Pokazywanie postów oznaczonych etykietą neoklasyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą neoklasyka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 lutego 2016

Paryskie rozmyślania

Swego czasu Philipp Blanche bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Na płycie "Misty Shroud of Regrets" w znakomity sposób oddał nastrój zapomnianych i porzucony miejsc, które niegdyś tętniły życiem. Część z nich stoi dziś w ruinie, część zaś odchodzi wraz z postępującą degradacją starego papieru fotograficznego. Była to szalenie smutna, refleksyjna i minimalistyczna muzyka, ale trafiała w sedno. Co więcej, wyraźnie pokazywała, że w Francuzie drzemie nie mały potencjał. Od tamtej pory grono jego sympatyków systematycznie rosło i wszystko wskazuje na to, że nowa płyta tego nie zmieni, przynajmniej nie na gorsze.

Day Before Us w 2014 r., Philippe Blanche z lewej  / Fot. Facebook 
"Prélude à l'âme d'élégie" to ciąg dalszy poszukiwań Francuza, dość swobodnie poruszającego się w rejonach ambientu, neoklasyki i ścieżek dźwiękowych do nigdy nienakręconych filmów. Owszem, w jego przypadku to żadna nowość, ale z drugiej strony w jakiś sposób z płyty na płytę słychać nowe elementy i kluczowy dla każdego twórcy rozwój. Na naszych oczach, a w zasadzie uszach, Day Before Us dojrzewa, stając się bogatsze. Bardziej złożone struktury nagrań, więcej instrumentów oraz zaproszenie do współpracy trojga wokalistów z powodzeniem bronią ten album przed monotonią i zwyczajną nudą, tak bardzo niweczącymi wiele ambientowych wydawnictw.


Patrząc na zdobiące szatę graficzną zdjęcia Czeszki Kamili Nory Netikovej, mamy prawo spodziewać się czegoś zimnego i mrocznego pokroju Northaunt. Jednak ta uwieczniona, piękna i zarazem nieprzyjazna przyroda jest nieco myląca. "Prélude à l'âme d'élégie" to nie typowa ciemność. Raczej refleksja nad wrażliwością i naturą człowieka. A że nie ma dwóch takich samych osób, nie ma też sensu jednoznacznie definiować tego, co tutaj słyszymy. Warto zostawić nieco miejsca na interpretację instrumentalnych nagrań oraz tych, w których słychać śpiew, recytację lub, najpewniej, fragmenty filmowych dialogów. Jeśli paryżanin sam nie wyjawi, co dokładnie chodziło mu po głowie, będziemy mogli jedynie się domyślać. Ale może tak jest lepiej, zwłaszcza dla nas. Wiadomo natomiast, że te szepty, klawisze, fortepian, nieliczne gitary, sample i wszechobecna przestrzeń niosą tyleż spokoju, co tajemnic i pytań.


Philipp Blanche coraz głośniej puka do drzwi, za którymi nagrywają i wydają co ambitniejsi twórcy, stroniący od typowej ciemności i monotonii dźwięków. W tym umownym klubie nikt nie kogo nie naśladuje, gdyż ambient ma zaskakująco wiele oblicz, ale dla słuchaczy jest jasne, że śledząc poczynania jego członków, usłyszą o znacznie więcej niż zapętlony dźwięk dzwonów, upadających monet, czy szum drzew. Tak jest chociażby w przypadku Johana Levina z Desiderii Marginis, Petera Anderssona z Raison d'être, czy chociażby Roberta Marciniaka z Rukkanor i Marcina Bachtiaka z Cold Fusion. A jak będzie z wspomnianym Francuzem? Z pewnością podobnie, i to wkrótce. Dlaczego jeszcze nie teraz? Otóż "Prélude à l'âme d'élégie" to ciekawa propozycja, jednak najlepsze raczej jeszcze przed nami.

sobota, 6 lutego 2016

Skazany na kolaborację

Dzięki przyznanej na festiwalu w Cannes nagrodzie za najlepszą ścieżkę dźwiękową do "Tylko kochankowie przeżyją" Jima Jarmuscha, Jozef Van Wissem wszedł do mainstreamu alternatywy. Wyróżnienie bardzo szybko zaowocowało serią solowych koncertów w całej Europie, także w Polsce. Nieco zaskakujący, ale w pełni zasłużony, sukces pozwolił wielu z nas na nowo odkryć mocno zapomniany już atrybut średniowiecznych minstreli. Jednak w pewnym momencie Holender musiał coś zmienić, jeśli nie chciał nagrywać muzyki wyłącznie dla siebie i szalenie hermetycznego grona sympatyków brzmienia samej lutni. W pewnym momencie chęć dotarcia do ludzi siłą rzeczy wiązała się z koniecznością pójścia na pewien kompromis. Tak też się stało, również na dopiero co wydanym "When Shall This Bright Day Begin". Nie oznacza to jednak, że Van Wissem poszedł na łatwiznę. Nic z tych rzeczy.

Josef Van Wissem  / Fot. www.facebook.com/jozef-van-wissem
To wciąż szalenie wyciszająca i dość intymna muzyka, której najlepiej słuchać w absolutnej ciszy. Żadnych świecidełek, pstrokatych elementów, czy kolorowych szkiełek. Niczego takiego tu nie znajdziemy. Jedynie lutnię, odzianą w dźwiękową i elegancką w czerń. Jednak te niepozorne szaty skrywają nieco ozdobników, chociażby w postaci głosu Zoli Jesus, quasi-filmowych sampli, a nawet przelotnego romansu z ambientem. Wciąż jest minimalistycznie i dość poetycko, ale bez zbędnej pompy i fałszywego artyzmu.


Wszystko wskazuje na to, że po opuszczeniu dźwiękowych średniowieczno-barokowych kazamatów Jozef Van Wissem, świadomie lub nie, zmierza w stronę mrocznej odmiany folku. Owszem, być może to jedynie kwestia chwili i tego wydawnictwa, ale nie ulega wątpliwości, że niebawem Holender będzie musiał podjąć kolejną decyzję. Albo stawia następny krok, próbując na dobre znaleźć swoje miejsce w świecie muzycznej alternatywy, albo cofa się do bezpiecznych i sprawdzonych korzeni. Z pewnością wiele będzie zależało od tego, na kogo trafi, gdyż muzyk tego sortu, zakładając pierwszy z wspominanych wariantów, nie zaoferuje nam nic więcej, jeśli nie będzie z kimś współpracował, choćby nawet incydentalnie. Można powiedzieć, że w pewnym sensie Van Wissem jest skazany na kolaborację. Choć paradoksalnie w prawdziwym świecie z powodzeniem pozostaje outsiderem, bez prawa jazdy, stałej pracy, czy pędu za czymkolwiek.


Co ciekawe, "When Shall This Bright Day Begin" dość nieoczekiwanie w całości opublikowano w sieci już teraz. Wszak oficjalną premierę tego wydawnictwa zaplanowano dopiero na 17 marca. Oznacza to, że nagrania z tego albumu zabrzmią w Warszawie również przed tą datą. Osiem dni wcześniej Josef Van Wissem wystąpi w Hydrozagadce.

niedziela, 13 grudnia 2015

Grzeszne wiolonczele

W składzie pojawiały się różne kobiety, pojawiali się także nieliczni mężczyźni, ale to do niej od początku należało podejmowanie kluczowych decyzji i kierowanie poczynaniami jednego z najciekawszych neoklasycznych zjawisk zza Oceanu. Po trzech latach wydawniczego milczenia Kris T. Force i towarzyszące jej damy przemówiły raz jeszcze. Co ciekawe, po raz ostatni stało się tak za sprawą winylowego krążka "Live in Wroclaw", z zapisem koncertu zagranego 11 listopada 2011 r. w ramach Wrocław Industrial Festival. Teraz w końcu nadszedł czas na siódmy studyjny album Amerykanek. Czekaliśmy na niego aż 6 zim.

Amber Asylum  /  Fot. Materiały promocyjne
Panie z San Francisco nigdy przesadnie nie rozpieszczały fanów. I nie chodzi tu tyle o regularność ukazywania się kolejnych wydawnictw, co o muzykę samą w sobie. Ta nigdy nie należała do łatwych w odbiorze. Była szalenie hermetyczna, stonowana, melancholijna i jakże daleka od żywotności i emocji zazwyczaj poszukiwanych w dźwiękach. Jednak w jakiś sposób ta zagrana na wiolonczelach i przestrzenie brzmiąca refleksja przemówiła do na tyle licznej grupy odbiorców, że zespół wciąż istnieje, a i nie brakuje chętnych do wydawania jego płyt. Po przesłuchaniu "Sin Eater" śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że ten stan rzeczy jeszcze się utrzyma. Co prawda nietrudno odnieść wrażenie, że tak wiele pomysłów brzmi tutaj znajomo, ale wbrew pozorom w nasze ręce trafiło wszystko to, co w Amber Asylum najlepsze.


Płyty Amerykanek to zawsze był przede wszystkim nastrój. Tej muzyki słuchało się jakby zza mokrej szyby, oddzielającej od stalowo-szarego nieba i pozbawionych liści konarów drzew, uginających się pod siłą wiatru. Kluczem były i wciąż są wiolonczele, wspierane przez sekcję rytmiczną. Miejscami brzmią ponuro, demonicznie, wręcz przerażająco. Z kolei gdzieniegdzie urzekają melancholią, przywodząc na myśl najlepsze wzorce dorobku muzyki klasycznej. Całość zaś, jak zawsze, uzupełniają oniryczne wokale. I jest coś jeszcze - tytułowy zjadacz grzechów. To znakomicie odnajdująca się w tej muzyce historia nieco zapomnianej już profesji, której ostatni oficjalny przedstawiciel miał umrzeć na początku XX w. Taka osoba wiodła życie jednostki wykluczonej społecznie, wzywanej na łoże śmieci w celu symbolicznego zjedzenia grzechów umierającego. Podczas obrzędu spożywała chleb położony na piersi odchodzącego człowieka, wypowiadając odpowiednie formuły. Kiedy jest się świadomym tego podczas słuchania tej płyty, muzyka wydaje się jeszcze bardziej ponura i mroczna.


"Sin Eater" to mieszanina uniesień epki "Garden of Love" i przerażenia zawartego w autorskim opracowaniu "Black Sabbath" z czasów "The Supernatural Parlour Collection". Szkoda tylko, że miejscami Amerykanki wystawiają naszą cierpliwość na tak dużą próbę. Nierzadko chciałoby się, by wstęp poprzedzający kluczowe partie danego nagrania był nieco krótszy, ale niewiele można na to poradzić. Amber Asylum takie było, takie jest i najpewniej takie już pozostanie. Paniom nigdy i nigdzie przesadnie się  nie spieszyło. Nieważne, że grają powoli. Najważniejsze, by grały dalej.

wtorek, 18 sierpnia 2015

W oparach absyntu i opium

W drugiej połowie XIX w. przy słynnym paryskim placu Pigalle istniało niezwykłe miejsce, w którym gęstość powietrza definiowały opary opium, hektolitry absyntu, wieczna melancholia, ból istnienia, poczucie bezsensowności życia i powstałe w oparciu o nie teksty kultury. Tym miejscem była słynna Café de l'Enfer, lokal inspirowany piekłem. Dziś próżno jej szukać. Charakterystyczna fasada wytrzymała do lat 50. ubiegłego wieku, ale trudno powiedzieć, czy wówczas to miejsce było jeszcze otwarte. Ostatecznie kamienica nie przetrwała próby czasu i zakusów handlarzy nieruchomościami. Zachowały się jednak liczne fotografie i zapiski świadczące o wyjątkowości tego miejsca, które, jak niedawno się okazało, nadal pozostaje źródłem inspiracji. Świadczą o tym poczynania tajemniczego projektu noszącego nazwę właśnie Café de l'Enfer, który w pewnych kręgach dość szybko okrzyknięto wielką nadzieją.

Frontowe wejście do Café de l'Enfer  /  Fot. coolstuffinparis.com
Niewiele wiadomo o muzykach. Inna sprawa, że oni sami bardzo cenią sobie anonimowość, skutecznie nie ułatwiając zadania bardziej dociekliwym. Co więcej, trudno także powiedzieć, ile osób współtworzy Café de l'Enfer. Za ich pozwoleniem ujawniono jedynie, że są Francuzami osiadłymi w Austrii, dla których inspiracją pozostaje przede wszystkim szeroko rozumiane ojczyste podziemie początku ubiegłego wieku. Co za tym stoi? Przede wszystkim literatura i sztuka kroczące w parze z alkoholowo-narkotykowymi eksperymentami oraz naturalnie związana z nimi pesymistyczna kwintesencja filozofii Fin de Siecle. Stąd nieprzypadkowo w twórczości Café de l'Enfer liczne odniesienia do francuskiego symbolizmu, w tym przede wszystkim poezji Charlesa Baudelaire'a. Ale po kolei.
Okładka mini albumu Café de l'Enfer
Ten tajemniczy projekt debiutował w 2010 r. samodzielnie wydanym mini albumem. Na płycie cd-r znalazły się cztery utwory, z których trzy rok później trafiły na regularną już płytę "Marchant À Quatre Pattes Au​-​devant De La Rédemption". Wtedy wszystko się zaczęło. Dzięki austriackiej Steinklang Industries album trafił do szerokiego odbiorcy i z miejsca został okrzyknięty wielką nadzieją sceny kręgu matrial i neoclassical. Nie były to przesadne słowa. W niespełna godzinie muzyki Francuzom udało się zamknąć kwintesencję atmosfery końca ubiegłego wieku. Poczucie nadciągającego schyłku, lęku przed galopującą industrializacją, a co za tym idzie, także gwałtownie zmieniającego się świata to jedynie początek. Za nimi słuchać huk upadających ideologii, sztuki oraz dotychczasowych sposobów postrzegania i definiowania rzeczywistości. Co można zrobić? W takiej sytuacji wyjścia są trzy. Przelać na papier wszystkie swoje żale, strzelić sobie w głowę lub spróbować uciec za sprawą wszelkich dostępnych wynalazków zmieniających stan świadomości. Nieważne, co wybierzemy, ostatecznie i tak zawsze będzie źle.

 

Tę szalenie pesymistyczną wizję budują nie tylko słowa, ale i muzyka. Bardzo umiejętne wykorzystanie syntezatorów oraz sięganie do dorobku neoklasyki sprawiło, że Café de l'Enfer to znakomita alternatywa dla nużących już przemilitaryzowanych i pompatycznych przedstawicieli nurtu, nierzadko sympatyzujących z totalitaryzmem. Tu słychać ewolucję, pomysł i przede wszystkim jego znakomitą realizację. Owszem, marszowe tempa nie są obce Franzom, ale to jedynie element całej tej dekadenckiej układanki. Nastój potęgują także recytacje, w tym jedna zaskakująco po angielsku. Jest nią wiersz Alistara Crowleyam, zatem dalszy komentarz wydaje się raczej zbyteczny. Wyobraźcie sobie zatem Elend wymieszany z Dernière Volonté.



To znakomita płyta, ale nie dla każdego. Bez przynajmniej szkolnej wiedzy na temat Fin de Siecle, czy chociażby Młodej Polski, "Marchant À Quatre Pattes Au​-​devant De La Rédemption" będzie tylko połowicznie nastrojowym albumem, okraszonym pikantnymi zdjęciami odurzonych kobiet, zafascynowanych swoimi ciałami i możliwościami opium. Ale jeśli debiutu Café de l'Enfer posłucha się w pełni świadomie, będzie chciało się do niego wracać. Wszystko z powodu nastroju tworzonego przez muzykę i teksty oraz w konsekwencji bardzo udanej i stylistycznie oryginalnej próbie odtworzenia tego, co działo się w Europie nieco ponad sto lat temu. Wejdźcie zatem do Café de l'Enfer, osiądźcie przy stoliku, zamówcie to, co lubicie najbardziej i posłuchajcie. Niekoniecznie w oparach absyntu i opium. I jeszcze jedno. Znajomość ojczystego języka Baudelaire'a mile widziana.

niedziela, 6 kwietnia 2014

Gdzieś po drugiej stronie

Amerykańska scena niezależna to przyjemna dla ucha alternatywa wobec również pochodzącej zza Oceanu mieszaniny plastiku, kiczu i tandety wydawanej przez największe wytwórnie i zarazem usilnie promowanej przez środki masowego przekazu, także te polskie. To zaskakujące, jak niewiele trzeba, by zostawić to wszystko za plecami i zamiast podążać główną ulicą, skęrcić w lewo bądź w prawo i zajrzeć w mniej eksponowane okolice. Wystarczy tylko, i zarazem aż, odrobina czasu, a zasoby globalnej sieci staną przed nami otworem. Swego czasu przekonałem się o tym, dość dogłębnie badając m.in. perypetie grup aktywnie działających w San Francisco. Wiele z nich już niestety nie istnieje, ale spośród tych, które wciąż nagrywają, warto wymienić chociażby Worm Ouroboros.

Fot. Worm Ouroboros  /  Fot.  lastfm.pl/music/Worm+Ouroboros
Ten zespół to troje muzyków, z których każde ma ciekawą przeszłość lub obecnie angażuje się także w inne projekty. Lorraine Rath jest przede wszystkim pamiętana pamięta z czasów gry w Amber Asylum i The Gault, Jessica Way współtworzy obecnie Barren Harvest, zaś Aesop Dekker, jedyny mężczyzna w zespole, od lat bębni w powszechnie znanym Agalloch. To zderzenie osobowości zaowocowało czymś pomiędzy rockiem progresywnym, doom metalem, neoklasyką i okolicami ambientu. Powstało coś szalenie nastrojowego, czego najprzyjemniej słucha się wieczorami, niekoniecznie w domyślnym stanie świadomości.



Skojarzenia z Amber Asylum są jak najbardziej na miejscu, nie tylko ze względu na personalia. Tu również mamy do czynienia przestrzenną muzyką jakby zza drugiej struny szyby, zza mgły, z oddali spokojnie płynącą w kierunku ucha odbiorcy. Partie wokalne wspomnianych Jessiki Way i Lorraine Rath budzą jeszcze większe skojarzenia z grupą Kris Forse. Jest to jednak na tyle przekonujące, że Worm Ouroboros można uznać za nieznaczne, ale mimo wszystko, rozwinięcie pomysłów Amber Asylum, niż byle grupę muzyków kopiujących cudze patenty. Dlaczego? Tu nie ma wiolonczeli, a są za to dźwięki ciężkiej, sennej i chwilami psychodelicznej gitary rodem z King Crimson, prowadzącej cały ten senny orszak w jedynie sobie znanym kierunku. To wszystko sprawia, że czas zdecydowanej większości kompozycji waha się pomiędzy siedmioma a dziesięcioma minutami. Nie zawsze doczekamy się cięższego czy choćby nieco szybszego finału danej kompozycji. Czasem ten zwyczajne nie nadchodzi. Nie musi. W takiej muzyce nie jest to konieczne.



By zatopić się w melodiach Worm Ouroboros, trzeba być w odpowiednim nastroju, trochę w  nieco innym świecie lub dać się tam zaprowadzić. Nie znajdziecie tu radości lub energii do życia, lecz refleksję, melancholię, smutek, ale za to w szalenie nastrojowej i pełnej eskapizmu formule, ciekawie nawiązującej do wybranych rozdziałów dość pokaźnej historii rocka. Jedni uznają to za nudę, inni zaś odpłyną i może nawet w taki stopniu, że nie będą chcieli wracać. Ja na ten przykład nie zamierzam, zarówno za sprawą debiutanckiego "Worm Ouroboros", jak i drugiego i ostatniego jak dotąd krążka "Come The Thaw".

niedziela, 21 lipca 2013

Azyl znaleziony we Wrocławiu

Przyjemnie jest słuchać cenionego, zagranicznego wykonawcy w nagraniach zarejestrowanych na żywo, które w pełni oddają atmosferę koncertu. Przyjemność jest tym większa, gdy pochodzą one z występu zarejestrowanego w naszym kraju, nie mówiąc już o odczuciach tych, którym było dane na własne oczy widzieć to, co działo się na scenie. Na szczęście w naszym kraju nagrano kilka ważnych i dobrych płyt koncertowych uznanych twórców. Większości  z nich nie trzeba przedstawiać. Są jednak i takie, o których mówiło się zdecydowanie mniej, a jedną z nich z pewnością jest "Live in Wroclaw" amerykańskiego Amber Asylum. 

Amber Asylum  /  fot. Alberto G
Płyta ukazała się w ubiegłym roku bez specjalnego rozgłosu. W zasadzie na tyle po cichu, że wielu polskich sympatyków twórczości dam z San Francisco do dziś może o niej nie wiedzieć. Być może wynika to z tego, że pierwszy koncertowy album Amber Asylum został wydany jedynie na winylu przez niewielką Cathedral Music. Wydawnictwo zawiera zapis koncertu, który Amerykanki zagrały 11 listopada 2011 r. w ramach dziesiątej edycji Wrocław Industrial Festival. To w sumie sześć kompozycji doskonale oddających melancholijny i oniryczny nastrój tworzony przez multiinstrumentalistkę Kris Force i jej koleżanki. Flet, skrzypce, klawisze oraz sekcja rytmiczna uzupełnione charakterystycznymi partiami wokalnymi udowadniają, jak niezwykła może być mroczna odmiana szeroko rozumianej neoklasyki. Wielu próbuje grać w ten sposób, ale styl Amber Asylum zawsze będzie rozpoznawalny.

Nagranie pochodzące z płyty "Live in Wroclaw"



To niezwykła płyta. I nie tylko dlatego, że pierwsza taka w dyskografii Amerykanek i jednocześnie zarejestrowana w naszym kraju. Ta muzyka potrafi również obronić się na żywo, w pełni oddając niezwykły nastrój charakteryzujący wszystkie dotychczasowe studyjne płyty Amber Asylum. Co prawda, wydanie tego albumu jedynie na winylu utrudnia nieco dostęp do jego zawartości, ale starania upartych i cierpliwych zostaną nagrodzone, gdy wreszcie włożą ją do adaptera. A kto wie, być może pewnego dnia doczekamy się reedycji "Live in Wroclaw" na kompakcie. Do tego czasu pozostaje uważnie rozejrzeć się za starszą siostrą srebrnego krążka. Ten winyl jest dostępny w naszym kraju.

Okładka "Live in Wroclaw"

Lista utworów

Strona A

01. Perfect Calm
02. Thee Apothecary
03. Looking Glass

Strona B

01. Tot
02. Your Executioner
03. Bitter River

wtorek, 30 kwietnia 2013

Pytania o prawdę

Czy muzyka potocznie uważana za piękną zawsze musi być nośnikiem smutnych uczuć i emocji? Z pewnością nie, choć niewątpliwie znacznie łatwiej znaleźć przykłady na to, że tak właśnie jest. Nie trzeba daleko szukać. Wystarczy sięgnąć po chociażby pierwszą lepszą ścieżkę dźwiękową z filmu obsypanego nagrodami lub posłuchać mistrzów muzyki klasycznej, których przecież największe dzieła są bardzo dalekie od dźwiękowej pogody ducha. Przemyślenia, refleksja i zaduma zdają się być bliskie twórcom szukającym różnych sposobów wyrażania swoich emocji i najwyraźniej podobnie jest również w przypadku samych odbiorców. Być może dlatego, że ci drudzy prędzej są skłonni uznać taką postawę za prawdziwą niż potencjalnie pretensjonalne uśmiechy i wesołe melodie, które raczej kojarzą się z szukaniem łatwego posłuchu. To zawiła kwestia i tym samym niewątpliwe temat na długą noc, niemałą ilość alkoholu i przy okazji pretekst do poszukania również odpowiedzi na pytanie, na ile współcześnie ten twórczy smutek jest maską, a na ile prawdą, której szuka odbiorca. 

Carline Van Ross w 2011 r.  /  Fot. Arch. zespołu
Od kilku lat uważnie śledzę poczynania Carline van Ross i co jakiś czas pytam sam siebie, czy jej muzyka jest szczera. Czy skoro tyle w niej refleksji i smutku, to czy są one autentyczne przez cały ten czas, gdy  tworzy pod szyldem Aythis. Tego pewnie nigdy się nie dowiem, dlatego pozostaje mi wsłuchiwanie się przede wszystkim w barwę samego głosu i skomponowanej przez nią muzyki. A te, trzeba przyznać, są niezwykłe. W 2006 r. wszechstronna francuska instrumentalistka i wokalistka postanowiła poszukać nieco odmiennych, od typowej dla niej melodyjnej doommetalowej stylistyki, sposobów wyrażenia własnych emocji poza Lethian Dreams oraz Rememberence, znajdując czas na solowy projekt. Do tej pory nagrała trzy płyty, a o rzeczonym Aythis zrobiło się dość głośno wśród sympatyków tego, co można stworzyć, czerpiąc z dorobku neoklasyki, ambientu, dark wave i neofolku. Ta muzyka to przede wszystkim smutek i refleksja ubrane w dźwiękowe piękno.

Sesja nagraniowa w 2007 r.  /  Fot. Arch. zespołu
Do tej pory ukazały się w sumie trzy regularne płyty Carline van Ross. Odróżniają je od siebie przede wszystkim przyjęte przez nią proporcje wspomnianych wcześniej gatunków. Gdzieś dominują klawisze, gdzieś indziej z kolei gitara akustyczna, ale za to zawsze można usłyszeć piękny głos rzeczonej damy. Oczywiście spośród ponad dwudziestu nagarniań składających się na rzeczone wydawnictwa część momentami to zwyczajny przerost formy nad treścią, gdzie jedno i drugie wydaje się być sztucznie rozbudowywane, tym samym narażając słuchacza na zwyczajne znużenie. Na szczęście lepszych pomysłów jest zdecydowanie więcej. Z biegiem czasu nagrania stały się bardziej złożone i ciekawsze, choć i sama gitara akustyczna oraz głos Carline również potrafią zdziałać bardzo wiele, czego dowodem jest chociażby poniższe nagranie z wydanej w 2011 r. płyty "The New Earth". Muzyka dla melancholików i tych, którym nieobca jest zaduma. A ile w niej prawdy? O to chyba trzeba by zapytać samą zainteresowaną. Niech każdy z Was oceni sam. Zaintrygowanych odsyłam do działu MP3, których warto posłuchać.

sobota, 13 października 2012

Niedokończona trylogia

To zadziwiające, jak wiele ciekawych wydawnictw pozostało po rodzimym podziemiu lat 90. Przeważająca większość z nich ukazała się wyłącznie na kasetach magnetofonowych i to najczęściej w stosunkowo niewielkich, by nie powiedzieć znikomych, nakładach. Dlatego przeglądając dziś własne, i nie tylko własne, zakurzone i niemalże zapomniane archiwa, można natrafić na niezwykłe nagrania. To prawda, że niektóre z nich nie przetrwały próby czasu, ale są też i takie, które wciąż budzą w słuchaczu emocje, niezależnie od tego, czy ten dane dźwięki wspomina po latach, czy słyszy je po raz pierwszy. Własne odczucia podpowiadają mi, że z tym drugim przypadkiem spotykam się, sięgając po wydawnictwa pozostałe po sosnowieckim Nirnaeth.

Piotr Wójcik  /  Fot. Arch. zespołu
Piotr Wójcik, tworzący zazwyczaj pod pseudonimem Smrtan, kojarzony jest jako muzyk m.in. nieistniejących już grup Eblis i Themgoroth, ale niewątpliwie najbardziej zapisał się w pamięci co bardziej dociekliwych, komponując pod szyldem Nirnaeth. Po tym projekcie pozostały, nie licząc kasety nagranej pod inną nazwą, w sumie trzy wydawnictwa, z czego na kompakcie ukazało się tylko jedno.



To bardzo posępna i niezwykle dekadencka muzyka. A tak naprawdę jeszcze bardziej posępne i dekadenckie słowa, wyrecytowane, wykrzyczane i miejscami zaśpiewane w ojczystym języku. W zdecydowanej większości to poezja inspirowana dokonaniami największych twórców okresu Młodej Polski, ze szczególnym uwzględnieniem, czemu też trudno się dziwić, Tadeusza Micińskiego. Ten romatyczno-nostalgiczny nastrój to przemijanie, śmierć, pustka, żal i wszystko, co kryje się pod pojęciem wspomnianej dekadencji. Pozbawiona nadziei wszechobecna jesień, dla której muzycznym tłem stały się klawisze, syntezatory i symfoniczne stylizacje. Z jakim skutkiem? Różnym, gdyż muzyka Nirnaeth musiała dojrzeć z czasem. Podobnie jak słowa. Dlatego najciekawszym wydawnictwem pozostałym po projekcie Piotra Wójcika jest to ostatnie, kaseta "Nirnaeth Arnoediad" z 1999 r., będąca drugą częścią niestety niedokończonej trylogii, jaką rozpoczął album "Haudh’en’Nirnaeth", jedyny który ukazał się się na płycie kompaktowej.

Okładka płyty "Nirnaeth Arnoediad" 
Piotrowi Wójcikowi można by zarzucić wiele. Że lepszy z niego muzyk niż literat i zarazem literat niż wokalista. Że momentami jego słowa brzmią infantylnie i naiwnie. Że zostały z mozołem napisane, by spróbować oddać to, co w liceum na lekcjach języka polskiego odkrywało się w wierszach młodopolskich klasyków. Ale nie można odmówić mu jednego. Stworzonego nastroju. Ten niezwykły klimat sprawia, że che się wierzyć w autentyczność usłyszanych słów, że wszystkie te wiersze, wydane m.in. w tomiku "Jesień", to przelane na papier czyjeś prawdziwe odczucia i przemyślenia. Dlatego tym bardziej można żałować, że Nirnaeth, mimo zapowiedzianej kilka lat temu reaktywacji, już nie istnieje i niewiele wskazuje na to, byśmy doczekali się kolejnego wydawnictwa, czy chociażby jakiejś kompaktowej reedycji lub kompilacji. To prawdopodobnie już  tylko przeszłość. Na szczęście ta ma to do siebie, że zawsze można do niej wrócić.



Trudno jest nagrać taką płytę, by budziła uznanie, a nie uśmieszek na twarzach anglofonów, którzy w obliczu współczesnej kultury popularnej odwykli od ojczystego języka, nie mówiąc już nawet o spisanej w nim poezji. Ale nie jest to niemożliwe. Nawet jeśli dana twórczość miałaby przekonać nas dopiero po latach. W dziale MP3, których warto posłuchać znajdziecie dwa udostępnione nagrania Nirnaeth.

sobota, 19 listopada 2011

Pierwsze skrzypce

Spotkałem w życiu wielu różnych muzyków. Jedni odprawiali mnie z kwitkiem, w ogóle nie godząc się na rozmowę. Inni zaś czynili mi wielką łaskę, poświęcając kilka minut młodemu człowiekowi z dyktafonem, by po pewnym czasie nagle zmienić swoje nastawienie i próbować za wszelką cenę wzbudzić moje zainteresowanie, mając w tym interes przy okazji koncertu czy premiery płyty. Na szczęście oprócz fałszywych i dwulicowych grajków poznałem wiele życzliwych i otwartych osób, które komponowały i wciąż komponują muzykę wartą naszej uwagi. W śród nich znalazł się pewien skromny i sympatyczny człowiek, którym jest Michał Jelonek.

Fot. Kochanfoto.pl
Cztery lata temu skrzypek powszechnie znany ze swoich dokonań m.in. w Ankh i Hunter debiutował solową płytą zatytułowaną po prostu "Jelonek". Zarówno dla niego jak i dla wytwórni, która postanowiła zaryzykować wydanie albumu, reakcja odbiorców i krytyki była wielką niewiadomą. Okazało się jednak, że zdolnemu kompozytorowi i zaproszonym przez niego do współpracy muzykom udało się stworzyć coś nowego, coś, co spotkało się z ciepłym przyjęciem ze strony świadomych i nawet przypadkowych odbiorców. A wszystko za sprawą niezwykle udanej syntezy klasycznego instrumentu z brzmieniem gitary elektrycznej. Takie rozwiązanie samo w sobie nie jest żadnym novum, ale jego powodzenie leży w tym, że Michał Jelonek w swoim projekcie jest solistą, pod którego komponowana jest cała muzyka. To sekcja rytmiczna i gitary stanowią tło dla skrzypiec, a nie odwrotnie, jak to zazwyczaj bywa. A gdy do tego doda się wykształcenie muzyczne rzeczonego skrzypka i jego wieloletnie doświadczenie, staje się jasnym, dlaczego jego studyjne dokonania i koncerty cieszą się tak dużą atencją.


Na początku listopada ukazała się druga solowa płyta Jelonka zatytułowana "Revenge". To album z całą pewnością będący rozwinięciem debiutanckich pomysłów muzyka, ale z drugiej strony na tyle ciekawym, że  okazuje się być czymś więcej niż jedynie kontynuacją tego, co już znamy. Znajdująca się na nim muzyka to przede wszystkim gra kontrastów. Obok spokojnych, niezwykle melodyjnych i romantycznych kompozycji znajdziemy również pogoń wszystkich instrumentów za prowadzącymi skrzypcami, co momentami ociera się wręcz o thrash metal, a co paradoksalnie znakomicie słychać w opracowaniu klasyka, którym niewątpliwie jest "Taniec z szablami" Arama Chaczaturiana. 

Fot. Kochanfoto.pl
Z czystym sumieniem polecam Wam tę płytę, jak z resztą całą twórczość Michała Jelonka. Bynajmniej nie jedynie dlatego, że okazał się być niezwykle sympatycznym i otwartym człowiekiem, ale przede wszystkim z powodu samej muzyki, która już raz wniosła coś nowego i wszystko wskazuje na to, że podobnie będzie i tym razem. Fragment "Revenge" znajdziecie poniżej, a jeśli te melodie Was zaciekawią, włączcie radio w najbliższy poniedziałek o północy. Będzie ich więcej. 

niedziela, 30 października 2011

Polak, którego warto posłuchać

Sięgnąć po muzykę mało jeszcze znanego twórcy, o którym pisze lub mówi się w największych rodzimych środkach masowego przekazu, to nie sztuka. Sztuką zaś jest samemu próbować śledzić rozwój wydarzeń na scenie niezależnej i tym samym dać szansę takiemu muzykowi już na samym początku jego drogi, przez wybranie się na jego koncert lub np. nabycie egzemplarza samodzielnie wydanej przez niego płyty. To nie zawsze jest proste, ale zapewniam Was, że bardzo popłaca, o czym po raz kolejny przekonałem się za sprawą muzyki Michała Jacaszka.

Fot. Stereolit.com
Dziś kompozytor powszechnie jest znany przede wszystkim jako twórca muzyki do filmu 'Sala samobójców', ale zanim zyskał sobie ogólnopolski rozgłos, swoimi dokonaniami wyróżniał się na scenie niezależnej, zwłaszcza tej związanej z szeroko rozumianą elektroniką. Pisał muzykę przede wszystkim z myślą o tekstach poetyckich. Udało mu się też wypracować niestandardową metodę samplingu. I w końcu, na co chciałbym szczególnie zwrócić Waszą uwagę, skomponował dźwięki, które trafiły na album "Treny". 


Ta płyta to niezwykle smutna, ale i zarazem przepiękna muzyka. Jacaszek połączył elektronikę z klasycznymi instrumentami, takimi jaki harfa, fortepian, skrzypce i wiolonczela. Całość zaś została uzupełniona sopranem i wyprodukowana tak, że brzmi niczym trzeszcząca, stara płyta analogowa. Te oniryczne melodie to smutek, ból, cierpienie, lament, żal, lecz i nadzieja, czyli wszystko to, co znalazło się w literackim pierwowzorze - trenach Jana Kochanowskiego. To może wydać się zaskakujące, ale w tych dźwiękach słychać również empatię. A o tą jakoś coraz trudniej w dzisiejszych czasach, zwłaszcza w przypadku osób zupełnie nam obcych. Sięgnijcie czasem po tę płytę. Nie tylko 1 listopada.

wtorek, 12 lipca 2011

(Nie)przerwana lekcja muzyki

Muzyków można podzielić wedle wielu różnych kryteriów, a jednym z nich jest niewątpliwie częstotliwość i sposób kontaktowania się przez nich z sympatykami swojej twórczości. Jedni czynią to często, chcąc za wszelką cenę podtrzymać raz nawiązany kontakt, zazwyczaj pod byle pretekstem, inni zaś zamiast mówić wolą tworzyć i zabierać głos jedynie wtedy, gdy swoim fanom mają do zaoferowania coś naprawdę ciekawego. Tych drugich ostatnimi czasy jest niestety znacznie mniej, ale gdy już otrzymujemy od nich jakąś wiadomość, możemy być pewni, że warto było na nią czekać. A świadczą o tym chociażby dokonania włoskiego Asrham, którego muzycy niedawno doczekali się koncertowego dvd.

Fot. Arch. zespołu
"Gathered Under Shining Silver Skies" jest zapisem koncertu, który Włosi zagrali w Pekinie w grudniu 2009 r. Wówczas zaprezentowali nie tylko kompozycje znane z dwóch dotychczasowych studyjnych płyt, ale i pokusili się o zagranie zupełnie nowych utworów, partii solowych oraz licznych improwizacji, co czyni niniejszy materiał tym cenniejszy, gdyż jest to pierwsze wydawnictwo Ashram po pięciu latach ciszy. Choć tak naprawdę najważniejsze w tym wszystkim jest to, że ta przepiękna muzyka, rozpisana na smyczki i fortepian, została uwieczniona nie tylko dźwiękiem, ale i obrazem.


O twórczości Ashram zwykłem mówić, że została napisana z myślą o filmie, gdyż są to melodie niezwykle obrazowe i delikatne, zdolne do wzruszenia nawet najbardziej zdystansowanych, powściągliwych i zamkniętych w sobie osób. To jeden z tych nielicznych przypadków, gdy wyszukane słowo pisane lub mówione w co najwyżej niewielkim stopniu będzie mogło oddać nastrój i emocje towarzyszące tym dźwiękom. Posłuchajcie, naprawdę warto.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Nowe oblicze My Dying Bride

Miło jest wreszcie wziąć do ręki egzemplarz płyty, na której premierę czekało się od dłuższego czasu. Wówczas dokonujemy czynności, będącej niemalże rytuałem, a paradoksalnie polegającej jedynie na zdjęciu folii, obejrzeniu dołączonej książeczki, włożeniu kompaktu do odtwarzacza i wreszcie wysłuchaniu tego, co przygotowali muzycy. Mimo że w dobie Internetu, i wynikającej z niej powszechnej dostępności preferowanej muzyki, coraz mniej osób chce tego doświadczać, to jednak wciąż można znaleźć tych, dla których ten kawałek plastiku ma pewne symboliczne znaczenie. Sam zaliczam się grona sympatyków muzyki, którzy stronią od odtwarzaczy mp3 i uparcie preferują bardziej tradycyjne nośniki dźwięków, dlatego tym chętniej na nasze dzisiejsze spotkanie zabiorę nową płytę My Dying Bride. Dodajmy, płytę, która dopiero co się ukazała.

"Evinta" to wydawnictwo będące zarowno kompilacją jak i albumem studyjnym, gdyż trafiły na nie reinterpretacje znanych już nagrań, które rozpisano na nowo z myślą o klasycznym instrumentarium. Całość zaś uzupełniły specjalne nagrane partie wokalne Aarona Stainthorpe'a oraz Lucie Roche, profesjonalnej śpiewaczki operowej. Wszystkie te zabiegi sprawiły, że muzycy My Dying Bride uczcili XX-lecie zespołu w dość szczególny sposób, realizując pomysł, który narodził się jeszcze w latach 90. Efektem zaś jest muzyka z całą pewnością piękna, ale i zarazem o wiele trudniejsza w odbiorze niż wcześniejsze dokonania Anglików. Zanim jednak dokonacie jakiejkolwiek oceny, po prostu posłuchajcie. Więcej opowiem Wam tuż po północy.  Do usłyszenia.

wtorek, 7 czerwca 2011

Amber Asylum w Polsce

Jeszcze do niedawna wiele europejskich tras koncertowych uznanych wykonawców zza Wielkiej Wody docierało co najwyżej do Berlina lub Pragi, skutecznie omijając polską granicę. Na szczęście ten stan rzeczy systematycznie, choć i tak stanowczo za wolno, ulega zmianie, co jeszcze w tym roku potwierdzą Amerykanki z Amber Asylum. Będzie to ich pierwsza wizyta w naszym kraju. Wizyta, na którą z całą pewnością warto zaczekać.

Fot. Arch. zespołu
Co prawda, nie zostało to jeszcze oficjalnie potwierdzone przez organizatora, ale wiarygodne źródła podają, że projekt multiinstrumentalistki Kris Force zagra na tegorocznej edycji Wrocław Industrial Festival, która odbędzie się w dniach 10-13 listopada. Jeśli cenicie sobie tajemniczy i oniryczny nastrój budowany dzięki melodiom z pogranicza ambientu i neoklasyki, sugerowałbym poważne rozważenie wybrania się do stolicy Śląska.

wtorek, 17 maja 2011

Baśnie z kraju tokaju

Fala klimatycznego grania lat 90., do której tak często powracam w swoich zapiskach i podczas naszych cotygodniowych spotkań, to nie tylko muzyczna spuścizna tamtego okresu, ale i  pośrednio późniejsze historie poszczególnych muzyków. Wielu z nich wraz z medialnym wypaleniem się gatunku podążyło w stronę rocka (Anathema), inni zaś próbowali mariażu z elektroniką (Theatre of Tragedy). Znaleźli się również tacy, którzy wybrali folklor i, co nie zawsze bywa regułą, zmiana stylistyki wyszła im na dobre. Spośród tej grupy kompozytorów warto wymienić m.in. Agnes Toth i Michaly'a Szabo, swego czasu tworzących nieco już zapomniany węgierski Even Song. To oni niedługo po rozpadzie zespołu dali początek The Moon And The Nightspirit, jednemu z ciekawszych ostatnimi czasy muzycznych zjawisk znad Dunaju. 
   
Fot. Arch. zespołu
Słuchając każdej ze czterech dotychczasowych płyt Agnes i Michaly'a, w tym dopiero co wydanej "Mohalepte", nie warto zastanawiać się, czy te melodie to jeszcze neofolk czy już neoklasyka. Nie warto zadawać sobie pytania o instrumentarium oparte przede wszystkim na gitarach akustycznych, skrzypcach, bębnach i basie. Warto natomiast po prostu posłuchać tej niezwykle estetycznej i przyjemnej dla ucha muzyki pełnej spokojnych i zarazem skocznych melodii. Warto wsłuchać się delikatny kobiecy głos śpiewający  teksty inspirowane baśniami, ludowymi opowieściami i przede wszystkim pięknem przyrody. Brzmi jak banał? Posłuchajcie, a zrozumiecie. The Moon And The Nightspirit to bez wątpienia wciąż powiew świeżości w nieco skostniałym już środowisku muzyków, z których wielu wciąż nagrywa takie same płyty.

czwartek, 10 lutego 2011

Premiera, o której mało kto słyszał

Kto jeszcze pamięta skupione wokół polskiego podziemia grupy zapaleńców wydające przegrywane w domowych warunkach kasety magnetofonowe, regadujące i powielające na fotokopiarkach ziny i organizujące koncerty, gdzie tylko się dało? Niestety te czasy odeszły bezpowrotnie z powodu medialnej  śmierci większości gatunków rocka i metalu oraz rozwoju nowych technologii, w tym przede wszystkim Internetu. Nie oznacza to jednak, że obecna scena niezależna nie ma nic do zaoferowania. Wręcz przeciwnie. Twórców wciąż przybywa. Zmienił się tylko sposób docierania do ich muzyki, czego dowodzi chociażby przypadek rodzimego Flores Funebres.


Projekt postał w 2001 r. w Radomiu z inicjatywny muzyka komponującego pod pseudonimem Mespheris. Tworzone przez niego dźwięki to przede wszystkim melancholia, rozpacz, pustka, przemijanie i nihilizm zamknięte w formach, które zwykło nazywać się neoklasyką, dark ambientem i dark wave. Jeśli zatem bliżej Wam do afirmacji życia, niż refleksji nad jego kruchością, nie sięgajcie po muzykę Flores Funebres.  jednak w przeciwnym razie powinniście znaleźć w niej coś dla siebie.
 
"A Moment Before Nothingness", najnowszy album Mespherisa,  ukazał się nakładem internetowej wytwórni Ambientaria Records i w całości został udostępniony w sieci. Wystarczy, że zajrzycie pod ten adres.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Pierwszy teledysk Ashram

Długo nie dawali żadnego znaku życia i wielu przewidywało już najgorsze, ale jak się okazało, cierpliwość popłaca. Muzycy Ashram przypomnieli o sobie, publikując efekty pracy nad pierwszym obrazem stworzonym specjalnie do skomponowanej przez nich muzyki. 

Nagranie "Maria and the Violin's String" znalazło się na wydanym cztery lata temu albumie "Shining Silver Skies", który zamyka dotychczasową dyskografię Włochów.

środa, 27 października 2010

Piękno zaklęte w dźwiękach

Kiedy ktoś myśli, że o muzyce wie już wszystko i żadne nowe melodie nie będą w stanie go zaskoczyć, popełnia wielki błąd. Owszem, to prawda, że żyjemy w epoce postmodernizmu, ale mimo wszystko nawet w tych czasach nie warto przestawać poszukiwać, gdyż zdarzają się chwile, że odnalezione przez nas  dźwięki odbierają nam mowę, całkowicie zaskakują i zmieniają nasz dotychczasowy sposób myślenia o  tym,  co człowiek jest stanie skomponować. Takich płyt nie ma zbyt wiele, ale z całą pewnością pośród nich znajdują się dwa albumy włoskiego Ashram.


"Ashram" i "Shining Silver Skies" - wydawnictwa, na których zawarto muzyczne piękno stworzone za pomocą smyczków i fortepianu. Słowa to za mało, by  opisać tę muzykę, ale pewne jest jedno. Te dźwięki są tak delikatne i niosą ze sobą tak wielką wrażliwość, że mogą doprowadzić  słuchacza do płaczu, choć nie będą to łzy smutku, ani łzy radości, a łzy wywołane wzruszeniem.

To bez wątpienia jedne z najpiękniejszych płyt, których przyszło mi wysłuchać. Sięgnijcie po nie, a przekonacie się sami, że istnieje na tym świecie muzyka, którą twórcy są w stanie wyrazić znacznie więcej niż  mówcy za pomocą nawet najbardziej wyszukanych słów.

poniedziałek, 11 października 2010

Amber Asylum tuż za polską granicą

Zdecydowana większość osób sięgających po instrumenty to mężczyźni. Trudno powiedzieć, dlatego tak się dzieje, ale wcale nie oznacza to, że przedstawicielki płci pięknej nie potrafią nagrywać dobrych płyt. Rzekłbym nawet, że niekiedy komponują o wiele ciekawszą muzykę niż panowie. Najlepszym tego przykładem jest Amber Asylum - projekt multiinstrumentalistki Kris Force, która, co ciekawe, przez wiele lat zapraszała do współpracy wyłącznie damy.

Dokonania Amerykanek z San Francisco to nietuzinkowe połączenie neoklasyki i ambientu, gdzie prym wiodą wiolonczele wraz z mocno podkreśloną sekcję rytmiczną. Całość uzupełnia  niezwykle tajemniczy i oniryczny nastrój, który wprowadza słuchacza w stan zawieszenia, gdzieś pomiędzy snem a jawą. 

Dlatego tym bardziej można żałować, że podczas kolejnej trasy po Europie Amerykanki nie zawitają do Polski. Najbliżej naszej granicy będą 9 listopada, gdy zagrają w Berlinie. Szkoda.