sobota, 26 grudnia 2015

20 lat temu w sklepie z płytami

Mijający rok obfitował w bardzo ważne, okrągłe muzyczne rocznice, gdyż w 1995 r. ukazało się wiele kluczowych albumów, i to nie tylko dla tamtego okresu, ale i dla danego gatunku samego w sobie. W związku z tym poniżej znajdziecie subiektywne zestawienie płyt, które w ręce wielu z nas trafiły dokładnie dwie dekady temu. Każdy oczywiście ma swoje preferencje, ale przytoczone poniżej tytuły były wówczas bardzo ważne lub stały się takimi po latach. Uwzględnieniu podlegały jedynie regularne krążki. Podziemie to osobna historia. No może z jednym drobnym wyjątkiem. O zaskoczenie raczej trudno.


Celestial Season - Solar Lovers


Kraj: Holandia

Stoner doom metal z dwoma wiolonczelistkami. Wtedy mało kto tak grał, o ile w ogóle istnieje szansa na doszukanie się podobnych zespołów. Tym albumem uprzedzili wielu muzyków myślących o takiej odmianie klimatycznego grania.   


Decoryah - Wisdom Floats


Kraj: Finlandia

Muzyczni czarodzieje z Kraju Tysiąca Jezior. Nie pierwsi i nie ostatni, ale ważni, gdyż potrafiący stworzyć niezwykłą atmosferę nawet przy dość umiarkowanych środkach wyrazu. Dziś nieco zapomniani. Co prawda "Wisdom Floats" ukazało się na kasecie 1994 r., ale to rok później amerykańska Metal Blade wypuściła debiut Finów na bardziej medialnym kompakcie. Dlatego znaleźli się w tym zestawieniu.  


Dissection - Storm of the Light's Bane


Kraj: Szwecja

Promujące płytę "Where Dead Angles Lie" stało się hymnem porównywalnym chociażby z "Mother North" Satyricon, które nota bene uprzedziło o dobry rok. Nigdy wcześniej i nigdy później Jon Nödtveidt nie nagrał czegoś takiego. I już nie nagra. Odebrał sobie życie w 2006 r.


Anatema - The Silent Enigma 


Kraj: Wielka Brytania

Dla wielu kwintesencja klimatycznego grania lat 90. i jeden z najlepszych doomowych albumów wszech czasów. Był to ostatni metalowy album Anathemy i zarazem pierwszy, na którym zaśpiewał Vincent Cavanagh. Muzycy promowali go także w Polsce, czego zapisem jest nagrane w Krakowie koncertowe dvd "Vision of a Dying Embrace".


Opeth - Orchid


Kraj: Szwecja

Na najlepsze płyty miał jeszcze nadejść czas, ale to debiut Opeth zwiastował, że Szwedzi będą mieli dużo do powiedzenia. W tle za dominującymi wówczas pomysłami słychać bardzo dużo nieokreślonej jeszcze przestrzeni. Następne lata pokazały, co się w niej kryło.


Vader - De Profundis


Kraj: Polska

Gdyby Vader rozpadł się po tej płycie, byłby legendą, do której wzdychaliby wszyscy. Nie byłoby podziałów, niesnasek i internetowych złośliwości. Dziś jeden z najlepszych deathmetalowych albumów nie tylko tamtych czasów, ale i gatunku. Dla wielu szczytowe osiągniecie zespołu, którego grupa Piotra Wiwczarka już nigdy nie powtórzyła.


Death - Symbolic 


Kraj: USA

Na tym albumie death metal wspiął się na wyższy poziom i zmierzał ku wirtuozerii, którą trzy lata później usłyszeliśmy na "The Sound of Perseverance". Technicznie, ekspresyjnie, a tekstowo bardzo na temat.


My Dying Bride - The Angel and the Dark River


Kraj: Wielka Brytania

Nie ma fana doom metalu, który nie znałby tej płyty. Kwintesencja melancholii i cierpienia. Smutna muzyka nagrana przez prywatnie zabawnych ludzi, obdarzonych dużym dystansem do siebie i poczuciem humoru. Jedna z bezsprzecznie najważniejszych płyt gatunku. 


The Gathering - Mandylion


Kraj: Holandia

Dołączenie do zespołu Anneke van Giersbergen zmieniło wszystko. Doomowe granie zostało na dwóch poprzednich albumach, a w nasze ręce trafiło coś zupełnie nowego i przełomowego, nie tylko dla Holendrów, ale i dla całego gatunku. Znakomity głos i nastrojowa muzyka na pograniczu rocka i metalu zainspirowały wiele osób. Sukces komercyjny i artystyczny.  


Cemetery of Scream - Melancholy


Kraj: Polska

Jeden z kamieni milowych rodzimego doom metalu, choć nad Wisłą ten gatunek jakoś nigdy nie przekonał do siebie przesadnych tłumów. Co ciekawe, debiut krakowian mógł ukazać się nakładem Nuclear Blast, ale Marcin Piwowarczyk był już po słowie z niemiecką Serenades Records i odmówił. Płyta ukazała się w małej wytwórni, która przestała istnieć kilka lat później. Szkoda. Wiele rzeczy mogłoby potoczyć się inaczej. Taka widać jest cena uczciwości.


In The Woods - Heart of The Ages


Kraj: Norwegia

Muzycy z Kristiansand wyprzedzili nieco swoje czasy. Gdy wszystkie oczy były zwrócone na Bergen, zaproponowali coś, co wymykało się wszelkim dominującym wówczas trendom. Owszem, debiut In The Woods to także black metal, ale jedynie w sferze korzeni. Album krył w sobie także to, co niekiedy słyszymy nawet dziś. 


Dimmu Borgir - For All Tid 



Kraj: Norwegia

Tak nadchodziła druga fala norweskiego black metalu. Debiut popularnej grupy wydany siłami niewielkiej, choć wciąż działającej, niemieckiej No Colours Records. W zestawieniu z powodu symbolizowania nadchodzących zmian w gatunku i późniejszego dość spektakularnego sukcesu. 


Moosnpell - Wolfheart


Kraj: Portugalia

Jeden z najbardziej rozpoznawalnych metalowych albumów lat 90. Wielki sukces komercyjny i artystyczny, którego echa błyskawicznie odbiły się także w Polsce. Dziś już nikt nie wyobraża sobie koncertu Portugalczyków bez nagrań z tej płyty. Siła debiutu była tak wielka, że muzycy korzystają z niej do dziś.


Summoning - Minas Morgul


Kraj: Austria

Tak rodził się tolkienowski Summoning. Zadziwiające, że ten album ukazał się jeszcze w tym samym roku, co debiutancki surowy "Lugburz". Najzimniejsza ze wszystkich płyt Austriaków, która jednocześnie nakreśliła ich charakterystyczny styl, tak chętnie kopiowany przez licznych naśladowców.


Paradise Lost - Draconian Times


Kraj: Wielka Brytania

Dla wielu punkt graniczny w momencie używania określenia "stary Paradise Lost". Muzycy żegnali się z metalowym graniem, ale zrobili to w na tyle przebojowy sposób, że tym albumem zyskali rzesze nowych fanów, a wielu z tych starszych ostatecznie go zaakceptowało. Dziś już klasyk.

Illusion - 3


Kraj: Polska

Album, który ugruntował pozycję zespołu. Słucha się go od początku do końca. Dla wielu do dziś pozostaje kwintesencją stylu Illusion i największym artystycznym osiągnięciem grupy. Muzyka może nieco się zestarzała, a teksty nadal pozostają aktualne.

sobota, 19 grudnia 2015

No dobrze, ale co dalej?

Debiutowali w momencie, w którym niemal wszyscy wyczekiwali trzeciego albumu Tides From Nebula. Zadanie mieli zatem niełatwe, ale z pewnością znacząco pomogło im wygranie pewnego ponoć popularnego telewizyjnego programu. Choć oczywiście, cytując klasyka, "skończyły się czasy wszechmocnej telewizji" i nikt już nie da się nabrać nawet na najbardziej mozolnie promowanych słabych wykonawców. Tu jednak było inaczej. Debiut brzeskiego Besides miał dużo do zaoferowania i muzycy bardzo szybko wbili się klinem w układ sił na rodzimej postrockowej scenie. A jak jest teraz? Po pierwsze, wydana niedawno "Everything is..." musiała zmierzyć się z tzw. klątwą drugiej płyty, a po drugie, ta premiera skłania do postawienia przynajmniej jednego szalenie ważnego pytania.

Besides  /  Fot. facebook.com/BesidesBand
Ciekawi mnie bardzo, co by się stało, gdyby brzeszczanie zadebiutowali przed Tides From Nebula. Warszawiacy nagrali świetną pierwszą płytę w najlepszym możliwym momencie. A że grać potrafią, to i zasłużenie osiągnęli status najbardziej rozpoznawalnego rodzimego przedstawiciela gatunku. Ale gdyby zamienić kolejność debiutanckich premier, to kto wie, jak potoczyłyby się koleje losu. Dlaczego? Bo Besides to kawałek naprawdę solidnie zagranego i dobrze wyprodukowanego post rocka. Owszem, to prawda, że to wszystko już było, że gatunkowo ani "We were so wrong", ani "Everything is..." nie wnoszą nic nowego, a na Zachodzie takich płyt jest bardzo dużo, ale zespół broni się jednak warsztatem. Ten album można by puścić nawet w Kanadzie i powiedzieć, że to nasze, polskie. Oczywiście nikt nie padłby na kolana, ale wstydu też by nie było. Czy to jednak wystarczy? No właśnie. Tu rodzi się jedna zasadnicza wątpliwość.



Na tle zagranicy polski post rock to gatunkowy skansen. Solidny, ale skansen. Póki co wciąż się podoba, jednak to minie, tak samo jak na Zachodzie minęło apogeum fascynacji tą muzyką. Dlatego w pewnym momencie trzeba będzie zaproponować coś nowego, by przytrzymać uwagę kogoś więcej niż jedynie ortodoksyjnych fanów gitarowego grania. To duże wyzwanie nie tylko przed muzykami Besides, ale i wszystkimi rodzimymi przedstawicielami gatunku. Owszem, można się nie przejmować, bo przesadne napięcie nikomu przecież nie pomoże, ale mobilizacja, przekraczanie granic i chęć stawiania kolejnych kroków byłyby mile widziane. Na tym skorzystaliby wszyscy.



"Everything is..." potwierdza, że zainteresowanie Besides nie wzięło się jedynie z telewizji. Tym albumem muzycy w pełni spłacili kredyt zaufania, zaciągnięty m.in. udanym debiutem i dobrymi koncertami. A o tym, co dalej, nie muszą jeszcze myśleć. Dajmy im nacieszyć się tą płytą. Sobie zresztą również. Na walkę z szufladami przyjdzie jeszcze czas. Albo i nie. Posłuchamy, zobaczymy.

niedziela, 13 grudnia 2015

Grzeszne wiolonczele

W składzie pojawiały się różne kobiety, pojawiali się także nieliczni mężczyźni, ale to do niej od początku należało podejmowanie kluczowych decyzji i kierowanie poczynaniami jednego z najciekawszych neoklasycznych zjawisk zza Oceanu. Po trzech latach wydawniczego milczenia Kris T. Force i towarzyszące jej damy przemówiły raz jeszcze. Co ciekawe, po raz ostatni stało się tak za sprawą winylowego krążka "Live in Wroclaw", z zapisem koncertu zagranego 11 listopada 2011 r. w ramach Wrocław Industrial Festival. Teraz w końcu nadszedł czas na siódmy studyjny album Amerykanek. Czekaliśmy na niego aż 6 zim.

Amber Asylum  /  Fot. Materiały promocyjne
Panie z San Francisco nigdy przesadnie nie rozpieszczały fanów. I nie chodzi tu tyle o regularność ukazywania się kolejnych wydawnictw, co o muzykę samą w sobie. Ta nigdy nie należała do łatwych w odbiorze. Była szalenie hermetyczna, stonowana, melancholijna i jakże daleka od żywotności i emocji zazwyczaj poszukiwanych w dźwiękach. Jednak w jakiś sposób ta zagrana na wiolonczelach i przestrzenie brzmiąca refleksja przemówiła do na tyle licznej grupy odbiorców, że zespół wciąż istnieje, a i nie brakuje chętnych do wydawania jego płyt. Po przesłuchaniu "Sin Eater" śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że ten stan rzeczy jeszcze się utrzyma. Co prawda nietrudno odnieść wrażenie, że tak wiele pomysłów brzmi tutaj znajomo, ale wbrew pozorom w nasze ręce trafiło wszystko to, co w Amber Asylum najlepsze.


Płyty Amerykanek to zawsze był przede wszystkim nastrój. Tej muzyki słuchało się jakby zza mokrej szyby, oddzielającej od stalowo-szarego nieba i pozbawionych liści konarów drzew, uginających się pod siłą wiatru. Kluczem były i wciąż są wiolonczele, wspierane przez sekcję rytmiczną. Miejscami brzmią ponuro, demonicznie, wręcz przerażająco. Z kolei gdzieniegdzie urzekają melancholią, przywodząc na myśl najlepsze wzorce dorobku muzyki klasycznej. Całość zaś, jak zawsze, uzupełniają oniryczne wokale. I jest coś jeszcze - tytułowy zjadacz grzechów. To znakomicie odnajdująca się w tej muzyce historia nieco zapomnianej już profesji, której ostatni oficjalny przedstawiciel miał umrzeć na początku XX w. Taka osoba wiodła życie jednostki wykluczonej społecznie, wzywanej na łoże śmieci w celu symbolicznego zjedzenia grzechów umierającego. Podczas obrzędu spożywała chleb położony na piersi odchodzącego człowieka, wypowiadając odpowiednie formuły. Kiedy jest się świadomym tego podczas słuchania tej płyty, muzyka wydaje się jeszcze bardziej ponura i mroczna.


"Sin Eater" to mieszanina uniesień epki "Garden of Love" i przerażenia zawartego w autorskim opracowaniu "Black Sabbath" z czasów "The Supernatural Parlour Collection". Szkoda tylko, że miejscami Amerykanki wystawiają naszą cierpliwość na tak dużą próbę. Nierzadko chciałoby się, by wstęp poprzedzający kluczowe partie danego nagrania był nieco krótszy, ale niewiele można na to poradzić. Amber Asylum takie było, takie jest i najpewniej takie już pozostanie. Paniom nigdy i nigdzie przesadnie się  nie spieszyło. Nieważne, że grają powoli. Najważniejsze, by grały dalej.

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Zapiski z ciemnego pokoju

Każdy ma swój dzień gniewu. Sto lat temu "Dies irae" miał Jan Kasprowicz, miał i Cezary Augustynowicz w okresie pisania "Unholyunion" Christ Agony, a teraz ma Bronisław Ehrlich oraz muzycy grający z nim pod szyldem Bruno Światłocień. Każdy z tych stanów gniewu jest inny, różniący się w formule, powstały w odmiennych czasach i okolicznościach. W przypadku wejherowian w nasze ręce trafiło coś bardziej przewrotnego, niż sugeruje tytuł. Ten album to paradoksalnie najbardziej hermetyczne i najtrudniejsze w odbiorze wydawnictwo zespołu. Każdy, kto spodziewa się ładunku wściekłości, agresji i zamętu, gorzko się rozczaruje. I to tym bardziej, jeśli nie poznał wcześniejszych płyt Bruna.
Bruno Światłocień  /  Fot. facebook.com/Zespół-Bruno-Światło-Cień
Z pozoru wszystko się zgadza. Słyszymy dobrze znane średnie i wolne tempa, charakterystyczne recytacje Bronisława Ehrlicha i chłód bijący od muzyki. Ale coś tu brzmi inaczej. To już nie jest debiutancka "Czerń i cień", a ni jej sukcesorka z dopiskiem "II". Na "Dies irae" słychać o wiele więcej smutku, żalu, przygnębienia i ponurych refleksji. Owszem, muzyka Bruna to nigdy nie były wesołe melodie, ale miejscami nawet dość skoczne. A teraz? Towarzyszący im chłód w znacznej mierze zastąpił mrok. Widać taka była potrzeba chwili i tego, co drzemało w Ehrlichu. A że sam muzyk i autor tekstów otwarcie przyznaje się do epizodu walki z depresją i pobytu w zakładzie psychiatrycznym, z pewnością przelewanie myśli na papier traktuje jako terapię, co w naszych oczach może go jedynie uwiarygadniać. Jak w życiu, tak i w przypadku tej płyty nie każdy znajdzie w sobie siłę na wysłuchanie kogoś w takim stanie emocjonalnym. Sztuka empatii do łatwych nie należy, a każdy ma przecież swoje granice. Pytanie tylko, jak daleko one leżą.

Okładka "Dies irae"
Samotność, ciemność, odchodzenie w pustych czterech ścianach i płacz. To wszystko, jak i wiele więcej, jest w słowach i muzyce, składających się na potężną dawkę przygnębienia. No ale takie często bywa życie. Jeśli nie nasze, to kogoś innego. A gdzie w tym wszystkim tytułowe "dies irae"? To pytanie, na które trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Tropem pozostają religijne odwołania bohatera tekstów Ehrlicha, za wyjątkiem wykorzystanych słów Józefa Szczepańskiego. Inna sprawa, że fragmenty pierwotnego "Dnia gniewu" weszły do mszalnego i pogrzebowego ceremoniału chrześcijan. Zatem odpowiedź z pewnością nie jest jednoznaczna. Dlaczego? Chociażby dlatego, że banał i dosłowność nigdy nie były domeną Bruna Światłocienia. I bardzo bym się zdziwił, gdyby to się zmieniło. Z tą płytą i samym Brunem jest tak, że im dalej w las, tym więcej drzew. Ale w tym lesie wyjątkowo nie rąbią, to i wióra nie lecą. Tylko czemu te siekiery, nawet jedynie oparte o pnie, tak bardzo przerażają?



sobota, 28 listopada 2015

Zamykając oczy

Dlaczego Kuba Ziołek tak się spodobał, skoro nie stała za nim żadna machina promocyjna, ani uzbrojona w laptopy i stałe łącza horda PR-owych piewców? Dlaczego przykuł uwagę niemal wszystkich "alternatywnych" mediów, wzajemnie prześcigających się w odnajdywaniu coraz to nowych nisz, o których nikt nie zdążył jeszcze napisać lub powiedzieć? Bo jego muzyka jest szczera i prawdziwa? Z pewnością jest, ale to samo w sobie byłoby za mało. Może dlatego, że jest nieszablonowa, mistyczna, a duchem słowiańska i niezmiernie bliska natury? Pewnie tak. Pewnie wszystkiego po trochu. Dlatego tym bardziej szkoda, że nowa płyta Starej Rzeki jest jej ostatnią.

Kuba Ziołek  /  Fot. Ela Schultz
"Zamknęły się oczy ziemi" zbiera niemal wyłącznie dobre lub bardzo dobre recenzje. Dużo w nich zarówno zachwytów, jak i dezorientacji. No bo mamy dwupłytowy album człowieka, który nie przejmuje się niczym. Gra to, na co ma ochotę, mieszając dobrze nam znane gatunki. Jedni starają się rozłożyć tę dźwiękową łamigłówkę na czynniki pierwsze, inni zaś na wstępie przyznają, że nie ma to większego sensu, mówiąc lub pisząc, że zwyczajnie "odlatują". Faktycznie, coś w tym jest. Przede wszystkim za sprawą nieszablonowości. Nawet znając dokonania Ziołka m.in. z Alamedy, Ed Wooda i Kapital, nigdy tak do końca nie będziemy wiedzieli, co czeka nas po włożeniu płyty do odtwarzacza. I to jest właśnie najlepsze. Oczywiście tropów i domysłów brakować nie będzie, ale niepewność i ciekawość zawsze wezmą górę. 



Kuba Ziołek żegna się ze Starą Rzeką w piękny sposób. Podarował nam muzykę z jednej strony kosmiczną, a z drugiej szalenie pierwotną, w linii prostej wywodzącą się z serca Borów Tucholskich. Co ciekawe stosuje szalenie proste rozwiązania, ale one jednak chwytają i za gardło, i za serce. Od razu czuć wewnętrzną bliskość, coś, z czym można by się zidentyfikować, bo jest zwyczajnie nasze, rodzime i przede wszystkim dobre. A że pożegnania i związane z nimi przemyślenia to zazwyczaj czas refleksji, tego uczucia zajdziemy tutaj najwięcej. A czy "Zamknęły się oczy ziemi" to podsumowanie? Bynajmniej. To zamknięcie pewnego rozdziału, dopełnienie tego, co pamiętamy z czasu debiutanckiego "Cienia chmury nad ukrytym polem" i zarazem dalsze kompozytorskie kroczenie przed siebie. W którą stronę? Ten, kto zgadnie, powinien spróbować szczęścia w grach liczbowych.



Cieszmy się, że mamy takiego muzyka. Ten skromny, spokojny facet, obdarzony wszechstronnym muzycznym talentem, po cichu i bez pośpiechu stworzył coś, do czego długo jeszcze wiele osób będzie nawiązywało. Niektóre na nagrywanych płytach, inne w pisanych tekstach. Ziołek żyje we własnym muzycznym świecie i nie każdemu przypadają do gustu jeszcze poszczególne, niekiedy dość hermetyczne, projekty, ale z pewnością to kawałek oryginalnej muzyki, nad którą warto się pochylić. Choć przez chwilę. Swoją drogą, ponoć nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. A do Starej Rzeki? Czas pokaże.

sobota, 21 listopada 2015

Bilet powrotny? Nie, dziękuję

Lata mijają, ale dla wielu osób czas stoi w miejscu. Świadomie żyją we własnym muzycznym świecie, niespecjalnie mając ochotę wychylać nos, by sprawdzić, co dzieje się za rogiem. Bo i po co? W końcu słuchanie i granie muzyki mają przede wszystkim sprawiać przyjemność. A że w zasadzie wszyscy funkcjonujemy także w równoległej wirtualnej rzeczywistości, szansa na odnalezienie osób o podobnych fascynacjach zawsze jest na wyciągniecie ręki. Z tej możliwości skorzystały m.in. dwie damy z australijskiego Brisbane. Komponowane przez nie dźwięki rodem z muzycznego skansenu lat 80. zyskują coraz więcej sympatyków. Trzeba przyznać, że nie bez powodu.

Pleasure Symbols  /  Fot.Haydn Hal / facebook.com/pleasur3symbols
Pleaseure Symbols tworzą Phoebe Paradise i Jasmine Dunn. Działają stosunkowo od niedawna. Dyskografię też mają w zasadzie niemal najskromniejszą z możliwych, gdyż składają się na nią dwa nagrania opublikowane wyłącznie w sieci oraz teledysk do jednego z nich. Co poza tym? Przede wszystkim koncerty i aktywność w lokalnym podziemiu. To niewiele, ale okazuje się, że na początek wystarcza. Wszystko za sprawą muzyki, będącej zdeklarowaną podróżą do lat 80., i to taką bez biletu powrotnego.


Tu wszystko jest jasne. Nie może być inaczej. Są powszechnie znane wzorce, z których garściami czerpano inspirację, jest ściśle określona stylistyka oraz wymowna ignorancja względem współczesnych trendów. Zaś na końcu założeń Pleaseure Symbol znajdziemy w pełni świadomą próbę współczesnego poruszania się w wąskich ramach gatunku. Australijki zajrzały do tego, co działo się 30 lat temu i w sali prób wymieszały zimną falę, darkwave, sytnh oraz wszelkie postpunkowe skojarzenia. Zebranym elementom nadały wpadające w ucho melodie i tak powstały m.in. opublikowane nagrania "Control" i "Ultraviolence". 


Dla zagorzałych fanów gatunku nie będzie miało znaczenia, że to wszystko już było, że takich duetów można znaleźć naprawdę dużo, a szczególnie takich tworzonych wyłącznie przez przedstawicielki płci pięknej. To skąd to rosnące zainteresowanie? Z tęsknoty za muzyczną przeszłością, z głodu nowości utrzymanej w ściśle określonej i zarazem preferowanej stylistyce. A że tej podróży w czasie chcą zarówno grający fascynaci, jak i ci, którzy ich słuchają, to koło się zamyka. Warto mieć oko na te Australijki i samemu przekonać się, czy podołają wyzwaniu w postaci regularnej płyty. Oby, gdyż brzmi to całkiem przyjemnie.

niedziela, 15 listopada 2015

Poznańskie horyzonty

Beyond The Event Horizon wypływa na coraz szersze wody. Była pojedyncza kompozycja zamykająca dwupłytową kompilację "Cold Wind Is The Promise of a Storm", wydanej siłami włodarzy internetowej społeczności Post-rock-PL, jest i teraz wyczekiwana debiutancka płyta. Dla porządku warto jeszcze wspomnieć, a co skrzętnie pominięto w obecnej wersji oficjalnej biografii, że niegdyś było i trzyutworowe demo nagrane z wokalistką. Ma to o tyle znaczenie, że raz, dziś BTEH to inna muzyka, a dwa, wyłącznie instrumentalna. A czy warta uwagi? Owszem, ale z kilkoma ważnymi zastrzeżeniami.
Beyond The Event Horizon  /  Fot. Piotr Gębarowski
Gdy niespełna miesiąc temu poznaniacy grali przed Antimatter w warszawskiej Progresji, brzmieli nudno, sennie i bez wyrazu. W przeciwieństwie do miejscowego Thesis, również poprzedzającego występ Micka Mossa, muzykom nie udało się wydobyć z instrumentów siły, energii i przestrzeni, czyli tego wszystkiego, co paradoksalnie w wielu miejscach usłyszałem później na ich debiutanckim albumie. Chwilami "Event Horizon" bardzo pozytywnie zaskakuje. W znacznej mierze to efekt solidnej produkcji, ale nawet ta przecież nie byłaby w stanie obronić miernych kompozycji. Gdzie zatem znajdziemy najwięcej zalet?


Kluczowymi okazało się kilka rozwiązań, z których największą uwagę przyciągają dwa - dobre riffy w wybranych nagraniach oraz sposób wykorzystania klawiszy. Kwintesencją tych spostrzeżeń są dwie kompozycje - "Movement Cycle" oraz "Unknown Void". Mają wpadające w ucho gitarowe zagrania, brzmią ciężko, przepełnia je energia oraz zimne, niemalże analogowe, brzmienie na pograniczu klawiszy i syntezatora. Rozwinięcie tego ostatniego elementu to największa szansa na to, by w przyszłości poznaniacy skutecznie zwrócili na siebie uwagę. Podobnych zespołów jest bardzo dużo, a instrumentalna fala, jeszcze do niedawna zalewająca Polskę, od jakiegoś czasu systematycznie opada. Same dobre riffy nie wystarczą. Konkurencja jest zbyt duża, a przeciętnych zespołów również nie brakuje. Silniejsze nawiązanie do lat 80., chociażby notabene również poznańskiego Klincz z czasów "Latarnika", mogłoby okazać się strzałem w dziesiątkę. Teraz jest obiecująco, ale w dalszej perspektywie to za mało.


Im dalej od schematów, tym lepiej. Każdy słyszalny jednoznaczny romans z prog lub post rockiem działa na niekorzyść zespołu. W głowie słuchacza natychmiast otwierają się wiadome szufladki. Łamane tempa w "Sharper" czy spokój i melodia "Post Waltz" za bardzo przypominają to, co już znamy. Na szczęście miejscami muzyka jest "gdzieś pomiędzy" i w tym, patrząc na BTEH życzliwym okiem, należałoby upatrywać szansy zespołu. No ale na to będziemy musieli jeszcze zaczekać. Wszak dopiero co poznaniacy ucieszyli się z debiutu. Warto mieć jednak na nich oko i za jakiś czas samemu dokonać weryfikacji, zarówno tej koncertowej, jak i studyjnej. Zespół z pewnością wart odnotowania, ale decydujące okaże się kolejne wydawnictwo. Danie mu szansy z pewnością nikomu nie zaszkodzi.

niedziela, 8 listopada 2015

Śmierć nosi się na biało

Lata mijają, a Anton Belov wciąż zaskakuje młodych, nieznających muzyki Kauan,  zarazem nadal budząc uznanie wśród bardziej doświadczonych słuchaczy. Dlaczego? Po prostu tworzy znakomitą muzykę. Dość szybko odnalazł własny styl i rozwinął pomysły powstałe na bazie doom metalu, idąc znacznie, znacznie dalej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać. A co najważniejsze, ten śpiewający po fińsku Rosjanin, w dodatku od lat mieszkający w Kijowie, wciąż się rozwija. Na każdej kolejnej płycie słychać pomysł i coś, czego w przypadku Kauan jeszcze nie znaliśmy, przynajmniej nie w danej formule. Teraz jest podobnie. Dopiero co wydana "Sorni nai" dojrzałością i majestatem pozostawia w tyle poprzednie wydawnictwa. Co więcej, stało się tak mimo faktu, że, może nie licząc debiutu, to przecież znakomite albumy.

Kauan  /  Fot. www.facebook.com/kauanmusic
Kauan powstał w Czelabińsku na Uralu, zatem Belov doskonale wie, co to znaczy zima. A to zaś ma bardzo duże znaczenie w przypadku nowej płyty. "Sorni nai" jest opowieścią o zdarzeniu znanym jako tragedia na Przełęczy Diatłowa. W 1959 r. grupa dziewięciu studentów zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Celem wyprawy był jeden z uralskich szczytów. Wszyscy byli doświadczeni i dobrze przygotowani, a mimo to część uczestników zmarła na skutek hipotermii, a kilka kolejnych ciał odnalezionych dopiero po wiosennych roztopach. Jak się okazało, miały zmiażdżone klatki piersiowe, a jeden ze studentów dodatkowo został pozbawiony języka i części twarzy. Co tam się wydarzyło? Tego nie wiadomo do dziś, choć oczywiście hipotez i teorii spiskowych nie brakuje. Ta na swój sposób romantyczna historia, przypominająca nieco tragedię polarnej wyprawy Roberta Scotta, została w znakomity sposób przełożona na muzykę. Anton Belov i towarzyszący mu kolektyw przekroczyli kolejną granicę swoich możliwości. 


Ciężkie, postdoomowe riffy, niemalże progresywne i postrockowe przestrzenne dialogi gitarowych solówek, akustyków, skrzypiec, a także klawiszy oraz bardzo starannie opracowane wokale w języku Kraju Tysiąca Jezior wręcz urzekają. Owszem, dobrze znamy te poszczególne elementy, ale wszystkie połączono w taki sposób, że "Sorni nai" to nowy album w dosłownym i przenośnym pojęciu tego terminu. Ta fuzja przełożyła się na powstanie szalenie obrazowej muzyki, w zasadzie mogącej posłużyć za ścieżkę dźwiękową do filmu poświęconego wszystkim zabranym przez białą śmierć, których ciała znajdowano w zaspach śniegu, bądź na skutej lodem ziemi. Wszak nieprzypadkowo zawartość płyty to jeden ponad pięćdziesięciominutowy utwór, sztucznie podzielony na siedem części. Ten album sprawia, że owiany tajemnicą dramat radzieckich studentów staje się uniwersalną historią. Zaczyna się od pięknych białych przestrzeni, a kończy straszną, niewyjaśnioną śmiercią w temperaturze minus 30 stopni Celsjusza.


Nie ma drugiego takiego zespołu. I nie mam tu na myśli jedynie faktu, że Kauan to najpewniej jedyna grupa, w składzie której nie ma rodowitego Fina, a na której płytach słychać ten jeden z bardziej skomplikowanych języków. Po prostu nikt inny tak nie gra. Od razu słychać, że za tymi dźwiękami stoi Anton Belov. To kawałek przepięknej muzyki, choć w przypadku "Sorni nai" zarazem o jakże tragicznej wymowie. Słychać tu zimę, słychać chłód i śmierć. Słychać także strach, przerażenie, a po wszystkich pamięć i refleksję. Jeśli tej zimy za Waszymi oknami będzie biało, a wieczorem znajdziecie dla siebie chwile, włączcie tę płytę i zobaczcie, co się stanie. A będzie to o tyle łatwiejsze, gdyż wydawca w całości udostępnił ją w sieci. Możecie wesprzeć zespół, możecie także pobrać ją za darmo. Szczegóły znajdziecie tutaj. Zdecydowanie warto.

niedziela, 1 listopada 2015

Noc rozświetlana blaskiem reflektorów

Przyjemnie jest obserwować wykonawców, którzy na naszych oczach stają się rozpoznawalni w gronie sympatyków określonej muzyki. Grają coś, co się sprawdziło, czego ludzie chcą słuchać i co po prostu jest ciekawe. Jednakże, no właśnie, nie mają jeszcze porządnie nagranej i przede wszystkim wydanej płyty. To gdzie ta rzeczona przyjemność? W obserwowaniu rozwoju, choć oczywiście chciałoby się, by fonograficzny finał danej historii nadszedł jak szybciej. No ale na to zazwyczaj trzeba nieco poczekać, tak jak m.in. w przypadku warszawskiego Mordenmoon. 

Modernmoon  /  Fot. facebook.com/modernmoonmodernmoon
W stolicy tę nazwę zna bądź kojarzy coraz więcej fanów dark independent i okolic. Powoli też takie spojrzenie na Księżyc zaczyna przemawiać również do sympatyków w innych zakątkach kraju. Niewątpliwie duży wpływ miał fakt występu Modermoon przed Clan of Xymox, do czego w ubiegłym roku doszło w Szczecinie. Nie bez znaczenia pozostaje także zainteresowanie ze strony Requiem Records, która ma wydać dziewczynom debiutancką płytę. Właśnie, dziewczynom. Modermoon tworzą dwie przedstawicielki płci pięknej - Hilda Hertz i Michalina Maria. Pierwsza z nich śpiewa, druga czuwa nad muzyką, którą swego czasu same określiły mianem nocy rozświetlanej blaskiem reflektorów. 



Tu nie ma dyskoteki, dzięki czemu całość brzmi przestrzennie, zimno i bardzo nastrojowo, co pozostaje największą zaletą tych dźwięków. Owszem, przy takim graniu od razu wiadomo, czym inspirują się twórczynie i jakie płyty pozostają im najbliższe, ale w końcu taka jest specyfika gatunku i nic tego nie zmieni. Szczęśliwie dla nas w tym potoku znajomych dźwięków panie stać na własne zdanie, co dość obiecująco zapowiada długogrający debiut. A kiedy trafi on w nasze ręce? Oficjalnie mówi się o przyszłym roku, ale nieoficjalnie wiem, że większość, o ile nawet nie całość, materiału musi zostać przearanżowana, zatem przed nami może i nawet kolejne sześć miesięcy cierpliwego wyczekiwania. Inna sprawa, że to najwyższy już czas. Nadszedł moment, by Moodermoon wyszło z roli wiecznego supportu bardziej rozpoznawalnych grup i zaczęło grać dla nieco szerszego grona osób. Wszystko jednak w rękach dziewczyn i oczywiście wydawcy.   


Z tego może być coś naprawdę ciekawego. To porządna dawka dark wave w bardzo solidnym wydaniu, która ma potencjał na to, by wbić się klinem w rodzimą scenę. Nie chodzi o to, by wszystko na niej przestawiać, ale o to, by tchnąć w nią nowego ducha. Wszak świeżej krwi nigdy za wiele. Oby tylko panie nie kazały nam przesadnie długo na siebie czekać. Owszem, najpierw należy wszystko dobrze dopracować, ale też warto pójść za ciosem, skoro o Modermoon teraz dowiaduje się coraz więcej osób. W przeciwnym razie księżycowy pył opadnie i wszystko trzeba będzie zaczynać niemalże od początku.

sobota, 24 października 2015

Śmiertelne czasy w Krakowie

Bart z Withing Hour zwietrzył krew. Z pewnością zdał sobie sprawę, że sentyment to zdecydowanie lepszy i łatwiejszy interes niż ciężka i mozolna praca polegająca na wypromowaniu nowego wykonawcy. Inna sprawa, że tego właśnie w większości chcemy my, fani. Szczególnie, jeśli muzycznie wychowywaliśmy się w latach 90., czasach eksplozji ówczesnego metalu i prężnie działającego rodzimego podziemia. Dlatego wszystkie dotychczasowe i planowane przez niego reedycje cieszą się niemałym zainteresowaniem, zarówno wśród młodzieży, jak i tych, których nośniki nie przetrwały próby czasu. Demówki Vader, archwiwa Xantotol, stare nagrania Sacrilegium, Mastiphal i Graveland, wznowienia Damnation oraz zapowiedziane przypomnienie fonografii Mordor - długo można by jeszcze wymieniać. A przecież 1 listopada ukaże mini album Christ Agony, a w ślad za nim dwa dema zespołu Cezarego Augustynowicza. No ale wystarczy. Spośród tych wszystkich zrealizowanych i przyszłych planów jeden ucieszył mnie szczególnie. Debiutancki album krakowskiego Holy Death znów jest dostępny. Trudno o drugą taką rodzimą płytę.

Holy Death w 1996 r.
Wydany pierwotnie 1996 r. "Triumph of Evil?" od dawna był już nieosiągalny, a jeśli nawet, to po zaporowych cenach. Trudno się dziwić, gdyż to znakomita płyta, będąca doskonałą polską odpowiedzią na nieco wcześniej płonące kościoły w Kraju Fiordów. Tę tezę niech zaś potwierdzi fakt wydania krążka przez uznaną norweską Head Not Foud. Inna sprawa, że firma z Oslo nie przyłożyła się za bardzo do jego promocji i o zespole o wiele głośniej było w rodzimym podziemiu za sprawą zaledwie kasety z ramienia Baron Records. Szkoda. Jednak szacunek, uznanie i pamieć na scenie pozostały, dlatego nawet po rozwiązaniu zespołu jego wydawnictwa cieszą się zainteresowaniem, a te najciekawsze są o wiele trudniej dostępne. Dlaczego? Można wymienić dwa powody.


Po pierwsze, muzyka. Holy Death czasu debiutu do majestat, brzmienie i nastrój. Tu nie było byle pędzenia ku uciesze diabła, tylko uważne pochylenie się nad jego ewangelią, co z kolei prowadzi do drugiego powodu. Leszek Wojnicz-Sianożęcki ma nieco oleju w głowie i potrafiłby w cztery oczy wyjaśnić, dlatego najbliższe są mu właśnie takie, a nie inne poglądy. Co więcej, prywatnie sprawia wrażenie osoby otwartej, potrafiącej uśmiechnąć się i mającej dystans do samej siebie. A to przecież nie są takie oczywiste cechy w środowisku pełnym napiętych muskułów i nad wyraz zwartych pośladków. No i jest coś jeszcze. Wokalista Holy Death to wręcz maniak metalu lat 80., aktywnie działający w podziemiu. Wydawał płyty, ziny, dość czynnie wspierając scenę. Takich rzeczy się zapomina.


To wszystko dowiodło szczerości działań popularnego Necronosferatusa i przełożyło się na darzenie go powszechnym szacunkiem. Można nie zgadzać się z jego poglądami, można uznawać je za skrajne i złe, ale po tych wszystkich latach panu Wojniczowi-Sianożęckiemu nikt nie będzie w stanie odmówić konsekwencji, zaś muzyce Holy Death tego, że wciąż potrafi się obronić. To wznowienie to doskonała lekcja dla młodzieży, a dla starszyzny bezcenne wspomnienie jakże muzycznie dobrych czasów. Na koniec dla porządku warto wspomnieć, że reedycja Withing Hour to w sumie drugie kompaktowe ponowne wypuszczenie "Triumph of Evil?". W 2003 r. stało się tak za sprawą Luciforus Art Productions, za którą stał notabene rzeczony wokalista Holy Death. 

niedziela, 18 października 2015

Gdzieś w okolicach zwrotnika Raka

Znalazłoby się nieco wykonawców, którzy z na tyle dużym powodzeniem lawirują pomiędzy określonymi, niekiedy dość często hermetycznymi, stylistykami, że nawet co bardziej wybredni fani danego gatunku uznają ich za swoich. Albo są to gwiazdy, które udanie zmieniały oblicza, albo grający swoje nieprzesadnie rozpoznawalni wykonawcy, czyniący to naprawdę dobrze lub przynajmniej szczerze i prawdziwie, co też jest przecież w cenie. Spośród tych drugich niedawno przypomniano mi o Tropic of Cancer, które nota bene niebawem ponownie zagra w Polsce.

Tropic of Cancer  /  Fot. facebook.com/tropicofcancerband 
Sprawa jest prosta. Mamy tu niejaką Kalifornijkę Carmelię Lobo, która w 2009 r., wówczas jeszcze z Juanem Mendezem, debiutowała pod nazwą Tropic of Cancer singlem "The Dull Age / Victims". Były to dwa odmienne nagrania wydobyte z czeluści leżącej gdzieś pomiędzy shoegaze'em i dronem. Punktem zwrotnym, a przynajmniej momentem bardziej świadomego określenia się rzeczonej pary, była epka "The Sorrow of Two Blooms". Tu zrobiło się zimno, elektronicznie, powróciły czarno-białe lata 80. i mniej więcej w tę stronę zmierza to do dziś. Różnica polega na tym, że od trzech lat kompozytorsko i koncepcyjnie za wszystko odpowiada już wyłączenie pani Lobo. A jak jej idzie? Całkiem dobrze.


Smutny, zawodzący głos, zaloopowany analogowy podkład żywcem wyjęty ze złotych czasów new wave, nieskompilowana linia basu, leniwie odzywająca się gitara i zimne brzmienie - takie jest Tropic of Cancer. Paradoks polega na tym, że ten dźwiękowy minimalizm to w gruncie rzeczy także eklektyzm. Jaki cudem? Muzyki znad zwrotnika Raka nie odrzuci żaden wojujący obrońca "alternatywy". Podobnie będzie np. z fanami Lebanon Hanover i w zasadzie każdym gotem wzdychającym za mroczną i smutną stroną lat 80. Shoegaze'owe smutasy także znajdą tu coś dla siebie. Głos Carmelii wręcz idealnie pasowałby do pomysłów Neila Halsteada i dokonań całej rzeszy późniejszych muzyków inspirujących się Slowdive. Zaś na końcu tej kolejki, nieco z uporem, ale mimo wszystko można ich wymienić, widziałbym co bardziej otwartych fanów ambitniejszego popu. W końcu teoretycznie komponować łatwo przyswajalną muzykę też trzeba umieć. 


W tej prostocie jest metoda. To szczera, pełna nastroju i wymagająca skupienia muzyka dla wrażliwych ludzi. Dla ludzi poszukujących wyciszenia oraz dźwiękowej przestrzeni, na których twarzach uśmiech gości nieco rzadziej niż odnotowują to urzędnicy GUS. Aż dziwne, że jak dotąd doczekaliśmy się zaledwie jednej regularnej płyty Tropic of Cancer, którą pozostaje "Restless Idylls" z 2013 r. Widać, Carmelia bardziej preferuje single i epki, czego konsekwencją jest ukazanie się w tym miesiącu "Stop Suffering", kolejnego skromnego wydawnictwa. To właśnie w ramach jego promocji Amerykanka i towarzyszący jej muzycy przemierzą Europę, 31 października zatrzymując się na jeden wieczór w warszawskiej Hydrozagadce. Warto będzie tam zajrzeć i wybrać się pod zwrotnik Raka.

niedziela, 11 października 2015

Zima nadchodzi już jesienią

Jakież było moje zdziwienie, gdy pofatygowałem się do warszawskiego antykwariatu płytowego Hey Joe, a stojący za umowną ladą jego właściciel, zapytany o nowy album Hatestory, zdjął z górnej półki nie jeden, a dwa krążki. Spojrzałem na niego pytająco, a on rzucił lakoniczne "uparli się". Owy upór polegał na jednoczesnym, jak sądzę, wydaniu dwuutworowego singla "Pochodnia" oraz regularnej płyty "Wilczyca". Łudząco podobne do siebie okładki i szata graficzna, swoją drogą bardzo przypominające także debiut, mogą nieco zdezorientować. Jednak w przypadku zawartej na nich muzyki nie ma mowy o jakimkolwiek nieporozumieniu. Od razu wiadomo, jaki to zespół i co gra.

Hatestory  /  Fot. Aleksandra Burska
Hatestory to ostoja współczesnej polskiej zimnej fali. Owszem, nie jedyna, ale zdecydowanie jedna z tych najciekawszych. Muzycy sami wydają swoje płyty, organizują koncerty i grają dla tych, którym wciąż bliskie jest chłodne, postpunkowe brzmienie oraz jego okolice. Są szalenie konsekwentni i za to zyskali sobie szacunek stosunkowo nielicznych w naszym kraju, ale w pełni oddanych, fanów gatunku. Jednak tego wszystkiego by nie było, gdyby zabrakło  najważniejszego - solidnej muzyki. Z perspektywy czasu bezcenne wręcz dokonania Septembra i Slavika w nieodżałowanym Miquel And The Living Dead oraz kultowej już Evie procentują. W pewnym momencie można było zadać sobie pytanie, czy zespół podniesie się odejściu Moniki. Wszak trudno o wokalistkę o tak wyrazistym i charyzmatycznym głosie. Ostatecznie skład uzupełniła Klaudia i podołała wyzwaniu. W każdym razie na pewno bardziej niż mniej. 


"Wilczyca" to z jednej strony bardzo solidna dawka poszukiwań w obszarze konserwatywnego zimnofalowego grania, a z drugiej dźwięki, których zadaniem jest urozmaicenie pomysłów zaczerpniętych z kanonu. Przyjemnie słucha się akustycznych gitar wykorzystanych na punkową modłę w "Ostatnim" oraz saksofonu w przestrzennie brzmiącej "Drodze". Niemałym zaskoczeniem, i to dość pozytywnym, okazała się również "Fala". Muzykom wyszła w zasadzie ballada, ale tak spokojnie i ciekawie zimna, że z pewnością sprawdzi się na koncertach jako chwila wytchnienia dla zespołu oraz publiczności. No ale wyraźny i cieszący rozwój to jedno, a ustalony stylistyczny kręgosłup to drugie. Ramy są wąskie i wykluczają jakiekolwiek zbędne pytania. Od razu wiadomo, co i w co grają muzycy oraz ci, którzy uważnie śledzą poczynania warszawiaków. A że grają dobrze i takiej muzyki jest w naszym kraju mało, to, przynajmniej na wstępie, atencję mają zapewnioną.


Nie wiem, jak długo ten zespół będzie jeszcze istniał. Nie wiem, ile jeszcze lat muzycy będą znajdowali czas na granie. Dlatego warto cieszyć się nim, póki wciąż działa. Tworzą go fani gatunku, którzy dobrze wiedzą, czego słuchają i co chcą grać, a to gwarantuje szczerość. Inna sprawa, że Hatestory po prostu przyjemnie się słucha. Jest energia, wyrazista muzyka, są polskie teksty, idealnie pasujące do czarno-białej stylistyki. Tu wszystko się układa, a muzycy z powodzeniem zapisują kolejny mały rozdział w  ciekawej historii rodzimego zimnego grania. Słowem, bardzo interesująca jesienna premiera, która bijącym od niej chłodem wyraźnie przyspiesza nadejście zimny.

sobota, 3 października 2015

Moje miasto upada, gnije od środka

Nigdy nie podzielałem "entuzjazmu" zwolenników Ruchu Autonomii Śląska, jednak zawsze szanowałem Ślązaków, ich historię i przymykałem oko na nieco przesadnie momentami demonstrowanie poczucia odmienności, czy nawet wyższości. Może po części dlatego, że sam pochodzę z dzielnicy Poznania, którą de facto wciąż w znacznej mierze tworzą jeszcze kamienice z XIX w., a wpływy nadgorliwych poczynań jaśnie pana von Bismarcka i jego następców mocno wpłynęły na życie ich niegdysiejszych lokatorów. Niemniej żeby zrozumieć pewne zachowania, a przynajmniej spróbować je pojąć, trzeba by zajrzeć na Śląsk nie tylko do katowickiego Spodka lub na stadion w Chorzowie. Warto zacząć rozglądać się np. już w pociągu, przepływając przez industrialne morze, co chwila zatrzymując się na innej stacji, która w praktyce oznacza inne miasto. Wtedy trochę inaczej podejdziemy do tematu w postaci potencjalnej rozmowy, lektury, czy płyty. Właśnie, płyty.

Beuthen  /  Fot. facebook.com/beuthen.official
Beuthen oznacza po niemiecku Bytom. To także nieco prowokacyjnie brzmiąca nazwa trzyosobowego projektu, który niedawno zadebiutował epką "Przewartościowanie". Jak nietrudno zgadnąć, nie uświadczymy tu przaśnych biesiad, gwary, Barbórki, bluesa, czy skocznych melodii spod znaku Oberschlesien. Z drugiej jednak strony nie jest to też wątpliwej jakości hałas, podciągnięty pod umowne śląskie zagłębie metalowe. Tu mamy coś innego, coś więcej. Jest Bytom i jego skomplikowana polsko-niemiecka historia, są warunki życia mieszkańców w brudnych, szarych, ponurych i zimnych miejscach wybudowanych ze stali i cegły. Nie brakuje poczucia przygnębienia i beznadziei oraz skutków lat zaniedbań, których symbolem pozostają m.in. wciąż obecne porzucone i zrujnowane oficyny, jakie nawet dziś można zobaczyć na terenie centrum miasta. 

Panowie bardzo dobrze wiedzą, o czym grają i śpiewają. Są rodowitymi bytomianami, dzięki czemu mamy pewność, że "Przewartościowanie" to zapis autentystycznych emocji, przemyśleń i refleksji. Największe wrażenie robią słowa "Moje miasto upada. Gnije od środka". Tak proste i bezpośrednie, a zarazem jakże uderzające przy silnej ekspresji wokalnej. Każdy kij powinien mieć jednak dwa końce. I ma. Muzycy Beuthen podkreślają, że ich celem wcale nie jest pławienie się w mentalnych lub rzeczywistych ruinach ich miasta, lecz traktują je jako inspirację do tworzenia w stylistyce, która jest im najbliższa. Słowem, ciężko, ale nie jednoznacznie. Jest nieco elektroniki, znajdzie się riff, który można by zaadoptować na potrzeby black metalu, jest też nieco zimnego grania. To dobrze. Dzięki temu w nasze ręce trafia mniej typowości, a są za to pomysł i nieco zaskoczenia. Ogólnie jednak sama ciekawa koncepcja  na zespół wyprzedza nieco muzykę. Jakby panowie nie we wszystkich miejscach kompozytorsko potrafili trafnie dopowiedzieć to, co pozostaje po wyrecytowaniu lub wykrzyczeniu danych słów. Skoro jednak już teraz otwarcie zapowiadają, że to nie koniec, jest jeszcze szansa i czas na nieco bardziej poukładaną i dopracowaną muzykę.   

Okładka epki "Przewartościowanie"
To ciekawy debiut. Oparto go na pomyśle, który bardzo dobrze oddaje atmosferę wybranego śląskiego miasta i świetnie wpisuje się spektrum wydawnictw odwołujących się do tego regionu Polski, np. na katowickim Dusseldorfie z lat 80. począwszy, a kompilacji "Silesian Metal Attack" skończywszy. Biorąc jednak pod uwagę koncepcję muzyków Beuthen, przy założeniu, że pochodzi się z innych stron, warto zajrzeć do kilku książek lub poczytać nieco w sieci. Po co? Ot tak, by chociaż wiedzieć, o czym dokładnie jest zamykająca "Przewartościowanie" kompozycja "W ciągłym strachu (Bytom-Miechowice 1945)". Panowie skutecznie zwrócili na siebie uwagę. Za jakiś czas będziemy mogli wymagać więcej.

sobota, 26 września 2015

Z dala od dosłowności

Ubiegłej jesieni, gdy w Waszej obecności rozmawiałem z Michałem Śliwą, muzyk Ehoes of Yul powiedział mi, że dąży do tego, by komponowane przez niego dźwięki nie okazywały się zbyt dosłowne. Była to replika na moje pytanie oparte na jednej z jego starszych wypowiedzi, w której porównał swoją muzykę do rozmazanej fotografii. O ile wcześniej w dusznym i doomowym klimacie Ehoes of Yul miejsca na niedomówienie było znacznie mniej, o tyle teraz jest go bardzo dużo. Opolanin najwyraźniej postanowił zakończyć pewien etap w historii projektu i za sprawą trzeciej regularnej płyty rozpocząć coś nowego. Sądząc po tym, co znalazło się na "The Healing", w pełni mu się to udało. Premiera albumu przypadła wczoraj.

Michał Śliwa  /  Fot. Arch.
W nasze ręce trafia mocno wyciszone i refleksyjne wydawnictwo, zgoła odmienne od tego, czym w zasadzie było dotychczas całe Echoes of Yul. Posłużenie się terminem rewolucji to przesada, jednak zmiana jest na tyle istotna, że śmiało możemy mówić o czymś nowym. Jak bardzo? Słychać raczej ewolucję, rozwinięcie czegoś, co już znamy, ale co też nie było przesadnie eksponowane i zostało wyciągnięte gdzieś spomiędzy dotychczasowych wierszy. Po wysłuchaniu "The Healing" uwagę zwraca przede wszystkim minimalizm. Znacznie więcej tu syntezatorów, klawiszy i jakby chęci wymknięcia się ograniczeniom dyktowanym przez bardziej typowe gitarowe instrumentarium. Z drugiej jednak strony trudno spodziewać się po tym twórcy całkowitego porzucenia sześciu strun, dlatego ten instrument wciąż tu jest. Owszem, czasem schowany za cała gamą efektów, ale jest. Co więcej, w trzech z ośmiu nagrań przypomina o sobie niemalże w starym, cięższym stylu, choć to już raczej romans z przeszłością, niż regularnie uprawiana miłość. Mimo to dobrze, że ta przeszłość gdzieś się przeplata, bo gdyby Śliwa w tym momencie zdecydował się nagrać wyłącznie elektroniczną płytę, przy całym moim uznaniu dla tego muzyka, ta mogłaby okazać się zwyczajnie nudna. Ileż to już razy byliśmy świadkami podobnych sytuacji? A tak "The Healing" niesie ze sobą coś, co dla każdego muzyka jest niemalże kluczowe, a dla nas słuchaczy przyjemne, czyli postępujący rozwój.  


Powoli, bez pośpiechu, przestrzennie i z nastrojem pełnym psychodeli oraz oniryzmu, ale bez przestojów, dźwiękowych zapychaczy i nudy. W efekcie trafia do nas coś, co trudno włożyć do szuflady z jedną krótką etykietą. Ani to doom, ani post rock, ani ambient, ani też trip hop, o który momentami pan Śliwa się ociera. No i dobrze. Dzięki temu słychać tu postęp i najpewniej zarys kierunku, w którym twórca chciałby się rozwijać. W dotychczasowych rejonach zrobił już chyba wszystko, co można było, zatem na tym etapie działalności nie mógł wybrać lepiej.



Warto wspomnieć jeszcze o jednym. Dobrze, że mimo wyraźnie słyszalnych zmian, Michał Śliwa pozostał przy filmowych, jak mniemam, samplach. Wątek kina niemal do zawsze przeplatał się w muzyce Echoes of Yul i nadawał jej smaczku. Był to znakomity dodatek. Czasem zaskakiwał, czasem uzupełniał, ale pasował zawsze. W nagraniu "Organloop" pada jedna wymiana zdań, która daje do myślenia, zwłaszcza, gdy słucha się jej w słuchawkach.  "Możesz ocalić świat" - mówi mężczyzna. "Chrzanić świat" - odpiawada kobieta. Właśnie, chrzanić. A w zasadzie najpierw posłuchać "The Healing", a potem chrzanić.

poniedziałek, 21 września 2015

Usłyszymy się wkrótce

Nadszedł czas na urlopową ucieczkę do wolności. Oznacza to, że dziś co prawda nie będzie mnie w radiu, ale w żadnym razie nie wpłynie to na charakter naszego cotygodniowego spotkania. Odpowiednio wcześniej pozwoliłem sobie przygotować całość, wyciągając z szafy nieco uznanych i zarazem trochę zakurzonych już płyt. Przy okazji usłyszycie także spełnienie muzycznej obietnicy, którą złożyłem Wam kilka tygodni temu. Wierzę, że nie będziecie rozczarowani. Listę zaprezentowanych wykonawców oraz niezamieszczone jeszcze odsłuchy brakujących audycji pojawią się wkrótce. Do usłyszenia. Kto wie, być może nawet już za tydzień.

Fot. Wojtek Dobrogojski

poniedziałek, 14 września 2015

Bogactwo jednego instrumentu

Finlandia ma w sobie coś przyciągającego uwagę. To zimny i mało przyjazny, ale przepiękny kraj, w którym powstało wiele niezwykłych płyt. Czemu akurat tam? W znacznej mierze to po prostu kwestia inspiracji, z którą nierozerwalnie wiążą się dorobek kultury i oczywiście przyroda. Finowie posiedli umiejętność przenoszenia tego, co mają najlepsze, do świadomości masowego odbiorcy, zwłaszcza tego zainteresowanego muzyką. Wystarczy wymienić chociażby czarodziejów z Tenhi, kultowe już dziś dokonania Amorphis czy bardziej przystępne w sobie nagrania Moonsorrow, Korpiklaani i Finntroll. A jeśli chcielibyśmy skupić się na kimś, za sprawą kogo do przeszłości i ducha Kraju Tysiąca Jezior będzie nam jeszcze bliżej, to nie sposób nie wymienić Aslaka Tolonena. To on pod szyldem Nest rozpropagował kantele, narodowy fiński instrument. Oczywiście nie był i nie jest jedynym takim muzykiem, ale konsekwentnie czyni to od ponad 15 lat i nie zamierza przestać, o czym świadczy jego nowa płyta.

Aslak Tolonen  /  Fot. nestfin.bandcamp.com
Tym razem jest nieco inaczej. Po pierwsze, "Mietteitä" to de facto solowy krążek Tolonena. Mimo że Timo Saxell nadal oficjalnie współtworzy ten projekt, ostatni raz studyjnie zaangażował się w niego na wydanym w 2007 r. "Trail of the Unwary". Inna sprawa, że od tamtej pory aż do teraz nie uświadczyliśmy premierowych nagrań Finów. Ukazywały się jedynie kompilacje lub alternatywne wersje znanych już kompozycji. Po drugie, co pozostaje efektem braku Saxella, Nest brzmi teraz inaczej. Jedynym instrumentem jest kantele. Nie ma już basu, tła przesterowanych gitar i klawiszy. Zmiany ma rekompensować, o ile to trafne określenie, przede wszystkim zamierzona produkcja. Tę zaś oparto głównie na koncepcji przestrzennego brzmienia. Opłaciło się.

 

Aslak Tolonen postanowił przybliżyć kantele w bardziej tradycyjnej, nieco mniej przystępnej w kontekście przeszłości Nest, ale jak najbardziej autentycznej formie. Udało mu się odtworzyć atmosferę panującą w chacie, w której po całym dniu zbiera się grupa osób i przy płomieniach ogniska słucha improwizacji tego, który posiadł sztukę gry na tym szarpanym instrumencie. Nieprzypadkowo pojęcie improwizacji jest tutaj kluczowe. "Mietteitä", czyli "Refleksje", to zbiór w sumie 25 nagrań powstałych w ciągu dwóch minionych lat właśnie w oparciu o improwizowanie. Pod wpływem nastroju Tolonen chwytał za  instrument, zamykał się w studiu i grał. Takie podejście sprawiło, że muzyka Nest brzmi teraz jeszcze autentyczniej, bedąc jeszcze bliższą spuściźnie Finlandii. W konsekwencji skierowane do nas dźwięki to uduchowiony, niemalże intymny, kulturowy przekaz, który odbiera się jak dobrze napisaną książkę.


Decyzja Tolonena o samodzielnym graniu z pewnością wzbogaciła go jako artystę. Nam zaś pokazała, że znalazł on nowe spojrzenie na muzykę Nest i z pewnością w jakiejś mierze także na siebie samego. "Mietteitä" pozostaje zapisem pięknych dźwięków, choć z pewnością wymagających od słuchacza dużo cierpliwości i skupienia. Jednak tak jak wraz z Timo Saxellem w pewnym momencie Tolonen wyczerpał formułę wcześniejszego Nest, tak teraz nagrał coś, co pod tym szyldem i w takiej postaci powinno być nagrane tylko raz. Drugi taki album nie wniesie wiele nowego i jedynie zdewaluuje wartość swojego poprzednika. Panowie, najlepiej razem, będą musieli wymyślić coś nowego, ale to, wręcz dosłownie, pieśń przyszłości. Na nią przyjdzie jeszcze czas. Dziś cieszmy się  tym, co jest tu i teraz. Zaintrygowanych odsyłam do archiwów działu MP3 warte posłuchania, w którym znajdują się liczne starsze nagrania Nest, udostępnione  przez samych muzyków.

poniedziałek, 7 września 2015

Po pierwsze nastrój

Gdy Mike VanPortfleet i Tara Vanflower ogłosili powrót Davida Galasa, oczekiwania miały prawo być duże, a moi nawet bardzo duże. W końcu to ten tercet sprawił, że Lycia weszła do kanonu dark wave w roli jednego z prekursorów gatunku. Mimo że Amerykanie nigdy nie osiagnęli spektakularnego sukcesu, to jednak ich liczne dokonania wciąż budzą uznanie i cieszą uszy może nieprzesadnie szerokiej, ale w pełni oddanej grupy fanów. A ci, przynajmniej w teorii, maja teraz powody do zadowolenia. Właśnie ukazała się nowa płyta Lycii. Pytanie tylko, czy w nasze ręce trafiło coś nowego. Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Mówiąc pokrętnie i zarazem najprościej, i tak i nie.

Tara Vanfloer, David Galas, Mike VanPortfleet  /  Fot. facebook.com/official.lycia
"A Line That Connects" nie przynosi żadnej rewolucji, najwyraźniej nie to było jej zadaniem. A co było? Chyba po prostu nagranie dobrej płyty, która wpisywałaby się w historię zespołu, jeszcze bardziej pogłębiała jego styl i budziła co najmniej takie emocji, jak najciekawsze wydawnictwa Amerykanów. To się udało. Album podtrzymuje najlepsze tradycje muzyków z Arizony. Jest onirycznie, przestrzennie, chłód brzmienia oraz szeptane partie wokalne pozwalają mentalnie przenieść się w inne, bardziej odległe miejsca. Święty spokój, eskapizm i nastrój - za to wielu wręcz pokochało ten zespół i wygląda na to, że żywione przez nich uczucia zostaną podtrzymane. Jednak malkontenci śmiało mogą krzyczeć, że to już wszystko było. Bo było, tylko zagrane nieco inaczej, ale przy wykorzystaniu dobrze nam znanych sposobów realizacji równie dobrze znam znanych pomysłów. I co teraz? Tu pojawia się David Galas.


Mimo że w zespole od zawsze nad wszystkim pieczę sprawował VanPortfleet, to jednak powracający Galas zrobił coś więcej niż odhaczenie się na liście płac. Znany z mocno depresyjnego, niemal samobójczego niegdyś, sposobu postrzegania i definiowania rzeczywistości, były-obecny muzyk Lycii paradoksalnie wnosi niemało ożywienia, zwłaszcza w niemalże przebojowym "The Rain". Śpiewa również w jeszcze innej kompozycji, która mocno przypomina jego solowe dokonania - żwawsze i nieco cięższe od tego, co grywa Lycia. Miejscami aż szkoda, że na "A Line That Connects" nie ma go więcej, a przynajmniej nie w takim wymiarze, w jakim chcielibyśmy go usłyszeć. Wówczas ten album byłby bardziej oddalony od tego, co już znamy, ale co zarazem z pewnością nie byłoby pozbawiony ducha Lycii.


Najbardziej rzucające się w uszy nowe wątki w muzyce Amerykanów pozostają w zdecydowanej mniejszości. Więcej jest tych o wiele subtelniejszych, ale by je usłyszeć, trzeba dobrze znać wydawniczą przeszłość zespołu. Dla młodszych fanów nie będzie to jednak miało żadnego znaczenia, gdyż "A Line That Connects" to zwyczajnie solidny kawałek muzyki. A co ze starszymi? Znajdzie się kilku malkontentów takich jak ja, jednak większość fanów wielbi Lycię za to, że mniej więcej wciąż jest taka, jaka była. Nie potrzebują zmian. Może wręcz ich nie chcą. Inna sprawa, że elektroniczne eksperymenty na wydanej dwa lata temu "Quiet Moments" nie były zbyt udane. I jeszcze jedno. Tara Vanflower nie powinna zbyt często śpiewać sama. Jej głos, jak mało który, świetnie nadaje się do wypełniania przestrzeni za głównym wokalem, jednak w pełni oddając jej mikrofon, Makie VanPortfleet popełnia błąd. No ale przecież żonie czasem trudno odmówić. Nieprawdaż? Odkładając jednak na bok złośliwości, warto sięgnąć po "A Line That Connects". To niemal 70 minut niezwykłej podróży wyobraźni.

wtorek, 1 września 2015

Księżycowy eklektyzm

Gdy w lutym tego roku po raz pierwszy opowiadałem Wam o rzeszowskim Hidden By Ivy, byłem przekonany, że za sprawą skromnej cyfrowej epki "To Abandon" panowie Tomaszczuk i Turaj dają nam wszelkie podstawy, by faktycznie zaczekać na zapowiadaną przez nich regularną płytę. Zatem zaczekałem i dość nieoczekiwanie, bez żadnej wcześniejszej informacji, pewnego wieczoru w radiowej przegródce znalazłem ten album. "Acedia" ukaże się 4 września i już teraz można powiedzieć, że powinna wzbudzić znacznie większe zainteresowanie, niż moglibyśmy spodziewać się tego po muzyce spod znaku Księżyca.

Hidden By Ivy  /  Fot.  facebook.com/hiddenbyivy
Kluczowe są tutaj dwa elementy - gatunkowy eklektyzm i nagrania na pograniczu utworów i piosenek. To sprawia, że muzyka brzmi niby znajomo, niby wszystko jest jasne, ale właśnie nie do końca. Tym samym stanowi to największą zaletę debiutu Hidden By Ivy i zarazem dowodzi bardzo umiejętnego rozwinięcia pomysłów z cyfrowego debiutu. Co ważne, nie słychać tu toporności, niestety dość często spotykanej na rodzimych wydawnictwach. W zasadzie wszystkie nagrania brzmią lekko, przestrzennie, a zdecydowana większość z nich wciąga pełnią nastroju i melodii. To z kolei efekt balansowania na pograniczu darkwave, ambientu, rocka, trip hopu i klasycznych już inspiracji z lat największej świetności wytwórni 4AD. W zasadzie im więcej melancholii w tej muzyce, tym brzmi ona ciekawiej.



To prawda, że miejscami jest tak lekko, śpiewnie i zwiewnie, że muzycy zbliżają się do granicy popu, ale szczęśliwie nie przekraczają jej, udanie, w piosenkowy wręcz sposób, urozmaicając sztywne ramy wymieszanych gatunków. Trudno powiedzieć, na ile to łagodne oblicze powstało w sposób naturalny, a na ile było odgórnym założeniem. Niemniej to właśnie ono intryguje w pierwszej kolejności i sprawia, że chce dać się szansę tej muzyce. W końcu większa subtelność obnaża wszelkie niedociągnięcia, zwłaszcza te wokalne, a tutaj Rafał Tomaszczuk w pełni się sprawdził. Charakterystyczność wokalu idzie w parze z muzyką, za którą niemal w pełni odpowiada Andrzej Tutaj. Jest bogata, zróżnicowana i zwyczajnie miła dla ucha. Panowie kolegialnie po połowie stworzyli coś, co już teraz można określić stylem Hidden By Ivy. Owszem, mocno inspirowanym, ale własnym.



"Acedia" to kontrolowany księżycowy eklektyzm, z którego powstało coś ciekawego. Słyszymy tu bardzo dobrze wyprodukowany kawałek muzyki, za sprawą którego rzeszowianie zasłużyli na kilka dobrych słów, co miejmy nadzieję zachęci ich do dalszej pracy. Jestem przekonany, na ile to oczywiście teraz możliwe, że tą płytą wzbudzą zainteresowanie, z którym indywidualnie jeszcze się nie spotkali. Zasłużyli.

wtorek, 25 sierpnia 2015

Zapomniany epizod muzyka Riverside

Przypadające w tym roku dwudziestolecie ukazania się ważnych płyt i taśm magnetofonowych jest tak pokaźnym zbiorem wydawnictw, że nie ma miesiąca, by od jakiejś premiery nie minęły dokładnie dwie dekady. A czemu 1995 r.? Wówczas to przypadało apogeum szeroko rozumianego klimatycznego grania i metalu samego w sobie. Rozpędzona na przełomie lat 80. i 90. maszyna mknęła w najlepsze. Co prawda, dość szybko zaczęła ostro hamować na skutek gitarowo-elektronicznych eksperymentów, ale do tego momentu pozostawały jeszcze trzy-cztery lata złotych czasów ciężkiego grania. Jednak wydane wówczas i doskonale pamiętane do dziś płyty to nie wszystko. Pozostają jeszcze przecież te kojarzone co najwyżej z nazwy za sprawą notek biograficznych lub efektów poszukiwań bardziej dociekliwych płytowych szaleńców. Oczywiście, mówiąc niekiedy delikatnie, nie wszystkie przetrwały próbę czasu, ale z biegiem lat, na skutek zbiegów okoliczności i personalnych zawirowań, zasłużyły na to, by wyciągnąć je z otchłani i przede wszystkim przybliżyć ich zawartość. Za przykład niech posłuży wydana dokładnie dwadzieścia lat temu taśma pewnego zapomnianego już warszawskiego zespołu, w którym swego czasu grał powszechnie znany dziś współzałożyciel Riverside.

Wczesne Riverside, Piotr Kozieradzki pierwszy z prawej  /  Fot. m00n
Jeśli ktoś napotkał na swojej drodze Piotra Kozieradzkiego, szerzej znanego jako Mitloff, wie, że lepiej facetowi nie wchodzić w paradę. W końcu nieprzypadkowo mówi się, że małe jest piękne, ale duży może więcej. W latach 90. perkusista Riverside był dość barwną i kontrowersyjną postacią, doskonale znaną na warszawskiej scenie. Rozpoznawalność i szacunek zyskał przede wszystkim tym, co przez dwanaście lat wyczyniał za bębnami  we wciąż działającym i powszechnie znanym deathmetalowym Hate. Samo granie to jednak nie wszystko. Co ciekawe, to właśnie on namówił Pawła Mazura, by ten reaktywował Pandemonium, ze względów prawnych działające wówczas pod zmienioną nazwą Domain. Przez jakiś czas wydawał także płyty pod szyldem Apocalypse Productions, a w katalogu miał m.in. krążki Imperator, Medebor, Eternal Tear, Christ Agony, Gortal czy Unnamed, w którym nota bene grał Piotr Grudziński, gitarzysta Riverside. Był także współudziałowcem warszawskiego klubu Progresja. Jednakże to wszystko jest powszechnie znane. O wiele mniej osób wie, że wspominany perkusista miał także pewien zapomniany już doommetalowy epizod. 

Dark Prophecies, najpewniej w okolicach 1991 r.  Fot. Metal-Archives
Dziś o warszawskim Dark Prophecies mało kto pamięta, ale z drugiej strony to też nie dziwi. Ostatecznie muzycy pozostawili po sobie zaledwie dwie samodzielnie wydane taśmy demo, z których warto wymienić przede wszystkim tą drugą z 1995 r. To własnie w nagraniach kasety "On the Edge of Black Eternity" wziął udział wspominany pan Kozieradzki. Na ile był studiu gościem, a na ile członkiem Dark Prophecies, to już trzeba by zapytać o to samego zainteresowanego. Nie zmienia to jednak faktu, że w latach 90. owy perkusista raczej nie przyzwyczajał nas do takiego grania. Zwykł o wiele szybciej i brutalniej uderzać w werbel i talerze. A jak to w doom metalu bywa, w przypadku Dark Prophecies jest przede wszystkim wolniej, miejscami wręcz nastrojowo, ale i surowe, "śmiertelne" korzenie gatunku również wyraźnie usłychać.

Nagranie otwierające taśmę "On The Edge of Black Eternity"



W latach 90. w Polsce takich zespołów było dużo i dziś trudno jakoś szczególnie wyróżnić warszawiaków. Jednak z pewnością pozostała po nich muzyka jest w pełni reprezentatywna dla tamtych czasów, a co za tym idzie, w XXI w. ucieszy wszystkich znudzonych obecnymi trendami i w konsekwencji poszukujących surowego, w zasadzie nawet oldschoolowo brzmiącego już, połączenia doom i death metalu. To prawda, że większość kompozycji powstała w oparciu o jeden wyraźny schemat twórczy, ale co po latach jest kluczowe, słychać tu podziemie oraz autentyczność, która może nie do końca szła w parze z oryginalnością, ale była i jest nadal. Momentami aż chciałoby się, by te nastrojowe zwolnienia, wypełnione melodyjnymi partiami gitar i śladowymi klawiszami, brzmiały dłużej. Chciałoby się, by to na nich oparto konstrukcję utworów, gdyż to właśnie w tych momentach Dark Propchecies brzmi majestatycznie, dostojnie, po prostu najciekawiej dzięki oddalaniu się od ówczesnej typowej deathmetalowej partytury.

Nagrany raz jeszcze utwór, który pierwotnie trafił na demo "Vergil" z 1991 r.  



Trudno zaprzeczyć, że dziś Dark Prophecies to w znacznej mierze muzyczna ciekawostka, o której wiedziałoby jeszcze mniej osób, gdyby nie odnotowany w niej udział Piotra Kozieradzkiego. Taśma "On the Edge of Black Eternity" ma jednak swój charakterystyczny urok i w zasadzie obecnie pozostaje białym krukiem dla wszystkich chcących zgłębić wydawniczą przeszłość obecnych muzyków Riverside i zarazem wejść w posiadanie fizycznych kopii tego, co pozostawili za swoimi plecami. A trzeba przyznać, że trochę tego jest, także w przypadku m.in. Piotra Grudzińskiego, o czym więcej możecie przeczytać tutaj. 4 września ukaże się "Love, Fear and The Time Machine", nowa płyta Riverside. To dobra okazja, by dla kontrastu spojrzeć w przeszłość. 

wtorek, 18 sierpnia 2015

W oparach absyntu i opium

W drugiej połowie XIX w. przy słynnym paryskim placu Pigalle istniało niezwykłe miejsce, w którym gęstość powietrza definiowały opary opium, hektolitry absyntu, wieczna melancholia, ból istnienia, poczucie bezsensowności życia i powstałe w oparciu o nie teksty kultury. Tym miejscem była słynna Café de l'Enfer, lokal inspirowany piekłem. Dziś próżno jej szukać. Charakterystyczna fasada wytrzymała do lat 50. ubiegłego wieku, ale trudno powiedzieć, czy wówczas to miejsce było jeszcze otwarte. Ostatecznie kamienica nie przetrwała próby czasu i zakusów handlarzy nieruchomościami. Zachowały się jednak liczne fotografie i zapiski świadczące o wyjątkowości tego miejsca, które, jak niedawno się okazało, nadal pozostaje źródłem inspiracji. Świadczą o tym poczynania tajemniczego projektu noszącego nazwę właśnie Café de l'Enfer, który w pewnych kręgach dość szybko okrzyknięto wielką nadzieją.

Frontowe wejście do Café de l'Enfer  /  Fot. coolstuffinparis.com
Niewiele wiadomo o muzykach. Inna sprawa, że oni sami bardzo cenią sobie anonimowość, skutecznie nie ułatwiając zadania bardziej dociekliwym. Co więcej, trudno także powiedzieć, ile osób współtworzy Café de l'Enfer. Za ich pozwoleniem ujawniono jedynie, że są Francuzami osiadłymi w Austrii, dla których inspiracją pozostaje przede wszystkim szeroko rozumiane ojczyste podziemie początku ubiegłego wieku. Co za tym stoi? Przede wszystkim literatura i sztuka kroczące w parze z alkoholowo-narkotykowymi eksperymentami oraz naturalnie związana z nimi pesymistyczna kwintesencja filozofii Fin de Siecle. Stąd nieprzypadkowo w twórczości Café de l'Enfer liczne odniesienia do francuskiego symbolizmu, w tym przede wszystkim poezji Charlesa Baudelaire'a. Ale po kolei.
Okładka mini albumu Café de l'Enfer
Ten tajemniczy projekt debiutował w 2010 r. samodzielnie wydanym mini albumem. Na płycie cd-r znalazły się cztery utwory, z których trzy rok później trafiły na regularną już płytę "Marchant À Quatre Pattes Au​-​devant De La Rédemption". Wtedy wszystko się zaczęło. Dzięki austriackiej Steinklang Industries album trafił do szerokiego odbiorcy i z miejsca został okrzyknięty wielką nadzieją sceny kręgu matrial i neoclassical. Nie były to przesadne słowa. W niespełna godzinie muzyki Francuzom udało się zamknąć kwintesencję atmosfery końca ubiegłego wieku. Poczucie nadciągającego schyłku, lęku przed galopującą industrializacją, a co za tym idzie, także gwałtownie zmieniającego się świata to jedynie początek. Za nimi słuchać huk upadających ideologii, sztuki oraz dotychczasowych sposobów postrzegania i definiowania rzeczywistości. Co można zrobić? W takiej sytuacji wyjścia są trzy. Przelać na papier wszystkie swoje żale, strzelić sobie w głowę lub spróbować uciec za sprawą wszelkich dostępnych wynalazków zmieniających stan świadomości. Nieważne, co wybierzemy, ostatecznie i tak zawsze będzie źle.

 

Tę szalenie pesymistyczną wizję budują nie tylko słowa, ale i muzyka. Bardzo umiejętne wykorzystanie syntezatorów oraz sięganie do dorobku neoklasyki sprawiło, że Café de l'Enfer to znakomita alternatywa dla nużących już przemilitaryzowanych i pompatycznych przedstawicieli nurtu, nierzadko sympatyzujących z totalitaryzmem. Tu słychać ewolucję, pomysł i przede wszystkim jego znakomitą realizację. Owszem, marszowe tempa nie są obce Franzom, ale to jedynie element całej tej dekadenckiej układanki. Nastój potęgują także recytacje, w tym jedna zaskakująco po angielsku. Jest nią wiersz Alistara Crowleyam, zatem dalszy komentarz wydaje się raczej zbyteczny. Wyobraźcie sobie zatem Elend wymieszany z Dernière Volonté.



To znakomita płyta, ale nie dla każdego. Bez przynajmniej szkolnej wiedzy na temat Fin de Siecle, czy chociażby Młodej Polski, "Marchant À Quatre Pattes Au​-​devant De La Rédemption" będzie tylko połowicznie nastrojowym albumem, okraszonym pikantnymi zdjęciami odurzonych kobiet, zafascynowanych swoimi ciałami i możliwościami opium. Ale jeśli debiutu Café de l'Enfer posłucha się w pełni świadomie, będzie chciało się do niego wracać. Wszystko z powodu nastroju tworzonego przez muzykę i teksty oraz w konsekwencji bardzo udanej i stylistycznie oryginalnej próbie odtworzenia tego, co działo się w Europie nieco ponad sto lat temu. Wejdźcie zatem do Café de l'Enfer, osiądźcie przy stoliku, zamówcie to, co lubicie najbardziej i posłuchajcie. Niekoniecznie w oparach absyntu i opium. I jeszcze jedno. Znajomość ojczystego języka Baudelaire'a mile widziana.