Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 czerwca 2016

Opowieść z wysokiej wieży

Gdy w ubiegłym tygodniu zjawiłem się w Trójce, korzystając z zaproszenia Wojciecha Ossowskiego, wśród zabranych płyt znalazło się kilka, po które nie sięgałem już od lat. Zdecydowana większość z nich pochodziła z dyskografii nieistniejących, a niekiedy też nieco zapomnianych, zespołów. Wyjąłem wszystkie z plecaka i rozłożyłem na stole, by w każdej chwili móc zanieść wybrany krążek do reżyserki. Potrzeba chwili sprawiła, że w drugiej godzinie "Ossobliwości muzycznych" sięgnąłem po debiutancką płytę Tower. Wieki temu nabyłem ją na Castle Party w Bolkowie, tym samym przenosząc mocno zmęczoną już kasetę na zasłużoną emeryturę. Szkoda, że ten zespół pojawił się tak na nagle i zniknął równie szybko zaraz po drugiej płycie.

Tower w 1998 r. Sesja do '"The Swan Princess"
Tower nie istniał przesadnie długo, bo sześć lat. Zakładając oczywiście, że za początek jego działalności przyjmiemy 1994 r. i granie jeszcze pod nazwą Gothic Flowers, które doczekało się dwóch demówek. Co ciekawe, te taśmy zalicza się do tych wydawnictw, o których słyszało wielu, ale mało kto faktycznie miał okazję ich posłuchać. Musiał być blisko zespołu, działając w podziemiu lub mieszkając w Lidzbarku Warmińskim, bądź Dobrym Mieście, skąd pochodzili muzycy. Na szczęście w dobie globalnej sieci można dotrzeć do zapomnianych już archiwów. Jedno z nagrań Gothic Flowers znajdziecie pod tym linkiem. Co prawda, nie jestem w stanie go zweryfikować, ale wiele wskazuje na to, że to faktycznie protoplasta Tower. W teorii wszystko się zgadza.

         Gothic Flowers  /  Fot. Rozmaitości Dobromiejskie / leksykonkultury.ceik.eu
O ile Gothic Flowers zyskało pewną popularność, czy może raczej rozpoznawalność, na Warmii, o tyle w przypadku Tower w grę wchodziła już cała Polska. Wszystko za sprawą debiutanckiego "The Swan Princess". Ten nagrywany jeszcze zimą 1997 r. album trafił na relatywnie dobry czas. Klimatyczne granie nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa, a ciężar gitar w wybranych kompozycjach przypadał do gustu nawet co poniektórym fanom o deathmetalowych zapędach. Do tego dochodził jeszcze solidny growl grającego na gitarze Piotra Kollekca. Nic dziwnego zatem, że wielu uznało pierwszą płytę Tower za najciekawszy rodzimy debiut 1998 r. Potwierdzało to także głosowanie czytelników "Metal Hammer", ale w tym przypadku trudno o obiektywność, skoro periodyk był i nadal jest związany z katowicką Metal Mind, która wypuszczała obie płyty zespołu. Co ciekawe, grupę promowano także na łamach "Thrash'em All", a wynikało to ze współpracy muzyków z Mariuszem Kmiołkiem. Trochę nie pasowali do deathmetalowego charakteru pisma, ale w praktyce nie miało do większego znaczenia.


Promocja "The Swan Princess" była całkiem dobra. Dużo osób usłyszało o Tower, m.in. za sprawą występów na Metalmanii i Thrash'em All Festival, choć niekiedy wcale się tego nie spodziewało. Sam byłem światkiem takiej sytuacji 12 listopada 1998 r. w warszawskiej Stodole. Zespół zagrał przed Brusem Dickinsonem, promującym wówczas solowe "Chemical Wedding". Wygwizdywano go, muzyków nawet opluwano, ale na końcu pożegnano brawami. Trudno się dziwić. Pasowali do byłego jeszcze wówczas wokalisty Iron Maiden jak pięść do nosa. Niemniej wspominany wcześniej ciężar grania zrobił swoje. Brzmiało to nieco inaczej i przyciągało uwagę. "The Swan Princess" jest może trochę nieokrzesana, ale nie można odmówić jej nastroju. Klawisze, altówka, miejscami nawet skoczne quasi-średniowieczne zagrywki, melodyjność i szybkie, ciężko brzmiące gitary do dziś budzą sentyment za końcem lat 90. Co ciekawe, płytę nagrywano w olsztyńskim Selani, znanym m.in. z albumów Vader, a jej realizatorem był niestety nieżyjący już Szymon Czech.

Piotr Kolleck  /  Fot. Selani Studio
Po debiucie Tower poszedł za ciosem, ale z wyraźnymi zmianami. Latem 1999 r., ponownie w Selani, zarejestrowano płytę "Mercury". Muzycy postawili przede wszystkim na ciężkie brzmienie gitar. Klawisze zeszły wyraźnie na dalszy plan, a z dodatku w postaci altówki zupełnie zrezygnowano. Z debiutancką "Księżniczką" romansuje co najwyżej melodyjne i nieco przebojowe "Silent Scream", szczególnie w nawiązaniu do promującego ją "Magic Nights". Niemniej płyta była bardzo spójna i broniła się, zbierając przeważnie dobre recenzje. Zespół był już rozpoznawalny i znacznie lepiej przyjmowany na koncertach niż jako, jeszcze do niedawna, anonimowi debiutanci. Problem w tym, że nagle coś zaczęło się psuć.


W lutym 2000 r. Tower miał zagrać trasę z Anathemą i Artrosis. Jak na polskie warunki było to dość duże przedsięwzięcie, obejmujące 10 koncertów. Bilety były już sprzedane i dopiero na miejscu okazywało się, że zespół nie zagra. Szkoda, bo była to olbrzymia szansa dotarcia do bardzo wielu osób. Sam czułem rozczarowanie w warszawskiej Proximie, gdzie występ Brytyjczyków poprzedziła jedynie grupa Magdy Dobosz i Maćka Niedzielskiego. Co się stało? Niewykluczone, że doszło do sporu z Metal Mind. Być może nawet takiego samego, który doprowadził do zakończenia działalności Sirrah. Historia jest zawiła, a prawda znana raczej w środowisku, choć po latach z pewnością nieco więcej osób może znać jej szczegóły. Nie zaszkodzi popytać przy gazowanym napoju.


Co ciekawe, już po rozpadzie Tower Piotr Kolleck do spółki z Leszkiem Rakowskim, ówczesnym basistą Vader, nagrał płytę "Raven". Według "legendy" samodzielnie wydany krążek ukazał się w nakładzie ok. 50 egzemplarzy, z których większość trafiła w ręce znajomych obu muzyków. Moja piracka kopia zagubiła się, ale pamiętam, że nie było to zbyt udane wydawnictwo i wypadało blado z zestawieniu z wcześniejszymi dokonaniami Tower. Być może z powodu eksperymentów z elektroniką. Niewiele później Kolleck udał się na emigrację. Po kilku latach zupełnej ciszy w sieci zaczęły pojawiać się głosy o szansie na reaktywację. Niestety nic z tego nie wyszło. Szkoda.

poniedziałek, 20 czerwca 2016

W cieniu nowej płyty

Jeśli ktoś mówi teraz o Thy Worshiper, tematem rozmowy są przede wszystkim "Klechdy", czyli dwupłytowy krążek niegdyś wrocławian, a obecnie przedstawicieli naszej diaspory na Zielonej Wyspie. Trudno też temu się dziwić, album to dziki, trudny w odbiorze i na tyle nieszablonowy, że budzący emocje i dający przy okazji nieco do myślenia. Jednak kilka miesięcy wcześniej, już bez takiej promocji, ukazało się szalenie ciekawe wznowienie, niejako zdmuchujące kurz z mocno zapomnianych już archiwów rzeczonej grupy. Warto o nim wspomnieć tym bardziej, że w kontekście nowego albumu zeszło zupełnie na drugi, albo i nawet dalszy, plan.

Thy Worshiper w 2015 r.  /  Fot. facebook.com/thyworshiper
Takich płyt ani demówek już nie nie nagrywa. Nawet gdyby muzycy Thy Worshiper chcieliby podjąć wyzwanie, nie udałoby im się to. Taśmy "Winter Dream" i "Tym z Krainy Cieni", wydane odpowiednio w 1994 i 1995 r., to doskonały przykład na to, jak wiele było kiedyś w graniu człowieka oraz emocji, dodatkowo potęgowanych przez wyraźnie analogowe brzmienie. Dziś, lata po epoce budek telefonicznych i komórek wielości cegieł, na próżno tego szukać. Zmieniła się technologia, zmieniła się również muzyka, dlatego wydawnictwa poprzedzające regularny debiut ówczesnych wrocławian brzmią dziś szalenie autentycznie i reprezentatywnie dla demówek, które w latach 90. wielu z nas kupowało we wrocławskiej Melissie, poznańskim Okrąglaku, warszawskiej Dziupli lub krakowskim Music Shopie. "Winter Dream" spodoba się przede wszystkim znudzonym obecnym black metalem, który skądinąd i tak ma się całkiem dobrze. Melodia, energia, charakterystyczny pogłos automatu perkusyjnego i mglisty nastrój to największe atuty tej nieco mniej znanej kasety. Z kolei w przypadku "Tym z Krainy Cieni" jest inaczej, gdyż niemal wszystkie nagrania zawarte na tej taśmie trafiły na kultowy dziś i powszechnie znany "Popiół (Introibo ad Altare Dei)". Co ciekawe, ten regularny debiut Thy Worshiper doczekał się kompaktowego wydania dopiero w 2013 r., czyli aż 17 lat po premierze. W konsekwencji drugie demo muzyków brzmi teraz raczej jak słabiej nagrana wersja rzeczonej płyty. No ale jest.

Pierwotne okładki taśm "Tym z Krainy Cieni" i "Winter Dream" 
Trochę to wszystko dla wciąż pamiętających i wspominających ortodoksów, trochę dla co bardziej niepokornej młodzieży, dopiero odkrywającej bogate archiwa rodzimej sceny. Niemniej dobrze, że komuś, czy to muzykom czy wydawcy, chciało się poświecić nieco czasu i środków na mastering oraz skromne, acz przyzwoite, wydanie. Dzięki temu w ręce zainteresowanych trafia ważna pamiątka po dawno minionych czasach i zarazem o wiele trwalszy już zapis jednego z istotnych rozdziałów historii rodzimego podziemia lat 90. Brzmi to naturalnie zupełnie inaczej od tego, co muzycy Thy Worshiper prezentują obecnie, przy okazji dość dobrze pokazując, gdzie tkwią diabelskie korzenie zespołu.  Niby dźwiękowy skansen, ale za to z jakim klimatem.

sobota, 24 października 2015

Śmiertelne czasy w Krakowie

Bart z Withing Hour zwietrzył krew. Z pewnością zdał sobie sprawę, że sentyment to zdecydowanie lepszy i łatwiejszy interes niż ciężka i mozolna praca polegająca na wypromowaniu nowego wykonawcy. Inna sprawa, że tego właśnie w większości chcemy my, fani. Szczególnie, jeśli muzycznie wychowywaliśmy się w latach 90., czasach eksplozji ówczesnego metalu i prężnie działającego rodzimego podziemia. Dlatego wszystkie dotychczasowe i planowane przez niego reedycje cieszą się niemałym zainteresowaniem, zarówno wśród młodzieży, jak i tych, których nośniki nie przetrwały próby czasu. Demówki Vader, archwiwa Xantotol, stare nagrania Sacrilegium, Mastiphal i Graveland, wznowienia Damnation oraz zapowiedziane przypomnienie fonografii Mordor - długo można by jeszcze wymieniać. A przecież 1 listopada ukaże mini album Christ Agony, a w ślad za nim dwa dema zespołu Cezarego Augustynowicza. No ale wystarczy. Spośród tych wszystkich zrealizowanych i przyszłych planów jeden ucieszył mnie szczególnie. Debiutancki album krakowskiego Holy Death znów jest dostępny. Trudno o drugą taką rodzimą płytę.

Holy Death w 1996 r.
Wydany pierwotnie 1996 r. "Triumph of Evil?" od dawna był już nieosiągalny, a jeśli nawet, to po zaporowych cenach. Trudno się dziwić, gdyż to znakomita płyta, będąca doskonałą polską odpowiedzią na nieco wcześniej płonące kościoły w Kraju Fiordów. Tę tezę niech zaś potwierdzi fakt wydania krążka przez uznaną norweską Head Not Foud. Inna sprawa, że firma z Oslo nie przyłożyła się za bardzo do jego promocji i o zespole o wiele głośniej było w rodzimym podziemiu za sprawą zaledwie kasety z ramienia Baron Records. Szkoda. Jednak szacunek, uznanie i pamieć na scenie pozostały, dlatego nawet po rozwiązaniu zespołu jego wydawnictwa cieszą się zainteresowaniem, a te najciekawsze są o wiele trudniej dostępne. Dlaczego? Można wymienić dwa powody.


Po pierwsze, muzyka. Holy Death czasu debiutu do majestat, brzmienie i nastrój. Tu nie było byle pędzenia ku uciesze diabła, tylko uważne pochylenie się nad jego ewangelią, co z kolei prowadzi do drugiego powodu. Leszek Wojnicz-Sianożęcki ma nieco oleju w głowie i potrafiłby w cztery oczy wyjaśnić, dlatego najbliższe są mu właśnie takie, a nie inne poglądy. Co więcej, prywatnie sprawia wrażenie osoby otwartej, potrafiącej uśmiechnąć się i mającej dystans do samej siebie. A to przecież nie są takie oczywiste cechy w środowisku pełnym napiętych muskułów i nad wyraz zwartych pośladków. No i jest coś jeszcze. Wokalista Holy Death to wręcz maniak metalu lat 80., aktywnie działający w podziemiu. Wydawał płyty, ziny, dość czynnie wspierając scenę. Takich rzeczy się zapomina.


To wszystko dowiodło szczerości działań popularnego Necronosferatusa i przełożyło się na darzenie go powszechnym szacunkiem. Można nie zgadzać się z jego poglądami, można uznawać je za skrajne i złe, ale po tych wszystkich latach panu Wojniczowi-Sianożęckiemu nikt nie będzie w stanie odmówić konsekwencji, zaś muzyce Holy Death tego, że wciąż potrafi się obronić. To wznowienie to doskonała lekcja dla młodzieży, a dla starszyzny bezcenne wspomnienie jakże muzycznie dobrych czasów. Na koniec dla porządku warto wspomnieć, że reedycja Withing Hour to w sumie drugie kompaktowe ponowne wypuszczenie "Triumph of Evil?". W 2003 r. stało się tak za sprawą Luciforus Art Productions, za którą stał notabene rzeczony wokalista Holy Death. 

wtorek, 25 sierpnia 2015

Zapomniany epizod muzyka Riverside

Przypadające w tym roku dwudziestolecie ukazania się ważnych płyt i taśm magnetofonowych jest tak pokaźnym zbiorem wydawnictw, że nie ma miesiąca, by od jakiejś premiery nie minęły dokładnie dwie dekady. A czemu 1995 r.? Wówczas to przypadało apogeum szeroko rozumianego klimatycznego grania i metalu samego w sobie. Rozpędzona na przełomie lat 80. i 90. maszyna mknęła w najlepsze. Co prawda, dość szybko zaczęła ostro hamować na skutek gitarowo-elektronicznych eksperymentów, ale do tego momentu pozostawały jeszcze trzy-cztery lata złotych czasów ciężkiego grania. Jednak wydane wówczas i doskonale pamiętane do dziś płyty to nie wszystko. Pozostają jeszcze przecież te kojarzone co najwyżej z nazwy za sprawą notek biograficznych lub efektów poszukiwań bardziej dociekliwych płytowych szaleńców. Oczywiście, mówiąc niekiedy delikatnie, nie wszystkie przetrwały próbę czasu, ale z biegiem lat, na skutek zbiegów okoliczności i personalnych zawirowań, zasłużyły na to, by wyciągnąć je z otchłani i przede wszystkim przybliżyć ich zawartość. Za przykład niech posłuży wydana dokładnie dwadzieścia lat temu taśma pewnego zapomnianego już warszawskiego zespołu, w którym swego czasu grał powszechnie znany dziś współzałożyciel Riverside.

Wczesne Riverside, Piotr Kozieradzki pierwszy z prawej  /  Fot. m00n
Jeśli ktoś napotkał na swojej drodze Piotra Kozieradzkiego, szerzej znanego jako Mitloff, wie, że lepiej facetowi nie wchodzić w paradę. W końcu nieprzypadkowo mówi się, że małe jest piękne, ale duży może więcej. W latach 90. perkusista Riverside był dość barwną i kontrowersyjną postacią, doskonale znaną na warszawskiej scenie. Rozpoznawalność i szacunek zyskał przede wszystkim tym, co przez dwanaście lat wyczyniał za bębnami  we wciąż działającym i powszechnie znanym deathmetalowym Hate. Samo granie to jednak nie wszystko. Co ciekawe, to właśnie on namówił Pawła Mazura, by ten reaktywował Pandemonium, ze względów prawnych działające wówczas pod zmienioną nazwą Domain. Przez jakiś czas wydawał także płyty pod szyldem Apocalypse Productions, a w katalogu miał m.in. krążki Imperator, Medebor, Eternal Tear, Christ Agony, Gortal czy Unnamed, w którym nota bene grał Piotr Grudziński, gitarzysta Riverside. Był także współudziałowcem warszawskiego klubu Progresja. Jednakże to wszystko jest powszechnie znane. O wiele mniej osób wie, że wspominany perkusista miał także pewien zapomniany już doommetalowy epizod. 

Dark Prophecies, najpewniej w okolicach 1991 r.  Fot. Metal-Archives
Dziś o warszawskim Dark Prophecies mało kto pamięta, ale z drugiej strony to też nie dziwi. Ostatecznie muzycy pozostawili po sobie zaledwie dwie samodzielnie wydane taśmy demo, z których warto wymienić przede wszystkim tą drugą z 1995 r. To własnie w nagraniach kasety "On the Edge of Black Eternity" wziął udział wspominany pan Kozieradzki. Na ile był studiu gościem, a na ile członkiem Dark Prophecies, to już trzeba by zapytać o to samego zainteresowanego. Nie zmienia to jednak faktu, że w latach 90. owy perkusista raczej nie przyzwyczajał nas do takiego grania. Zwykł o wiele szybciej i brutalniej uderzać w werbel i talerze. A jak to w doom metalu bywa, w przypadku Dark Prophecies jest przede wszystkim wolniej, miejscami wręcz nastrojowo, ale i surowe, "śmiertelne" korzenie gatunku również wyraźnie usłychać.

Nagranie otwierające taśmę "On The Edge of Black Eternity"



W latach 90. w Polsce takich zespołów było dużo i dziś trudno jakoś szczególnie wyróżnić warszawiaków. Jednak z pewnością pozostała po nich muzyka jest w pełni reprezentatywna dla tamtych czasów, a co za tym idzie, w XXI w. ucieszy wszystkich znudzonych obecnymi trendami i w konsekwencji poszukujących surowego, w zasadzie nawet oldschoolowo brzmiącego już, połączenia doom i death metalu. To prawda, że większość kompozycji powstała w oparciu o jeden wyraźny schemat twórczy, ale co po latach jest kluczowe, słychać tu podziemie oraz autentyczność, która może nie do końca szła w parze z oryginalnością, ale była i jest nadal. Momentami aż chciałoby się, by te nastrojowe zwolnienia, wypełnione melodyjnymi partiami gitar i śladowymi klawiszami, brzmiały dłużej. Chciałoby się, by to na nich oparto konstrukcję utworów, gdyż to właśnie w tych momentach Dark Propchecies brzmi majestatycznie, dostojnie, po prostu najciekawiej dzięki oddalaniu się od ówczesnej typowej deathmetalowej partytury.

Nagrany raz jeszcze utwór, który pierwotnie trafił na demo "Vergil" z 1991 r.  



Trudno zaprzeczyć, że dziś Dark Prophecies to w znacznej mierze muzyczna ciekawostka, o której wiedziałoby jeszcze mniej osób, gdyby nie odnotowany w niej udział Piotra Kozieradzkiego. Taśma "On the Edge of Black Eternity" ma jednak swój charakterystyczny urok i w zasadzie obecnie pozostaje białym krukiem dla wszystkich chcących zgłębić wydawniczą przeszłość obecnych muzyków Riverside i zarazem wejść w posiadanie fizycznych kopii tego, co pozostawili za swoimi plecami. A trzeba przyznać, że trochę tego jest, także w przypadku m.in. Piotra Grudzińskiego, o czym więcej możecie przeczytać tutaj. 4 września ukaże się "Love, Fear and The Time Machine", nowa płyta Riverside. To dobra okazja, by dla kontrastu spojrzeć w przeszłość. 

wtorek, 18 sierpnia 2015

W oparach absyntu i opium

W drugiej połowie XIX w. przy słynnym paryskim placu Pigalle istniało niezwykłe miejsce, w którym gęstość powietrza definiowały opary opium, hektolitry absyntu, wieczna melancholia, ból istnienia, poczucie bezsensowności życia i powstałe w oparciu o nie teksty kultury. Tym miejscem była słynna Café de l'Enfer, lokal inspirowany piekłem. Dziś próżno jej szukać. Charakterystyczna fasada wytrzymała do lat 50. ubiegłego wieku, ale trudno powiedzieć, czy wówczas to miejsce było jeszcze otwarte. Ostatecznie kamienica nie przetrwała próby czasu i zakusów handlarzy nieruchomościami. Zachowały się jednak liczne fotografie i zapiski świadczące o wyjątkowości tego miejsca, które, jak niedawno się okazało, nadal pozostaje źródłem inspiracji. Świadczą o tym poczynania tajemniczego projektu noszącego nazwę właśnie Café de l'Enfer, który w pewnych kręgach dość szybko okrzyknięto wielką nadzieją.

Frontowe wejście do Café de l'Enfer  /  Fot. coolstuffinparis.com
Niewiele wiadomo o muzykach. Inna sprawa, że oni sami bardzo cenią sobie anonimowość, skutecznie nie ułatwiając zadania bardziej dociekliwym. Co więcej, trudno także powiedzieć, ile osób współtworzy Café de l'Enfer. Za ich pozwoleniem ujawniono jedynie, że są Francuzami osiadłymi w Austrii, dla których inspiracją pozostaje przede wszystkim szeroko rozumiane ojczyste podziemie początku ubiegłego wieku. Co za tym stoi? Przede wszystkim literatura i sztuka kroczące w parze z alkoholowo-narkotykowymi eksperymentami oraz naturalnie związana z nimi pesymistyczna kwintesencja filozofii Fin de Siecle. Stąd nieprzypadkowo w twórczości Café de l'Enfer liczne odniesienia do francuskiego symbolizmu, w tym przede wszystkim poezji Charlesa Baudelaire'a. Ale po kolei.
Okładka mini albumu Café de l'Enfer
Ten tajemniczy projekt debiutował w 2010 r. samodzielnie wydanym mini albumem. Na płycie cd-r znalazły się cztery utwory, z których trzy rok później trafiły na regularną już płytę "Marchant À Quatre Pattes Au​-​devant De La Rédemption". Wtedy wszystko się zaczęło. Dzięki austriackiej Steinklang Industries album trafił do szerokiego odbiorcy i z miejsca został okrzyknięty wielką nadzieją sceny kręgu matrial i neoclassical. Nie były to przesadne słowa. W niespełna godzinie muzyki Francuzom udało się zamknąć kwintesencję atmosfery końca ubiegłego wieku. Poczucie nadciągającego schyłku, lęku przed galopującą industrializacją, a co za tym idzie, także gwałtownie zmieniającego się świata to jedynie początek. Za nimi słuchać huk upadających ideologii, sztuki oraz dotychczasowych sposobów postrzegania i definiowania rzeczywistości. Co można zrobić? W takiej sytuacji wyjścia są trzy. Przelać na papier wszystkie swoje żale, strzelić sobie w głowę lub spróbować uciec za sprawą wszelkich dostępnych wynalazków zmieniających stan świadomości. Nieważne, co wybierzemy, ostatecznie i tak zawsze będzie źle.

 

Tę szalenie pesymistyczną wizję budują nie tylko słowa, ale i muzyka. Bardzo umiejętne wykorzystanie syntezatorów oraz sięganie do dorobku neoklasyki sprawiło, że Café de l'Enfer to znakomita alternatywa dla nużących już przemilitaryzowanych i pompatycznych przedstawicieli nurtu, nierzadko sympatyzujących z totalitaryzmem. Tu słychać ewolucję, pomysł i przede wszystkim jego znakomitą realizację. Owszem, marszowe tempa nie są obce Franzom, ale to jedynie element całej tej dekadenckiej układanki. Nastój potęgują także recytacje, w tym jedna zaskakująco po angielsku. Jest nią wiersz Alistara Crowleyam, zatem dalszy komentarz wydaje się raczej zbyteczny. Wyobraźcie sobie zatem Elend wymieszany z Dernière Volonté.



To znakomita płyta, ale nie dla każdego. Bez przynajmniej szkolnej wiedzy na temat Fin de Siecle, czy chociażby Młodej Polski, "Marchant À Quatre Pattes Au​-​devant De La Rédemption" będzie tylko połowicznie nastrojowym albumem, okraszonym pikantnymi zdjęciami odurzonych kobiet, zafascynowanych swoimi ciałami i możliwościami opium. Ale jeśli debiutu Café de l'Enfer posłucha się w pełni świadomie, będzie chciało się do niego wracać. Wszystko z powodu nastroju tworzonego przez muzykę i teksty oraz w konsekwencji bardzo udanej i stylistycznie oryginalnej próbie odtworzenia tego, co działo się w Europie nieco ponad sto lat temu. Wejdźcie zatem do Café de l'Enfer, osiądźcie przy stoliku, zamówcie to, co lubicie najbardziej i posłuchajcie. Niekoniecznie w oparach absyntu i opium. I jeszcze jedno. Znajomość ojczystego języka Baudelaire'a mile widziana.

wtorek, 11 sierpnia 2015

Dwadzieścia lat dźwiękowej enigmy

W październiku 2010 r. pracowałem przy organizacji koncertu Anathemy w warszawskiej Proximie. Miałem swobodny dostęp do zaplecza, sceny i garderoby muzyków. Postanowiłem skorzystać z okazji i zamienić z nimi kilka zdań oraz z czystego sentymentu podstawić im do podpisania okładki starych płyt. Traf chciał, że prywatnie na ten koncert wybrał się także obecny wówczas w Polsce Duncan Patterson. Drugi skład zespołu był zatem w komplecie. Panowie ochoczo rozmawiali, a ja podchodziłem od jednego do drugiego, wymieniałem uprzejmości i wręczałem booklet wraz z markerem. Byłem szalenie ciekawy reakcji Vincenta Cavanagha, w momencie podania mu okładki polskiego wydania "The Silent Enigma", w którym nie było jego zdjęcia. Na skutek drukarskiego błędu w swoim jedynym wydaniu Metal Mind zamieścił dwie fotografie wspominanego wcześniej byłego basisty Anathemy, czyniąc to kosztem młodszego brata Danny'ego Cavanagh. Vincent kartkował booklet strona po stronie i nagle zaczął się śmiać, udając wściekłość. Po chwili złożył podpis, oddał mi okładkę i życzył dobrej zabawy na koncercie. Tę krótką historię przytaczam, gdyż wiąże się z niezwykłą płytą, która została wydana niemal dokładnie 20 lat temu, 17 sierpnia 1995 r.

Anathema w 1995 r., już bez Darrena White'a  /  Fot. Arch.

Jak pokazał czas, był to ostatni album Anathemy ściśle związany z jej doomowymi korzeniami, choć z drugiej strony pozostawał także wyraźnym krokiem na przód w stosunku do wcześniejszych nagrań panów z Liverpoolu. "The Silent Enigma" zebrała dobre i bardzo recenzje. Była mroczna, posępna i ciężka, a jednak wnosiła sporo świeżości. Słyszane miejscami bardziej finezyjne zagrania znalazły potem rozwinięcie na także ciężkim, ale już rockowym, "Eternity". Nic jednak nie przyszło łatwo. Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że gdyby nie wewnętrzny konflikt w zespole, losy tego albumu byłyby, jeśli nie zupełnie inne, co najmniej odmienne. Wciąż wielu zastanawia się, jak brzmiałyby "The Silent Enigma" z wokalami Darrena White'a. Z pewnością inaczej, biorąc pod uwagę, że kiedyś po zakończonym wywiadzie, przy wyłączonym już mikrofonie, Danny Cavanagh powiedział mi, że growle pierwszego wokalisty Anathemy wymuszały nieco finalną konstrukcję utworu i ograniczyły go jako kompozytora.

Okładka "The Silent Enigma"

Dlaczego Darren White doszedł? Albo, jak sam twierdzi, dlaczego został osunięty z zespołu? Teorii jest wiele, na blokadzie stylistycznego rozwoju zespołu począwszy, a na zbyt rockndrollowym trybie życia Darrena skończywszy. Sytuacja była o tyle trudna, że zespół był już w studiu. Wówczas z konieczności wokale nagrał gitarzysta Vincet Cavanagh, który do dziś jest jednocześnie głównym wokalistą Anathemy. Vincent nie umiał jeszcze śpiewać, ale wówczas nie musiał. Dziś potrafi, dzięki lekcjom i mozolnej pracy nad swoim głosem, jednak 20 lat temu liczyła się inna forma ekspresji. Nie miał tak niskiego i głębokiego głosu jak jego poprzednik, zatem postawił na siłę drzemiącą w krzyku oraz melancholijne zawodzenie. Udało się. To, mimo wyraźnych warsztatowych braków, nadało płycie odmiennego charakteru i z pewnością w jakiejś mierze otworzyło przed zespołem nowe możliwości, których realizację usłyszeliśmy na "Eternity i "Alternative 4". Jedynym mankamentem w zasadzie pozostaje produkcja. Trudno nie odnieść wrażenia, że ten album zwyczajnie mógł brzmieć lepiej. Choć z perspektywy czasu zwolennicy lat 90. z pewnością będą bronić nie do końca klarownego brzmienia jako żywej pamiątki po połowy ostatniej dekady ubiegłego wieku. Coś w tym jest. Co ciekawe, wraz z odejściem Darren White niejako zabrał ze sobą tytuł "Rise Pantheon Dreams", bo tak pierwotnie miała być zatytułowana nagrywana wówczas nowa płyta liverpoolczyków. Ostatecznie te trzy słowa przeleżały w szufladzie do 2002 r., gdy ukazała się pośmiertna kompilacja The Blood Divine, które wokalista założył zaraz po opuszczeniu braci Cavanagh oraz panów Pattersona i Douglasa.

Teledysk do tytułowego utworu promującego "The Silent Enigma"


Dzięki "The Silent Enigma" Anathema ostatecznie wyszła z cienia, a nawet roli dosłownego supportu, My Dying Bride, choć paradoksalnie podczas promowania owej drugiej płyty gdzieniegdzie Anglicy występowali jeszcze przed kolegami z Halifax. Dla nas miało to duże znaczenie, gdyż 1 marca 1996 r. w Krakowie w jednym ze studiów Telewizji Polskiej zarejestrowano koncerty obu grup, które następnie ukazały się na kasetach VHS, a z upływem czasu dwukrotnie wydano je na DVD. Dziś to najlepszy możliwy zapis tamtego okresu w historii obu zespołów. Czasem wręcz chciałoby się, by ścieżki dźwiękowe z tych wydawnictw trafiły na płyty audio, które dołączono by do kolejnych, np. właśnie jubileuszowych, wznowień "The Silent Enigma" Anathemy oraz "Angel And The Dark River" My Dying Bride. Kto wie, może gdy Hammy'iemu z Peaceville zacznie brakować funtów, spróbuje sprzedać ludziom raz jeszcze to samo, tym razem w taki właśnie sposób. Rzeczonego marcowego wieczoru muzycy Anathemy zagrali pięć utworów z "The Silent Enigma". Jeden z nich znajdziecie poniżej.  


Ten wydany 20 lat temu album to bez wątpienia jedna z najważniejszych płyt klimatycznego grania lat 90. Dziś bezsprzecznie uchodzi za klasyk i mimo wszystkich ułomności i niedociągnięć, zawiera w sobie niezwykłą dawkę nastroju. Słychać na niej wiele melancholii i przygnębienia, ale uwiecznionych w sposób pełen energii i przy dosłownie krzyczącej ekspresji. Na początku tego wieku, w obliczu muzycznej transformacji Anathemy, trudno było usłyszeć na koncercie coś z "The Silent Enigma". Co więcej, był to także efekt zarzutów Duncana Pattersona, który po odejściu w 1998 r. miał nieco za złe kolegom, że w czasie występów i tak grają jego utwory. A to przecież owy były basista był głównym kompozytorem w zespole do czasu "Alternative 4" włącznie. Dlatego zagrana w tym roku specjalna trasa koncertowa uświetniająca 25-lecie zespołu ucieszyła tak wiele osób. Na scenie pojawili się także Duncan Patterson i Darren White, wykonując zamierzchłe klasyki, co na własne oczy mogliśmy zobaczyć w Łodzi. Może wymuszona niejako w ten sposób potrzeba przearanżowania starszych utworów sprawi, że miejscami będą one wplatane w koncertowy set zespołu. Może. A jeśli nie, zawsze samodzielnie będzie można powrócić do dawnych płyt, zwłaszcza do "The Silent Enigma".

wtorek, 4 sierpnia 2015

Po polskiej stronie Cieszyna

Gdy pod niedawno dodanym przeze mnie postem z playlistą z pewnej audycji na stronie popularnego błękitno-białego portalu Remigiusz Mielczarek z Sacriversum poinformował mnie o pracach nad pewnym "emeryckim projektem", nieco nostalgicznie spojrzałem na regał z płytami. A tam obok m.im. "Shadow of The Golden Fire" i "Soterii" rzeczonych łodzian stał kompakt zapomnianego już Themgoroth. Wziąłem go do ręki i przypomniałem sobie, że przecież muzycy obiecywali powrót, że niby nawet coś tam nagrali, ale ostatecznie wszystko umarło śmiercią naturalną. Szkoda, bo w latach 90. byli mocnym punktem na muzycznej mapie Śląska, tym samym ciekawie zapisując się w historii rodzimego klimatycznego grania.

Themgoroth w pierwszej połowie lat 90.  /  Fot.  themgoroth.com
Powstali jesienią 1991 r. w Cieszynie. Był to jeden z najważniejszych okresów zakładania zespołów, które w ciągu kilku następnych lat mniej bądź bardziej stanowiły o sile ówczesnej rodzimej sceny. Po dwuutworowej taśmie z 1994 r. przyszło zainteresowanie ze strony Scheer Records, której nazwa dziś nikomu już nic nie powie, ale nie miało i nie ma to żadnego znaczenia. A to dlatego, że wydany rok później debiut Themgotorth znalazł się w dystrybucji wciąż liczącej się niemieckiej Nuclear Blast. Co więcej,  "Gate Into The Unknonw" od razu wydano na płycie kompaktowej, co dla zdecydowanej większości ówczesnych rodzimych grup w zasadzie graniczyło z marzeniem. Żeby lepiej to zobrazować, warto przypomnieć, że co prawda poznańska Morbid Noizz  podjęła się wydania albumu w Polsce, ale jedynie na kasecie. Dlatego dziś z pozyskaniem  "Gate Into The Unknown" na srebrnym krążku wiąże się z cierpliwym wypatrywaniem przesyłki z zagranicy, i po to wcześniejszym wyraźnie głębszym sięgnięciu do portfela.



A co z muzyką? W przypadku Themgoroth uwagę przykuwa przede wszystkim nastrój. W swoim utworach panowie nigdzie się nie śpieszyli. Utrzymane w średnich tempach melodyjne gitarowe granie bardzo dobrze uzupełnili klawiszami, które w przeciwieństwie do wielu grup tamtych lat były czymś więcej niż wypełnieniem pustej przestrzeni. Ważne było również to, że gitarzyści zwyczajnie potrafili grać. Dzięki temu melodyjne zagrywki i prowadzące całość sola nawet po latach nie nużą. Całość bardzo udanie domknęły lekko basowy pogłos produkcji oraz blackowy wokal Piotra Dawida. Growl zabiłby wszystko, a tak w nasze ręce trafiło coś, co klimatem miejscami może kojarzyć się ze wczesnym Samaelem, czy nawet klawiszowymi patentami starego Limbonic Art. Ciemność, okultyzm i tajemnica.

Themgoroth w 1998 r.  /  Fot. themgoroth.com
Gdy wydawało się, że Themgoroth wypłynie na szersze wody, a jego członkowie będą się rozwijać, wszelkie plany pokrzyżowała tragiczna śmierć jednego z muzyków. W 1997 r. Piotr Deckert-Firla zginął w wypadku motocyklowym. Zespół uczcił jego pamięć, dedykując byłemu basiście płytę "Highway Into The Unknown", która w kompaktowej edycji z 1999 r. zawierała dwa premierowe nagrania oraz niemal wszystkie kompozycje z debiutanckiego albumu, w tym jedno w nowej wersji. Muzyka nie była już aż tak mroczna. Nagrania okazały się bardziej melancholijne i nostalgiczne, przede wszystkim inspirowane stratą bliskiej osoby. Był to znakomity kawałek klimatycznego grania, w głębi mający znacznie więcej do zaoferowania niż najbardziej dopieszczone albumy wydawane wówczas przez duże wytwórnie. Wciąż bije od niego szczerość.



Ten album był zmierzchem Themgoroth. Po licznych zmianach składu zespół rozwiązano w 2002 r. Co prawda dwa lata później muzycy powrócili w kolejnym zestawieniu personalnym i ponoć nawet nagrali epkę "Post Mortem", ale niewiele z tego wyszło. Zespół zakończył działalność równie szybko, jak ją wznowił, a rzeczone wydawnictwo mało kto w ogóle słyszał. Ostatni znak życia to ogłoszenie reaktywacji w 2006 r., jednak również bez powodzenia. Szkoda, gdyż potencjalny powrót Themgoroth ciekawie korespondowałby z szumną, choć nieudaną, próbą wskrzeszenia Sirrah, o wiele bardziej obiecującą w przypadku Mordor, czy chociażby bardzo udaną w kontekście obecnych poczynań Thy Worhiper. To już niestety raczej zamknięty rozdział. Zaintrygowanych odsyłam do działu MP3 warte posłuchania, w którym znajdziecie udostępnione przez zespół niemal wszystkie nagrania z "Highway Into The Unknown".

niedziela, 28 czerwca 2015

W imię przekonań

W 2000 r. w moich rękach znalazł się egzemplarz "Concupiscence", debiutanckiego demo warszawskiego Kayzen. Wówczas po stolicy rozeszła się informacja o czterech niestroniących od pikanterii i dwuznaczności przedstawicielkach płci pięknej, które wzięły sprawy w swoje ręce, zapraszając do współpracy Kaya z Neolithic. Poszedłem na koncert. Spodobały mi się zarówno dziewczyny, jak i muzyka. Chcąc dowiedzieć się o paniach czegoś więcej, zacząłem szukać i tak napotkałem nazwę Xantotol, w którym grała gitarzystka Hiara, współzałożycielka Kayzen, wówczas znana jaka Mała. Tylko gdzie ja to wcześniej słyszałem? Jak się później okazało, kilka lat wcześniej ktoś nagrał mi na kasecie kilka utworów z dema "Cult of the Black Pentagram". Uważałem tę taśmę za czyste zło i długo nie wyjmowałem jej z walkmana. Była to muzyka wyjęta z najciemniejszych lochów i piwnic, jakże oddalona od tego, co działo się wówczas na powierzchni. Co więcej, długo nie mogłem uwierzyć, że za opętane partie wokalne odpowiada kobieta, rzeczona wcześniej Mała. Teraz zaś na swój sposób jedni z pionierów rodzimego black metalu powracają z zaświatów. Wspomniane demo Xantotol oraz jego debiutancki poprzednik "Glory for Centuries" właśnie ukazały się na płytach kompaktowych. Zestawienie uzupełniło przypomnienie albumu "Thus Spake Zarathustra".

Xantotol  /  Fot. Witching Hour Productions
Muzycy mieli swoje przekonania i od samego początku wyraźnie dawali do zrozumienia, że nie zależy im na rozgłoście. Istotą było dotarcie do ściśle określonego słuchacza, podzielającego ich nietzscheańskie poglądy. Cel osiągnęli i, co ciekawe, udało im się to nawet przy odrzuceniu oferty pewnej fińskiej wytwórni. W paradoksalnej konsekwencji nawet po dwudziestu latach nazwa Xantotol mówi dość sporo niejednemu fanowi black metalu w Meksyku i wielu krajach Ameryki Południowej. Przy okazji złośliwi mogliby zadać pytanie, gdzie w takim razie leży granica bycia "true", działania najbliżej prawdy i czystości przekonań. Czy bardziej autentyczny i szczery będzie ten, kto dzięki dużej wytwórni sprzedaje tysiące płyt, czy ten, kto postanowi samodzielnie wydawać i rozprowadzać muzykę nagraną po ciemku i we własnej piwnicy? A może jest to możliwe w obu przypadkach? Tego nie rozstrzygniemy. Nie ma tyle alkoholu, a noce są za krótkie. Nie zmienia to jednak faktu, że z ascetycznej i nagranej na setkę muzyki Xantotol bije olbrzymie zaangażowanie. Takie podejście do black metalu, dość mocno wsparte dokonaniami Hellhammer i Samael oraz subtelnym spojrzeniem na Grecję, nie dość, że uprzedziło rozwój wypadków w Norwegii, to jeszcze potem znacząco się od nich różniło. Może właśnie dlatego takie wiele osób, chyba zmęczonych już spuścizną Bergen o okolic, dość chętnie wraca do nagrań Xantotol. Inna sprawa, że zawsze przyjemnie jest posłuchać głosu przedstawicielki płci pięknej w środowisku wybitnie zdominowanym przez mężczyzn. 


Warto wspomnieć, że w parze muzyką szło coś jeszcze. Na początku lat 90. Jacek Szczepański, współzałożyciel i perkusista Xantotol, powołał do życia Fullmoon, organizację rozpowszechniającą literaturę i materiały dydaktyczne na temat filozofii satanistycznej. Działał w porozumieniu z podobnymi ruchami z całego świata, najściślej współpracując z nowozelandzkim Order Of The Left Hand Path. Wówczas o takie treści było w Polsce trudno, więc cieszyły się dużym zainteresowaniem. Ostatecznie jednak muzyk wycofał się z tej działalności. Jak przyznał po latach, zaufał niewłaściwym osobom, które wypaczyły pierwotne intencje, jakimi kierował się, powołując Fullmoon.



Skupiając się jedynie na muzyce i szukając względnie obrazowej charakterystyki dokonań Xantotol, śmiało można powiedzieć, że to najczarniejsza sadza zdrapana z samego dna diabelskiego kotła rodzimego podziemia lat 90. Minęło dwadzieścia lat, a każde z w sumie trzech wydawnictw tej kutnowskiej grupy sprawia, że widmo nieistniejącego zespołu wciąż krąży po naszej scenie. Pamięć podtrzymuje zarówno wspominanie przez wiarusów "starych, dobrych czasów" oraz podparte resentymentem swego rodzaju edukowanie co bardziej niepokornej młodzieży, by ta w końcu przestała bezmyślnie wpatrywać się w katalogi zachodnich wytwórni, tylko łaskawie zechciała poczytać o tym, jak wiele działo się w Polsce lat 90, a przecież działo się naprawdę dużo. W tym wszystkim kluczowe jest jednak to, co można wziąć do ręki, czyli reedycje. Dlatego dobrze, że "Glory for Centuries", "Cult of the Black Pentagram" oraz "Thus Spake Zarathustra" wznowiono raz jeszcze, w sumie już po raz trzeci, biorąc pod uwagę różne konfiguracje. Co będzie dalej? Nic. Xantotol pozostanie tam, gdzie spoczywa od 1996 r. Zmienią się jedynie ludzie, którzy będą sięgać po jego muzykę.

wtorek, 23 czerwca 2015

Film, który przestraszył władzę

Mimo że jestem mocno zmęczony nieco nadmiernie forsowanym i czasem sztucznie już podtrzymywanym mitem punkowego Jarocina, to jednak darzę dużym szacunkiem tych, którzy włożyli lub wciąż władają wiele pracy w udokumentowanie tego, co działo się wówczas w tym niewielkim wielkopolskim miasteczku. Ta oaza wolności na pustyni PRL-u i drzemiący w niej niebywały wręcz artystyczny potencjał zostały uwiecznione na wszelkich możliwych nośnikach. Są książki, kasety, płyty, albumy ze zdjęciami, nieskończone internetowe archiwa oraz kilka ważnych filmów. Z tych ostatnich kluczowe są dwa - zrealizowany w 1986 r. na zlecenie BBC "My Blood, Your Blood" oraz nakręcona rok wcześniej "Fala" Piotra Łazarkiewicza. 20 czerwca przypadła siódma rocznica śmierci reżysera.


Łazarkiewicz był reżyserem, scenarzystą, producentem, okazyjnie również aktorem. Tworzył różne filmy, na zakochanych w sobie narkomanach chorych na HIV począwszy, a na spektaklach teatru telewizji i pamiętnym programie "Bezludna wyspa" z Niną Terentiew skończywszy. Zdarzył mu się nawet epizod z telenowelą, która ostatecznie zakończyła żywot na trzech pilotażowych odcinkach. W tym różnicowanym dorobku znalazł się dokument, który przeszedł do historii. Gdy nagrywał "Falę", miał 31 lat. Wbrew pozorom wcale nie chciał od razu jechać do Jarocina. Początkowo jego myśli krążyły wokół swoistego rezerwatu. Szukał grupy osób, na którą ówczesna władza nie miałaby zbytniego wpływu od środka, mając poczucie, że może oddziaływać na nią jedynie z zewnątrz, co i tak w praktyce rzadko kończyło się powodzeniem. Pomysły były różne, a jednym z nich, całkiem racjonalnych zresztą, wyjazd na pielgrzymkę do Częstochowy. Ostatecznie jednak stanęło na edycji festiwalu w Jarocinie latem 1985 r., choć wbrew pozorom w całej tej historii było jeszcze więcej przypadku i zbiegów okoliczności, niż można sobie wyobrazić.

Piotr Łazarkiewicz  /  Fot. Wikipedia
Pierwotnie, niemalże jakimś cudem, znalazły się pieniądze na dwudziestominutowy dokument, i to taki, który miał powstać na enerdowskiej taśmie, którą to ówcześni polscy operatorzy bez owijana w bawełnę określali mianem "kurwokoloru". A że wówczas wyboru dużego nie było, ekipa zdjęciowa pojechała do Jarocina, nie wiedząc do końca, co z tego wszystkiego wyniknie. Nie było łatwo. Widząc kamerę,  uczestnicy festiwalu często reagowali agresją. Padały słowa "jebani reżimowcy" i "telewizja". Trudno się dziwić, ale napięcie znikało w momencie, gdy Łazarkiewicz i operatorzy sami używali zwrotów, których nie powstydziłby się nawet najstarszy szewc, równocześnie zachęcając młodych, by przed kamerą otwarcie mówili, co im się nie podoba. Dzięki temu dziś możemy obejrzeć druzgocące wręcz wypowiedzi pozostające świadectwem tamtych czasów i bijące z nich absolutne rozczarowanie, apatia i brak perspektyw. "Co ma być, to będzie" i nic więcej.


Na filmie można zobaczyć także lokalnego dygnitarza partyjnego, komendanta policji oraz pewną panią z reżimowego koła pokroju gospodyń wiejskich. Wszyscy jak pod linijkę klepią przygotowane formułki, tym samym demaskując reprezentowany system i robiąc z siebie idiotów. Po latach Łazarkiewicz zdradził, że poza kamerą rozmowa była zupełnie inna. Wszyscy wiedzieli, że cała sytuacja to czysty absurd, ale mówili to, co musieli mówić. W kontekście ówczesnej władzy bezcenne są fragmenty polemik członków, jak sądzę, Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, z uczestnikami festiwalu. Młodzi może nie skakali sobie do gardeł, ale siła zderzenia tych dwóch światów była olbrzymia. To wszystko sprawiło, że cenzura bardzo uważnie przyglądała się temu, co trafiło na wspominaną enerdowską taśmę. Na dzień dobry Łazarkiewiczowi kazano dokonać 23 cięć. Nie zrobił tego. Czas mijał i stanęło ostatecznie na trzech, które i tak nie oznaczały usunięcia całych sekwencji, lecz jedynie fragmentów wypowiedzi księży i jarocińskiego wataszki PZPR. W finalnej wersji filmu nie było również widać genitaliów jednego z muzyków, który paradował na scenie jedynie w skarpetce założonej na przyrodzenie. Władza jednak nie odpuszczała do samego końca.

Fragment pierwotnie wycięty przez cenzurę  /  Fot. kadr z "Fali"
Im bliżej było do finalnej wersji dokumentu, tym w przedstawicielach reżimu bardziej rosło poczucie strachu. Władza zaczęła rozumieć, że coś wymyka jej się spod kontroli, dlatego robiła wszystko, by zniechęcić twórców i zmarginalizować odzew na potencjalna premierę. Decydenci byli do tego stopnia pewni postawienia na swoim, że zaprosili Piotra Łazarkiewicza na pewien festiwal filmowy z pełnym przekonaniem, że ukończenie postprodukcji "Fali" w określonym czasie będzie po prostu niemożliwe. Mylili się. Andrzej Wolf, operator Łazarkiewicza, siedział po nocach w studiu, ale zdążył i przywiózł gotową kopię na dwie godziny przed planowanym czasem pokazu. Organizatorzy nie mieli mieli wyjścia i musieli pokazać film. W 1987 r. "Fala" trafiła do kin.


Mimo że Łazarkiewiczowi chodziło przede wszystkim o pokazanie fenomenu poczucia wolności w swoistym rezerwacie, jakim był teren jarocińskiego festiwalu, reżyser zwrócił również uwagę na ówczesnych wykonawców. Nagrywane były te zespoły, które zwyczajnie podobały się twórcom i zostały uznane za ważne. Dzięki temu uwieczniono bardzo ważne fragmenty występów m.in. takich grup jak Aya RL, Kat, Madame, 1984, Dzieci Kapitana Klossa, Republika, Moskwa i Tilt oraz nieco zapomnianych już zespołów - Zbombardowana Laleczka, Kosmetyki Mrs. Pinki i Piknik Waltera. Przyjemnie ogląda się dziś Roberta Gawlińskiego, Pawła Kuzika czy Olafa Deriglasoffa za czasów, gdy biła z nich olbrzymia energia. Udało się ocalić kawałek jakże ulotnej historii polskiego rocka.

Uczestnicy festiwalu wracający do domu  /  Fot.  kard z "Fali"
W 2007 r. doczekaliśmy się zrekonstruowanej i nieocenzurowanej wersji "Fali". Dokument ukazał się na dvd w dwóch wersjach. Do wydania dwupłytowego dołączono nie tylko komentarz Piotra Łazarkiewicza i Andrzeja Wolfa, którzy przy butelce wina zdradzili kulisy powstania filmu, ale i techniki rekonstrukcji obrazu oraz inny film, nagrany w na festiwalu Jarocinie w 1987 r. "Fala" to niezwykły dokument powstały w niezwykłych, choć jakże szarych, czasach. Rzecz absolutnie bezcenna. Poniżej znajdziecie go w całości. Warto poświęcić te 80 minut, tym bardziej, że w założeniu obraz miał trwać co najwyżej 20.


wtorek, 16 czerwca 2015

Zimna rocznica u progu lata

Rozumiem muzyków, którzy nie do końca przepadają za swoimi debiutanckimi płytami. Im więcej mija lat, tym więcej chcieliby na nich zmienić, i to zwłaszcza, gdy po pierwszym albumie zmienili styl, zostawiając za plecami to, za sprawą czego dali się poznać fanom. A co  na to fani? Taka ich dola, że nie mają na to żadnego wpływu, ale po latach chętnie powracają pamięcią do "starych, dobrych czasów". Tak jest m.in. w przypadku "Purple", pamiętnego, debiutanckiego albumu Closterkeller, który ukazał się na kasecie dokładnie 25 lat temu. Kompakt wydano zaś trzy miesiące później i uważa się, że to jeden z pierwszych srebrnych krążków rodzimej fonografii. Na żadnej następnej studyjnej płycie zespół Anji Orthodox nie zagrał już tak, ja za czasów "Purpury".

Closterkeller w 1990 r.  /  Fot. Mirosław Makowski
Gdy w grudniu w 2009 r. Anja i Mariusz Kumala byli moim gośćmi przy okazji premiery "Aurum", zapytana o czasy "Purple" rzeczona wokalistka powiedziała "byliśmy młodym zespołem, we łbach nam szumiało kompletnie, płonął ogień". To wszystko słychać, a tenże ogień był wyjątkowo zimny. Królowały czerń, biel i szarość. Żadnych jasnych barw. Muzycy zasłuchiwali się w płytach Siouxsie and the Banshees oraz przede wszystkim krążkach ich wiernych uczniów, czyli Xmal Deutschland, do czego też otwarcie się przyznawali, uznając obie grupy za doskonałe wzorce. Fakt, że później dźwiękowy chłód ustąpił miejsca określonym kolorom, uczynił z "Purple" początek wydawniczej przygody muzyków i zarazem zamknął pierwszy stylistyczny etap w historii zespołu, tak spójny od dnia jego powstania, aż do chwili ukazania się "Blue" w 1992 r., gdzie chłodu było już niewiele.

Okładka "Purple"
Jak pisał Tomasz Beksiński w recenzji na łamach Magazynu Muzycznego, "niezła płyta, całkiem przyzwoicie zagrana i nawet nie najgorzej nagrana. Chyba ją sobie kupię...". A skoro już wampir z Myśliwieckiej poruszył temat produkcji, warto wspomnieć, że za studyjną konsoletą zasiadł Igor Czerniawski, muzyk Aya RL, wówczas bardzo uznana postać, dziś nieco już zapomniana. Z pewnością jego umiejętności i doświadczenie nieco ociosały tę muzyczną skałę, miejscami twardą, miejscami toporną, choć też pełną siły, energii i ekspresji. Ostatecznie jednak, mimo wielu zalet i archiwalnej już wartości, "Purple" daleko do ideału. To nieco nieokrzesana i nierówna płyta, na której muzycy dopiero zbierali pierwsze profesjonalne szlify. Mimo to ten album ma swoich wiernych fanów, którzy gdzieś tam porozumiewawczo uśmiechają się do siebie, gdy na koncercie Closterkeller, a nie dochodzi do tego zbyt często, usłyszą "Maskę" lub "Purple". Wielu z nich żałuje, że zespół nigdy nie nagrał choćby jednego równie zimnego albumu po tym, jak muzycy okrzepli, oswoili się ze studiem, produkcją i przede wszystkim popracowali nad swoim warsztatem. Szkoda, choć z drugiej strony przecież nikt o zdrowych zmysłach nie zmieniłby wszystkich późniejszych płyt Closterkeller na jeden taki właśnie album.


Podczas jednej z rozmów Anja wyraźnie dała mi do zrozumienia, że w ówczesnym, a w praktyce także i obecnym, zmienionym już, składzie, podobny zimny album nie mógłby powstać. Zespół musieliby współtworzyć muzycy, którzy graliby zupełnie inaczej niż tak, jak Closterkeller przyzwyczaił nas do tego w ciągu wielu minionych lat. Trudno nie przyznać jej racji. Jeśli zatem kiedykolwiek miałoby do tego dojść, choć to mało prawdopodobne, musiałby to najpewniej być osobny, dedykowany projekt lub "Closter" po całkowitej wymianie składu. Oczywiście kluczowe byłyby także chęci samej pani Orthodox. Słowem, marzenia ściętej głowy. Już bardziej prawdopodobny byłby jej gościnny udział w nowych nagraniach reaktywowanej Pornografii, którą tak udanie wspierała na pamiętnej, wciąż niewznowionej, jedynej płycie. Eh, może kiedyś. Warto jeszcze wspomnieć o jednym. "Purple" było dwukrotnie wznawiane. W 1999 r. reedycję wypuściło Metal Mind, zaś cztery lata temu  to samo uczynił Universal. Niby nic ważnego, ale jeśli weźmiecie do ręki wznowienie niezbyt lubianej katowickiej wytwórni, na grzebiecie kompaktu zobaczycie, że "Purple" to płyta niejakiego "Colsterkeller". Może kiedyś to wydanie będzie uchodzić za rarytas. Póki co bardziej kojarzy się ze wstydem.

piątek, 10 kwietnia 2015

Taśma prawdy

Czasem trudno zachować obiektywizm. Każdy piszący lub mówiący o muzyce, czy czymkolwiek innym, ma swoje preferencje i one prędzej czy później dają o sobie znać, nawet w najbardziej subtelny sposób. Pewnych, nazwijmy to szumnie, tekstów (pop)kultury po prostu się nie toleruje, uważając, że są one złe, plastikowe, bez wartości i wyrazu lub stworzone w odstręczającym stylu. Zwyczajnie nie przepadamy za określonymi twórcami, choć oczywiście nie wyklucza to możliwości docenienia ich przez jakiś inny pryzmat. Za przykład niech posłuży chociażby Within Temptation. Począwszy od drugiej płyty, Holendrzy obrali drogę pseudosymfoniczno-przebojowych, w zasadzie ocierających się o pop, piosenek, których grupą docelową stały się zagubione w blasku księżyca i zamkowych labiryntach "gotyckie" zapłakane duszyczki. Odnieśli komercyjny sukces? Owszem, i to znaczny. Produkt doskonale się sprzedał i wciąż są na niego chętni. Ja zaś nie zaliczam się do kupujących, niemniej istnieje pewne wydawnictwo niderlandzkich muzyków, do którego mam duży sentyment i które pozostaje doskonałym przykładem tego, co działo się w muzyce lat 90. 

Początki Within Temptation, najpewniej 1996 r.  /  Fot. Arch. zespołu
W ubiegłym roku ukazała się reedycja "Enter", debiutanckiej płyty Within Temptation, do której nawet dziś wzdycha wielu sympatyków klimatycznego grania, niemogących jednocześnie pogodzić się z tym, co muzycy uprawiają teraz. Z jednej strony ten wydany niespełna 18 lat temu album pozostaje typowym reprezentantem szalenie popularnego wówczas kontrastowego wokalnego zestawienia ponurego niedźwiedzia i filigranowej sarenki, przy akompaniamencie melodyjnych, melancholijnych i ciężkich partiach gitar oraz wtórujących im klawiszach. Wystarczy przypomnieć sobie liczne podobne zespoły, chociażby Sins of Thy Beloved czy pierwsze wydawnictwa Theatre of Tragedy, Tristanii, a także białostockiej Via Mistica. Jednakże w tych ramach owej typowości Holendrzy poruszali się bardzo sprawnie. Zaś tym, co dało początek ich wydanego na całym świecie debiutu, była na swój sposób jeszcze ciekawsza taśma demo, również zatytułowana "Enter"  

Booklet dema "Enter"
Na skromną wydaną 1996 r. kasetę trafiły cztery nagrania. Były one na tyle interesujące, że prężnie wówczas działająca holenderska DFSA Records, która nota bene wypuściła także płyty naszych Tenebris i Corruption, natychmiast wzięła muzyków pod swoje skrzydła. Trudno się dziwić. Pierwsze oficjalne nagrania Within Temptation miały w sobie olbrzymią dawkę klimatu, a taka muzyka była wówczas u szczytu popularności. Owszem, też w jakiś sposób adresowano ją do wspominanych wcześniej umęczonych dusz, ale wówczas bynajmniej nie można było zarzucić jej tego, co obecnie dominuje w pokłosiu takiego grania. Nie było plastikowej, aż do przesady cukierkowej, produkcji i całej tej ciągniętej za uszy "gotyckości". W nasze ręce i do naszych uszu trafiało o wiele więcej autentyczności, a znacznie mniej produktu. W końcu umowna piwnica zawsze zabrzmi szczerzej.


Inna sprawa, że na pierwszą wersję "Enter" trafiły dobre utwory. Było w nich wszystko, na co wówczas zwracano uwagę w tej muzyce i co siłą rzeczy przyciągało uwagę jej sympatyków. Nie wspominając już o głosie Sharon den Adel. Co więcej, wszystkie cztery nagrania trafiły ostatecznie na debiutancką płytę. Jedyną różnicą była modyfikacja tytułu jednego z nich - "Pearls" zmieniono na "Pearls of Light". Dla porządku należy jednak wspomnieć, że przed ukazaniem się taśmy "Enter", także w 1996 r., Holendrzy na własny użytek nagrali na roboczej kasecie również cztery kompozycje. Dwie z nich, "Grace" i "Blooded", trafiły na regularny album. O pozostałych dwóch muzycy już pewnie zapomnieli. Nigdy nie zostały wydane.


To prawda, że to wszystko można napisać o każdym zespole, którego muzycy grali kiedyś ciężej, a teraz komponują proste, singlowe piosenki, bo zwyczajnie z tego żyją, a lata 90. przecież już dawno się skończyły. Inne czasy, panie Mrozkowiak. Zapomnij więc pan o tych wszystkich kasetach i płytach, za którymi 20 lat temu jeździłeś po całym mieście lub wypatrywałeś w antykwariatach na byle jakim dworcu, wydając na nie ostatnie pieniądze. Albo sprzedaj, rozdaj, bądź znieś do piwnicy, albo przestań marudzić i trzymaj wszystkie na porządnych regałach i regularnie zanoś je do radia, by ktoś mógł uśmiechnąć się, wspominając czasy młodości, a ktoś z obecnego pokolenia miał sposobność je poznać i dowiedzieć się, dlaczego kiedyś taka muzyka brzmiała inaczej. Niby odpowiedź jest prosta, tylko kogo ja chcę oszukać?

wtorek, 24 lutego 2015

Nieco zapomniana przeszłość

Fakt zbliżania się wielkimi krokami daty premiery nowej studyjnej płyty Neolith przypomniał mi o zerwanej i mocno już zakurzonej taśmie "Trips Through Time and Loneliness", wydanej jedynie na kasecie kompilacji demówek muzyków z Leska. Mimo że posiadam również zdigitalizowaną po latach wersję tego wydawnictwa, to w żaden sposób nie potrafiłbym pozbyć się tego bezużytecznego już kawałka plastiku. Ostatecznie w jakiejś mierze to fragment historii rodzimej sceny, i to tym bardziej, że obecnie, a w praktyce od już wielu lat, Neolith gra zupełnie inaczej. Mierząc czas samymi wydawnictwami, można powiedzieć, że od 2004 r. muzycy bezlitośnie hałasują na deathmetalową nutę. Na mającej ukazać się 2 marca "Izi.Im.Kurnu-Ki" nie będzie inaczej, a nawet jeszcze szybciej i ciężej. Jednak śpieszenie się ku uciesze diabła nie zawsze było domeną Neolith.

Neolith w 1993 r.  /  Fot.facebook.com/neolith
Początki zespołu to 1991 r., a zatem czas, gdy w rodzimym podziemiu niepodzielnie królowały death i thrash metal. Jednak lada moment fala klimatycznego grania miała dotrzeć także do Polski. I dotarła, co w jakiejś mierze dało się usłyszeć również na surowym "Death Comes Slow", debiutanckim demo Neolith. Stało się tak w znacznej mierze dzięki licznym zwolnieniom, melodyjnym partiom gitar oraz skromnym śladom klawiszy i wokalom niejakiej Moniki. Te nastrojowe fragmenty były jednak zaledwie uzupełnieniem wspomnianego deathowo-thrashowego punktu wyjścia. Niemniej taśma spodobała się na tyle, że o zespole zrobiło się głośniej, a rzeczone proporcje niebawem miały ulec zmianie. Nadchodził rok 1995, tak kluczowy także dla rodzimego klimatycznego grania.


Dokładnie połowa ostatniej dekady XX w. to czas ukazania się kultowych dziś wśród sympatyków polskiego doom metalu materiałów demo Sirrah, Atrophia Red Sun, Unnnamed, Melancholy Cry i Nightly Gale. Wówczas wydano również debiutanckie płyty Cemetery of Scream oraz Corruption. Na tej samej fali zwolennikom melancholijnego grania dało się także poznać rzeczone Neolith. Demo "Journeys Inside the Maze of Time" było wyraźnym zwrotem ku atmosferze, która wówczas świeciła największe triumfy. Jeszcze więcej gitarowych melodii i klawiszy oraz wolnych i średnich temp, uzupełnionych szeptanymi wokalami. Słowem, kwintesencja dziś coraz rzadziej praktykowanego gatunku.


Jak się okazało, ta kaseta nie była jedynie incydentem. W 1996 r. muzycy nagrali jeszcze bardziej nastrojowy pięcioutworowy materiał promocyjny, który na tyle spodobał się Ceremony Records, że został wydany na kasecie wraz z niejako wznowieniem "Journeys Inside the Maze of Time". Co ciekawe, partie klawiszy na "Promo '96" nagrywał U.Reck, muzyk doskonale znany z Lux Occulty. Zespół był wówczas na fali wznoszącej. Kaseta wypuszczona przez Ceremony zbierała bardzo dobre recenzje i dobrze się sprzedawała. Jednak czas klimatycznego grania powoli dobiegał końca i siłą rzeczy także zwieńczenie najbardziej nastrojowego rozdziału w historii Neolith.


Paradoksalnie coś kończyło się wraz z debiutanckim "Igne Natura Renovabitur Integra". Wydanej w 1998 r., wreszcie na kompakcie, pierwszej regularnej płycie Neolith bliżej było do black metalu w stylu Lux Occulty niż mocno doomowej przeszłości zespołu. Owszem, wciąż melodyjnie, bardzo klawiszowo, z dużą dawką nastroju, ale jednak agresywniejsze partie wokalne i bardziej surowe brzmienie zwiastowały zmianę. Dobre recenzje w kraju i za granicą nie mogły dziwić. Nawet dziś przyjemnie słucha się tego wydawnictwa, wspominając schyłek lat 90. Niemniej to był koniec. Bardzo liczne zmiany w składzie nie mogły nie odcisnąć piętna na stylistyce grupy. Począwszy na wydanym w 2004 r. "Immortal", a na nadchodzącej premierze "Izi.Im.Kurnu-Ki" skończywszy, mamy do czynienia z muzyką śmierci,  miejscami mniej bądź bardziej kojarząca się z black metalem. Trudno się dziwić. W Polsce muzyczna ekstrema zawsze cieszyła się dużą dozą sympatii, natomiast szeroko rozumiane klimatyczne granie co najwyżej stanowiło margines, a teraz nawet zeszło nie tyle do Hadesu, co wręcz Tartaru. Odsuwając jednak te rozważania gdzieś na bok, trzeba przyznać, że Neolith miało swój niezaprzeczalny udział w współtworzeniu muzycznej rodzimej historii lat 90. Czy szkoda, że już tak nie gra? Bynajmniej. To definitywnie zamknięty rozdział, ale przyjemnie byłoby posiadać kompaktowe wznowienie chociażby "Trips Through Time and Loneliness". Mało realne, choć nie niemożliwe.

czwartek, 15 stycznia 2015

Wicher wciąż wieje

Rodzimy black metal przeżywa obecnie drugą młodość. Ma się naprawdę dobrze, biorąc pod uwagę wzbudzane zainteresowanie, zwłaszcza w porównaniu do gatunkowego zastoju przełomu wieków, będącego konsekwencją wypalenia się formuły czasu dość radykalnych latach 90. Oczywiście na usta samo ciśnie się pytanie, czym jest dzisiaj black metal? Odpowiedź zaś brzmi, że muzycznie bezsprzecznie czymś innym, choć na swój sposób równie smolistym, o czym świadczą płyty m.in. Furii, Thaw i Morowe. Ale obecna scena to nie wszystko. Jest także burzliwa historia rodzimej czarnej muzyki i jej spuścizna, o czym przypominają liczne witryny w odmętach naszego internetu oraz poczynania co poniektórych wydawców wznawiających ważne, ciekawe, a niekiedy także i kluczowe albumy. Teraz do coraz liczniejszego grona reedycji można wreszcie zaliczyć jedyną regularną płytę pozostałą po wejherowskim Sacrilegium.

Sacrilegium w 1996 r.  /  Fot. facebook.com/SacrilegiumOfficial
Trudno wyobrazić sobie zestawienie najważniejszych rodzimych blackmetalowych wydawnictw, w którym nie znalazłby się "Wicher". Dziś to płyta kultowa, wzbudzająca szacunek i sentyment, jednym tchem wymienia na obok najważniejszych krążków m.in. Christ Agony, Thy Worshiper, Taranis, Holy Death, Graveland, a także wczesnego Behemoth. Z perspektywy czasu, bo raczej nie scenicznych antagonizmów lat 90., nie ma znaczenia, komu było bliżej do Szatana, a komu do Odyna, Thora, bądź Świętowita. Z kronikarskiego punktu widzenia liczy się przede wszystkim muzyka i to, co dane wydawnictwo wniosło do dorobku rodzimej sceny. A "Wicher" wniósł dużo.



Dla wielu już na krótko po premierze w 1996 r. długogrający debiut Sacilegium stał się obiektem kultu, który niewątpliwie przetrwał do dziś i obecnie rozkwitła na nowo za sprawą reedycji z ramienia pierwotnego wydawcy, czyli Pagan Records. Pytanie zatem nasuwa się samo. Dlaczego to wydawnictwo, które przecież nie mogło porazić wtedy i nie razi też dziś ani warstwą kompozytorską, ani produkcją, stało się tak ważne? Odpowiedź ma przynajmniej kilka płaszczyzn. Niewątpliwie olbrzymią zaletą "Wichru" było jego ukazanie się w czasie, gdy znaczna część sceny wciąż pozostawała pod silnym wpływem wydarzeń z Norwegii. Sacrilegium zaproponowało jednak coś innego, coś zdecydowanie bliższego mieszkańcom krainy położonej między Odrą a Bugiem. Owszem, w jakimś stopniu muzyczne wpływy z Bergen i okolic zostały przeniesione na słowiański grunt, ale słuchając "Wichru", można było mieć uzasadnione poczucie, że to jest "nasza" muzyka i "nasza" płyta. Pomimo surowości dźwięków, złagodzonej jednak nieco przez klawisze, z muzyki Sacrilegium biła szczerość, po prostu autentyczne emocje budujące charakterystyczny klimat tego wydawnictwa. W końcu ile można było słuchać o paleniu kościołów oraz nienawiści do i tak nieżyjącego już niegdysiejszego mieszkańca Nazaretu?



Jednak przeniesienie do muzyki szczerych emocji i ducha pomorskich lasów to nie wszystko. Na niekwestionowaną pozycję "Wichra" należy także spojrzeć z bardziej pragmatycznej strony. Płyta ukazała się w 1996 r. nakładem prężnie działającej Pagan Records, za którą do dziś stoi Tomasz Krajewski, uważany za jednego z akuszerów rodzimego black metalu. W końcu to jego wytwórnia wydała dwie taśmy demo i pierwszą płytę Behemoth. Co więcej, debiut Sacrilegium, w przeciwieństwie do demówki "Sleeptime", ukazał się nie tylko ona kasecie, ale i na kompakcie, co w tamtym czasie w przypadku tej muzyki było dość dużą nobilitacją. Trudno także nie zwrócić uwagi na koncerty wejherowian m.in. u boku rzeczonego Behemoth oraz Christ Agony, i to także w Niemczech, gdzie "Wicher" doczekał się osobnego wydania. To wszystko trafiło na szalenie podatny grunt. Wówczas głód black metalu, nieważne już jakiej maści, był bardzo duży.

Okładka pierwsze go wydania "Wichru"
Wznowienie tego albumu to przede wszystkim prezent dla każdego, kto pamięta tamte czasy, a nie było mu dane pozyskać od lat wyprzedanego kompaktowego wydania. W końcu kasety żyją krócej, a i z komputera, choć nie każdy musi podzielać ten pogląd, nie słucha się tego tak przyjemnie. Pozostaje również walor czysto edukacyjny. Młodzież wychowana chociażby na późniejszych płytach Dimmu Borgir być może wsadzi nos w kroniki rodzimej sceny i zacznie przeglądać zakurzone archiwa. W końcu jest w czym wybierać. Słowem, moda na reedycje krajowych klasyków trwa w najlepsze i miejmy nadzieję, że to jeszcze nie koniec.

piątek, 9 stycznia 2015

Niechciani, intrygujący, zapomniani

Dziesięć lat temu, z pewnością przy okazji jakiegoś koncertu, zjawiłem się w pierwszej jeszcze siedzibie warszawskiego klubu Progresja. Wówczas podszedłem do baru i zapytałem, czy można jeszcze nabyć płytę niejakiego Daemonicium. Pracownik popatrzył na mnie z miną świadczącą, że zupełnie nie wie, o co mi chodzi, po czym doznał olśnienia i kazał mi zaczekać. Po chwili wrócił z kompaktem i w ten sposób w moich rękach znalazła się jedyna regularna płyta tej niemal zapomnianej już jeleniogórskiej grupy, która swego czasu wywołała niemałe zamieszanie na rodzimej scenie. Szkoda, że zniknęła równie szybko, jak się pojawiła.  

Daemonicium w 2004 r.  /  Fot. Arch. zespołu
Skuteczne przyciągnięcie uwagi zespół zawdzięczał trzem powodom. Po pierwsze, w obliczu powszechnie granej w podziemiu muzyki śmierci, melodyjny i energiczny black metal stanowił przyjemną odmianę dla ucha. Po drugie, w parze z rzeczonym kontrastem szło wykonanie i profesjonalna produkcja debiutanckiej płyty, za którą odpowiadali bracia Wiesławscy z białostockiego studia Hertz. Zaś po trzecie, koncert na Castle Party w 2004 r. był na tyle udany, że został dobrze zapamiętany i odbił się szerokim echem. Zatem co się stało? Tego już trudno się doszukać. Po prostu nagle muzycy przestali dawać znaki życia. A szkoda, gdyż płyta "Through Time and Death", mimo że, mówiąc delikatnie, nie należała do pionierskich, to nawet po dekadzie swoją solidnością zasługuje na to, by o niej wspomnieć.


Stylistycznie Daemonicium najbliżej było do Cradle of Filth, co bardzo wyraźnie słychać niemal w każdej minucie ich debiutu. Praca gitar, szybkość perkusji, klawisze i w końcu partie wokalne, na szczęście nie aż tak wysokie jak u Danny'ego Filtha, w zasadzie są w linii prostej stylistyczną kopią dokonań Brytyjczyków, a mimo to spotkały się z bardzo dobrym przyjęciem. Dlaczego? Otóż muzycy znaleźli sposób na zręczne poruszanie się w wąskich ramach gatunku. Zamknęli drzwi do sali prób od środka i kosztem koncertów, jak i wszelkiej innej możliwej obecności, przez rok, a może i dłużej, pracowali nad następcą surowego demo "Lord of Moon" z 2001 r. W efekcie "Through Time and Death" to płyta pełna energii, szybkości i nastroju. Nawet jeśli ktoś nie sięgał po tę odmianę black metalu, i tak musiał przyznać, że to udana zamknięta całość. Co ciekawe żadna większa rodzima wytwórnia nie chciała wydać tej płyty. Widać fonograficzni włodarze nie wierzyli, że mogą na tym zarobić i woleli wyłożyć pieniądze jedynie z myślą o rozpoznawalnych już wykonawcach. Dlatego ostatecznie to sami zainteresowani sięgnęli do kieszeni, inwestując w profesjonalną poligrafię i tłoczenie. Tym samym dziś fizyczna kopia ich debiutu jest jeszcze trudniejsza do zdobycia. 

Fot. Last.fm
Pomijając fakt, że początki Daemonicium to jeszcze druga połowa lat 90., tak naprawdę w świadomości odbiorców zespół działał mniej więcej kilkanaście miesięcy, a według złośliwych był zaledwie czysto sezonowym kolektywem. W końcu wszystko skupia się wokół 2004 r., czyli premiery płyty i wspomnianego występu na Castle Party. Owszem, były i inne koncerty, także odnotowanie premiery debiutu na zachodzie Europy, ale tu dość nagle historia się urywa. Szkoda, gdyż ten zespół miał potencjał, by wyjść ze sztywnych ram gatunku i podjąć próbę zaproponowania czegoś więcej. Jedni uważają, że zawiesił działalność, inni, że definitywnie się rozpadł. W każdym razie od wielu już lat nikt nie słyszał o Demonicium. Tak wiele zaczęło się na jego debiutanckiej płycie i tak wiele się na niej skończyło. 

wtorek, 7 października 2014

Upiór w operze

Ileż to kaset rodzimych zespołów można dziś znaleźć w kartonach schowanych w piwnicy lub na strychu? I zarazem jak wiele z nich będzie pozostałością po wydawniczej działalności, podczas której tworzącym je muzykom nie było dane doczekać się kompaktowego wydania jakichkolwiek nagrań? Dużo, zdecydowanie za dużo. Ale takie to były czasy. Jeszcze nawet na początku drugiej połowy lat 90. kaseta magnetofonowa była w Polsce podstawowym nośnikiem muzyki. Dlatego zdecydowana większość kończących wówczas działalność grup nie doczekała się możliwości samodzielnego wydawania swoich płyt i demówek na mających wkrótce rozpowszechnić się płytach cd-r. Owszem, po latach część z nich wznowiono w profesjonalny sposób, ale to i tak wciąż promil tego, co zostało po rodzimej scenie ostatniej dekady ubiegłego wieku. Za przykład niech posłuży łódzka Dark Opera, po której pozostały zaledwie dwie kasety. To zespół, o którym z każdym rokiem pamięta coraz mniej osób. A szkoda.

Dark Opera w 1994 r., czasy "Calling The Legend"
Powstałe również w Łodzi Pandemonium i Tenebris wciąż istnieją, dlatego nadal podtrzymują zainteresowanie starszych fanów i starają się przyciągnąć nowych. Z kolei pamięć o Imperator jest nieustannie żywa za sprawą niemal każdej publikacji dotyczącej rodzimej sceny przełomu lat 80. i 90. Nie zapomniano także o Sacriversum, mimo że od przerwania jego działalności minęła niemal dekada. Z Dark Opera jest już inaczej. Wszystko dlatego, że o zespole słuch zaginął w okolicach 1995 r., niedługo przed eksplozją dostępu do internetu i rozpowszechnieniem się cyfrowych nośników dźwięku oraz informacji. Wielu do dziś twierdzi, że jedną z głównych krajowych inspiracji łodzian było Pandemonium. Być może, ale warto również przypomnieć, że na początku działalności zespół Pawła Mazura wręcz garściami czerpał z dorobku Samaela. Zatem wnioski można wyciągnąć samemu. 


Z dzisiejszej perspektywy Dark Opera pozostaje jak najbardziej reprezentatywnym przedstawicielem swoich czasów. Początek lat 90. to przenikanie się death i doom metalu, a w zasadzie wolniejsze granie pomysłów rodem z pierwszego gatunku, co w konsekwencji zaowocowało bardziej klimatyczną odmianą muzyki zagłady. Takie też są taśmy "The Day of Pariah" oraz "Calling The Legend". Pierwszą z nich, będącą jeszcze kaseta demo, zespół wydał sam, skutecznie przyciągając uwagę Carnage Records Mariusza Kmiołka, który dość szybko wznowił ją jeszcze w 1992 r. Drugi materiał ukazał się dwa lata później za sprawą również zasłużonej dla krajowej ceny Baron Records. W obu przypadkach to surowe, acz nierzadko melodyjne granie, z przewagą wolnych i średnich temp. Lepiej próbę czasu zniosło "Calling The Legend", co w linii prostej wynika ze znaczniej lepszej produkcji. Dużo w tym majestatu, ciężaru, ciemności i nastroju budowanego przede wszystkim przez głębokie i podbite basem growle. To prawda, że na początku lat 90. wielu rodzimych muzyków, wpatrzonych w dopiero co rozpoczęte wówczas na Zachodzie apogeum muzyki metalowej, wyraźnie naśladowało pomysły tych najlepszych. Zazwyczaj miało być mrocznie, ciężko i śmiertelnie poważnie. Muzykom Dark Opera w pełni to się udało, choć z drugiej strony nie można też powiedzieć, by bezmyślnie kopiowali zawartość swoich domowych zbiorów kaset. To byłaby gruba przesada.
"The Day of Pariah", debiutanckie demo Dark Opera
Skoro 20 lat temu takich zespołów w Polsce nie brakowało, to dlaczego dziś warto zwrócić uwagę akurat Dark Opera? Powodów jest kilka, a kluczowym pozostaje szacunek, którym kiedyś cieszył się zespół oraz uznanie, z jakim jest dziś wspominany przez cyfrowych archiwistów rodzimej sceny. Co więcej, takiej syntezy death i doom metalu już się nie gra. Nad Wisłą od zawsze panowało pędzenie po gryfach ku uciesze diabła, a tu było inaczej. Liczył się nie tylko ciężar, ale i majestat oraz nastrój. Owszem, miejscami nagrania łodzian brzmią topornie i surowo, niemniej w pełni pozostają znakiem tamtych czasów - czasów  kaset, kserowanych zinów, prężnie działającego podziemia i wypełnionych po brzegi wszelkich możliwych miejsc, w których organizowano koncerty. Szkoda, że zespół nigdy nie doczekał się kompaktowego wydawnictwa, nawet po latach. Zremasterowane poniższe "Calling The Legend" mogłoby zabrzmieć o wiele lepiej niż niejeden tego typu wznowiony album. Cóż, może kiedyś?