niedziela, 29 grudnia 2013

Zmarł Wojciech Kilar

Napisał muzykę do ponad 130 filmów, choć szerszemu odbiorcy najbardziej pozostanie w pamięci jako kompozytor ścieżki dźwiękowej do "Drakuli" Francisa Forda Coppoli i "Dziewiątych wrót" Romana Polańskiego. Trochę mniej pamięta się, że to również on jest autorem muzyki do klasyków rodzimego kina, takich jak m.in. "Rejs", "Ziemia obiecana" i "Sami swoi". Miał 81 lat.

Wojciech Kilar  /  Fot. Wikipedia
Muzykę z "Dziewiątych wrót" prezentowałem Wam wielokrotnie przy okazji opowieści o książkach samych w sobie. Film oparty na motywach powieści Arturo Pérez-Reverta "Klub Dumas" to niezwykły przykład mocy, jaką potrafi nieść ze sobą słowo pisane w twardej oprawie i zarazem hołd dla medium jakim jest książka sama w sobie. W 1999 r. do adaptacji tychże perypetii pewnego antykwariusza powstała ścieżka dźwiękowa. Mało kto potrafił łączyć muzykę współczesną i klasyczną w taki sposób.


czwartek, 26 grudnia 2013

Płyta, której jeszcze nie ma

Oficjalnie ogłoszona na początku tego roku informacja o reaktywacji Sirrah była przyjemną dla ucha niespodzianką wywołującą uśmiech na twarzach wszystkich, którzy wciąż wspominali jedną z najważniejszych rodzimych grup lat 90. Doczekaliśmy się dwuutworowego singla, niebawem przyjdzie także czas na większe wydawnictwo. W składzie zabrakło jednak Macieja Pasińskiego, gitarzysty obdarzonego pamiętnym głębokim growlem, który po rozpadzie zespołu w 1998 r. wraz z wokalistą Tomaszem Żyżykiem i klawiszowcem Krzysztofem Passowiczem założył trochę niedoceniony projekt The Man Called Tea. Jak się teraz okazuje, po latach ciszy rzeczony muzyk powrócił z własnymi pomysłami pod nazwą Qip, kończąc obecnie prace nad debiutancką płytą. 

Maciej Pasiński  /  Fot. facebook.com/qipmusic
Ten jednoosobowy projekt to przede wszystkim energia, którą aż kipi niemal każdy utwór. Wynika to z połączenia industrialu, ciężkich, niemal deathmetalowych riffów i szeroko rozumianej elektroniki. Samo w sobie to nic nowego, ale te pomysły znacznie zyskują dzięki pozostaniu muzyka przy wokalach, do których przyzwyczaił nas w Sirrah. Growle nadają im charakter, a gdy dźwięki zwalniają i stają się melodyjniejsze, słuchacz natychmiast wraca pamięcią do czasów "Acme" i "Did Tomorrom Come...". Muzyczni sentymentaliści nie powinni jednak oczekiwać zbyt wiele. Qip to w pierwszej kolejności siła i ściana dźwięku, czasem w dobrym, a miejscami w nieco mniej pochlebnym znaczeniu, a dopiero w drugiej przestrzeń i melodia. Nie jest łatwo wyważyć proporcje między takimi elementami, ale mimo wszystko opublikowane do tej pory utwory potrafią się obronić. 


Ta płyta może okazać się miłą niespodzianką. Z jednej strony oferuje coś przemyślanego i przede wszystkim nowego, a z drugiej momentami przyjemnie dla ucha romansuje z przeszłością Sirrah, która dla wielu z nas pozostała wyznacznikiem najlepszego okresu klimatycznego grania lat 90. Obecnie nie wiadomo, kto i kiedy miałby ją wydać. Trwają prace nad ostatnimi partiami wokalnymi, po których przyjdzie czas na miks. Na debiut Qip trafi dziesięć kompozycji. Zaintrygowani więcej muzyki znajdą tutaj.

sobota, 21 grudnia 2013

Muzyka opuszczonych miejsc

Kilka razy w tygodniu przechodzę obok kamienicy pamiętającej jeszcze początki XX w. Kiedyś musiał to być budynek tętniący życiem, dziś natomiast pozostaje zapomnianym, martwym, zimnym i pustym miejscem niemal w samym centrum Warszawy. Takie mury mają swoją specyfikę i wciąż intrygują. Pozostają namacalną przeszłością, wspomnieniem o zamieszkujących je niegdyś ludziach i ich historiach. Kiedyś nawet słyszałem o polskim chórze, którzy śpiewa wyłącznie w takich miejscach, dziś natomiast echa przeszłości, m.in. tej właśnie kamienicy, wywołała w mojej głowie nowa płyta francuskiego Day Before Us, do której idealną wręcz ilustracją pozostaje wspomniany budynek.

Zapomniana warszawska kamienica  /  Fot. Kamil Mrozkowiak
"Misty Shroud of Regrets" to muzyka pożółkłych fotografii, zapomnianych zimnych murów, obraz przeszłości, który odszedł na zawsze, a wraz z nim ludzie, po których co najwyżej pozostały zniszczone przedmioty codziennego użytku i martwa cisza. Odpowiedzialny za te dźwięki Philip Blache raz jeszcze posłużył się minimalnymi środkami wyrazu, by przekazać jak najwięcej treści i udało mu się to. Obie te proporcje wyważył w sposób szalenie intrygujący, choć i niezwykle przygnębiający. To płyta pełna zadumy i refleksji ze szczególnym wskazaniem na niemożność cofnięcia czasu i związany z tym smutek. Instrumentalne dźwięki fortepianu, padający deszcz, sporadycznie uzupełniony narracją, klawisze i poszczególne odgłosy nagrane w terenie zwracają naszą uwagę na coś, na co zazwyczaj nie mamy czasu spojrzeć lub po prostu nie chcemy tego zrobić, gdyż o pewnych sprawach wolimy nie myśleć, przynajmniej jeszcze nie teraz. To album na granicy depresji, ale nie takiej klinicznej, lecz życiowej, dopadającej nas za każdym razem, gdy wspomnimy bliskich i związane z nimi miejsca, których po prostu już nie ma.


Podobnych wydawnictw powstało już dużo, jednak w przeciwieństwie do większości z nich nowa płyta Day Before Us nie nuży. Tu nie ma przespanych i sztucznie wydłużonych fragmentów muzyki. Choć z drugiej strony trzeba otwarcie przyznać, że są to dźwięki wymagające skupienia i nieprzeznaczone dla każdego. To album przede wszystkim dla odważnych, którzy nie obawiają się konfrontacji z upływających czasem.

wtorek, 17 grudnia 2013

Światło i cień

Bruno to ważne imię w historii rodzimego zimnego grania. Jeśli ktoś po nie sięga, zwłaszcza w przypadku takiej muzyki, budzi natychmiastowe skojarzenia z dokonaniami protoplasty Fading Colours, a te zaś przecież mogą uczynić tyleż dobrego, co i złego. Jak się jednak okazało, wejherowski Bruno Światłocień sprostał zadaniu, starszemu bratu Brunowi Wątpliwemu, udanie debiutując tegoroczną płytą "Czerń i cień" i tym samym podtrzymując tlący się jeszcze w Polsce kaganek zimnej fali. 

Bruno Światłocień, jeszcze w starym składzie  /  Fot. Arch. zespołu
To jeden z tych zespołów powstałych i działających z dala od wielkiego rozgłosu, sceny oficjalnej oraz tego wszystkiego, co widzimy w sklepach z płytami, w sieci, prasie, radiu i telewizji. A jednak jego muzycy grają swoje na tyle dobrze, że skutecznie przyciągają uwagę nowofalowymi pomysłami. Ta muzyka jest charakterystyczna i przede wszystkim szczera, a to w brew pozorom dziś nie tak często idzie ze sobą w parze. Znajdziemy w niej przyjemną dla ucha nieszablonowość powstałą na bazie czerpania z wspomnianego zimnego grania, także industrialu, dark wave, post rocka, a nawet subtelnego romansu z neofolkiem i ambientem. Rozbudowane kompozycje nie są łatwe w odbiorze, ale zarazem ciekawią, gdyż trudno przewidzieć, co stanie się za chwilę. Słuchacz może spodziewać się zarówno psychodeli, jak i noise'u.



Odpowiadający za muzykę i teksty Bronisław Ehrlich to faktycznie artysta, choć raczej lepszy z niego muzyk i malarz niż wokalista. Gdyby było inaczej, w studiu nie nałożono by na jego głos całej gamy efektów, ale z drugiej strony można na to przymknąć oko, a w zasadzie ucho, gdyż zrobiono to z pomysłem i tak, by teksty zaśpiewane w ojczystym języku komponowały się z chłodem uderzającym z głośników. 

Okładka płyty "Czerń i cień"
Takie wydawnictwa cieszą. Brzmią inaczej, słucha się ich inaczej i przede wszystkim z większą przyjemnością, gdyż to rodzima płyta mało znanego wykonawcy, a i dotarcie do niej nie jest takie oczywiste, wszak najpierw trzeba się o niej dowiedzieć, a raczej nikt tego za nas nie zrobi. Zaintrygowanych "Czernią i cieniem" odsyłam tutaj. To jeden z bardziej interesujących tegorocznych debiutów oraz nie pierwszy już dowód na to, że warto monitorować rodzimą sieć i śledzić katalogi małych, niezależnych wydawców. 
   

czwartek, 12 grudnia 2013

Archiwa Agonii Chrystusa

Upór to ciekawa cecha charakteru człowieka. Dzięki niemu ten jest w stanie zrobić coś, co jeszcze przed chwilą wydawało się mało realne. Bo któż by spodziewał się, że tegoroczna jesień przyniesie wznowienie pierwszych dwóch taśm demo Christ Agony? A tak pomysłodawcy inicjatywy sprawili, że krążące po globalnej sieci cyfrowe kopie wysłużonych kaset można zamienić na przyzwoicie wydaną płytę kompaktową.

Początki Christ Agony  /  Fot. Arch. zespołu
O Cezarym Augustynowiczu mówi się dziś różnie, ale nic nie jest już stanie odebrać mu, jak i samemu Christ Agony, należnego miejsca w historii rodzimej sceny. Był to, i wciąż jest we współczesnym wydaniu, jeden z najważniejszych polskich przedstawicieli black metalu, w równym stopniu szanowany, co nienawidzony. A jak każdy zespół, miał swoje początki i w konsekwencji, ze względu na przypadające czasy, dema nagrywane na kasetach magnetofonowych. Debiutanckie "Sacronocturn" z 1990 r. i wydane dwa lata później "Epitaph of Christ" to klasyka będąca preludium do późniejszych, regularnych już wydawnictw Christ Agony. Oba, ze szczególnym wskazaniem na lepiej nagrane "Epitafium", przywołują wspomnienie najlepszych czasów rodzimego podziemia. Czasów, gdy niepohamowany głód muzyki zaspokajano słuchaniem radia, przegrywaniem kaset, giełdami płytowymi, kserowaniem fanzinów i kolejowymi podróżami na koncerty. Nie było tego wszystkiego, co jest teraz, dlatego tego typu wznowienia mają wręcz unikatowy charakter, stanowiąc zapis ułamka ówczesnej rzeczywistości.

Okładka wznowienia
Dziennikarski obowiązek nakazuje wspomnienie o czymś jeszcze. Obie taśmy demo ukazały się teraz na płycie zatytułowanej "Faithless". Co ciekawe,  te same nagrania zostały już raz wznowione i to pod tym samym tytułem. Stało się tak w 1995 r. za sprawą Baron Records. Piętnaście lat później nieżyjący już Szymon Czech poddał je ponownemu masteringowi, a muzycy sami wydali całość w niewielkim nakładzie na płycie CD-R. Obecna reedycja to w praktyce profesjonalne wydanie właśnie tej samodzielnej inicjatywy, choć w tym przypadku stoi za nią ktoś jeszcze, rodzime Seven Gates of Hell. Pomijając jednak wszystkie te zawirowania natury wydawniczo-organizacyjnej, trudno nie przyznać, że "Faithless" to bezcenne archiwalne wydawnictwo, i wcale niekoniecznie z tych przeznaczony jedynie do postawienia na półce. Poniżej znajdziecie nagranie pochodzące z pierwszego wydania "Epitah of Christ", drugiego demo Christ Agony. 

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Zapomniany kult

Co jakiś czas zdarza mi się zabierać do radia samodzielnie zdigitalizowane kasety, by m.in. wspominać łódzką scenę, która w latach 90. działała naprawdę prężnie. Jednak filmowa Ziemia Obiecana to nie tylko powszechnie znane Imperator, Tenebris, Sacriversum czy Pandemonium. To także kilka ważnych, niemal zupełnie zapomnianych grup, których muzycy nigdy nie doczekali się wydania własnej muzyki na kompakcie i dziś są wspominani co najwyżej przez starych fanów, którzy czasem wrzucą do sieci jakieś archiwalne nagranie. Jednym z takich zespołów jest Funeral Cult.   

Funeral Cult  /  Fot. Metal Archives
Łodzianie pozostawili po sobie demo, regularną płytę oraz album, który nigdy oficjalnie nie został wydany, ale szczęśliwie do najbliższych fanów trafiło nieco kaset, zatem nawet dziś w czeluściach internetu można dotrzeć do tego wydawnictwa. Działalność Funeral Cult przypadała na złote czasy klimatycznego dnia, zwłaszcza jego doommetalowej odmiany. Zespół powstał w 1993 r. i działał mniej więcej do przełomu wieków, gdy muzycy po cichu zakończyli wszelką wspólną aktywność. Nazwa, pod jaką grali, w pełni korespondowała z komponowaną muzyką. Ta zaś była wypadkową death i doom metalu, pełna pogrzebowej atmosfery budowanej przez klawisze, średnie tępa ciężkich gitar, krzyki, growl i deklamacje, miejscami także w ojczystym języku. Było to duszne, zatęchłe powietrze spod wieka trumny.  

Okładka i grzbiet wznowienia kasety "Korowody cieni"
Najciekawszym, choć to czysto subiektywne stwierdzenie, wydawnictwem łodzian była taśma "Korowody cieni", która co ciekawe pierwotnie okazała się w 1996 r. nakładem niewielkiej portugalskiej Lisitanian Productions, a dopiero dwa lata później była powszechnie dostępna w Polsce dzięki wznowieniu warszawskiej Millenium Records, choć niestety również jedynie na kasecie. Ten album był kwintesencją stylu Funeral Cult i wszystkiego, co cenią sobie sympatycy ponurych, melancholijnych i melodyjnych brzmień. Olbrzymią rolę odegrały w tym klawisze, które udanie wymykały się roli zwykłego wypełniacza przestrzeni, i to mimo że muzyka była oparta przede wszystkim na gitarach. Poniżej znajdziecie nagranie zamykające "Korowody cieni". Niezwykle nastrojowy "Ogień" udowadnia, że rodzimy język to często o wiele lepsze rozwiązanie niż ślepa pogoń za angielszczyzną. Nawet w sytuacji, gdy słowa mogą miejscami budzić na twarzy słuchacza charakterystyczny uśmiech.


Działalność Funeral Cult zamyka niewydana oficjalnie, poza wspominanymi kopiami rozdanymi niektórym fanom, płyta "Mystery of Possession" z 1998 r. Była to już muzyka zdecydowanie żywsza, energiczniejsza, choć wcale niepozbawiona nastroju. Szkoda, że  w przeciwieństwie do wcześniejszych wydawnictw Funeral Cult nie doczekała się choćby kasetowego wznowienia. Poniżej znajdziecie prowizoryczny teledysk do nagrania "Sculptor of Blackness" z rzeczonej płyty. Wideo zarejestrowano w studiu łódzkiej telewizji kablowej Toya. Teraz nikt tak już nie gra.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Polak w Kraju Tysiąca Jezior

W czasach, gdy w  zasadzie każdą płytę znajdziemy w sieci w wersji mniej lub bardziej legalnej, duże znaczenie ma sposób, w jaki jest wydana fizyczna kopia albumu. A ten to w znacznej mierze okładka, która niekiedy decyduje wręcz, czy przypadkowy słuchacz sięgnie po dany krążek, czy też nie. Wybory muzyków i wytwórni są bardziej lub mniej trafione, ale to tylko najlepsze na długo zapadają w pamięci, często stanowiąc później podstawę opisowego przedstawienia danego wydawnictwa, w przypadku gdy nie pamięta się jego tytułu. Co ciekawe, na tym polu za granicą kilka słów do powiedzenia mają również i polscy graficy. By nie szukać daleko, wystarczy wymienić chociażby Jacka Wiśniewskiego, najbardziej znanego z licznych okładek dla Vader, który współpracował także m.in. z brazylijskim Krysium, czy holenderskim Sinister. Jednak znacznie rzadziej w takich przypadkach wymienia się innego naszego rodaka, który również dał o sobie znać poza granicami Polski, przede wszystkim w Finlandii. 

Shape of Despair - Shades of... (2000)


Pierwsza płyta Shape of Despair. Jedno nowe nagranie oraz cztery ponownie nagrane kompozycje z niewydanego jeszcze wówczas dema "Alone in The Mist"

To Mariusz Krystew, który zwrócił na siebie uwagę głównie okładkami Shape of Despair. Stworzył również tę zdobiąca jedyne wydawnictwo The Mist And The Morning Dew, fińskiej supergrupy, w której składzie znaleźli się m.in. muzycy znani z Impaled Nazarane, Unholy, Nest, Thy Serpent, Fintroll, Korpiklaani i rzeczonego Shape of Despair. Wszystkie te okładki większość z Was zna doskonale, ale, co trzeba otwarcie przyznać, nie zawsze czytamy dokładnie to, co małą czcionką wydrukowano w książeczce. Jeśli zatem teraz otworzycie przedstawione tu wydawnictwa i zajrzycie do didaskaliów, znajdziecie w nich imię i nazwisko wspomnianego Polaka. Nadstawione uszy są ważne, ale szeroko otwarte oczy również.

Shape of Despair - Angels of Distress (2001)

Druga regularna płyta Finów


Shape of Despair -  Ilussion's Play (2004)


Trzeci album. Dla wielu najciekawsze wydawnictwo zespołu


Shape of Despair - Shape of Despair (2005)


Zestawienie rzadkich i niewydanych do tej pory nagrań, w tym dema "Alone in The Mist". Jedna premierowa kompozycja. 


Shape of Despair - Written in My Scars (2010)


Epka. Dwie premierowe kompozycje wydane wyłącznie na siedmiocalowym winylu. 


The Mist and the Morning Dew - The Mist and the Morning Dew EP(2005)


Pierwsze i ostatnie jak dotąd wydawnictwo fińskiego odpowiednika norweskiego Storm.

środa, 27 listopada 2013

Do usłyszenia wkrótce

Nie chcąc oszaleć pod wpływem otaczającej nas rzeczywistości, czasem trzeba uciec i zapomnieć o wszystkim. Nie było mi dane uczynić tego latem, dlatego zdecydowałem się na to teraz. Podczas najbliższych audycji nie zasiądę przy mikrofonie, ale dzięki zdobyczom techniki usłyszycie mój głos oraz przygotowaną odpowiednio wcześniej muzykę. Moja nieobecność będzie oznaczała również nieco rzadsze aktualizacje niniejszej witryny, ale w międzyczasie udało mi się przygotować nieco ciekawostek i zaplanować ich publikację, dlatego jak zawsze zachęcam do lektury. Listy wszystkich zaprezentowanych wykonawców uzupełnię po powrocie. To samo będzie dotyczyło nadesłanej przez Was korespondencji. Dziękuję za zrozumienie i do usłyszenia wkrótce.

Fot. Wojtek Dobrogojski

sobota, 23 listopada 2013

Chłód warszawskiej kamienicy

Rzetelna poczta pantoflowa to bezcenne źródło informacji, zwłaszcza, jeśli nie jest się już na studiach i czasu na sensowne zajęcia nie ma się prawie wcale. Dlatego dobrze od czasu do czasu nadstawić ucha i przełamać nawyki powstałe pod pręgierzem rzeczywistości, zwłaszcza w przypadku muzyki, której w naszym kraju nie ma zbyt wiele. A że tak właśnie jest z zimnym graniem, nikogo specjalnie przekonywać nie trzeba, choć za sprawą debiutanckiego demo warszawskiego Augen X będzie go teraz odrobinę więcej.

Augen X  /  Fot. Arch. zespołu
To czterech młodych, chyba nieco zarozumiałych, sądząc po wpisach na popularnych błękitno-białych stronach, i pewnych siebie muzyków hołdujących najlepszym latom szeroko rozumianego gotyckiego i zimnego rocka. Na ich pierwsze oficjalne wydawnictwo składają się cztery utwory. To muzyka czarnych skór oraz równie barwnych okularów i kapeluszy garściami czerpiąca z dorobku powszechnie znanych klasyków gatunku. Niemniej można w niej znaleźć to, czego w naszym kraju wciąż jest jak na lekarstwo, czyli rockową energię pełną zimnego i brudnego brzmienia, przywodzącą na myśl wyobrażenie połączenia The Sisters of Mercy, Fields of The Nephilim oraz Christian Death. Owszem, dużo tu chaosu i niekrzesania, ale i znajdzie się również miejsce na wyraźnie słyszalny potencjał koncertowy. Ta grupa może być ciekawym uzupełnieniem warszawskiej zimnej sceny, która po rozpadzie Miquel And The Living Dead niestety nieco straciła na swoich niskich temperaturach.

 
Muzycy Augen X pracują obecnie nad nagraniem regularnej płyty, choć trzeba przyznać, że czynią to dość opieszale. Ten album, o ile w ogóle się ukaże, przyniesie odpowiedź na wiele pytań, w tym to jedno fundamentalne, czy cokolwiek z tego będzie. Wiele wskazuje na to, że tak, ale ostatecznie wszystko w rękach i przede wszystkim głowach czterech przystojnych młodzieńców. Drzwi stoją otworem. Zaintrygowanych zachęcam do zajrzenia do działu MP3, których warto posłuchać, w którym znajdziecie w całości udostępnione rzeczone demo warszawiaków.

wtorek, 19 listopada 2013

O dwóch takich z Zabrza

Nie poszukasz sam, nie znajdziesz. Nie porozmawiasz z kimś, nie dowiesz się. To dwie prawdy, które wciąż nie tracą na aktualności, także w przypadku muzyki i związanych z nią wszelkich nowych inicjatyw. Przy obecnym natężeniu premier fizycznych nośników i cyfrowych sposobów ich dystrybucji nie jest łatwo dotrzeć do czegoś nowego i ciekawego, czegoś co nas zaintryguje i przyciągnie naszą uwagę. Na szczęście nie jest to niemożliwe, także w przypadku rodzimych wykonawców. Trzeba tylko nieco cierpliwości, o czym ponownie przekonałem się, docierając do nagrań jeszcze mało rozpoznawalnego zabrzańskiego Aswefloat.

Aswefloat  /  Fot.  Arch. zepsołu
To dwuosobowy projekt powstały na przełomie 2012 i 2013 r. Zaledwie sześć miesięcy później, bo tegorocznego lata, Tomasz Bok i Damian Przygrodzki nagrali i w całości zamieścili w sieci debiutancki album "Time". To muzyka tworzona przez dwa instrumenty, gitarę elektryczną oraz syntezator. Pierwszy z nich zazwyczaj prowadzi motyw przewodni, drugi zaś dość aktywnie wypełnia przestrzeń, pełniąc również rolę sekcji rytmicznej, ale bynajmniej nie ginie, a stanowi wręcz równoprawny drugi filar muzyki Aswefloat. Tej zaś nie można zdefiniować w sposób jednoznaczny. Pełno tu eksperymentów z pogranicza post rocka i elektroniki, miejscami uzupełnianych przez subtelne nawiązania do popu, zwłaszcza, gdy słyszy się partie wokalne. Te jednak póki co ograniczają się do jednego nagrania. 


To ciekawy projekt, którego muzycy dość szybko odnaleźli może nie tyle własny styl, co raczej kierunek, w którym należy podążać, by do niego dotrzeć. "Time" jest dość interesujące, jak na debiut powstały pół roku po założeniu zespołu. Tu wiele drzwi wciąż pozostaje otwartych, co daje zabrzanom nieograniczone wręcz możliwości. Muszą tylko z nich skorzystać. Warto mieć na nich oko. Poniżej znajdziecie wideo promujące ich debiutancki album, którego w całości możecie posłuchać tutaj, pobierając zarazem udostępnione nagrania.

piątek, 15 listopada 2013

Rozmowa z Obscure Sphinx

Tych pięcioro muzyków przebojem zaznaczyło swoją obecność na rodzimej postmetalowej scenie. Po trzech pierwszych latach działalności i dwóch materiałach demo przyszedł czas na debiutancki "Anaesthetic Inhalation Ritual", który okazał się jedną z najciekawszych rodzimych płyt 2011 r. Siła, ciężar, nieszablonowość muzyki oraz gardło Zofii Fraś siały prawdziwe spustoszenie na koncertach oraz w głowach wszystkich, którzy sięgnęli po wspomnianą płytę. Teraz, dokładnie dziś, nadchodzi czas premiery drugiego regularnego wydawnictwa Obscure Sphinx. Za sprawą "Void Mother" wiele pytań wreszcie doczeka się odpowiedzi, i to także podczas naszego najbliższego spotkania.
Obscure Sphinx  /  Fot. Arch. zespołu
W nadchodzącą noc z poniedziałku na wtorek moim i Waszym gościem będzie Yony, gitarzysta rzeczonej grupy. I mimo że tematów do rozmowy jest aż nad to, to kluczowym elementem spotkania pozostanie oczywiście prezentacja jak największej liczny nagrań z "Void Miother". Wówczas na własne uszy przekonamy się, czy muzycy poradzili sobie z tzw. klątwą drugiej płyty. Poniżej znajdziecie singiel zwiastujący owy album. Do usłyszenia.

wtorek, 12 listopada 2013

Polski hołd dla Joy Division

Latem 2010 r. na Seven Festival w Węgorzewie wystąpił projekt Heart & Soul. Przedstawiono go jako inicjatywę złożoną ze znanych osobistości rodzimej ceny, które dla czystej przyjemności postanowiły spotkać się i pograć własne opracowania nagrań Joy Division. Wówczas w szeregach tej kolaboracji znaleźli się muzycy Aggresivy 69, N.O.T., Cool Kids Of Death i Made In Poland. W ten sposób uczcili 30. rocznicę ukazania się "Closer", drugiej i ostatniej płyty Joy Division. Później co jakiś czas Bodek Pezda zdradzał w wywiadach, że są plany także studyjnej działalności tego projektu. I tak w styczniu 2012 r. w homeopatycznym nakładzie 150 egzemplarzy ukazała się czteroutworowa epka z gościnnym udziałem Rykardy Parasol, amerykańskiej wokalistki polskiego pochodzenia. Teraz ta luźna inicjatywa daje o sobie znać raz jeszcze. Dokładnie dziś ukazuje się jej pełny album, w całości poświęcony Joy Division. 
  
Okładka płyty Heart & Soul
Cieszy fakt, że to wydawnictwo w końcu ukazało się i wciągu trzech lat przestało być jedynie planem, marzeniem lub fantazmagorią. Grono muzyków zaangażowanych projekt zostało poszerzone, dzięki czemu w każdym z siedmiu utworów przy mikrofonie stoi inna osoba, a i skład kompozytorów różni się od pozostałych obecnych tu opracowań dobrze nam znanych kompozycji. Wśród zaproszonych gości znalazły się głosy m.in. Izy Komoszyńskiej z Sorry Boys, Rafała Jurewicza z The Shipyard i Hanii Malarowskiej z Hanimal. To sprawia, że "Heart & Soul Presents Songs of Joy Division" jest dość zróżnicowaną płytą. Nagrania zostały dobrze dobrane i pasują do wspomnianych gości. Czasem jest spokojniej, czasem zdecydowanie bardziej żywiołowo. Oniryczna elektornika przeplata się z postpunkową energią, czyli zupełnie jak w przypadku tych, którym ten hołd jest składany.   



Ta płyta z pewnością podtrzyma kult Joy Division w naszym kraju. To udane wydawnictwo, solidnie wyprodukowane, przy jednoczesnym bardzo efektywnym doborze zaproszonych gości. Aż chciałoby się, by w Polsce takiej muzyki powstawało zdecydowanie więcej, i to już autorskiej, a nie tylko za sprawą interpretacji tego, co dobrze znamy. Zimnej fali, dość szeroko rozumianej, także w takim nieco bardziej spopularyzowanym ujęciu, wciąż jest w naszym kraju mało. Nie chodzi o to, by ten gatunek królował w prasie, radiu i telewizji. Wystarczy, że ktoś będzie grał i nagrywał taką muzykę, a jej sympatycy już sami do niej dotrą. Dobrą wiadomością jest to, że "Heart & Soul Presents Songs of Joy Division" zostało wydane również w osobnym wydaniu zawierającym drugą płytę, którą jest wyprzedana debiutancka epka tej supergrupy. Na koniec warto wspomnieć, że nie jest to pierwsze tego typu rodzime wydawnictwo. W 2007 r. ukazała się kompilacja "Warszawa. Tribute to Joy Division", na którą trafiło piętnaście utworów opracowanych m.in. przez One Million Bulgarians, Ściankę i Tymon & The Transistors.

Pełna lista utworów

1. Eternal feat. Hania Malarowska (Hanimal)
2. Transmission feat. The Shipyard
3. A Means To An End Feat. Łukasz Lach (L.Stadt)
4. Dead Souls feat. Bela Komoszyńska (Sorry Boys)
5. Passover feat. Olleck Bobrov
6. Heart & Soul feat. Łukasz lach (L.Stadt)
7. Decades feat. Rykarda Parasol

czwartek, 7 listopada 2013

Lebowski w Melodiach Mgieł Nocnych

O tej szczecińskiej grupie opowiadałem Wam wielokrotnie, zwracając uwagę na przede wszystkim na spokój, przestrzeń i obrazowość charakteryzujące jej muzykę. Wydany niemal dokładnie trzy lata temu debiutancki "Cinematic" zaskakiwał dojrzałością i pomysłem, wnosząc dużo muzycznej refleksji i w konsekwencji nieco inne spojrzenie na progresywnego rocka w Polsce. Niedawno w nasze ręce trafił nowy singiel zespołu zwiastujący jego drugie regularne wydawnictwo. Co ciekawe, premierowa kompozycja została zarejestrowana z gościnnym udziałem Markusa Stockhausena, uznanego niemieckiego trębacza piszącego m.in. muzykę filmową. Jak doszło do tej współpracy? Jaki będzie miała ona wpływ na nadchodzącą drugą płytę? Między innymi o to w najbliższy poniedziałek zapytam Marcina Grzegorczyka, gitarzystę Lebowskiego. Do usłyszenia o północy.


sobota, 2 listopada 2013

Początek wielkiego końca

Miło jest obserwować ukazanie się debiutanckiej płyty zespołu, i to rodzimego, który wcześniej był kojarzony przez niewielkie audytorium i to przede wszystkim za sprawą pojedynczych utworów udostępnianych w sieci. Cieszy to tym bardziej, gdyż w tym przypadku to ciekawy debiut, stanowiący interesującą alternatywę dla wielu dopieszczonych do granic możliwości podobnych muzycznych produkcji. Nazywają się This Great End. Pochodzą z różnych śląskich miast, choć najbardziej kojarzeni są z Wrocławiem.

This Great End  /  Fot. Robert Świderski
Po raz pierwszy opowiadałem Wam o tej grupie w kwietniu tego roku przy okazji prezentowania nagrań, jakie znalazły się na cyfrowej kompilacji wydanej siłami internetowej społeczności Post-rock.pl. Wśród zawartych na niej dwudziestu czterech kompozycji znalazł się utwór "Holidays Before The End of The World" rzeczonego This Great End, który co ciekawe nie trafił na debiutancki krążek "Endless Trip / Dreamless Sleep". A ten zaś okazał się, może i nawet wbrew początkowym zamierzeniom samych muzyków, w charakterystyczny sposób inny od rodzimych postrockowych wydawnictw, których tej jesieni przecież nie brakuje. Różnica jednak polega przede wszystkim na brzmieniu. Ta muzyka jest surowa, miejscami wręcz wyjęta z próby w garażu, ale paradoksalnie pełno w niej urozmaiceń, dzięki którym w uszach słuchacza cały czas coś się dzieje. Mamy tu dobrze znaną gitarową przestrzeń, melodię, odrobinę elektroniki nawiązującej do amerykańskiego Maserati, rzeczone brzmienie i wiele prostych, mniej bądź bardziej znanych, patentów, które w konsekwencji odróżniają ten album wielu mu podobnych. To wszystko zebrane razem oddala nas od utartych schematów, czyniąc "Endless Trip / Dreamless Sleep" zdecydowanym krokiem muzyków w kierunku własnego stylu. Czyżby paradoksalnie za sprawą nagrania tego albumu na setkę? Tak w każdym razie on brzmi i jeśli faktycznie tak było, to okazało się doskonałym pomysłem.  

Okładka "Endless Trip / Dreamless Sleep"
Tą płytą muzycy This Great End nie zapewnią sobie setek telefonów, lukratywnych propozycji ze strony potencjalnych wydawców i tras koncertowych po Europie. Uda im się za to coś innego. "Endless Trip / Dreamless Sleep" z pewnością przyciągnie uwagę coraz liczniejszego w Polsce środowiska sympatyków post rocka i niebawem ten zespół przestanie być jedynie anonimowym supportem np. dla Tides From Nebula. Duże zmiany są tu na wyciągniecie ręki. Muzycy muszą tylko być konsekwentni i niebawem postawić kolejny krok. Oby udany. Poniżej znajdziecie nagranie otwierające debiut This Great End. Płyta ukazała się siłami samego zespołu, dlatego w przypadku chęci posiadania jego fizycznej kopii najlepiej skontaktować się bezpośrednio z muzykami. Z pewnością kiedyś jeszcze o nich usłyszymy.

wtorek, 29 października 2013

Od melodii do brutalności

Każdy ma sentyment do jakiegoś utworu, płyty, czy muzycznego gatunku samego w sobie. Mnie zaś już zawsze dobrze będą kojarzyć się lata 90. i przypadające na ich okres szeroko rozumiane klimatyczne granie. Tyczy się to zarówno kompaktowych wydawnictw, uznawanych dziś za klasykę i sprzedanych w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy, jak i tych zakurzonych kaset, w najlepszym razie stojących na mniej eksponowanych rejonach naszych półek. Te drugie to w zdecydowanej większości archiwalne już nagrania zazwyczaj nieistniejących rodzimych grup, które ukazały się jedynie na taśmach magnetofonowych. Ciekawe w tym wszystkim jest to, że o ile dziś fizyczne kopie ich dokonań można znaleźć wśród zbiorów nielicznych osób, o tyle niektóre obszary rodzimego internetu są pełne ich cyfrowych odpowiedników. I dobrze. Dzięki temu, ktoś jeszcze będzie o nich pamiętał, a młodsi bez trudu dotrą do poszukiwanych informacji. Chociażby tych o grudziądzkim Waterfall.

Waterfall  /  Fot. Metal Archives
To niemal podręcznikowy przykład grupy powstałej na fali fascynacji zagranicznymi przedstawicielami klimatycznego doom metalu, którego członkowie postanowili samodzielnie pograć w taki właśnie sposób. Wszak początki działalności zespołu przypadały na 1996 r., jeden z najlepszych okresów dla tej muzyki. I tak rok później ukazała się samodzielnie wydana przez nich taśma demo "Signum temporis". Było to bardzo melancholijne i melodyjne granie ze znaczącym udziałem klawiszy, które miejscami okazywały się wręcz istotniejsze od standardowo prowadzących całość partii gitar. Ten charakterystyczny nastrój udanie komponował się z tekstami, które w całości zostały wyrecytowane lub zaryczane po polsku. To przyjemna odmiana względem otaczających nas zewsząd anglofonów. "Signum temporis" dosłownie okazało się znakiem  tamtych czasów. Poniżej jedno z nagrań.


Im bliżej było roku 2000 r., tym łatwiej dało się zaobserwować odwrót nastrojowego grania na Zachodzie Europy. Klasycy zaczęli eksperymentować z elektroniką i gotyckim rockiem, ale do Polski zmiany nastrojów dotarły nieco później, dlatego ostatnie lata XX w. to w rodzimym podziemiu jeszcze stosunkowo liczne taśmy inspirowane chociażby dokonaniami Anathemy, My Dying Bride i Paradise Lost. Podobnie było z drugim materiałem demo Waterfall, które stanowiło rozwinięcie pomysłów z debiutanckiej kasety. Na szczęście tym razem muzycy dysponowali większymi możliwościami i demo "Vita Vigilia Est..." brzmi zdecydowanie lepiej, nie przypominając już nagrań z magnetofonu włączonego podczas próby. Stylistycznie zaś nie zmieniło się wiele, może poza żwawszymi momentami. Wciąż posępnie, melodyjnie, melancholijnie i z polskimi tekstami. Dziś już tak się nie gra, dlatego mimo licznych niedoskonałości i trącenia myszką ma to swój urok. Zwłaszcza, gdy samemu doskonale pamięta się tamte czasy i panujące wówczas trendy.


Zmiany nadeszły wraz nowym stuleciem. Muzycy Waterfall zdecydowali się na nowe oblicze, grając szybciej i brutalniej, w konsekwencji obierając blackmetalową stylistykę, która charakteryzuje kasetę "The Art of Illusion", wydaną przez sam zespół w 2001 r. Co ciekawe, to wydawnictwo dość szybko zostało wznowione przez Apocalypse Production, nieistniejącą już wytwórnię Mitloffa, perkusisty Riverside. Był to split z God in Ruins, niestety również jedynie na kasecie. Po tej reedycji wszelki słuch o zespole zaginął, a i wytwórnia niedługo później sama zakończyła działalność. Jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej o tej grupie i przede wszystkim posłuchać pozostałych po niej nagrań, uważnie rozejrzycie się w zasobach rodzimego internetu. Dotrzecie do nich bez trudu. Poniżej ostatnie muzyczne oblicze Waterfall. 

czwartek, 24 października 2013

Besides w Melodiach Mgieł Nocnych

Z punktu widzenia szerszego słuchacza ten małopolski zespół pojawił się znikąd, ale gołym okiem widać że jego działania są dobrze zaplanowane. Trasa koncertowa, płyta i coraz częstsze pojawianie się w mediach to niewątpliwie zasługa bardzo interesującego debiutu, ale i też skutecznych działań promocyjnych. Czyich? Będzie to jedno z pytań, które w najbliższej audycji zadam Piotrowi Kruszyńskiemu, gitarzyście Besides. Naturalnie nie zabraknie również muzyki z albumu "We Were So Wrong" oraz innych ważnych rodzimych wydawnictw, których tego tegorocznej jesieni jest zaskakująco dużo. Zapraszam o stałej porze, w poniedziałek o północy. Do usłyszenia.

niedziela, 20 października 2013

Pierwszy i ostatni raz

Różne były i są losy tzw. supergrup. Jednym się udaje, innym nie, a pozostałe to chyba kwestia chwili, kaprysów, marketingu i potrzeb muzyków, którzy np. nagrali swoje i niespecjalnie kwapią się do kolejnych wydawnictw. Miało być przyjemnie, było i na tym koniec. A jaka jest historia fińskiego The Mist And The Morning Dew? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Fakt jest jednak taki, że swego czasu zebrała się grupa uznanych kompozytorów z Kraju Tysiąca Jezior i nagrała demo, z którego ostatecznie narodziła się jedyna jak dotąd epka.

The Mist And The Morning Dew  /  Fot. Arch. zespołu
Początki tego projektu to 1999 r. Trzy lata później pojawiło się rzeczone demo, a w 2005 r. Vendlus Recods wydało je jako wspomnianą epkę, dołączając na koniec instrumentalną kompozycję, zarejestrowaną jeszcze przed przyjęciem przez grupę nazwy The Mist And The Morning Dew. W różnych okresach działalności w jej szeregach było w sumie dziesięciu muzyków, dobrze kojarzonych z powszechnie uznanych zespołów. Wystarczy wymienić chociażby Shape of Despair, Unholy, Nest, Fintroll, Thy Serpent, Impaled Nazarane czy Korpiklaani. Analogia do dziejów norweskiego Storm nasuwa się sama. Tutaj jednak mamy do czynienia z nieco inną muzyką. Jest taka, jaką lubią Finowie, przede wszystkim melodyjna i oparta na gitarach, ze szczególnym uwzględnieniem fletu, skrzypiec i naturalnie kantele. Brzmi to nieco surowo, ale mimo wszystko bardzo przyjemnie, ludowo, chwilami wręcz skocznie. Pytanie tylko, czy Veera Muhli była dobrym wyborem. Wokalistka, znana przede wszystkim z nieistniejącego już Unholy, doskonale sprawdzała się w powolnych partiach legendy fińskiego doomu, ale w żywej muzyce jej głos po prostu ginie. Czasem jest wręcz zagłuszany przez gitary. Niestety jedynego jak dotąd wydawnictwa The Mist And The Morning Dew najprzyjemniej słucha się w chwilach, gdy rzeczona Finka po postu nie śpiewa. Szkoda.


Pomijając jednak zawiłości wokalne, to największym walorem tego wydawnictwa są prowadzące całość partie gitar rozpisane przez Jarno Salomaę. Muzyk Shape of Despair nadał im charakterystyczny styl, jednocześnie wplatając w nie swoje dobrze znane nam patenty i zarazem pozostawiając miejsce dla pozostałych subtelniejszych już instrumentów. Dzięki temu wyraźnie słuchać, że ma się do czynienia z tą, a nie inną płytą. A czy będzie kolejna? Obecnie nic na to nie wskazuje, dlatego tym bardziej zachęcam przynajmniej do poznania The Mist And The Morning Dew, które może stanowić ciekawy początek przygody z bogatą sceną Kraju Tysiąca Jezior. Ten projekt to coś więcej niż muzyczna ciekawostka, ale i też niestety za mało, by uznać go za pozycję obowiązkową. Niemniej dobrze o nim wiedzieć. I jeszcze polski akcent. Okładkę zaprojektował Mariusz Krystew, grafik znany przede wszystkim ze współpracy z Shape of Despair.

środa, 16 października 2013

Czas absencji

Tegoroczna jesień to kilka ciekawych i wyczekiwanych rodzimych premier. Pośród tych wydawnictw jest m.in. czwarty album Blindead, który oficjalnie ukazał się w miniony poniedziałek. Po jego wysłuchaniu niektórzy zatęsknią za wcześniejszymi albumami, inni zaciekawieni "Absence" postanowią dopiero je poznać, zaś najwięksi malkontenci oświadczą, że gdzieś już to wszystko słyszeli. W każdym razie obok tej płyty trudno będzie przejść obojętnie.

Fot. Oskar Szramka
By nie podążać tą samą drogą i w końcu nie obudzić się w raz już odwiedzonym miejscu, muzycy Blindead musieli nagrać coś nowego. I tak też zrobili. "Absence" okazał się miłą niespodzianką przede wszystkim ze względu na znaczącą zmianę muzycznego oblicza zespołu. Nawet najlepsza w ich dorobku, ale już w sumie czwarta, postmetalowa płyta nie wniosłaby tyle ożywienia i nie sprowokowałaby tyle dyskusji, co teraz proponowana przez nich alternatywa. A tą zaś do pewnego stopnia jest już wręcz muzyka progresywna. Ta ciekawa hybryda przypomina zestawienie elementów przeszłości Blindead, pomysłów znanych nieco z jedynego albumu nieodżałowanego Psychotropic Transcendental, oraz sposobu śpiewania Patryka Zwolińskiego jakby wspominającego czasy w Neolithic i momentami nawet kojarzącego się z Mariuszem Dudą. To wszystko zaowocowało muzyką wielowarstwową, niejednoznaczną i siłą rzeczy ciekawą. Brzmi ona ciepło, bardzo przyjemnie dla ucha, ale na szczęście nie pozbawiono jej energii. Po prostu zdjęto z niej nieco ciężaru, typowej postmetalowej ściany dźwięku. Efekty przyszły same.

Okładka "Absennce"
Ta muzyczna transformacja zasługuje na to, by choć raz wysłuchać jej w całości, przy jednoczesnej próbie zapomnienia o wszelkich gatunkowych szufladach i dźwiękowych skojarzeniach. I to tym bardziej, że "Absence" otwiera przed muzykami nowe możliwości. Dzięki temu łatwiej będzie im przekładać pomysły na utwory, a my zaś możemy oczekiwać od nich czegoś jeszcze bardziej zaskakującego i ciekawego. Nie oznacza to jednak, że czwarty album Blindead przypadnie do gustu każdemu, szczególnie jeśli bardzo ceni się sobie wcześniejsze oblicze zespołu. Niemniej ostateczną decyzję warto podjąć po przesłuchaniu płyty, a nie tylko poniższego promującego ją singla. Mocno refleksyjny album i tematy do przemyśleń, w sam raz na czas spadających liści. 

niedziela, 13 października 2013

Wiecznie w cieniu

Darren White to jedyny muzyk ze starego składu Anathemy, który nieco błąkał i wciąż nieco błąka się po obrzeżach sceny oficjalnej. Co by mówić o obecnej muzyce zespołu, trudno zaprzeczyć, że bracia Cavanagh udanie kontynuują jego działalność, w zasadzie przeżywając drugą młodość. Duncan Patterson również z powodzeniem nagrywał solowe płyty, współtworzył Antimatter, a teraz skutecznie przyciąga uwagę projektem Alternative 4. Natomiast wspomniany wokalista zawsze był w cieniu, niezależnie od tego, czy po odejściu z zespołu próbował współtworzyć jakąś grupę, czy też nie. I tak też jest do dzisiaj.

Anathema 1991 r., Darren White pierwszy z prawej  /  Fot. facebook.com/duncanpatterson.music
Najbardziej pamiętamy go z Anathemy, w której składzie śpiewał na wszystkich wydawnictwach zespołu, aż do wydanej w 1995 r. epki "Pentecost III". Różne były i wciąż są głosy na temat jego pożegnania z zespołem. Powszechnie uważa się, że został wyrzucony na skutek wewnętrznych sporów. Nie zmienia to jednak faktu, że jego odejście miało znaczący wpływ na późniejsze losy Anathemy. Wówczas za mikrofonem stanął czyniący tak do dziś gitarzysta Vincent Cavanagh, a zespół nagrał klasyczną już płytę "The Silent Enigma". Gdy kilka lat temu w warszawskich Hybrydach rozmawiałem z Dannym Cavanagh, ten odparł mi, że wciąż bardzo ceni sobie muzykę z czasów m.in. "Serenades", ale nie sposób zagrać ją dziś ze względu na wymagania wokalne, czyli growl. Jednocześnie jakby dał mi do rozumienia, że pod tym względem Darren był niereformowalny. Nie potrafił czysto zaśpiewać, a przynajmniej inaczej, w bardziej urozmaicony sposób. Ówczesny pech Darrena polegał nie tylko na pożegnaniu się z Anathemą w przeddzień wypłynięcia zespołu na szerokie wody. Ominęło go również nagranie debiutanckiej płyty Cradle of Filth.

Początki Cradle of Fitlh, Darren drugi z prawej  /  Fot. Arch. zespołu 
Mało kto już pamięta, że Darren White był perkusistą w pierwszym składzie grupy z Suffolk, z którą nagrał trzy taśmy demo, udzielając się w zespole w latach 1991-1993. Zagadką pozostaje pytanie, dlaczego nie wziął udziału w rejestrowaniu "The Principle of Evil Made Flesh". Być może potrzebny był lepszy perkusista, a być może też wówczas muzyk nie był w stanie podzielić gry w dwóch kolektywach i ostatecznie wybrał Anathemę, a na debiucie "Kredek" jedynie gościnnie użyczył głosu w nagraniu "A Dream of Wolves in the Snow". 

The Blood Divine w 1996 r., Darren pierwszy z prawej  /  Fot. Peaceville Records
Po rozstaniu z Anathemą Darren nie próżnował. Jeszcze w 1995 r. wraz z byłymi muzykami Cradle of Filth powołał do życia The Blood Divine, o którym dość dużo pisało się w ówczesnej polskiej prasie muzycznej. Jednak w znacznej mierze czyniono tak ze względu na przeszłość muzyka związanej z powszechnie szanowaną u nas Klątwą. Była to muzyka o wiele żywsza, miejscami wręcz przebojowa i odmienna od tego, co wcześniej grali jej członkowie. Ostatecznie jednak zespół niczym specjalnie się nie wyróżnił i nie przetrwał próby czasu, kończąc działalność po trzech latach i pozostawiając po sobie dwie studyjne płyty oraz pośmiertną kompilację. Później Darren White miał jeszcze epizod z Dead Man Dream, ale znowu niewiele z tego wyszło. Po latach milczenia przypomniał o sobie nowym projektem, który współtworzy do dziś.
Serotonal, Darren White w środku  /  Fot. Arch. zespołu
W 2005 r. w moje ręce wpadła epka "The Futility of Trying to Avoid the Unavoidable" niejakiego Serotonal. Był to krążek samodzielnie wydany przez muzyków, który zaskoczył mnie przede wszystkim tym, że w trakcie jego odtworzenia usłyszałem głos Darrena White'a. Od tamtej pory ukazał się jeden regularny album zespołu, którego muzyka to wypadkowa wielu pomysłów i inspiracji. Jest szybko i ciężko. Czasem brzmi to jak Clawfinger, czasem jak pomysły braci Cavalera, a momentami słyszymy nastrojową tęsknotę za przeszłością. Jednak to okazało się za mało, by dotrzeć do szerszego grona odbiorców. Podejrzewam jednak, że Darrenowi już wtedy na tym nie zależało, dlatego od tamtej pory nie śpieszy się zbytnio z wszelką muzyczną aktywnością. Serotonal to raczej twór dla przyjemności i prędzej pozostanie ciekawostką niż zespołem grającym na każdym letnim festiwalu i raz do roku przemierzającym całą Europę. Niestety odnoszę wrażenie, że tak też właśnie było z Darrem White'em po rozstaniu z Anathemą, tzn. niby zawsze coś się się działo, ale ostatecznie niewiele z tego wynikało. Przez te wszystkie lata pisał teksty i muzykę w cieniu grupy braci Cavanagh i chyba tak już pozostanie. Poniżej znajdziecie nagranie z wspomnianej jedynej jak dotąd regularnej płyty Serotonal, najbardziej aktualnego oblicza rzeczonego wokalisty, choć paradoksalnie silnie wyrażającego tęsknotę za muzyczną przeszłością.

środa, 9 października 2013

Małopolski post rock

Rodzimych sympatyków post rocka zajmuje obecnie przede wszystkim premiera trzeciej płyty Tides From Nebula. I słusznie, choć warto zwrócić uwagę na to, że w tym samym czasie ukazuje się fonograficzny debiut zespołu nieporównywalnie mniej znanego, ale za to bardzo obiecującego. Co prawda nazwa powstałego w małopolskich Brzeszczach Besides nic Wam nie powie, ale za to muzyka już tak.

Besides podczas koncertu  /  Fot.  Fotostaszewski
Grupę tworzy czterech muzyków, którzy grali wcześniej w raczej anonimowych składach, ale teraz powoli robi się o nich coraz głośniej. Trzeba przyznać, że zasłużenie. Wszystko za sprawą debiutanckiego albumu "We Were So Wrong", którego przedsmakiem była epka, wydana rok temu przez sam zespół. Ten album to niespełna godzina instrumentalnego post rocka. Dużo w nim przestrzeni, melodii, melancholii, ale i zrywów pełnych energii. Słychać w nim wiele inspiracji klasykami gatunku, ale najważniejsze jest to, że wszystko zagrano poprawnie, z pasją, a na końcu przyzwoicie wyprodukowano. Muzycy mieli dużo pomysłów, pośród których poszukiwali swojego stylu i miejscami nawet im się to udało, ale na więcej będziemy musieli jeszcze zaczekać. Słuchając "We Were So Wrong", tym bardziej wyrwani ze snu, nie stwierdzimy jeszcze, że to nagrania Besides. Może na drugiej płycie?  



W tej muzyce najbardziej mogą podobać się chęci do grania i entuzjazm, który przekłada się na kreatywność i udane połączenia ze sobą poszczególnych pomysłów. Tego zwyczajnie chce się słychać, co już na wstępie przekłada się na życzliwe podejście do płyty. Jeśli jest tak, jak domyślam się, słuchając tej płyty, i wszystko podąży we właściwym kierunku, może być naprawdę ciekawie.



Oczekiwania muzyków i nadzieje sympatyków gatunku mają prawo być duże. Jak zawsze w takiej sytuacji czas pokaże, czy zespół przypadkiem nie wykorzystał wszystkich najlepszych pomysłów na debiutancki album. Oby nie, gdyż najzwyczajniej w świecie byłoby szkoda. Polski post rock ma się przyzwoicie, ale dobrze byłoby, by komuś udało się powtórzyć sukces Tides Fron Nebula. Skorzystają na tym wszyscy, a my chyba najbardziej. Swoją drogą, ciekawe, czy popularni warszawiacy czują już na plecach oddech zdrowej konkurencji. Zwracajcie uwagę na to, co w naszym kraju dzieje się w tej muzyce. Przeważająca liczba fizycznych kopii naprawdę dobrych wydawnictw ukazuje się bez dużego rozgłosu, w niewielkich nakładach, siłami samych zainteresowanych. I co w tym wszystkim niezwykłe, egzemplarze błyskawicznie się rozchodzą. Słowem, zalecam czujność. Kto pierwszy, ten lepszy. Poniżej wizualna zapowiedź dostępnego już "We Were So Wrong". Całej płyty możecie posłuchać tutaj.

sobota, 5 października 2013

Zespół jednej demówki

Białostocka Via Mistica udanie zaprzeczyła przekonaniu, skądinąd niezupełnie bezpodstawnemu, że na tamtejszej scenie grało i gra się raczej szybciej i ciężej niż spokojniej i przestrzenniej. Wszak stolica Podlasia raczej kojarzy się z grindem, death metalem i szeroko rozumianym technicznym bieganiu po progu. Właśnie m.in. dlatego w 1999 r. muzycy tej grupy udanie zwrócili na siebie uwagę samodzielnie wydaną kasetą "In Hora Mortis Nostre". Choć muzyczny kontrast sam w sobie wcale nie był jedynym powodem. Ta taśma stanowiła ciekawą rodzimą propozycję dla fanów doom metalu, wspominających m.in. najlepsze czasy Theatre of Tragedy. Szkoda tylko, że kolejne płyty Via Mistica były jedynie cieniem dobrych pomysłów z początku działalności zespołu.

Początki Via Mistica, koniec lat 90.  /  Fot. Arch. zespołu
Jak dotąd muzycy nagrali w sumie trzy regularne albumy, z których pierwszy to w rzeczywistości ponownie zarejestrowana wspomniana kaseta demo, poszerzona o dwa nowe wówczas utwory. "Testamentum (In Hora Mortis Nostre)" ukazało się 2003 r., czyli o dobre od pięciu do ośmiu lat za późno. Wówczas posępna wypadkowa doomowego i gotyckiego grania, wzbogacona o klawisze i wiolonczelę, była już w odwrocie, najlepsze czasy mając za sobą. Niemniej to właśnie ten album, a w zasadzie poprzedzające go demo, pozostaje najciekawszą propozycją muzyków. Nigdy później nie zagrali już tak przejmująco, ponuro i nastrojowo. To prawda, że ta muzyka nie zaskakiwała, ale miała szansę spełnić oczekiwania każdego sympatyka melodyjnego, klimatycznego grania, idealnie wkomponowując się w ramy gatunku. Później jednak coś się zmieniło.

Okładka dema "In Hora Mortis Nostre"  /  Fot. Metal-Archives
Pojawili się nowi muzycy, także kontrakt z Metal Mind, czego efektem był wspominany debiut oraz kolejne albumy - "Fallen Angels" i "Under My Eyelids", odpowiednio z 2004 i 2006 r. Na tych dwóch płytach było więcej nie do końca przekonujących piosenek niż utworów. Im dalej, tym pomysły okazywały się bardzie schematyczne i przewidywalne. Być może zespół poszukiwał nowych rozwiązań, nie chcąc ponownie nagrywać tej samej płyty, ale niestety nie udało się. Te wydawnictwa były przeciętne i nie wnosiły tyle, co wspominany debiut, szczególnie w wersji demo. Zabrakło nastroju i wszystkiego, co wyróżniałoby je na tle niezliczonych podobnych albumów. Zmarginalizowanie istotnej wcześniej wiolonczeli okazało się błędem.

Fot. Last.fm
Po zakończeniu współpracy z Metal Mind, o zespole zrobiło się bardzo cicho. Co prawda, w 2008 r. muzycy nagrali pięcioutworowe demo, o którym w Waszej obecności rozmawiałem z Katarzyną Polak-Kozłowską, wokalistką i wiolonczelistką Via Mistica, ale ostatecznie nic z tego nie wynikło. Kiedy jednak sądziłem, że grupa przepadła na dobre, okazało się, że białostoczanie pracują nad nowym albumem. Obecnie o szczegółach ukazania się "The Mist"" niewiele wiadomo, ale być może tą płytą muzycy udowodnią, że nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa i tym samym wymkną się schematom, w które popadli. Oby. Poniżej znajdziecie koncertowe wykonanie "Eternal", kompozycji pochodzącej z "Testamentum (In Hora Mortis Nostre)", które również we wcześniejszej wersji znalazło się na wspominanej demówce. Fragment występu, który odbył się w 2005 r. w Sokółce.

wtorek, 1 października 2013

Przyjaciele żywej śmierci

Gdy niespełna rok temu moim gościem był Slavik, obecnie gitarzysta warszawskiego Hatestory, przed wejściem na antenę, jak i w trakcie samej rozmowy, nie mogłem nie zapytać go o nieodżałowane Miguel and the Living Dead. Wówczas odparł mi, że niestety, ale Miguel jest dead, i to na dobre. Szkoda, gdyż takiego zespołu wcześniej nie mieliśmy, a i niewiele wskazuje na to, by w najbliższej przyszłości do naszych uszu dobiegło równie ciekawe, rodzime i przede wszystkim muzyczne zjawisko.

Miguel and the Living Dead  /  Fot. Arch. zespołu
Była to bardzo charakterystyczna i oryginalna grupa, której muzycy prężnie działali w ówczesnym zimnofalowym środowisku stolicy, szczególnie tym związanym z nieistniejącym już klubem No Mercy. Ostatecznie po niespełna dekadzie momentami szarpanej działalności w latach 2001-2010 po popularnych Miquelach pozostało demo oraz dwie regularne płyty, ze szczególnym uwzględnieniem debiutanckiego "Allarm!!!". To wydawnictwo potwierdziło, że najważniejsza jest muzyka. Jeśli ona potrafi się obronić, to pociągnie za sobą resztę. Oczywiście, spójny wizerunek sceniczny i pomysł na zespół są ważne, jednak nikt trzeźwo myślący nie da się oszukać, gdy w tej układance zabraknie najważniejszego elementu.

Okładka płyty "Alarm!!!"
Owy debiut ukazał się w 2005 r. Wówczas zespół tworzył jego założyciel Nerve 69 oraz m.in. byli muzycy równie nieodżałowanej warszawskiej Evy, w tym wspomniany Slavik, który pełnił rolę wokalisty. Ta muzyczna wypadkowa horroru, punka, death rocka i rockabilly odbiła się bardzo szerokim echem poza granicami Polski. Można wręcz odnieść wrażenie, że grupa była wówczas bardziej popularna na Zachodzie niż w ojczyźnie, ale prawda jest taka, że o Miguel and the Living Dead wiedział w Polsce każdy, komu nieobca była taka muzyka. Katalizatorem zyskania europejskiego posłuchu był niewątpliwie fakt ukazania się płyty "Allarm!!!" za sprawą austriackiego Strobelight Records. To zaś przełożyło się na zagraniczne koncerty i zaistnienie na łamach tamtejszych podziemnych periodyków, choć miało też i swoją złą stronę. Dostępność wydawnictwa w Polsce była dość ograniczona i w praktyce sprowadzała się do koncertów Migueli, ale nawet wówczas jego cena dochodziła do 50-60 zł. Ponoć w tym temacie muzycy nie mieli wiele do powiedzenia, gdyż wynikało to praw zachodniego rynku. 

Nerve 69 i Slavik  /  Fot. Arch. zespołu
Był to także jeden z tych zespołów, którego członkowie niestety ulegli klątwie drugiej płyty i ta nie była już tak energiczna, pomysłowa i przebojowa jak jej poprzedniczka. Wydany w 2007 r. krążek "Postcards from the Other Side" miał swoje dobre momenty, jednak nie potrafił obronić się w całości. Czas pokazał, że był to też schyłek działalności Miguel and The Living Dead, do którego trumny ostatecznym gwoździem okazało się wyemigrowanie Nerva do Wielkiej Brytanii. Odległość była znaczna, dlatego koncerty odbywały się coraz rzadziej i ostatecznie w 2010 r. zmarły na dobre. Nie zmienia to jednak faktu, że zamieszanie, jakiego swego czasu dokonali muzycy,  było tak duże, że Miguel i towarzyszące mu Żywe Trupy na stałe zapisali się w kronikach rodzimego zimnego grania. Nie tylko za sprawą znakomitego debiutu, ale i świetnymi koncertami, pełnymi szkieletów, trumien, makijaży oraz grozy, w które w rzeczywistości była ubrana ta punkowa sceniczna zabawa. W swojej stylistyce należeli do jednych z najciekawszych europejskich przedstawicieli gatunku. Poniżej znajdziecie fragment wersji demo kompozycji "Salem's Lot", która już profesjonalnie nagrana trafiła na debiutancki "Allarm!!!". Jakość przeciętna, wynikająca z warunków domowego studia, ale wymiar archiwalny bezcenny.

czwartek, 26 września 2013

Tym, którym wciąż mało

Od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy rodzimy post metal przekroczył już granice nasycenia, czy może jeszcze nie mamy dosyć stanu zachłyśnięcia się graniem, które od dobrych kilku lat przeżywa w Polsce istny renesans, mimo że na Zachodzie jego formuła jest raczej w odwrocie. Trudno to jednoznacznie ocenić, niemniej w tym wszystkim najważniejszy jest fakt, że coś się dzieje, że powstają nowe zespoły, a ludzie chętnie znajdują czas na koncert i kilka złotych na płytę samodzielnie wydaną przez muzyków. Czego chcieć więcej? Przykłady można by mnożyć. O wielu z nich wspominałem Wam podczas cotygodniowych spotkań i pisałem również tutaj, dlatego w tym momencie pozostaje zwrócić uwagę na grupę zdecydowanie mniej znaną i znacznie młodszą stażem. To trójmiejski Salviction.

Salviction  /  Fot. facebook.com/salviction
Muzycy dołączyli do dość prężnie działającej pomorskiej sceny za sprawą samodzielnie wydanego w ubiegłym roku debiutanckiego demo. To sześć utworów, które co prawda nie wnoszą niczego przełomowego, ale śmiało można je rozpatrywać w kategoriach nadziei na coś ciekawszego, coś zaskakującego, co w przyszłości w nieco mniejszym stopniu będzie wpisywało się w ściśle określone ramy gatunku. Po części sądzę tak z wrodzonej życzliwości, cechującej mnie zaraz obok malkontenctwa, a chwilami wynika to z samej muzyki. Dlaczego jedynie chwilami? Otóż w nagraniach Salviction robi się ciekawiej dopiero wtedy, gdy muzycy zwalniają. Wówczas jest mniej miejsca na standardowe riffy i zagrywki typowe dla post metalu, któremu znacznie bliżej do hardcore'a niż doomu. Diabeł może i cieszy się z tego pośpiechu, ale muzycy raczej na tym tracą. Aż prosi się, by w nagraniach było więcej klawiszy i urozmaiconych partii wokalnych, które obecnie ograniczają się jedynie do powszechnego zdzierania gardła. Wolniejsze tempa sprawiają, że bardziej docenia się ciężar i nastrój pomysłów z debiutu Salviction. Owszem, w tej muzyce energia zawsze jest mile widziana, jednak jeśli nie uda jej się wynieść poza sztampę, wszystko zniknie w poczuciu powtórki z rozrywki.

Jak zatem postąpią muzycy? Z pewnością przekonamy się o tym już niebawem. Do tego czasu warto ich poznać przede wszystkim, jeśli jesteście ciekawi nowych twarzy na rodzimej cenie, zwłaszcza postmetalowej. Debiutanckie demo Salviction znajdziecie w dziale MP3, których warto posłuchać. Ponura, apokaliptyczna muzyka, której wykonanie, co ciekawe, niebawem będzie można usłyszeć i zobaczyć przed Moonspell. Koncert odbędzie się 28.10 w gdańskim klubie B90.  

niedziela, 22 września 2013

Progresu ciąg dalszy

Swego czasu muzycy szczecińskiej grupy Lebowski skutecznie przyciągnęli moją uwagę debiutanckim "Cinematic". Po pierwsze, wynikało to z ciekawego pomysłu napisania szalenie obrazowej muzyki, będącej niemalże ścieżką dźwiękową do nieistniejącego filmu, z wykorzystaniem fragmentów klasyków rodzimego i zagranicznego kina. Po drugie, i chyba najważniejsze, muzyka Lebowskiego to rockowa progresja, melodia, oniryczny nastrój i święty spokój. Tu nie ma wyścigów po progach i nic niewnoszących gitarowych galopadach, które mają chyba zrekompensować coś stosującym je muzykom. Dlatego dobrze, że Lebowski wciąż istnieje i już niebawem doczekamy się jego nowego singla, a w konsekwencji także perspektywy na drugą płytę.

Lebowski  /  Fot. Arch. zespołu
"Good Bye My Joy" to nowa kompozycja, która trafi w nasze ręce w trzech wersjach. Szczecinianie zaprosili do współpracy Markusa Stockhausena, uznanego niemieckiego trębacza, piszącego m.in. muzykę zarówno jazzową, jak i filmową. Fizycznych egzemplarzy tego wydawnictwa jeszcze nie ma, ale poniżej znajdziecie teledysk powstały do rzeczonego nagrania. Muzyka nieco odmienna od tej, po którą zazwyczaj sięgam podczas naszych spotkań, ale z pewnością ciekawa i warta poznania, tym bardziej, że napisali ją m.in. rodzimi twórcy. Brzmi nieco inaczej niż debiutanckie "Cinematic", dlatego jeśli ten muzyczny obraz Was zaciekawi, to tym bardziej sugeruję sięgnięcie po wcześniejszą płytę szczecinian, o której więcej dowiedzie się tutaj. Zaś w dziale MP3, których warto posłuchać znajdziecie jedno z nagrań, jakie trafiło na "Cinematic". Mówiąc krótko, to muzycy, na których warto mieć oko.      


czwartek, 19 września 2013

Historia pewnego skrzypka

Jest kilku takich wszędobylskich muzyków, którzy sami nigdy nie odgrywali przesadnie istotnej roli, nie byli wymieniani w pierwszej kolejności przy opisywaniu składu, a na zdjęciach danych grup pojawiali się raczej na dalszym planie. Jednak gdy zebrać i podsumować wszystkie ich poszczególne dokonania, to z pewnością zasługują na uznanie. Jedną z takich osób jest multiinstrumentalista Martin Powell. Nawet jeśli to imię i nazwisko nic Wam nie mówią, to wierzcie mi, że znacie niemal wszystkie płyty, w których nagrywaniu uczestniczył ten człowiek.

Martin Powell podczas koncertu My Dying Bride, Kraków 01.03.1996 r.
Martin jest wszechstronnie wykształconym muzykiem, obecnie doktoryzącyjnym się na jednej z prestiżowym brytyjskich uczelni. Jako osiemnastolatek starał się o angaż do My Dying Bride na stanowisku basisty, ale został odprawiony kwitkiem. W końcu jednak przekonał przyszłych kolegów swoimi innymi talentami, pokazując im, co potrafi zagrać na klawiszach i skrzypcach. Początkowo został muzykiem sesyjnym, a następnie stałym członkiem zespołu, aż do 1998 r., gdy Aaron Stainthorpe uznał, że jego muzyczna wizja Mojej Umierającej Panny Młodej nie wymaga już umiejętności Powella. Ostatecznie skrzypek brał udział w nagrywaniu czterech albumów My Dying Bride, debiutanckiego "As the Flower Withers" oraz uznawanej dziś za klasyczną swego rodzaju trylogii - "Turn Loose the Swans", "The Angel and the Dark River" i "Like Gods of the Sun". Gdzie więc to wspomniane wszędobylstwo? Wędrówka Powella dopiero miała się zacząć.

Czasy Cradle of Filth. Powell na górze, pierwszy z lewej /  Fot. Arch. zespołu
Jako że niedaleko pada nuta My Dying Bride od Anathemy, warto wspomnieć czas, gdy w 1998 r. Martin Powell uczestniczył w nagrywaniu "Alternative 4", a następnie przez dwa lata koncertował jako klawiszowiec zespołu braci Cavanagh. Potem przyszedł czas na współpracę z Cradle of Filth i płyty "Midian", a każe systematycznie coraz słabsze "Bitter Suites to Succubi", "Damnation and a Day" oraz "Nymphetamine". Co ciekawe, w grupie Daniego Filtha Powell miał dużo do powiedzenia, komponując niemałą liczbę utworów i grając nie tylko jako skrzypek czy klawiszowiec, ale i gitarzysta. Ostatecznie odszedł z "Kredek" w 2005 r.
Cryptal Darkness, Martin Powell w środku  /  Fot. Arch. zespołu
Ciekawym wątkiem twórczości Powella jest nieco mniej znany epizod z australijskim Cryptal Darkness, działającym obecnie jako The Eternal. Skrzypek wziął udział w nagraniu dwóch regularnych albumów - "They Whispered You Had Risen" oraz "Chapter II - The Fallen", wydanych odpowiednio w 1999 i 2001 r. Był to odpowiednik My Dying Bride w linii prostej. Wierna, ale solidnie wykonana, kopia, która nawet dziś trafi do każdego malkontenta, tęskniącego za klimatem lat 90. Poniżej znajdziecie jedno z nagrań Cryptal Darkness, zaczynających się dobrze znajomymi dźwiękami instrumentu Martina Powella. Słowem, ciekawa przeszłość ciekawego muzyka.

niedziela, 15 września 2013

Z Kalifornii do Polski

To duży błąd postrzegać San Francisco wyłącznie przez pryzmat charakterystycznego mostu, trzęsień ziemi i Metalliki. Warto nieco dokładniej wytężyć wzrok i nadstawić ucha, gdyż na niezależnej scenie tego kalifornijskiego miasta działy, bądź dzieją się naprawdę ciekawe rzeczy, o czym świadczą chociażby dokonania The Gault, Amber Asylum, Neurosis, czy Asunder. Takich zespołów jest tam zresztą więcej, dlatego tym bardziej cieszy fakt, że kolejny z nich niebawem zawita do Polski.
Barn Owl  /  Fot. last.fm
Barn Owl to duet współtworzony przez Evana Caminitiego oraz Jona Porrasa, nie bez powodu uważanych za uczniów Earth i Sunn O))). Ich muzyka to jeden wielki eksperyment, któremu czasem najbliżej doom metalu, czasem drone'u, a miejscami po prostu ambientu. Tu liczą się przede wszystkim przestrzeń i otwarty umysł. Nie ma pośpiechu, są pojedyncze dźwięki, słońce palące pustynię, piasek pod stopami oraz kosmiczna otchłań wygenerowana efektami gitarowymi. Ta muzyka płynie sama, żyje własnym życiem, będąc zaledwie korygowaną przez muzyków. Nudy w niej nie znajdziemy, ale niezbędne jest odpowiednie nastawienie, by po prostu spróbować ją chłonąć.

Okładka płyty "V"
21 września Amerykanie zagrają pierwszy z serii dziesięciu europejskich koncertów promujących wydany w tym roku album "V". Aż trzy z nich odbędą się w Polsce. Jeśli cenicie sobie takie dźwięki lub zwyczajnie szukacie czegoś więcej niż plastiku w radiu i telewizji, czegoś ograniczonego wyłącznie horyzontami ludzkiej wyobraźni, to warto wybrać się na któreś z tych wydarzeń. Wbrew pozorom w naszym kraju tego typu występów wcale nie brakuje. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie i kiedy nadstawić ucha.

Daty polskich koncertów Barn Owl

30.09 Warszawa, Powiększenie
01.10 Kraków, Klub Re
02.10 Bytom, Bytomskie Centrum Kultury