? Słychać raczej ewolucję, rozwinięcie czegoś, co już znamy, ale co też nie było przesadnie eksponowane i zostało wyciągnięte gdzieś spomiędzy dotychczasowych wierszy. Po wysłuchaniu "The Healing" uwagę zwraca przede wszystkim minimalizm. Znacznie więcej tu syntezatorów, klawiszy i jakby chęci wymknięcia się ograniczeniom dyktowanym przez bardziej typowe gitarowe instrumentarium. Z drugiej jednak strony trudno spodziewać się po tym twórcy całkowitego porzucenia sześciu strun, dlatego ten instrument wciąż tu jest. Owszem, czasem schowany za cała gamą efektów, ale jest. Co więcej, w trzech z ośmiu nagrań przypomina o sobie niemalże w starym, cięższym stylu, choć to już raczej romans z przeszłością, niż regularnie uprawiana miłość. Mimo to dobrze, że ta przeszłość gdzieś się przeplata, bo gdyby Śliwa w tym momencie zdecydował się nagrać wyłącznie elektroniczną płytę, przy całym moim uznaniu dla tego muzyka, ta mogłaby okazać się zwyczajnie nudna. Ileż to już razy byliśmy świadkami podobnych sytuacji? A tak "The Healing" niesie ze sobą coś, co dla każdego muzyka jest niemalże kluczowe, a dla nas słuchaczy przyjemne, czyli postępujący rozwój.  


Powoli, bez pośpiechu, przestrzennie i z nastrojem pełnym psychodeli oraz oniryzmu, ale bez przestojów, dźwiękowych zapychaczy i nudy. W efekcie trafia do nas coś, co trudno włożyć do szuflady z jedną krótką etykietą. Ani to doom, ani post rock, ani ambient, ani też trip hop, o który momentami pan Śliwa się ociera. No i dobrze. Dzięki temu słychać tu postęp i najpewniej zarys kierunku, w którym twórca chciałby się rozwijać. W dotychczasowych rejonach zrobił już chyba wszystko, co można było, zatem na tym etapie działalności nie mógł wybrać lepiej.



Warto wspomnieć jeszcze o jednym. Dobrze, że mimo wyraźnie słyszalnych zmian, Michał Śliwa pozostał przy filmowych, jak mniemam, samplach. Wątek kina niemal do zawsze przeplatał się w muzyce Echoes of Yul i nadawał jej smaczku. Był to znakomity dodatek. Czasem zaskakiwał, czasem uzupełniał, ale pasował zawsze. W nagraniu "Organloop" pada jedna wymiana zdań, która daje do myślenia, zwłaszcza, gdy słucha się jej w słuchawkach.  "Możesz ocalić świat" - mówi mężczyzna. "Chrzanić świat" - odpiawada kobieta. Właśnie, chrzanić. A w zasadzie najpierw posłuchać "The Healing", a potem chrzanić.

wtorek, 19 maja 2015

Wyluzowani za nas wszystkich

Zmęczony typowym postrockowym graniem, pełnym migoczących świateł, solówek, miarowo narastających temp, ambientowych interludiów i finalnych gitarowych erupcji, uważniej rozglądam się na boki. W ten sposób zaciekawiło mnie kilka rodzimych zespołów, których muzycy chcą czegoś więcej lub czegoś innego, dalekiego od gitarowych i artystycznych pogoni. W pierwszym przypadku moją uwagę z powodzeniem przyciągnął kwidzyński Underfate, o którym nota bene niedawno w Waszej obecności rozmawiałem z jednym z muzyków, w drugim zaś warszawska Foma.

Foma  /  Fot. facebook.com/fomadrony
Nie są zbyt wylewni, nie piszą o sobie zbyt wiele. Może im się nie chce, może zwyczajnie sądzą, że nie muszą, a może, i to chyba najbardziej prawdopodobnie, nie ma to dla nich większego znaczenia. Skąd ten wniosek? Wystarczy posłuchać ich muzyki. Mają wszystko w tyle i grają swoje. Te dźwięki po prostu płyną, a ich korzenie to zdecydowanie improwizacja. Przypomnijcie sobie Mogwai i Earth. Kopiowanie? Bez przesady. Raczej podobny ton, ze szczególnym wskazaniem na rzeczonych Szkotów. Tu nie ma pośpiechu, pretensjonalnych fajerwerków, bądź jakiegoś napinania się i udowadniania czegoś za wszelką cenę. Są za to święty spokój, przyjemnie dla ucha leniwe kompozycje i  poczucie humoru przeplatane dużym dystansem do tego, co się robi. Ten, Który Gra Wolno, Ten, Który Gra Bezprogowo i Ten, Który Gra Równo - tak piszą o sobie. Komentarz zbyteczny.


Jak dotąd muzycy wydali własnym sumptem dwa materiały. Debiutancki "Dronomil Sowa" ukazał się w październiku ubiegłego roku, zaś teraz w nasze ręce trafiła licząca dwa utwory epka "Fowa". Panowie dysponują typowo rockowym instrumentarium, ale słychać, że ciągnie ich do poszerzenia go o dodatkowy element, a w tej stylistyce najbliżej im oczywiście do drone. Jednak niezależnie do tego, co wybiorą, w pewnym momencie będą musieli podjąć decyzję o przesunięciu ściany lub jej ewentualnym całkowitym wyburzeniu. No ale, przynajmniej w teorii, do tego jeszcze daleka droga.


Pod koniec filmu "Big Lebowski" braci Cohen pojawiają się słowa charakteryzujące głównego bohatera.  W uproszczeniu narrator mówi: dobrze wiedzieć, że gdzieś tam jest koleś wyluzowany za nas wszystkich. W kontekście Fomy śmiało można sparafrazować to zdanie i powiedzieć: dobrze wiedzieć, że gdzieś tam jest zespół wyluzowany za nas wszystkich. A jak za wszystkich, to zarówno napiętych muzyków jak i napiętych słuchaczy. W dziale MP3 warte posłuchania znajdziecie oba wydawnictwa warszawiaków. Wyluzowani muzycy udostępnili je w całości.

czwartek, 30 kwietnia 2015

Szukając czegoś więcej

Coraz ciaśniej w rodzimym post rocku. Moment fascynacji udanym przeniesieniem światowych wzorców na krajowy grunt już dawno minął. Teraz doczepienie swojego wagonika do lokomotywy o nazwie Tides From Nebula to zdecydowanie za mało, a i sami maszyniści również muszą odpowiedzieć sobie na pytanie, co dalej. Obecni debiutujący fascynaci instrumentalnych gitarowych wojaży stają przed koniecznością poszukania czegoś więcej. Jeśli im się nie uda, przepadną. Ich muzyka zostanie uznana za typową, wtórną i rok później mało kto będzie o nich pamiętał. Co więcej, przy bieżącym  nasyceniu sceny jest to coraz trudniejsze. Przykłady jednak się znajdą. Za sprawą ciężaru i przestrzeni ta sztuka na pewno udała się muzykom gdańskiego Spoiwa. Z kolei wrocławskie Blank Faces także podjęło rękawicę, sięgając po elektronikę. Teraz zaś do tego grona nieśmiało puka również kwidzyńskie Underfate.

Underfate  /  Fot.  facebook.com/underfate
To mało znany zespół, dopiero wypływający na szersze wody za sprawą debiutanckiej płyty "Seven". Chociaż, jeśli ktoś ma dobrą pamięć, być może przypomni sobie pewne nagranie zawarte na "Cold Wind is the Promise of a Storm", drugiej z trzech dotychczasowych kompilacji wydanych siłami internetowej społeczności Post-rok.PL. Wówczas, czyli nieco ponad rok temu, niewiele przemawiało za tym, by muzycy Underfate próbowali wnieść do tego gatunku coś więcej, a przynajmniej w obrębie jego rodzimej interpretacji. Bliżej im było raczej do muzycznej ciekawostki z niewielkiego miasta niż grupy, na którą warto zwrócić uwagę w pierwszej kolejności. Coś się jednak zmieniło, a tym czymś okazał się powrót do korzeni post rocka i spojrzenie na niego przez pryzmat jednego z jego ojców, czyli rocka progresywnego. 



To był dobry pomysł. Dzięki niemu "Seven" udanie wyróżnia się na tle dość licznej grupy młodych przedstawicieli tej odmiany gitarowego grania. Olbrzymia w tym zasługa współgrania klawiszy i gitary. To one razem lub na przemian prowadzą całość. Co więcej, brzmią na tyle charakterystycznie, że miejscami kojarzą się, bądź przypominają, zarówno dokonania Abraxas czy Collage, jak i zagraniczną klasykę gatunku. Z drugiej zaś strony jest tutaj i post rock sam w sobie, a w nim naturalnie wszelkie doskonale znane, a nawet typowe, pomysły i patenty. Mimo to te dwie spokrewnione muzyczne koncepcje uzupełniają się do tego stopnia, że miejscami aż chce się zadać pytanie, co dla czego było potencjalnym punktem wyjścia. Warto jeszcze wspomnieć o warsztacie. By pokusić się na ten muzycznie kazirodczy mariaż, trzeba mieć otwartą głowę i sprawne palce. Muzycy Underfate mogą cieszyć się z jednego i drugiego. Wbrew pozorom na "Seven" każdy z nich daje o sobie znać. Klawisze i gitara to nie wszystko. Sekcja rytmiczna stanowi również zgrany duet. Poza muzyką jest coś jeszcze. To pomysł, koncepcja, myśl przewodnia, czyli coś, co nadaje zebranym dźwiękom głębszy sens. W przypadku "Seven" to historia chłopca budzącego się po 14 latach śpiączki. Mimo że każdy z siedmiu utworów jest instrumentalny, wiąże się z nim konkretny tekst. O czym? Tego dowie się każdy, kto przezwycięży lenistwo i zajrzy do książeczki dołączonej do płyty. 



To przyjemna dla ucha, obrazowa i przestrzenna muzyka, udanie wymykająca się schematom powodującym powolne wypalanie się młodej rodzimej post rockowej sceny. Stanie w miejscu oznacza regres, dlatego warto postawić kolejny krok. Za pośrednictwem "Seven" postawili go muzycy, postawić go mogą również fani dokonań rodzimych przedstawicieli gatunku. Słowem, eksperyment udał się, a pacjent żyje i ma się dobrze. Odsłuch całej debiutanckiej płyty kwidzynian znajdziecie tutaj.

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Zamknięcie pewnego rozdziału

Fursy Teyssier dość szybko zaskarbił sobie uznanie i sympatię wielu osób. Ten wszechstronny artysta z Lyonu dał się poznać jako znakomity grafik oraz zdolny reżyser. To jego okładki zdobią wybrane wydawnictwa niemieckiej Prophecy Productions i to on odpowiada za teledyski m.in. The Old Dead Tree, Ghost Brigade oraz Secrets of The Moon. Obecnie jednak najbardziej jest znany jako muzyk Les Discrets, z którym nagrał dwie płyty oraz dwa splity, choć oczywiście jego przygoda z gitarą obejmuje także dzieje Alcest, Amesoeurs, a epizodycznie nawet i Empyrium. Za punkt muzycznej przygody obierając fascynację black metalem, podobnie jak Neige z Alcest, przebył drogę muzycznej ewolucji, która zaowocowała oryginalnym i bardzo charakterystycznym podejściem do wypadkowej post rocka, shoegaze'u i wspominanej muzycznej czerni. A co przy tym ważne, stawiając na estetykę, nie przekroczył granicy naiwności, marzycielstwa i "piękna", co niestety przydarzyło się jego wspomnianemu przyjacielowi. A jak będzie teraz? Z pewnością inaczej. Nowe wydawnictwo to jednocześnie zapowiedź końca tego, co słyszeliśmy dotychczas.

Fursy Teyssier  /  Fot.  facebook.com/lesdiscrets
5 czerwca ukaże się "Live at Roadburn", pierwsza koncertowa płyta Les Discrets, na której znalazł się zapis tego, co w 2013 r. Francuzi zagrali w holenderskim Tilburgu w ramach Roadburn Festival. Obok Fursy'iego i byłego już dziś perkusisty Les Discrets Jeana Deflandre, na scenie znaleźli się także muzycy Alcest - Neige oraz zazwyczaj wspomagający go na koncertach, także tych granych w Polsce, Pierre Corson. Inna sprawa, że wspomniany Jean Deflandre przez wiele lat grał równolegle w Alcest i Les Discrests. Dziś skupia się już tylko na tym pierwszym zespole. Ten koncertowy album to podsumowanie dekady działalności grupy, podczas której kluczowe były dwie regularne płyty - "Septembre et Ses Dernières Pensées" z 2010 r. oraz wydane dwa lata później "Ariettes Oubliées". Studyjną magię udało się przenieść na scenę. Dużo tu gracji, lekkości, nastroju i ciężaru, a nawet estetyki charakteryzującej francuską piosenkę popularną. Owszem, ten ostatni element brzmi może i dość groteskowo, ale pozwala zrozumieć, co jeszcze tkwi w tych dźwiękach, a co jest znamienne niemal dla całej muzyki znad Sekwany. Dlaczego zatem, skoro trzeci album jest równie znakomity jak jego studyjni poprzednicy, Fursy Teyssier mówi "c'est fini"? No może nie do końca to koniec, ale takiego Les Discrets, jakie znamy, już chyba nie uświadczymy. Przynajmniej nie przez jakiś czas.

Fragmenty "Live at Rouadburn"



Już jakiś czas temu Teyssier ogłosił, że porzuca typowo rockowo-metalową stylistykę i nowe nagrania Les Discrets będą czymś zupełnie innym. Do głosu dojdą syntezatory i wszelka szeroko rozumiana elektronika. Sądząc zaś po zdjęciach ze studia i przedstawionym na nich instrumentarium, możemy spodziewać się muzycy o wiele bardziej nastrojowej, przestrzennej i nieco wyciszonej. Z pewnością nie zabraknie klawiszy i gitar akustycznych, zupełnie inaczej ma brzmieć także perkusja. Album jest już nagrany, teraz czas na postprodukcję. Być może jakąś podpowiedzią okaże się poniższe wideo z początku tego roku. Dwa tygodnie później Fursy Teyssier wszedł do studia.



środa, 15 kwietnia 2015

U podnóża Karpat

Jak tak dalej pójdzie, Rzeszów odzyska należne mu miejsce na współczesnej muzycznej mapie Polski i nie będzie już kojarzony tylko z archiwami rodzimej zimnej fali bądź m.in. Jesus Chrysler Suicide. Ostatnimi czasy dość często trafiają w moje ręce przesyłki nadane w stolicy Podkarpacia. Tak było m.in. z płytą God's Own Medicine, ciekawym debiutem Hidden by Ivy, dwoma albumami Spiral i tak też teraz jest z pierwszym wydawnictwem raczej anonimowego jeszcze Warm Shelter. 

Fot.  facebook.com/Warm.Shelter.Music
O grupie nieco głośniej zrobiło się w ubiegłym miesiącu, gdy w nasze ręce trafiła dwupłytowa kompilacja "Landscape Afrer the Flood". Na trzeciej części zestawienia młodych rodzimych przedstawicieli post rocka i okolic znalazło się nagranie "Far From The Stars". Rzeszowianie przygotowali tę kompozycję specjalnie z myślą o tym wydawnictwie i trzeba przyznać, że wykorzystali szansę w postaci otwierania całego zestawienia. Ciepło i miło dla ucha, choć na szczęście jeszcze nie przesadnie marzycielsko i naiwnie. A co było wcześniej?



Zanim doczekaliśmy się trzeciego już fonograficznego efektu pracy ekipy Post-rock.PL, w maju ubiegłego roku bez żadnego rozgłosu ukazała się debiutancka epka Warm Shelter. To skromne, wydane własnym sumptem, czteroutworowe wydawnictwo, a w zasadzie zawierające trzy nagrania, z czego jedno w dwóch wersjach, udowodniło, że dostrzeżenie ich przez twórców wspomnianej kompilacji nie było przypadkiem. Trzeba jednak postawić sprawę jasno. Proponowana przez rzeszowian synteza post rocka i ambientu nie jest żadnym objawieniem. Brzmi jednak solidnie i, jak na debiutantów, zawiera elementy dające podstawę ku temu, by w przyszłości sprawdzić, czy przypadkiem muzycy nie postawili kolejnego kroku i nie nagrali czegoś ciekawszego. Choć oczywiście nie oznacza to, że teraz jest nudno.
 


Debiut Warm Shelter to dawka licznych postrockowych standardów, ale i gdzieś głębiej przejawów potencjału. Muzycy dość swobodnie łączą ze sobą elektronikę, gitary i wiolonczelę. Brzmi to dość lekko, swobodnie, bez oznak wymęczenia i ciągnięcia za uszy. Słychać tu duże możliwości i wiele kierunków, które można by obrać, co de facto potwierdziło nagrane po ukazaniu się tej epki rzeczone "Far From The Stars". Jedynym większym mankamentem są partie wokalne w "Worlds". W wersji instrumentalnej utwór brzmi zdecydowanie lepiej, gdyż głos i sposób śpiewania za bardzo przybliża całość do shoegazowo-postrockowej sztampy, którą słyszeliśmy już tysiące razy. Nie warto, nie w ten sposób. Szkoda tej muzyki.


Przy takim punkcie wyjścia wydaje się, że muzycy zyskają najwięcej, jeśli gitara ustąpi miejsca elektronice i sekcji rytmicznej. Dzięki temu brzmienie będzie cieplejsze i bardziej przestrzenne, tym samym znacznie szybciej przyciągając uwagę słuchacza. Słowem, wszystko w rękach rzeszowskiej młodzieży. Początek mają obiecujący. Zobaczymy, co będzie dalej.

piątek, 27 marca 2015

Dźwięki zespojone

Są zespoły, w których muzykę wierzymy już po pierwszym nagraniu, dające nam wszelkie podstawy do tego, by cierpliwie zaczekać na coś więcej niż cyfrowy singiel lub skromną epkę. Nie ma ich dużo, ale raz na jakiś czas ich muzyka dobiega do naszych uszu. Za przykład niech posłuży chociażby trójmiejskie Spoiwo, którego muzycy wzbudzili olbrzymią ciekawość zaledwie dwoma utworami opublikowanymi w sieci. Choć należy także wspomnieć, że nie bez znaczenia były promujące je filmy, które śmiało można było traktować jako profesjonalne teledyski. Od tamtej pory minęły niemal trzy lata i wprost proporcjonalnie do upływu kolejnych miesięcy rosły poziom zwątpienia i liczba pytań, która w sadzie sprowadzała się jednego - czy będzie z tego coś więcej? Otóż w końcu jest.

Spoiwo  /  Fot. facebook.com/Spoiwo
"Salute Solitude" to pół godziny ciężaru i przestrzeni składających się na instrumentalną grę kontrastów, zawieszoną gdzieś pomiędzy post rockiem i ambientem. Brzmi oryginalnie? Bynajmniej. Jednak sposób, w jaki młodzi gdańszczanie podeszli do tematu i finalna produkcja ich wydawniczego debiutu, czynią z niego coś, co na rodzimej scenie z pewnością nie przejdzie bez echa. Po prostu nie może. Dlatego doszedłem do wniosku, że najlepiej będzie, gdy o "Salute Solitude" opowie ktoś, kto brał bezpośredni udział w powstawaniu tej płyty.



W najbliższy poniedziałek Waszym i moim gościem będzie Krzysztof Zaczyński, jeden z pięciorga muzyków tworzących Spoiwo. Pytań nasuwa się na tyle dużo, że w ciągu godziny nie sposób będzie poruszyć wszystkie wątki, niemniej tych najciekawszych z pewnością nie zabraknie. Zazwyczaj daleki jestem od przesadnego optymizmu i euforii, ale doświadczenie podpowiada mi, że w tym przypadku jest to w pełni uzasadnione. Do usłyszenia w poniedziałek o północy.

środa, 18 marca 2015

Post rock po raz trzeci

Trudno nie być pod wrażeniem punktualności i konsekwencji włodarzy internetowej społeczności Post-rock.PL. Skutecznie skupili wokół sobie niemałe grono rodzimych sympatyków gitarowego grania, z powodzeniem organizują koncerty polskich i zagranicznych grup oraz sprawiają, że poznajemy ciekawych krajowych wykonawców na dość wczesnym etapie ich działalności. A gdzie w tym wszystkim wspomiana punktualność? W dacie ukazania się trzeciej części kompilacji prezentujących naszych przedstawicieli post rocka, post metalu i wszelkich dźwiękowych okolic. 

Okładka "The Landscape After the Flood"
Zaczęło się w marcu 2013 r. od cyfrowego zestawienia 24 wykonawców pod tytułem "Lights and Air". W lutym następnego roku, skłonieni olbrzymim zainteresowaniem, autorzy kompilacji wydali już na fizycznym nośniku dwupłytową "Cold Wind is the Promise of a Storm", której nakład rozszedł się niemal w całości. Teraz zaś, niemal dokładnie rok później, w nasze ręce, ponownie na dwóch krążkach, trafia "The Landscape After the Flood". Wysoki poziom wydawniczej serii został podtrzymany. Na śmiałym pomyśle raz jeszcze skorzystali wszyscy. Środowisko otrzymało kolejny integrujący impuls. Zespoły poszerzyły swoje dyskografie, otrzymały też egzemplarze, które mogą rozprowadzać na koncertach wraz ze swoimi wydawnictwami. My zaś możemy nabyć bardzo rzetelnie przygotowaną i przyjemnie dla oka wydaną płytę w zaskakująco skromnej cenie, porównywalnej z równowartością butelki popularnego niegazowanego trunku. A żeby tego było mało, każdy chętny może pozyskać cyfrowy odpowiednik krążków bez jakichkolwiek zobowiązań. W zasadzie same zalety.


A co z muzyką? Największą zaletą tego wydawnictwa jest oczywiście faktycznie pokaźna liczba młodych wykonawców, których nazwy w komplecie kojarzą co najwyżej najbardziej wtajemniczeni z kręgu Post-rock.PL lub absolutni maniacy gatunku, każdą wolną chwilę poświęcający na poszukanie kolejnych debiutantów. Choć oczywiście w zestawieniu nie zabrakło kilku rozpoznawalnych już wykonawców, jak chociażby bielska Moanna, wareckie Maszyny i Motyle, krakowski Fleshworld, coraz śmielej poczynające sobie warszawskie The Frozen North, czy np. również stołeczny Moonglass, poboczny projekt dwóch muzyków Tides Fron Nebula. Oprócz dużego zróżnicowania pod względem stażu zestawionych grup, "The Landscape After the Flood" charakteryzuje się również niemałym wachlarzem stylistycznym. Dominuje oczywiście post rock, ale on przecież niejedno ma imię. Jest lżej, ciężej, mniej bądź bardziej gitarowo. Znajdą się również elektronika, smyczki, trąbki, przestrzenne klawisze oraz instrumentalne i w zasadzie piosenkowe utwory, a nawet dźwięki nawiązujące do progresywnego grania. Post metal i gitarowy industrial także mają tu swoich przedstawicieli.


Z dziennikarskiego punktu widzenia ta kompilacja to rzecz bezcenna, będąca równie wartościową dla fanów rodzimych przedstawicieli gatunku. Wszak świeżej krwi i nowych pomysłów nigdy za wiele, a w końcu na dwóch płytach "The Landscape After the Flood" w znacznej mierze znajdziemy grupy, których muzycy nie cieszyli się jeszcze z regularnego debiutu. W większości to nagrania z materiałów demo, singli i pomniejszych wydawnictw, czasem szumnie nazywanych epkami, często opublikowanych jedynie w wersji cyfrowej. Jest zatem w czym wybierać. Minione dwa lata pokazały, że co ciekawsze zespoły, wychwycone przez układających dotychczasowe kompilacje, dopięły swego i dotarły do szerszej grupy odbiorców. W tym przypadku z pewnością będzie podobnie, gdyż potencjał jest, i to duży. A co za rok? Czwarta część? Być może. W stosownym momencie spojrzymy w kalendarz i odpowiemy sobie na pytanie, czy formuła już się wyczerpała, czy może jeszcze nie. W każdym razie, spotykając na koncercie lub ulicy pomysłodawców serii, warto uchylić kapelusza. Udało im się stworzyć coś wartościowego, czym możemy pochwalić się również poza granicami Polski. Cyfrową wersję kompilacji możecie bezpłatnie pobrać tutaj.

Lista wykonawców


CD 1

1. Warm Shelter - Far From The Stars
2. Frondibus - The Splitting Prism
3. Moanaa - Lit
4. Ennoven - Celestial
5. Spiral - Dive
6. Maszyny i Motyle - Artefakty
7. The Frozen North - Movement of Empires
8. Backbone - Cathedral
9. nespaperflyhunting - 3 words   
10.Miro - Be There

CD 2

11. Moonglass - Red in Azure
12. Sekta Denta - Beatrap
13. Tsima - Split
14. Craith - Maedr
15. HOAP - Noise
16. Signal From Europa - Pandorum
17. Foma - Podró­ż, której nie było
18. The Last Cube Of Sugar - You
19. Fleshworld - Rezygnacja
20. Paweł Oleksiński - 夢mèng
21. Eaten Sun - Loneliness of the Moon

niedziela, 4 stycznia 2015

Gitara została w tyle

Gdy w 2007 r. rodzima Requiem Records wydała debiutancką płytę sopockiego Klimt, ta w zasadzie przepadła w natłoku premier innych, bardziej uznanych i rozpoznawalnych wydawnictw. Dopiero po jakimś czasie, gdy okazało się, że "Jesienne odcienie melancholii" to naprawdę kawałek dobrej muzyki, pocztą pantoflową rozeszła się wieść, która wyszła poza krąg najbardziej zagorzałych sympatyków shoegaze'u i post rocka. I tak Antoni  Budziński przestał być anonimowym muzykiem. Trzy lata później za sprawą Polskiego Radia doczekaliśmy się "Agape", dźwięków ze znacznie większą domieszką światła, optymizmu, melodii i marzeń. A teraz? 9 lutego ukaże się trzeci album Klimt.

Antoni Budziński  /  Fot. facebook.com/klimtpl  
Wszystko wskazuje na to, że "Genesa" w znaczący sposób będzie różniła się od poprzedniczek. Przedpremierowe odsłuchy to wyraźna dawka przestrzennej elektroniki, klawiszy i ambientu, które najwyraźniej wyeksponowano kosztem gitar. Płyta zapowiada się na spokojną, dojrzałą i, ku być może zaskoczeniu wielu osób, bez shoegaze'owo-postrockowych wojaży. To dobrze, a nawet bardzo dobrze, gdyż pod szyldem Klimt w nasze ręce powinno trafić coś nowego i wiele wskazuje na to, że tak też się stanie. 


Co ciekawe zakończenie nagrywania "Genesy" Antoni Budziński oznajmił niemal dokładnie rok temu. Jednak zaskakująco tuż po tym nastała wielomiesięczna cisza, a po niej ni stąd ni zowąd poznaliśmy rzeczoną datę premiery. By mieć pełny obraz trzeciego albumu Klimt, musimy zaczekać jeszcze miesiąc, ale pierwsze zdanie możemy wyrobić sobie już teraz na podstawie powyższego nagrania i poniższego teledysku. Gdy płyta znajdzie się w moich rękach, z pewnością zabiorę ją na nasze spotkanie i wówczas będziemy mogli sprawdzić, jak te przyjemne dla ucha zapowiedzi mają się do rzeczywistości.   

niedziela, 26 października 2014

Muzyka z krainy deszczowców

Do rodzimych wykonawców, tym bardziej dopiero co dających o sobie znać, zawsze podchodziłem z nieco większą dozą życzliwości niż w przypadku ich zagranicznych odpowiedników. Nawet jeśli w ich muzyce nie było tego "czegoś", a inspiracje okazywały się aż nadto słyszalne, szukałem innych walorów, które dawałyby podstawy uwierzenia w młodych muzyków i zaufania im przez poświęcenie czasu oraz nierzadko także środków. W większości przypadków nie zawiodłem się i później w moje ręce trafiały prezentowane w Melodiach ich kolejne i zarazem coraz ciekawsze wydawnictwa. Czy w przypadku Rainy Summer będzie podobnie? Coś mi podpowiada, że nie można tego wykluczyć, gdyż potencjał w zespole jest wyraźnie słyszalny. Muzycy pochodzą ze Stargardu Szczecińskiego i w tym roku zadebiutowali skromną dwuutworową epką.

Rainy Summer  /  Fot. facebook.com/rainysummerz
To dwie osoby, których przejawy wspólnej aktywności zaczęły pojawiać się w globalnej sieci na początku tego roku. Korzenie i chęć grania określonej muzyki są jasne. Zaczęło się od surowych postrockowo-shoegaze'owych mariaży z wyraźnie blackmetalową nutą i wszystko nadal zmierza w tym kierunku. Sęk w tym, że taka muzyka już nie zrobi na nikim wrażenia, chyba że dany wykonawca będzie miał oryginalny bądź przynajmniej w jakiejś mierze charakterystyczny sposób na jej wykonanie. A jak jest tutaj? Co najmniej deszczowo.


Epka "Forestate of summer" dowodzi, że młodzi muzycy mają jakiś pomysł na ten zespół. To skromne cyfrowe wydawnictwo wyraźnie różni się od ich początkowych nagrań demo, jakże typowych dla wspomnianej wypadkowej gatunków. Jest surowo, ale i nie brakuje wyraźniej melodii oraz nastroju. Na szczęście muzyka nie została uzupełniona typowym blackmetalowym skrzekiem. Zastąpiły go przestery nałożone także na słowa wypowiedziane lub wykrzyczane po polsku, co zdecydowanie sprawdziło się w powyższym nagraniu "Ciągle padał deszcz". Znalazło się także nie co miejsca przestrzenne brzmienie oraz senne partie gitar. 


A czego brakuje? Przyjmijmy, że na tym etapie niczego. Za wcześnie jeszcze, by wymagać więcej. Tu wszystko się rozwija i ma przed sobą jakąś perspektywę. Można jedynie zasugerować, że kierunek obrany na "Forestate summer", zwłaszcza w przypadku "Ciągle padał deszcz", wyróżniłby ten zespół spośród innych. A gdyby dopracować nieco produkcję, to byłoby jeszcze bardziej obiecująco. Niebawem przekonamy się, co wyjdzie z tych rozbudzonych nadziei. W 2015 r. muzycy Rainy Summer wydadzą debiutancką płytę. A tymczasem w dziale MP3, których warto posłuchać znajdzie rzeczoną epkę "Forestate summer", w całości udostępnioną przez samych zainteresowanych.