Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rocznica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rocznica. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 lipca 2020

15 lat Melodii Mgieł Nocnych

15 lat to dużo w życiu człowieka. Tym bardziej, jeśli jeszcze do nie tak dawna ganiało się z indeksem po wydziałowych korytarzach. Chociaż zaraz, te piesze wycieczki i maratony zakończyłem z kolei niespełna... No właśnie. Wieki temu. A teraz? Praca, liczne prywatne i świadome zobowiązania  uniemożliwiające przywrócenie tej witryny do świata żywych i zarazem ostatnia prosta do kryzysu wieku średniego. Ale nie wszystko jeszcze stracone. Przynajmniej nie do momentu, w którym Melodie Mgieł Nocnych wciąż będą miały swoje miejsce w ramówce Radia Kampus. Tak jak mają od 6 czerwca 2005 r.


Na 36 minut przed rozpoczęciem Melodii / Fot. RG

Im mam mniej czasu na przygotowywanie kolejnych programów, im bardziej zastanawiam się, czy może jednak nie ustąpić pola młodszym, tym otrzymuję od Was więcej listów, w studiu również telefonów, a zespoły, agencje promocyjne i wytwórnie przesyłają więcej płyt i linków do cyfrowych wydań premierowych albumów. Stałem się niejako zakładnikiem tej audycji. Ponad 700 zarwanych nocy z poniedziałku na wtorek, niemal 300 odsłuchów ostatnich Melodii co tydzień przygotowywanych do emisji i publikowanych przed nadejściem kolejnej wizyty w radiu. Dużo tego i czasem brakuje sił, co niestety, rzadko, bo rzadko, ale jednak, słychać na antenie. Ale mimo wszystko znajduję na to czas i energię, bo wiem, że jest to dla Was ważne. Tego trudno nie docenić i za to Wam dziękuję.  





Dlatego mocno zmęczony minionymi 15 latami szalenie intensywnej pracy, ale i pełen bezcennej satysfakcji, przeklejam tutaj opublikowany niemal dwa miesiące temu odsłuch audycji uświetniającej 15 lat naszych poniedziałkowych spotkań na 97,1 FM w warszawskim Radiu Kampus. By Wam podziękować, by pozostał ślad na tej stronie i by w końcu przypomnieć niektórym, że wbrew pozorom Melodie mają się bardzo dobrze. Do usłyszenia w najbliższy poniedziałek o północy.

P.S.

Działy odsłuchów archiwalnych audycji i playlist są aktualizowane regularnie, raz w tygodniu.

poniedziałek, 30 grudnia 2019

Śmierć radiowca

Nigdy nie byłem wyznawcą Tomasza Beksińskiego. Nigdy nie słuchałem jego audycji na kolanach. Nigdy też nie byłbym skłonny zakrzyczeć każdego, kto choćby pod nosem pisnąłby teraz o nim pół słowa krytyki. Ale mimo to ceniłem go. Za tłumaczenia odcinków i filmów Latającego Cyrku Monty Pythona i "Bondy". Za muzyczną wiedzę. Za to, że twórcza wolność była dla niego ważniejsza, dlatego nigdy nie podpisał umowy o pracę z Polskim Radiem, pozostając wiecznym współpracownikiem. W końcu, za pomysł na prezentowanie muzyki i opowiadanie o niej. Otóż to, opowiadanie. Nie mówienie. Dlatego właśnie nie mogłem przejść obojętnienie obok 20. rocznicy jego samobójczej śmierci. Dlatego, gdy wybiła północ i radiowy kalendarz pokazał 24 grudnia, Wigilię Bożego Narodzenia, Melodie Mgieł Nocnych nie mogły być inne.


Tomasza Beksińskiego postanowiłem wspomnieć przede wszystkim prezentowaną przez niego muzyką. Bo ona nie dzieli, w przeciwieństwie do opinii na temat jego życia, charakteru czy relacji z innymi. Zwłaszcza po ukazaniu się książek Magdaleny Grzebałkowskiej i Wiesława Weissa oraz premierze filmu "Ostatnia rodzina". Słowem, ukłon radiowca w stronę radiowca.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Nowa i nowsza Aleksandria

Kilka ładnych lat temu w moje ręce nagle zaczęły trafiać pojedyncze opracowania nagrań Siekiery z czasów "Nowej Aleksandrii". Stały za nimi zazwyczaj mało znane zespoły lub te, którym nigdy nie zależało na nadmiernej rozpoznawalności. Mówiło się o wydaniu płyty złożonej w hołdzie rodzimej legendzie. Ostatecznie ten krążek nigdy się nie ukazał. Szkoda, bo ta oddolna inicjatywa zapowiadała się na prawdę ciekawie, pachnąc czymś niemasowym i autentycznym, jak np. "Nie ma zagrożenia jest Dezerter - Tribute to Dezerter". Temat był jednak na tyle ciekawy, że prędzej czy później ktoś musiał go podjąć. I tak teraz ukazała się "Nowsza Aleksandria".

Okładka "Nowszej Aleksandrii"
To zapis koncertu z 8 lipca, który odbył się na tegorocznej edycji festiwalu w Jarocinie. Punktem wyjścia do współczesnej interpretacji nagrań z "Nowej Aleksandrii" była 30. rocznica ukazania się płyty. A jeśli dodać do tego informację, że za przedsięwzięciem stało Drivealone, czyli Piotr Maciejewski, to wystarczy jedynie skojarzyć personalia oraz fakty. Dokładnie rok wcześniej na tym samym festiwalu muzycy Much zagrali utwory ze ścieżki dźwiękowej do "Fali", kultowego dokumentu Piotra Łazarkiewicza o festiwalu w Jarocinie, nakręconego latem 1985 r. W praktyce oznaczało to sięgnięcie po nagrania m.in. 1984, Tilt, Aya RL i Republiki, których interpretacje trafiły potem na krążek "Powracająca fala". I tu jest podobnie, z tym że teraz zmierzono się nie tyle z czymś szalenie ważnym, co wręcz legendarnym. Odczucia mogą być zatem mieszane i na pewno będą. 


Ortodoksyjni fani zimnej Siekiery z miejsca odrzucą tę płytę. Nawet jeśli po nią sięgną, trudno będzie im wytrzymać przy większości utworów. Co prawda struktury kompozycji w zdecydowanej większości zostały te same, ale brzmienie ich interpretacji czyni z nich w zasadzie zupełnie nowe kompozycje. Za przykład niech posłużą niemal całkowicie odmienione "Idziemy na skraj", zagrane w średnich tempach, oraz przekombinowane i leżące gdzieś na pograniczu gitarowego noise'u "To słowa" oraz "Już blisko". Tym ostatnim co prawda trudno odmówić energii, ale mimo wszystko wydają się być najsłabszymi momentami albumu. Ciekawie natomiast wypadły opracowania "Na zewnątrz" i "Nowej Aleksandrii". Z drugiej jednak strony miało być współcześnie i jest. Na tyle, że co młodsi nieznający pierwowzoru fani tzw. alternatywy mogą wziąć ten album za coś nowego, co jedni uznają za jego olbrzymią zaletę, a inni za wadę na miarę profanacji. Wchodząc w dyskusję, obie grupy nigdy się nie dogadają, nawet przy szklance niegazowanego napoju. A jeśli nawet, to tylko dlatego, że zmienią temat.

Fizyczne wydanie "Nowszej Aleksandrii  /  Fot. Kamil Mrozkowiak
Abstrahując jednak od spornych walorów muzycznych, warto zwrócić uwagę na okładkę. Twórcom projektu udało się zaprosić do współpracy Alka Januszewskiego, odpowiedzialnego za oryginalną szatą graficzną "Nowej Aleksandrii". To niewątpliwie sukces, w efekcie którego teraz lekko zmienioną charakterystyczną twarz możemy podziwiać już nie tylko na czerwonym, ale i niebieskim tle. Co więcej, na okładce płyty Drivealone są de facto trzy. Uwagę przyciąga również samo wydanie "Nowszej Aleksandrii". Płytę wypuszczono w ładnie prezentującym się pudełku, a zamiast standardowej książeczki nabywca otrzymuje dziesięć zdjęć z zarejestrowanego koncertu, na odwrocie których są teksty poszczególnych, najpewniej wykonywanych w danym momencie, nagrań. Dobrze, że ktoś pomyślał i odszedł od standardowego plastikowego pudełka z wkładką. Było warto, bo rzecz od razu rzuca się w oczy.

Okładka "Nowej Aleksandrii"
Ciekawe, co na ten temat myśli Tomasz Adamski, autor tekstów i muzyki z "Nowej Aleksandrii". Tego jednak pewnie już nigdy się nie do wiemy. Chyba że ktoś jakimś cudem namówi go na rozmowę, co jest dość trudne, i nie będzie bał się spojrzeć prosto oczy artystycznym pustelnikowi. A z drugiej strony kto wie. Być może nawet komuś już to się udało, lecz specjalnie o tym nie mówi. Pozostawiając jednak te rozważania gdzieś na boku, jeśli bardzo się chce, na "Nowszej Aleksandrii" można znaleźć kilka ciekawych pomysłów. Zwyczajnie trzeba spróbować podejść do tego krążka z otwartą głową. A jeśli dojdziecie do wniosku, że nie macie w sobie tyle siły, zostawcie tę płytę. Szkoda waszych nerwów.

poniedziałek, 6 czerwca 2016

To już ponad dekada

W minioną sobotę traf chciał, że akurat byłem u kogoś, kto miał telewizor. Na szklanym ekranie zobaczyłem szalenie znajomo wyglądającego człowieka. Po pewnej chwili poznałem go, choć ściął włosy i wygląda znacznie postawniej niż na studiach. Tym kimś był Wojtek Chmielarz, od kilku lat całkiem dobrze radzący sobie autor kryminałów, laureat Nagrody Wielkiego Kalibru. Mało kto pamięta, że Wojtek był swego czasu reporterem Radia Kampus, a jeszcze mniej osób wie, że przez moment zagościł w Melodiach Mgieł Nocnych. W 2005 r. na zapleczu warszawskiej Proximy przeprowadził rozmowę z organizatorem Gothic.pl Festival. Ten materiał nie miał gdzie się podziać. Przygarnąłem go i wyemitowałem. Wspominam o tym, gdyż dokładnie dziś mija 11 lat od naszego pierwszego spotkania. Jak sami widzicie, podczas tych wszystkich minionych poniedziałko-wtorkowych nocy na antenie działy się różne rzeczy. Przyznaję, że niektóre zrozumiałem i doceniłem dopiero po czasie. 

Fot. Wojtek Dobrogojski
Nieraz już przytaczałem, zarówno tutaj jak i na antenie, wiele historii związanych z Melodiami. Pisałem o wcale nie takich łatwych początkach audycji, o jej protoplaście prowadzonym jeszcze w jednej z rozgłośni internetowych, o cudach, do których niekiedy dochodziło w trakcie rozmów z uznanymi polskimi i zagranicznymi muzykami oraz jak duży wpływ miało na mój sposób prowadzenia Melodii kilka telefonów otrzymanych od niewidomej słuchaczki. Mijające 11 lat to olbrzymi bagaż doświadczenia i bogactwo wspomnień, dlatego bardzo Wam dziękuję, że wciąż znajdujecie czas na tę audycję, że piszecie i dzwonicie w trakcie jej emisji, a podczas przypadkowych spotkań na koncertach chętnie wymieniacie się ze mną swoimi spostrzeżeniami. Bez Was nie miałoby to sensu.
Fot. Wojtek Dobrogojski
Dziękuję również Robertowi Gajewskiemu i Pawłowi Kamińskiemu, z którymi od początku istnienia Radia Kampus w nocy z poniedziałku na wtorek współtworzę nieformalny trzygodzinny metalowy blok. Spotykamy się co tydzień, wymieniamy płytami i rozmawiamy. Wierzcie mi, że nieraz w każdej z naszych trzech audycji usłyszeliście coś, co poza anteną polecił kolega po fachu. W końcu poczta pantoflowa to najlepszy sposób na poszukiwania nowych nagrań. Dziękuję także Rafałowi Sokalskiemu, pierwszemu  szefowi muzycznemu Radia Kampus, który dał mi czas antenowy, oraz Wojtkowi Rodkowi, obecnemu naczelnemu stacji, wciąż widzącemu tę audycję w ramówce.

Fot. Wojtek Dobrogojski
Do tej pory spotkaliśmy się 568 razy. Oczywiście były audycje mniej i bardziej udane, ale teraz ważne jest to, że do ostatnich 86 z nich możecie wrócić o każdej porze dnia i nocy. Wystarczy zajrzeć do działu Odsłuch archiwalnych audycji. Nie wiem, czy kiedykolwiek udami się zamieścić w sieci wszystkie programy, ale z pewnością każda bieżąca odsłona Melodii będzie tam trafiała. A na koniec niespodzianka. Skoro dotarliście aż tutaj, to zdradzę, że więcej o Melodiach Mgieł Nocnych możecie dowiedzieć się m.in. z książki "Decybelowy obszar radiowy". Miałem przyjemność być jednym z radiowców, których Wojtek Lis przepytał na potrzeby tej publikacji. Przyjemnej lektury i do usłyszenia o stałej porze.

niedziela, 10 stycznia 2016

Mierząc się z falą

Muzycy Much już zawsze będą kojarzyć mi się z grupą dwudziestolatków mijanych na radiowym korytarzu, których do swojej audycji zaprosił Maciek Tomaszewski. Odkrył ich dość szybko i kilka razy wspomniał mi, że utożsamia się z muzyką i tekstami poznaniaków, dlatego dość często sięgał na antenie po ich nagrania. Nie podzielałem specjalnie tego entuzjazmu, ale zawsze go szanowałem, bo faktycznie muzycy nieco namieszali na rodzimej scenie. Lata mijały, Muchy latały dalej i nagle, ku niemałemu zaskoczeniu, zespół dość mocno przykuł moją uwagę. Wszystko za sprawą płyty "Powracająca fala", na której poznaniacy porwali się na koncertowe wykonanie wybranych utworów ze ścieżki dźwiękowej do "Fali", kultowego dokumentu Piotra Łazarkiewicza o festiwalu w Jarocinie, nakręconego latem 1985 r.      

Okładka "Powracającej fali" 
Nigdy nie ukrywałem, że jestem zmęczony mitem tego festiwalu, którego sztuczne podtrzymywanie przez często mało wiedzących "redaktorów" doprowadzało do powstawania, nomen omen, fali pustych słów. Dlatego dość sceptycznie podchodzę do wszelkich prób grania na jarocińskich sentymentach. Choć oczywiście w ciągu minionych lat ukazało się kilka solidnych pozycji, przypominających o tamtych czasach. A co z Muchami? Sprawa nie jest taka prosta, choć w zasadzie wszystko tu się zgadza i można powiedzieć, że ta płyta zwyczajnie im wyszła. "Powracającą falą" zespół przystąpił do muzycznego egzaminu dojrzałości, ze szczególnym naciskiem na historię i język polski. Zdał go, bo był dobrze przygotowany. Żaden z wykonawców, którego nagrania trafiły na ten krążek, nie powinien być rozczarowany lub zawiedziony. W takim razie, gdzie te zasygnalizowane wcześniej zawiłości?

Uczestnicy festiwalu wracający do domu  /  Fot. kadr z "Fali"
Od strony muzycznej ten album każdy powinien ocenić sam, bo bicie przed nim pokłonów tylko dlatego, że zgrabnie opowiada o ważnym rozdziale nie tylko muzycznej historii Polski, to gruba przesada. Sam wątek Jarocina niczego nie gwarantuje. Wręcz przeciwnie, wzmaga nasze oczekiwania. Inna sprawa, że przy dobrej znajomości dokumentu Piotra Łazarkiewicza widzo-słuchacz ma prawo pokręcić nieco nosem. Dlaczego? Tu przechodzimy do konfrontacji preferencji sięgającego po płytę z wyborem nagrań dokonanym przez muzyków. Trudno nie odnieść wrażenia, że poznaniacy byli ostrożni, nawet bardzo. Stanęło na trzech nagraniach Tilt, trzech Aya RL i po jednym Madame, 1984, Izraela i Republiki. Liczący na nieco więcej ciężaru za sprawą Kata, Moskwy, Zbombardowanej Laleczki, czy Dzieci Kapitana Klossa musieli obejść się smakiem. Szkoda, choć z drugiej strony interpretacje "Gdyby nie szerszenie", "Mojej krwi" i "O jak dziwny, dziwny, dziwny" nie zostały przecież zagrane na stojąco. Widać, muzycy wybrali to, co było im bliższe i w czym łatwiej było im się odnaleźć. Na pełną wymianę ciosów jednak nie poszli. Złośliwi powiedzą, że stchórzyli, zaś dotychczasowi fani Much będą ich bronić, skupiając się na hołdzie dla wydarzeń sprzed 30 lat, preferencjach muzyków oraz tym, że zwyczajnie dostali to, co lubią.


Słuchając "Powracającej fali", warto dobrze znać film Piotra Łazarkiewicza. Chodzi tu nie tylko o ścieżkę dźwiękową, którą na nowo interpretują Muchy, ale i pełne zrozumienie fragmentów dokumentu wykorzystanych na płycie między utworami. Bez tej wiedzy trudno będzie komukolwiek powiedzieć coś sensownego poza tym, że słuchał koncertowej płyty Much z jakimiś coverami. Co więcej, tylko wówczas w pełni świadomie będzie można ocenić ten album. W przeciwnym razie to mija się z celem. Wybór należy do Was.

Lista utworów z "Powracającej fali":

1. Pogo II (Aya Rl)
2. Ulica (Aya Rl)
3. Gdyby nie szerszenie (Madame)
4. Nie poddawaj (Izrael)
5. Komisariat (1984)
6. O jaki dziwny, dziwny, dziwny (Tilt)
7. Coś pozytywnego (Tilt)
8. Moja krew (Republika)
9. Nasza ściana (Aya Rl)
10. Rzeka miłości, morze radości, ocean szczęścia (Tilt)

"Fala" Piotra Łazarkiewicza w całości

sobota, 26 grudnia 2015

20 lat temu w sklepie z płytami

Mijający rok obfitował w bardzo ważne, okrągłe muzyczne rocznice, gdyż w 1995 r. ukazało się wiele kluczowych albumów, i to nie tylko dla tamtego okresu, ale i dla danego gatunku samego w sobie. W związku z tym poniżej znajdziecie subiektywne zestawienie płyt, które w ręce wielu z nas trafiły dokładnie dwie dekady temu. Każdy oczywiście ma swoje preferencje, ale przytoczone poniżej tytuły były wówczas bardzo ważne lub stały się takimi po latach. Uwzględnieniu podlegały jedynie regularne krążki. Podziemie to osobna historia. No może z jednym drobnym wyjątkiem. O zaskoczenie raczej trudno.


Celestial Season - Solar Lovers


Kraj: Holandia

Stoner doom metal z dwoma wiolonczelistkami. Wtedy mało kto tak grał, o ile w ogóle istnieje szansa na doszukanie się podobnych zespołów. Tym albumem uprzedzili wielu muzyków myślących o takiej odmianie klimatycznego grania.   


Decoryah - Wisdom Floats


Kraj: Finlandia

Muzyczni czarodzieje z Kraju Tysiąca Jezior. Nie pierwsi i nie ostatni, ale ważni, gdyż potrafiący stworzyć niezwykłą atmosferę nawet przy dość umiarkowanych środkach wyrazu. Dziś nieco zapomniani. Co prawda "Wisdom Floats" ukazało się na kasecie 1994 r., ale to rok później amerykańska Metal Blade wypuściła debiut Finów na bardziej medialnym kompakcie. Dlatego znaleźli się w tym zestawieniu.  


Dissection - Storm of the Light's Bane


Kraj: Szwecja

Promujące płytę "Where Dead Angles Lie" stało się hymnem porównywalnym chociażby z "Mother North" Satyricon, które nota bene uprzedziło o dobry rok. Nigdy wcześniej i nigdy później Jon Nödtveidt nie nagrał czegoś takiego. I już nie nagra. Odebrał sobie życie w 2006 r.


Anatema - The Silent Enigma 


Kraj: Wielka Brytania

Dla wielu kwintesencja klimatycznego grania lat 90. i jeden z najlepszych doomowych albumów wszech czasów. Był to ostatni metalowy album Anathemy i zarazem pierwszy, na którym zaśpiewał Vincent Cavanagh. Muzycy promowali go także w Polsce, czego zapisem jest nagrane w Krakowie koncertowe dvd "Vision of a Dying Embrace".


Opeth - Orchid


Kraj: Szwecja

Na najlepsze płyty miał jeszcze nadejść czas, ale to debiut Opeth zwiastował, że Szwedzi będą mieli dużo do powiedzenia. W tle za dominującymi wówczas pomysłami słychać bardzo dużo nieokreślonej jeszcze przestrzeni. Następne lata pokazały, co się w niej kryło.


Vader - De Profundis


Kraj: Polska

Gdyby Vader rozpadł się po tej płycie, byłby legendą, do której wzdychaliby wszyscy. Nie byłoby podziałów, niesnasek i internetowych złośliwości. Dziś jeden z najlepszych deathmetalowych albumów nie tylko tamtych czasów, ale i gatunku. Dla wielu szczytowe osiągniecie zespołu, którego grupa Piotra Wiwczarka już nigdy nie powtórzyła.


Death - Symbolic 


Kraj: USA

Na tym albumie death metal wspiął się na wyższy poziom i zmierzał ku wirtuozerii, którą trzy lata później usłyszeliśmy na "The Sound of Perseverance". Technicznie, ekspresyjnie, a tekstowo bardzo na temat.


My Dying Bride - The Angel and the Dark River


Kraj: Wielka Brytania

Nie ma fana doom metalu, który nie znałby tej płyty. Kwintesencja melancholii i cierpienia. Smutna muzyka nagrana przez prywatnie zabawnych ludzi, obdarzonych dużym dystansem do siebie i poczuciem humoru. Jedna z bezsprzecznie najważniejszych płyt gatunku. 


The Gathering - Mandylion


Kraj: Holandia

Dołączenie do zespołu Anneke van Giersbergen zmieniło wszystko. Doomowe granie zostało na dwóch poprzednich albumach, a w nasze ręce trafiło coś zupełnie nowego i przełomowego, nie tylko dla Holendrów, ale i dla całego gatunku. Znakomity głos i nastrojowa muzyka na pograniczu rocka i metalu zainspirowały wiele osób. Sukces komercyjny i artystyczny.  


Cemetery of Scream - Melancholy


Kraj: Polska

Jeden z kamieni milowych rodzimego doom metalu, choć nad Wisłą ten gatunek jakoś nigdy nie przekonał do siebie przesadnych tłumów. Co ciekawe, debiut krakowian mógł ukazać się nakładem Nuclear Blast, ale Marcin Piwowarczyk był już po słowie z niemiecką Serenades Records i odmówił. Płyta ukazała się w małej wytwórni, która przestała istnieć kilka lat później. Szkoda. Wiele rzeczy mogłoby potoczyć się inaczej. Taka widać jest cena uczciwości.


In The Woods - Heart of The Ages


Kraj: Norwegia

Muzycy z Kristiansand wyprzedzili nieco swoje czasy. Gdy wszystkie oczy były zwrócone na Bergen, zaproponowali coś, co wymykało się wszelkim dominującym wówczas trendom. Owszem, debiut In The Woods to także black metal, ale jedynie w sferze korzeni. Album krył w sobie także to, co niekiedy słyszymy nawet dziś. 


Dimmu Borgir - For All Tid 



Kraj: Norwegia

Tak nadchodziła druga fala norweskiego black metalu. Debiut popularnej grupy wydany siłami niewielkiej, choć wciąż działającej, niemieckiej No Colours Records. W zestawieniu z powodu symbolizowania nadchodzących zmian w gatunku i późniejszego dość spektakularnego sukcesu. 


Moosnpell - Wolfheart


Kraj: Portugalia

Jeden z najbardziej rozpoznawalnych metalowych albumów lat 90. Wielki sukces komercyjny i artystyczny, którego echa błyskawicznie odbiły się także w Polsce. Dziś już nikt nie wyobraża sobie koncertu Portugalczyków bez nagrań z tej płyty. Siła debiutu była tak wielka, że muzycy korzystają z niej do dziś.


Summoning - Minas Morgul


Kraj: Austria

Tak rodził się tolkienowski Summoning. Zadziwiające, że ten album ukazał się jeszcze w tym samym roku, co debiutancki surowy "Lugburz". Najzimniejsza ze wszystkich płyt Austriaków, która jednocześnie nakreśliła ich charakterystyczny styl, tak chętnie kopiowany przez licznych naśladowców.


Paradise Lost - Draconian Times


Kraj: Wielka Brytania

Dla wielu punkt graniczny w momencie używania określenia "stary Paradise Lost". Muzycy żegnali się z metalowym graniem, ale zrobili to w na tyle przebojowy sposób, że tym albumem zyskali rzesze nowych fanów, a wielu z tych starszych ostatecznie go zaakceptowało. Dziś już klasyk.

Illusion - 3


Kraj: Polska

Album, który ugruntował pozycję zespołu. Słucha się go od początku do końca. Dla wielu do dziś pozostaje kwintesencją stylu Illusion i największym artystycznym osiągnięciem grupy. Muzyka może nieco się zestarzała, a teksty nadal pozostają aktualne.

wtorek, 11 sierpnia 2015

Dwadzieścia lat dźwiękowej enigmy

W październiku 2010 r. pracowałem przy organizacji koncertu Anathemy w warszawskiej Proximie. Miałem swobodny dostęp do zaplecza, sceny i garderoby muzyków. Postanowiłem skorzystać z okazji i zamienić z nimi kilka zdań oraz z czystego sentymentu podstawić im do podpisania okładki starych płyt. Traf chciał, że prywatnie na ten koncert wybrał się także obecny wówczas w Polsce Duncan Patterson. Drugi skład zespołu był zatem w komplecie. Panowie ochoczo rozmawiali, a ja podchodziłem od jednego do drugiego, wymieniałem uprzejmości i wręczałem booklet wraz z markerem. Byłem szalenie ciekawy reakcji Vincenta Cavanagha, w momencie podania mu okładki polskiego wydania "The Silent Enigma", w którym nie było jego zdjęcia. Na skutek drukarskiego błędu w swoim jedynym wydaniu Metal Mind zamieścił dwie fotografie wspominanego wcześniej byłego basisty Anathemy, czyniąc to kosztem młodszego brata Danny'ego Cavanagh. Vincent kartkował booklet strona po stronie i nagle zaczął się śmiać, udając wściekłość. Po chwili złożył podpis, oddał mi okładkę i życzył dobrej zabawy na koncercie. Tę krótką historię przytaczam, gdyż wiąże się z niezwykłą płytą, która została wydana niemal dokładnie 20 lat temu, 17 sierpnia 1995 r.

Anathema w 1995 r., już bez Darrena White'a  /  Fot. Arch.

Jak pokazał czas, był to ostatni album Anathemy ściśle związany z jej doomowymi korzeniami, choć z drugiej strony pozostawał także wyraźnym krokiem na przód w stosunku do wcześniejszych nagrań panów z Liverpoolu. "The Silent Enigma" zebrała dobre i bardzo recenzje. Była mroczna, posępna i ciężka, a jednak wnosiła sporo świeżości. Słyszane miejscami bardziej finezyjne zagrania znalazły potem rozwinięcie na także ciężkim, ale już rockowym, "Eternity". Nic jednak nie przyszło łatwo. Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że gdyby nie wewnętrzny konflikt w zespole, losy tego albumu byłyby, jeśli nie zupełnie inne, co najmniej odmienne. Wciąż wielu zastanawia się, jak brzmiałyby "The Silent Enigma" z wokalami Darrena White'a. Z pewnością inaczej, biorąc pod uwagę, że kiedyś po zakończonym wywiadzie, przy wyłączonym już mikrofonie, Danny Cavanagh powiedział mi, że growle pierwszego wokalisty Anathemy wymuszały nieco finalną konstrukcję utworu i ograniczyły go jako kompozytora.

Okładka "The Silent Enigma"

Dlaczego Darren White doszedł? Albo, jak sam twierdzi, dlaczego został osunięty z zespołu? Teorii jest wiele, na blokadzie stylistycznego rozwoju zespołu począwszy, a na zbyt rockndrollowym trybie życia Darrena skończywszy. Sytuacja była o tyle trudna, że zespół był już w studiu. Wówczas z konieczności wokale nagrał gitarzysta Vincet Cavanagh, który do dziś jest jednocześnie głównym wokalistą Anathemy. Vincent nie umiał jeszcze śpiewać, ale wówczas nie musiał. Dziś potrafi, dzięki lekcjom i mozolnej pracy nad swoim głosem, jednak 20 lat temu liczyła się inna forma ekspresji. Nie miał tak niskiego i głębokiego głosu jak jego poprzednik, zatem postawił na siłę drzemiącą w krzyku oraz melancholijne zawodzenie. Udało się. To, mimo wyraźnych warsztatowych braków, nadało płycie odmiennego charakteru i z pewnością w jakiejś mierze otworzyło przed zespołem nowe możliwości, których realizację usłyszeliśmy na "Eternity i "Alternative 4". Jedynym mankamentem w zasadzie pozostaje produkcja. Trudno nie odnieść wrażenia, że ten album zwyczajnie mógł brzmieć lepiej. Choć z perspektywy czasu zwolennicy lat 90. z pewnością będą bronić nie do końca klarownego brzmienia jako żywej pamiątki po połowy ostatniej dekady ubiegłego wieku. Coś w tym jest. Co ciekawe, wraz z odejściem Darren White niejako zabrał ze sobą tytuł "Rise Pantheon Dreams", bo tak pierwotnie miała być zatytułowana nagrywana wówczas nowa płyta liverpoolczyków. Ostatecznie te trzy słowa przeleżały w szufladzie do 2002 r., gdy ukazała się pośmiertna kompilacja The Blood Divine, które wokalista założył zaraz po opuszczeniu braci Cavanagh oraz panów Pattersona i Douglasa.

Teledysk do tytułowego utworu promującego "The Silent Enigma"


Dzięki "The Silent Enigma" Anathema ostatecznie wyszła z cienia, a nawet roli dosłownego supportu, My Dying Bride, choć paradoksalnie podczas promowania owej drugiej płyty gdzieniegdzie Anglicy występowali jeszcze przed kolegami z Halifax. Dla nas miało to duże znaczenie, gdyż 1 marca 1996 r. w Krakowie w jednym ze studiów Telewizji Polskiej zarejestrowano koncerty obu grup, które następnie ukazały się na kasetach VHS, a z upływem czasu dwukrotnie wydano je na DVD. Dziś to najlepszy możliwy zapis tamtego okresu w historii obu zespołów. Czasem wręcz chciałoby się, by ścieżki dźwiękowe z tych wydawnictw trafiły na płyty audio, które dołączono by do kolejnych, np. właśnie jubileuszowych, wznowień "The Silent Enigma" Anathemy oraz "Angel And The Dark River" My Dying Bride. Kto wie, może gdy Hammy'iemu z Peaceville zacznie brakować funtów, spróbuje sprzedać ludziom raz jeszcze to samo, tym razem w taki właśnie sposób. Rzeczonego marcowego wieczoru muzycy Anathemy zagrali pięć utworów z "The Silent Enigma". Jeden z nich znajdziecie poniżej.  


Ten wydany 20 lat temu album to bez wątpienia jedna z najważniejszych płyt klimatycznego grania lat 90. Dziś bezsprzecznie uchodzi za klasyk i mimo wszystkich ułomności i niedociągnięć, zawiera w sobie niezwykłą dawkę nastroju. Słychać na niej wiele melancholii i przygnębienia, ale uwiecznionych w sposób pełen energii i przy dosłownie krzyczącej ekspresji. Na początku tego wieku, w obliczu muzycznej transformacji Anathemy, trudno było usłyszeć na koncercie coś z "The Silent Enigma". Co więcej, był to także efekt zarzutów Duncana Pattersona, który po odejściu w 1998 r. miał nieco za złe kolegom, że w czasie występów i tak grają jego utwory. A to przecież owy były basista był głównym kompozytorem w zespole do czasu "Alternative 4" włącznie. Dlatego zagrana w tym roku specjalna trasa koncertowa uświetniająca 25-lecie zespołu ucieszyła tak wiele osób. Na scenie pojawili się także Duncan Patterson i Darren White, wykonując zamierzchłe klasyki, co na własne oczy mogliśmy zobaczyć w Łodzi. Może wymuszona niejako w ten sposób potrzeba przearanżowania starszych utworów sprawi, że miejscami będą one wplatane w koncertowy set zespołu. Może. A jeśli nie, zawsze samodzielnie będzie można powrócić do dawnych płyt, zwłaszcza do "The Silent Enigma".

wtorek, 23 czerwca 2015

Film, który przestraszył władzę

Mimo że jestem mocno zmęczony nieco nadmiernie forsowanym i czasem sztucznie już podtrzymywanym mitem punkowego Jarocina, to jednak darzę dużym szacunkiem tych, którzy włożyli lub wciąż władają wiele pracy w udokumentowanie tego, co działo się wówczas w tym niewielkim wielkopolskim miasteczku. Ta oaza wolności na pustyni PRL-u i drzemiący w niej niebywały wręcz artystyczny potencjał zostały uwiecznione na wszelkich możliwych nośnikach. Są książki, kasety, płyty, albumy ze zdjęciami, nieskończone internetowe archiwa oraz kilka ważnych filmów. Z tych ostatnich kluczowe są dwa - zrealizowany w 1986 r. na zlecenie BBC "My Blood, Your Blood" oraz nakręcona rok wcześniej "Fala" Piotra Łazarkiewicza. 20 czerwca przypadła siódma rocznica śmierci reżysera.


Łazarkiewicz był reżyserem, scenarzystą, producentem, okazyjnie również aktorem. Tworzył różne filmy, na zakochanych w sobie narkomanach chorych na HIV począwszy, a na spektaklach teatru telewizji i pamiętnym programie "Bezludna wyspa" z Niną Terentiew skończywszy. Zdarzył mu się nawet epizod z telenowelą, która ostatecznie zakończyła żywot na trzech pilotażowych odcinkach. W tym różnicowanym dorobku znalazł się dokument, który przeszedł do historii. Gdy nagrywał "Falę", miał 31 lat. Wbrew pozorom wcale nie chciał od razu jechać do Jarocina. Początkowo jego myśli krążyły wokół swoistego rezerwatu. Szukał grupy osób, na którą ówczesna władza nie miałaby zbytniego wpływu od środka, mając poczucie, że może oddziaływać na nią jedynie z zewnątrz, co i tak w praktyce rzadko kończyło się powodzeniem. Pomysły były różne, a jednym z nich, całkiem racjonalnych zresztą, wyjazd na pielgrzymkę do Częstochowy. Ostatecznie jednak stanęło na edycji festiwalu w Jarocinie latem 1985 r., choć wbrew pozorom w całej tej historii było jeszcze więcej przypadku i zbiegów okoliczności, niż można sobie wyobrazić.

Piotr Łazarkiewicz  /  Fot. Wikipedia
Pierwotnie, niemalże jakimś cudem, znalazły się pieniądze na dwudziestominutowy dokument, i to taki, który miał powstać na enerdowskiej taśmie, którą to ówcześni polscy operatorzy bez owijana w bawełnę określali mianem "kurwokoloru". A że wówczas wyboru dużego nie było, ekipa zdjęciowa pojechała do Jarocina, nie wiedząc do końca, co z tego wszystkiego wyniknie. Nie było łatwo. Widząc kamerę,  uczestnicy festiwalu często reagowali agresją. Padały słowa "jebani reżimowcy" i "telewizja". Trudno się dziwić, ale napięcie znikało w momencie, gdy Łazarkiewicz i operatorzy sami używali zwrotów, których nie powstydziłby się nawet najstarszy szewc, równocześnie zachęcając młodych, by przed kamerą otwarcie mówili, co im się nie podoba. Dzięki temu dziś możemy obejrzeć druzgocące wręcz wypowiedzi pozostające świadectwem tamtych czasów i bijące z nich absolutne rozczarowanie, apatia i brak perspektyw. "Co ma być, to będzie" i nic więcej.


Na filmie można zobaczyć także lokalnego dygnitarza partyjnego, komendanta policji oraz pewną panią z reżimowego koła pokroju gospodyń wiejskich. Wszyscy jak pod linijkę klepią przygotowane formułki, tym samym demaskując reprezentowany system i robiąc z siebie idiotów. Po latach Łazarkiewicz zdradził, że poza kamerą rozmowa była zupełnie inna. Wszyscy wiedzieli, że cała sytuacja to czysty absurd, ale mówili to, co musieli mówić. W kontekście ówczesnej władzy bezcenne są fragmenty polemik członków, jak sądzę, Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, z uczestnikami festiwalu. Młodzi może nie skakali sobie do gardeł, ale siła zderzenia tych dwóch światów była olbrzymia. To wszystko sprawiło, że cenzura bardzo uważnie przyglądała się temu, co trafiło na wspominaną enerdowską taśmę. Na dzień dobry Łazarkiewiczowi kazano dokonać 23 cięć. Nie zrobił tego. Czas mijał i stanęło ostatecznie na trzech, które i tak nie oznaczały usunięcia całych sekwencji, lecz jedynie fragmentów wypowiedzi księży i jarocińskiego wataszki PZPR. W finalnej wersji filmu nie było również widać genitaliów jednego z muzyków, który paradował na scenie jedynie w skarpetce założonej na przyrodzenie. Władza jednak nie odpuszczała do samego końca.

Fragment pierwotnie wycięty przez cenzurę  /  Fot. kadr z "Fali"
Im bliżej było do finalnej wersji dokumentu, tym w przedstawicielach reżimu bardziej rosło poczucie strachu. Władza zaczęła rozumieć, że coś wymyka jej się spod kontroli, dlatego robiła wszystko, by zniechęcić twórców i zmarginalizować odzew na potencjalna premierę. Decydenci byli do tego stopnia pewni postawienia na swoim, że zaprosili Piotra Łazarkiewicza na pewien festiwal filmowy z pełnym przekonaniem, że ukończenie postprodukcji "Fali" w określonym czasie będzie po prostu niemożliwe. Mylili się. Andrzej Wolf, operator Łazarkiewicza, siedział po nocach w studiu, ale zdążył i przywiózł gotową kopię na dwie godziny przed planowanym czasem pokazu. Organizatorzy nie mieli mieli wyjścia i musieli pokazać film. W 1987 r. "Fala" trafiła do kin.


Mimo że Łazarkiewiczowi chodziło przede wszystkim o pokazanie fenomenu poczucia wolności w swoistym rezerwacie, jakim był teren jarocińskiego festiwalu, reżyser zwrócił również uwagę na ówczesnych wykonawców. Nagrywane były te zespoły, które zwyczajnie podobały się twórcom i zostały uznane za ważne. Dzięki temu uwieczniono bardzo ważne fragmenty występów m.in. takich grup jak Aya RL, Kat, Madame, 1984, Dzieci Kapitana Klossa, Republika, Moskwa i Tilt oraz nieco zapomnianych już zespołów - Zbombardowana Laleczka, Kosmetyki Mrs. Pinki i Piknik Waltera. Przyjemnie ogląda się dziś Roberta Gawlińskiego, Pawła Kuzika czy Olafa Deriglasoffa za czasów, gdy biła z nich olbrzymia energia. Udało się ocalić kawałek jakże ulotnej historii polskiego rocka.

Uczestnicy festiwalu wracający do domu  /  Fot.  kard z "Fali"
W 2007 r. doczekaliśmy się zrekonstruowanej i nieocenzurowanej wersji "Fali". Dokument ukazał się na dvd w dwóch wersjach. Do wydania dwupłytowego dołączono nie tylko komentarz Piotra Łazarkiewicza i Andrzeja Wolfa, którzy przy butelce wina zdradzili kulisy powstania filmu, ale i techniki rekonstrukcji obrazu oraz inny film, nagrany w na festiwalu Jarocinie w 1987 r. "Fala" to niezwykły dokument powstały w niezwykłych, choć jakże szarych, czasach. Rzecz absolutnie bezcenna. Poniżej znajdziecie go w całości. Warto poświęcić te 80 minut, tym bardziej, że w założeniu obraz miał trwać co najwyżej 20.


wtorek, 16 czerwca 2015

Zimna rocznica u progu lata

Rozumiem muzyków, którzy nie do końca przepadają za swoimi debiutanckimi płytami. Im więcej mija lat, tym więcej chcieliby na nich zmienić, i to zwłaszcza, gdy po pierwszym albumie zmienili styl, zostawiając za plecami to, za sprawą czego dali się poznać fanom. A co  na to fani? Taka ich dola, że nie mają na to żadnego wpływu, ale po latach chętnie powracają pamięcią do "starych, dobrych czasów". Tak jest m.in. w przypadku "Purple", pamiętnego, debiutanckiego albumu Closterkeller, który ukazał się na kasecie dokładnie 25 lat temu. Kompakt wydano zaś trzy miesiące później i uważa się, że to jeden z pierwszych srebrnych krążków rodzimej fonografii. Na żadnej następnej studyjnej płycie zespół Anji Orthodox nie zagrał już tak, ja za czasów "Purpury".

Closterkeller w 1990 r.  /  Fot. Mirosław Makowski
Gdy w grudniu w 2009 r. Anja i Mariusz Kumala byli moim gośćmi przy okazji premiery "Aurum", zapytana o czasy "Purple" rzeczona wokalistka powiedziała "byliśmy młodym zespołem, we łbach nam szumiało kompletnie, płonął ogień". To wszystko słychać, a tenże ogień był wyjątkowo zimny. Królowały czerń, biel i szarość. Żadnych jasnych barw. Muzycy zasłuchiwali się w płytach Siouxsie and the Banshees oraz przede wszystkim krążkach ich wiernych uczniów, czyli Xmal Deutschland, do czego też otwarcie się przyznawali, uznając obie grupy za doskonałe wzorce. Fakt, że później dźwiękowy chłód ustąpił miejsca określonym kolorom, uczynił z "Purple" początek wydawniczej przygody muzyków i zarazem zamknął pierwszy stylistyczny etap w historii zespołu, tak spójny od dnia jego powstania, aż do chwili ukazania się "Blue" w 1992 r., gdzie chłodu było już niewiele.

Okładka "Purple"
Jak pisał Tomasz Beksiński w recenzji na łamach Magazynu Muzycznego, "niezła płyta, całkiem przyzwoicie zagrana i nawet nie najgorzej nagrana. Chyba ją sobie kupię...". A skoro już wampir z Myśliwieckiej poruszył temat produkcji, warto wspomnieć, że za studyjną konsoletą zasiadł Igor Czerniawski, muzyk Aya RL, wówczas bardzo uznana postać, dziś nieco już zapomniana. Z pewnością jego umiejętności i doświadczenie nieco ociosały tę muzyczną skałę, miejscami twardą, miejscami toporną, choć też pełną siły, energii i ekspresji. Ostatecznie jednak, mimo wielu zalet i archiwalnej już wartości, "Purple" daleko do ideału. To nieco nieokrzesana i nierówna płyta, na której muzycy dopiero zbierali pierwsze profesjonalne szlify. Mimo to ten album ma swoich wiernych fanów, którzy gdzieś tam porozumiewawczo uśmiechają się do siebie, gdy na koncercie Closterkeller, a nie dochodzi do tego zbyt często, usłyszą "Maskę" lub "Purple". Wielu z nich żałuje, że zespół nigdy nie nagrał choćby jednego równie zimnego albumu po tym, jak muzycy okrzepli, oswoili się ze studiem, produkcją i przede wszystkim popracowali nad swoim warsztatem. Szkoda, choć z drugiej strony przecież nikt o zdrowych zmysłach nie zmieniłby wszystkich późniejszych płyt Closterkeller na jeden taki właśnie album.


Podczas jednej z rozmów Anja wyraźnie dała mi do zrozumienia, że w ówczesnym, a w praktyce także i obecnym, zmienionym już, składzie, podobny zimny album nie mógłby powstać. Zespół musieliby współtworzyć muzycy, którzy graliby zupełnie inaczej niż tak, jak Closterkeller przyzwyczaił nas do tego w ciągu wielu minionych lat. Trudno nie przyznać jej racji. Jeśli zatem kiedykolwiek miałoby do tego dojść, choć to mało prawdopodobne, musiałby to najpewniej być osobny, dedykowany projekt lub "Closter" po całkowitej wymianie składu. Oczywiście kluczowe byłyby także chęci samej pani Orthodox. Słowem, marzenia ściętej głowy. Już bardziej prawdopodobny byłby jej gościnny udział w nowych nagraniach reaktywowanej Pornografii, którą tak udanie wspierała na pamiętnej, wciąż niewznowionej, jedynej płycie. Eh, może kiedyś. Warto jeszcze wspomnieć o jednym. "Purple" było dwukrotnie wznawiane. W 1999 r. reedycję wypuściło Metal Mind, zaś cztery lata temu  to samo uczynił Universal. Niby nic ważnego, ale jeśli weźmiecie do ręki wznowienie niezbyt lubianej katowickiej wytwórni, na grzebiecie kompaktu zobaczycie, że "Purple" to płyta niejakiego "Colsterkeller". Może kiedyś to wydanie będzie uchodzić za rarytas. Póki co bardziej kojarzy się ze wstydem.

wtorek, 2 czerwca 2015

10 lat Melodii Mgieł Nocnych

Rok 2015 okazał się szczególny dla mnie i prowadzonej przeze mnie audycji, z którą wiąże się również niniejsza witryna. 9 lutego spotkaliśmy się po raz pięćsetny, co już samo w sobie dziś przyprawia nieco o zawrót głowy. Zanosząc demo do siedziby nienadającego jeszcze radia, liczyłem, że w najlepszym razie spędzę tam dwa lata, jakie pozostały mi do planowego ukończenia studiów, o ile oczywiście demówka nagrana na zwykłym komputerze przekona Rafała Sokalskiego, ówczesnego szefa muzycznego stacji. Ostatecznie przekonała. Radio Kampus rozpoczęło nadawanie 1 czerwca 2005 r. My zaś po raz pierwszy spotkaliśmy się pięć dni później. Trudno uwierzyć, że w tym tygodniu od tej nocy upłynie dokładnie 10 lat.
Fot. Wojtek Dobrogojski
To była dekada zarwanych nocy, dźwigania kilogramów płyt w plecaku i niewątpliwie barwnych przygód w tej komunikacji miejskiej, która ma zwyczaj wyjeżdżania na ulice po zachodzie słońca. Do końca życia nie zapomnę, gdy po audycji stojąc na przystanku i czekając na autobus nieistniejącej już nocnej linii 604, na pustej ulicy zobaczyłem, jak nieco wstawiona i sędziwa już niekwestionowana legenda rodzimego metalowego grania, której twarz zna w Polsce każdy, ugania się za nastoletnią dziewczyną i skacze wokół niej niczym podekscytowane szczenie u nóg właścicielki. Mit runął w ułamku sekundy. Innym razem uśmiechałem już nie do siebie, a do panów policjantów, którzy jakoś zawsze podchodzili akurat do mnie, widząc w wiacie przystankowej człowieka w wojskowej kurtce lub ramonesce i kapturze mocno naciągniętym na głowę. W takich sytuacjach legitymacja radiowa czyniła cuda. Natychmiast oddawano mi dowód osobisty i życzono dobrej nocy, a przecież ten kawałek plastiku nie żadnej mocy prawnej.

Fot. Wojtek Dobrogojski
"Przygód" nie brakowało także w radiowym studiu. Mimo że miałem doświadczenie w obsłudze konsolety analogowej, to początkowo Melodie były realizowane przez mojego kolegę, którego poznałem jeszcze w Radiu Aktywnym, internetowej rozgłośni Politechniki Warszawskiej. Ja zaś stałem po drugiej stronie szyby, wygodnie opierając się o wysoki stół, na którym zamontowano. Jednak pewnej nocy przyszedłem do radia i dowiedziałem się, że realizatora nie będzie i za konsoletą zasiądę sam, a w dodatku sam zostanę również w radiu, zatem nikt nie mógłby mi pomóc. Szkolenie trwało może ze dwie minuty, po czym usłyszałem trzaśniecie drzwiami. Wszędzie świeciły się światełka i trzeba było sobie radzić. Dziś mogę się z tego śmiać, ale zdarzyło się, że w czasie którejś audycji poleciało krzesło. Na szczęście tylko w ścianę, na której nie został żaden poważniejszy ślad. Oczywiście wiele z tych realizatorskich wpadek, a w zasadzie wszystkie, było słychać na antenie. Czasem np. zamiast mikrofonu włączyło się płytę lub jakieś inne urządzenie. Nie mówiąc już o sytuacji, gdy po zejściu z anteny nie opuściłem hebla mikrofonu. O jednym z takich zdarzeń opowiedziałem Wam podczas nadanej w lutym pięćsetnej audycji, którą znajdziecie poniżej. Swoją drogą w tym programie jest o wiele więcej historii związanych już bezpośrednio z muzykami, z którymi miałem przyjemność rozmawiać. Szczególnie zapamiętałem szalone kulisy pogawędki z Johanem Niemannem za czasów, gdy grał w Therion oraz bardzo przyjemne spotkanie z Mickiem Mossem z Antimatter, które odbyło się w poznańskim klubie Johnny Rocker bezpośrednio po jego pierwszym koncercie w Polsce. Do różnych ciekawych przygód dochodziło także w innych rozgłośniach, a jedną z barwniejszych jest ta z Piotrem Kaczkowskim, którą opisaną znajdziecie tutaj.


Mimo że Melodie Mgieł Nocnych są nadawane od początku istnienia Radia Kampus, to nie istnieją same. Ten program zamyka poniedziałkowy blok muzyczny, który rozpoczyna się o godzinie 22. Takie było pierwotne zamierzenie wspomnianego Rafała Sokalskiego. Pomysł chyba się sprawdził, skoro funkcjonuje do dziś. Najpierw rozpoczyna się "Darkside" Roberta Gajewskiego, które mam przyjemność realizować. Różna to muzyka, od death metalu po współczesne amerykańskie granie. Godzinę później za konsoletą zasiada Paweł Kamiński. "Złomowisko" ma typowo heavymetalowe korzenie, w których obecnie dużo stonerowego grania we wszelkich odmianach. O północy zaś rozpoczynają się Melodie. Kiedyś postanowiłem sobie, że gatunek prezentowanej muzyki nie ma znaczenia. Znaczenie ma mieć nastrój. Taki program przez osiem miesięcy prowadziłem w Radiu Aktywnym i taki, z inną już nazwą, prowadzę do dziś w Radiu Kampus. W poniedziałkowe wieczory spotykamy się we trzech i każdy w swoim czasie, ale niejako wspólnie, mamy przyjemność opowiadać Wam o tym, co dzieje się w muzyce, której szukacie w eterze.

Fot. Wojtek Dobrogojski
Ten program to prywatnie dla mnie wentyl bezpieczeństwa, by zwyczajnie nie oszaleć i móc po godzinach robić to, do czego w nastoletnich czasach zainspirowała mnie nieistniejąca już Rozgłośnia Harcerska i fakt wyproszenia ze studia szkolnego radiowęzła po zagraniu "Purpe Haze" Jimiego Hendriksa. Dlatego w pierwszej kolejności dziękuję Wam, że kosztem snu włączacie radio, że piszecie i dzwonicie w czasie audycji. Bez Was mógłbym co najwyżej wrzucać sobie podcasty do sieci, a tak wciąż inspirujecie mnie i dajecie energię na poświęcania prywatnego czasu. Nigdy nie zapomnę niewidomej słuchaczki, która kiedyś wielokrotnie do mnie dzwoniła. Rozmowy z nią uświadomiły mi, że o muzyce trzeba opowiadać, a nie mówić. Dziękuję również Robertowi Gajewskiemu i Pawłowi Kamińskiemu za kilkaset poniedziałkowych wieczorów spędzonych w radiu. Nie zapominam również o Wojtku Dobrogojskim, który zaglądał do studia w roli realizatora, a którego głos słyszycie w jinglu pomiędzy Darkside, Złomowiskiem i Melodiami. Dziś to świetny fotograf koncertowy. Podziękowania kieruję także w stronę Rafała Sokalskiego, który dekadę temu dał mi czas antenowy, oraz Wojtka Rodka, obecnemu redaktorowi naczelnemu, który w ramówce wciąż widzi miejsce dla Melodii. Kłaniam się również temu, który swego czasu miał audycję tuż po Melodiach, a który nie lubi bycia wymienianym z imienia i nazwiska. A skoro dotarliście aż do tego miejsca, mam dla Was niespodziankę. Poniżej znajdziecie zapis naszego pierwszego spotkania. Duży stres antenowy i mało powodów do dumy, ale w końcu tak hartowała się stal. Sami możecie teraz sprawdzić, jak dużo się zmieniło. A zmieniło się dużo. Początki były iście amatorskie, by nie powiedzieć, że toporne, no ale w końcu to archiwa. Dziękuję i do usłyszenia. Oby przez następne dziesięć lat.  

Pierwsze Melodie Mgieł Nocnych, nadane 6 czerwca 2005 r.  

 Niestety na skutek błędu realizatorskiego podkład jest zdecydowanie za głośno, a jakość archiwalnego pliku dość słaba.



1) Cemetery of Scream - Proloque
2) Christ Agony - Forgotten Millenium
3) Christ Agony - Klucz
4) Lacrimosa - My last Goodbye
5) Lacrimosa - The Party is Over
6) Antimatter - Reality Clash
7) Antimatter - Everything You Know is Wrong (acoustic)
8) Luminaria - Irmao
9) Luminaria - Unreasonably Forlorn Hours
10) Cemetry of Scream - Epiloque

wtorek, 17 lutego 2015

Wampir z Myśliwieckiej

Wbrew wszelkim znakom na niebie i ziemi na swój sposób Tomasz Beksiński wciąż żyje. Pomijając nawet wydaną w ubiegłym roku głośną książkę "Beksińscy" Magdaleny Grzebałowskiej, wystarczy zajrzeć do rodzimych zasobów globalnej sieci. Pełno w nich mniejszych lub większych wspomnieniowych tekstów, a z każdym rokiem przecież przybywa kolejnych. Nie brakuje także sposobności obejrzenia poświęconych mu filmów dokumentalnych oraz posłuchania tego najważniejszego, czyli audycji, ze szczególnym uwzględnieniem tej ostatniej, nadanej w nocy z 11 na 12 grudnia 1999 r. W ten sposób mit o wampirze z ul. Myśliwieckiej wciąż jest podtrzymywany i nic nie wskazuje na to, by pamięć o dziennikarzu i tłumaczu miała zaniknąć. Wręcz przeciwnie, teraz dowiaduje się o nim jeszcze więcej osób, m.in. za sprawą wydanej 2 lutego płyty "Tomasz Beksiński - In memoriam"

Tomasz Beksiński  /  Fot. Zdzisław Beksiński
To nie pierwsze tego typu wydawnictwo. W 2011 r. ukazał się album Ome, projektu powstałego w wyniku współpracy muzyków Omni i Macieja Januszko z grupy Mech. W ten sposób narodziła się inicjatywa, pod której szyldem nagrano dziesięć kompozycji, a w ośmiu z nich wykorzystano teksty napisane przez Tomasza Beksińskiego jeszcze w latach 80. Teraz w jakimś sensie jest podobnie, ale z drugiej strony jakże inaczej. Chodzi już nie tylko o człowieka i przypadającą w minionym grudniu 15. rocznicę jego samobójczej śmierci. W tym wypadku kluczowe jest również wspomnienie tego, co działo się na antenie, gdy popularny Beksa zasiadał przy mikrofonie. "In memoriam" to wybór czternastu kompozycji, które syn Zdzisława Beksińskiego prywatnie bardzo lubił i niejednokrotnie prezentował w swoich audycjach. Zestawienia nagrań dokonali dziennikarze Trójki oraz słuchacze.

Okładka "Tomasz Beksiński - In memoriam"
Mimo że każdy pamiętający "Trójkę pod księżycem" miałby własny klucz przy doborze wykonawców, to jednak trzeba przyznać, że jest on dość trafny. Owszem, brakuje chociażby Petera Hammilla, Clan of Xymox, czy fragmentu któregoś z wręcz niekończących się nagrań Devil Doll, niemniej w większości zestawień z pewnością widniałoby co najmniej kilka powtarzających się nagrań, które znajdziemy na "In memoriam". Trudno wyobrazić sobie tę płytę bez Lacrimosy, The Legendary Pink Dots, Marillion oraz rodzimych Closterkeller i Abraxas. Najważniejsze jednak, że nie zabrakło "Stationary Traveller" Camel, którym Tomasz Beksiński pożegnał się ze słuchaczami, najpewniej dobrze wiedząc, że niebawem odbierze sobie życie. Wiele z tych zespołów zawdzięcza Beksińskiemu coś bezcennego - popularność, która trwa do dziś. Gdyby nie tłumacz skeczów Monty Pythona, po ich płyty dziś mogłoby sięgać o wiele mniej osób.
Tomasz Beksiński  /  Fot. Wikipedia
Dużą zaletą "In Memoriam" jest jej wydanie, a w zasadzie pozamuzyczna zawartość.W książeczce znalazły się wspomnienia o Tomaszu Beksińskim, spisane przez znanych z anteny z Trójki Piotra Kosińskiego, Piotra Stelmacha i Marka Niedźwiedzkiego. Nie zabrakło anegdot i osobistych wyznań. Oprócz rzeczonych radiowców znalazło się także słowo od Anji Orthodox, prywatnie przyjaciółki Tomasza Beksińskiego, oraz Wiesława Weissa, niegdyś redaktora naczelnego miesięcznika "Tylko Rock", dziś "Teraz Rock". Ten ostatni przytoczył ciekawe zdarzenie. Otóż przy okazji zamkniętego przedpremierowego odsłuchu "Fassade" Lacrimosy, podszedł do niego Tilo Wolff, poruszony śmiercią dziennikarza Polskiego Radia. Biorąc pod uwagę, jak wiele Niemiec zawdzięczał synowi słynnego malarza, trudno uwierzyć, że panowie nigdy nie poznali się osobiście. A jednak. Co ważne, oprócz wspomnień w książeczce pojawiły się również szczegółowe informacje na temat każdego z czternastu nagrań składających się na "In memoriam".


Oprócz rzeczonych walorów ta kompilacja ma jednak jedną olbrzymią wadę. Pośród całej tej znakomitej muzyki zwyczajnie zabrakło tego najważniejszego - głosu Tomasza Beksińskiego. A wystarczyło przecież zrezygnować z jednego utworu, by zamieścić chociażby jego słowa wypowiedziane na zakończenie ostatniej audycji. Nie byłoby lepszego podsumowania, zwieńczenia i puenty tego wydawnictwa. W obliczu takiego zabiegu każde wypowiedziane słowo, czy chociażby jeden dźwięk byłyby absolutnie zbędne. Szkoda, gdyż w nasze ręce trafia dobra, ale mimo wszystko jedynie kompilacja poświęcona pamięci radiowca, tłumacza, sympatyka grozy, horrorów i członka swobodnego w byciu, acz sformalizowanego na papierze, związku wampirów. Z pewnością wielu do dziś marzy się posiadanie profesjonalnego zapisu czterogodzinnej i zarazem ostatniej audycji z grudnia 1999 r. lub chociażby słynnej "Nocy z Lacrimosą". Nie dziś i nie jutro, ale może kiedyś.

Lista nagrań z "In  memoriam"

1. The Legendary Pink Dots - Neon Mariners (fragment)
2. The Sisters of Mercy - Lucretia My Reflection
3. Lacrimosa - Halt Mich   
4. Deine Lakaien - The Game
5. Galahad - Julie Anne   
6. Fish - Vigil   
7. Collage - Living In The Moonlight
8. Closterkeller - Violette
9. Abraxas - Pokuszenie
10. Marillion - Sugar Mice
11. Jethro Tull - Living In The Past
12. Cockney Rebel - Sebastian
13. The Alan Parsons Project - Ammonia Avenue
14. Camel - Stationary Traveller

piątek, 6 lutego 2015

Pół tysiąca audycji

Trudno powiedzieć, jak to się stało. Zwyczajnie? Z pewnością, ale sam fakt, że w ogóle do tego doszło już jest zadziwiający. Idąc po raz pierwszy do studia przy ul. Bednarskiej, nie mogłem tego przewidzieć. Wówczas sądziłem, że rok w eterze to i tak będzie dużo, a w najlepszym wypadku dotrwam do końca studiów. Stało się jednak inaczej. W najbliższy poniedziałek usłyszymy się po raz 500. Nie przepadam za podsumowaniami, ale w tym momencie nie sposób nie odnieść się do pół tysiąca naszych spotkań, wspólnego słuchania płyt, odbierania telefonów, odpisywania na Wasze listy i ostatecznie wszystkich tych zarwanych nocy. Dlatego pozwoliłem sobie zajrzeć do archiwalnych wywiadów i starych wydawnictw oraz przygotować nieco historii i anegdot dotyczących rodzimych i zagranicznych muzyków. To będą szczególne Melodie. Do usłyszenia.

Fot. Wojtek Dobrogojski

piątek, 6 czerwca 2014

Dziewięć lat Melodii Mgieł Nocnych

Pamiętam, jak język na wymowie nazwy mojej audycji łamali sobie m.in. Mick Moss z Antimatter, Danny Cavanagh z Anathemy, czy znana m.in. z Theatre of Tragedy Liv Kristine, a także Johan Niemann za czasów gry w Therion. Jednak za czwartym czy piątym razem z uśmiechem w końcu ją wypowiadali, co zazwyczaj stanowiło część wyemitowanej potem rozmowy. Takich momentów było zresztą więcej, a o wszystkich historiach podczas wywiadów i tego działo się w studiu w trakcie prowadzenia programu można by napisać książkę. Do dziś wspominam minę napotkanej na pewnym koncercie Anji Orthodox i,  mówiąc delikatnie, jej dezaprobatę wobec momentu, w którym kilka dni wcześniej podczas pozaantenowej rozmowy z Mariuszem Kumalą nieopatrznie nie wyłączyłem mikrofonu. Długo by wspominać. No ale do rzeczy. Dziś mija dziewięć lat od wieczoru, którego na 97,1 FM usłyszeliśmy się po raz pierwszy.

Fot. Wojtek Dobrogojski
Pojawianie się w radiu jedynie w nocy ma swoje liczne zalety. Najdogodniejszy w tym wszystkim jest spokój. Nikt postronny nie biega po korytarzu, nie kręci się po studiu, nie przeszkadza ci. Włączasz preferowane oświetlenie, pozostałe gasisz. Wyjmujesz płyty z plecaka, ustawiasz je obok konsolety, której kanały programujesz wedle przyzwyczajenia. Wybija północ. Zasiadasz na fotelu, naciskasz klawisz "play", odtwarzasz muzykę i opowiadasz o niej. Po godzinie opuszczasz radio, wracasz do domu, łudząc się, że złapiesz choć odrobinę dobrego snu przed pójściem do pracy. Tak w uproszczeniu od dziewięciu lat wygląda niemal każdy mój poniedziałek. W sumie jak dotąd spotkaliśmy się 464 razy, z czego audycje nagrane wcześniej można by policzyć na palcach obu rąk. Dlatego pisząc te słowa, tym bardziej chciałbym Wam podziękować, że wciąż kosztem snu znajdujecie czas i chęci na włączenie radia, czy to w tradycyjnej, czy też cyfrowej postaci. Mam nadzieję, że przez te wszystkie noce poznaliście coś nowego, co Was zaskoczyło i sprawiło, że później już na własną rękę podejmowaliście się muzycznych poszukiwań. Dziękuję również za listy, telefony w trakcie audycji oraz rozmowy podczas przypadkowych spotkań na koncertach. Dużo jest jeszcze dobrej muzyki, o której warto byłoby opowiedzieć lub napisać. Na tyle dużo, że nawet kolejne dziewięć lat by nie wystarczyło. Dlatego wierzę, że będziemy mogli spotkać się tak długo, jak będzie to możliwe. Kłaniam się i do usłyszenia o stałej porze.

piątek, 21 lutego 2014

Płyta ku pamięci

Rok temu o rocznicy tragicznej śmierci Zdzisława Beksińskiego przypomniała mi reprodukcja pewnego słynnego obrazu artysty, która znajdowała się na jednej z ostatnich stron podręcznika do j. polskiego z okresu szkoły podstawowej. Książka została wycofana na skutek zmian w systemie edukacji, zatem nie miałem komu jej przekazać, a że nie potrafiłem jej wyrzucić, wraz z licznymi płytami wciąż na swój symboliczny sposób podtrzymuje pamięć o nieżyjącym artyście. Wśród kaset i kompaktów, na których okładkach widnieją jego obrazy, znajduje się również pewna kompilacja w całości poświęcona ojcu Tomasza Beksińskiego. Dziś mija dziewięć lat od dnia zamordowania jednego z najwybitniejszych polskich malarzy XX wieku.

Zdzisław Beksiński  /  Fot. TVP
Zamienienie obrazu w muzykę wydaje się niemożliwe. Niemniej płótno, w takiej czy innej postaci, potrafi inspirować i sprawić, że kompozytor stworzy coś, czego może nigdy by nie napisał, gdyby jego oczy nie spojrzały na dane dzieło sztuki. Tak było z wieloma płytami i tak też jest z wydaną, co do dnia, siedem lat temu kompilacją "Untitled - A Tribute to Zdzisław Beksiński", która ukazała się nakładem poznańskiego Wrotycz Records.  Hołd artyście oddało dwunastu wykonawców z siedmiu krajów. Polskę reprezentowały m.in. Job Karma oraz Zenial, zaś spośród co bardziej rozpoznawalnych zagranicznych twórców warto wymienić szwedzkie Desiderii Marginis, rosyjski Kratong, czy chociażby belgijskie Hybryds. Obrazy Beksińskiego nie miały tytułów. Przygotowane utwory również ich nie mają, co wyraźnie sygnalizują słowa, pod jakimi je zebrano.

Okładka kompilacji "Untitled - A Tribute to Zdzisław Beksiński"
Ten krążek to nieco ponad godzina szalenie mrocznej, posępnej i obrazowej muzyki, której najbliżej, choć to czysto subiektywne odczucie, do tzw. okresu fantastycznego w twórczości artysty. To wówczas powstały dzieła uznawane dziś za kultowe, dodatkowo spopularyzowane przez zamieszczanie ich na okładkach wielu polskich i zagranicznych płyt oraz kaset, o których więcej informacji znajdziecie tutaj. Tak jak przerażające były fotografie, rysunki, grafiki komputerowe i obrazy Zdzisława Beksińskiego, tak i tutaj w mieli monetach jest podobnie. Budują wyobrażenie czegoś, co słonecznego dnia raczej nie przyjdzie do głowy statystycznemu spacerowiczowi. Dla jednych będzie do piekło, drudzy pomyślą o sennym koszmarze i otchłani, z której się nie wraca, z kolei pozostali mogą mieć jeszcze inne skojarzenia, ale niemal wszystkie, niezależnie od światopoglądu i wyznawanej religii, będą równie przygnębiające. Dlatego tym bardziej uderza sposób, w jaki zginął Zdzisław Beksiński, człowiek, który całe życie bał się śmierci, a ta, jak trafnie zauważył jeden z moich znajomych i kolegów po fachu, w końcu go zaskoczyła. Bezsensowne morderstwo za drobne pieniądze, płyty CD i dwa aparaty fotograficzne.

Jeden z kultowych już obrazów Zdzisława Beksińskiego
"Untitled - A Tribute to Zdzisław Beksiński" to wydawnictwo przede wszystkim dla sympatyków twórczości ojca Tomasza Beksińskiego. Znając jego pracę, te muzykę odbiera się zupełnie inaczej. A najlepiej słuchać jej, oglądając wszystko to, co po nim pozostało. Dziś mówi się, że Zdzisław Beksiński nigdy nie uderzył swojego syna i nigdy go też nie przytulił. To jakim był człowiekiem, niech pozostanie tematem rozważań na inny, ale z pewnością długi, wieczór. W tym dniu liczy się przede wszystkim pamięć.

Lista wykonawców

01. Asmorod - Untitled
02. Contemplatron - Untitled
03. Desiderii Marginis - Untitled
04. Gustaf Hildebrand - Untitled
05. His Divine Grace - Untitled
06. Hybryds - Untitled
07. Inade - Untitled
08. Job Karma - Untitled
09. Kratong - Untitled
10. Necrophorus - Untitled
11. Svartsinn - Untitled
12. Zenial - Untitled