sobota, 7 września 2019

Kalabalik på Tyrolen, czyli chaos po szwedzku

Gdy trzy lata temu wybrałem się na Castle Party, na polu namiotowym poznałem kilkoro rodaków na co dzień mieszkających w Szwecji. Wówczas po raz pierwszy usłyszałem o festiwalu Kalabalik. A w zasadzie o Kalabalik på Tyrolen, którego nazwę można przetłumaczyć jako Chaos w Tyrolu. Zapomnijcie jednak o nartach w Austrii czy Włoszech. W tym przypadku Tyrolem jest lunapark powstały w latach 60. Wesołe miasteczko wybudowane w zasadzie pośrodku niczego, czyli w pobliżu lasów i polodowcowego jeziora. To w nim mieli spędzać czas i integrować się mieszkańcy okolicznych wsi i miasteczek. Zresztą robią to do dzisiaj przy większych lub mniejszych okazjach. Jednak raz do roku to lokalne centrum nieco biesiadnej rozrywki przyciąga innych ludzi. Raz do roku Tyrol staje się kopalnią, w której można natrafić na nieodkrytą jeszcze żyłę muzyki spod znaku cold wave, synth pop, new wave, EBM i innych okolicznych gatunków. Jeśli będziecie znali choć połowę corocznie ogłaszanego składu, osobiście Wam pogratuluję.

Wejście na teren festiwalu  /  fot. Kamil Mrozkowiak

To kameralny festiwal odwiedzany przez ok. 500 osób. Jego organizator Christoffer Gunnarsson osobiście wyszukuje mało znanych i absolutnie niszowych wykonawców, nie rzadko odwiedzając przy tym różne zakątki Europy. Dlatego na Kalabalik på Tyrolen grają zarówno muzycy z Białorusi, Gruzji, Islandii, jak i Meksyku. Co ciekawe, to właśnie tutaj grały m.in. She Past Away oraz Kælan Mikla, gdy nie były jeszcze znanymi zespołami. W liczącej dziewięć lat historii imprezy nie brakowało i polskich akcentów - m.in. hiszpańskiego Belgrado z Patrycją Proniewską przy mikrofonie, czy urodzonego nad Wisłą, a mieszkającego w Berlinie, Jemka Jemowita. Co prawda, w tym roku byłem jedną z zaledwie dwóch osób, które przyleciały na festiwal bezpośrednio z Polski, ale nie oznacza to, że na polu namiotowym słychać tylko szwedzki i angielski. Kilkuosobowa grupa naszych rodaków żyjących w Kraju Trzech Koron od lat odwiedza lunapark wybudowany przy wsi Blädinge. Ale po kolei. W końcu na festiwal najpierw trzeba dojechać. A w zasadzie i dojechać, i dolecieć.

Port lotniczy w Kopenhadze  /  fot. Kamil Mrozkowiak

Najlepiej wybrać samolot do Kopenhagi. Pod terminalem wsiadamy w pociąg do Alvesty. Przejeżdżamy przez most Orsund łączący Danię ze Szwecją, mijamy Malmö i po dwóch godzinach jesteśmy w Alveście. Stamtąd możemy wziąć taksówkę lub busa bezpośrednio na teren festiwalu obok Blädinge. Im więcej osób na jeden kurs, tym taniej. Skąpych czeka półtoragodzinny spacer z plecakami. Na upartego można również najpierw polecieć do Malmö, ale tam przesiadka na pociąg jest o wiele bardziej skomplikowana. Nie polecam.

Szwedzka prowincja, klimat jak w "Dzieciach z Bullerbyn" /  fot. Kamil Mrozkowiak

Pole namiotowe sąsiaduje z porośniętym mchem kurhanem sprzed ponad dwóch tys. lat. Atmosfera jest jednak dość wesoła, choć dopiero po rozbiciu namiotu. Grunt jest pełen kamieni. Bez młotka ani rusz. Chyba że zdecydujecie się na wynajem kampera. Istnieje taka możliwość. Rozbicie namiotu jest bezpłatne, ale na polu nie znajdziecie bieżącej wody. W zamian postawiono tysiąclitrowy zbiornik, z którego każdy może korzystać. Sprawdził się. Wody nie zabrakło. Sanitariaty stanowią trzy sławojki, w tym jedna duża dla niepełnosprawnych. Porcelanowe luksusy znajdują się jednak na biletowanym już terenie festiwalu. W zasadzie na upartego można bawić się bezpłatnie w otwartym dla wszystkich, postawionym przed festiwalową bramką, namiocie z setami dj-skimi, ale nie po to przyjeżdża się na Kalabalik.

Widok na pole namiotowe  /  fot. Kamil Mrozkowiak

Jak wszyscy wiemy, Skandynawia jest droga. Dwudniowy karnet kupiony na bramce kosztuje 900 koron, czyli ok. 360 zł. Za jednodniowy zapłacimy nieco ponad 400 koron (ok. 160 zł). Oczywiście im wcześniej kupimy bilet, tym będzie taniej. Nawet do ok. 100 zł na naszą korzyść wg. bieżącego kursu. Po otrzymaniu opaski możemy wejść do środka. Informacje o cenach jedzenia i alkoholu znajdziecie na końcu tekstu.

Główna ścieżka prowadzi wprost na dużą scenę  /  Fot. Dobra dusza

Tutaj nie można się zgubić. W tle po lewej mała scena  /  fot. Kamil Mrozkowiak

Główny gmach lunaparku. W środku duża scena  /  fot. Kamil Mrozkowiak 

W Tyrolen regularnie odbywają się pojedyncze koncerty, wyświetla się filmy w ramach kina samochodowego, nie brakuje też festiwali, jak np. Kalabalik. A że park ma bogatą historię i status niemalże zabytku, na otaczających go murach wciąż widnieją niemal sześćdziesięcioletnie podobizny Beatlesów czy Elvisa Presleya. Znajdzie się również ruletka i flipper z dawnych czasów. Ale w tym wszystkim najważniejsze są dwie sceny - duża w pełni drewnianym, przypominającym cyrkowy namiot, budynku oraz odległa ok. 40 metrów, jej mniejsza siostra, również  zadaszona. Koncerty zaczynają się ok. godz. 18 i trwają do 2 w nocy. Potem zabawa przenosi się do ogólnodostępnego namiotu przed wejściem na festiwal. Co ważne, koncerty odbywają się przemiennie. Zatem można obejrzeć występ każdego zaproszonego artysty, zaliczając przy okazji lunaparkowe huśtawki.

Duża scena  /  Fot. Kamil Mrozkowiak

Czekając na pierwszy koncert  /  fot. Kamil Mrozkowiak

Tyrolen to podróż w czasie do lat 60.

Drewniany dach nad dużą sceną, całkowity zakaz palenia  /  Fot. Dobra dusza

Chwila rozrywki podczas migracji między scenami / fot. Kamil Mrozkowiak

Mała scena  /  Fot. Kamil Mrozkowiak

Najbardziej zależało mi na Minut Machine. Francuzki odwołały w tym roku warszawski koncert z Die Selektion, zatem wypadało nadrobić zaległości. Było warto, solidny dark wave znad Sekwany, który w październiku będzie można usłyszeć we Wrocławiu w ramach tamtejszego Return To The Batcave Festival. Równie dobre wrażenie pozostawił zbliżony gatunkowo holenderski Bragolin. Warto wyróżnić także grupy, na które zwracałem Waszą uwagę w zapowiedziach festiwalu. Wszystkie dały dobre koncerty - francuski Potochkine z uroczą wokalistką, gruzińsko-meksykańska i zimna do szpiku kości Isotropia oraz Sólveig Matthildur z Kælan Mikla w solowym repertuarze. A jak ktoś miał ochotę zwyczajnie pobawić się przy dobrym bicie podszytym kpiarstwem, mógł to zrobić na koncercie szalonych Finów z Romanssi czy Jemka Jemowita, Polaka w zasadzie całe życie mieszkającego w Niemczech. Nota bene, Jemek grał również m.in. na pierwszej edycji festiwalu w 2011 r. Warto było również zobaczyć szwedzki Kantor, przypominający niekiedy In Slaughter Natives,  czy nieco improwizowaną inicjatywę Madonna + Child, projekcie drugiej już z dziewczyn z Kælan Mikla.


Minuit Machine  /  fot. Kamil Mrozkowiak

Kantor  /  fot. Kamil Mrozkowiak

Sólveig Matthildur z Kælan Mikla / fot. Kamil Mrozkowiak  

Duża scena  /  fot. Kamil Mrozkowiak

Mimo że festiwal to koncerty zaplanowane na piątek i sobotę, nie warto wyjeżdżać w niedzielę z samego rana. Co prawda, bramy terenu festiwalu będą już zamknięte, ale tego dnia w oddalonym ok. 15 minut pieszej drogi kościele we wsi Blädinge zawsze coś się dzieje. Można zjeść śniadanie (70 sek / 30 zł za szwedzki stół) i wziąć udział w... No właśnie. Koncercie, owszem, ale nie takim oczywistym. W tym roku w XVII-wiecznej luterańskiej świątyni pół akustyczny set dało białoruskie Molchat Doma. Panowie z Mińska grali dwa utwory, a lokalny pastor, odprawiał część nabożeństwa. I tak na przemian. Wyglądało to dość osobliwie. W zabytkowych drewnianych ławach fani zimnego grania i garstka mieszkańców, a przed nimi zwróceni plecami do ołtarza Białorusini, którzy specjalnie na tę okoliczność przearanżowali syntezatorowe utwory. Ciekawe doświadczenie i nieco mniej oficjalne zakończenie festiwalu. Potem już tylko powrót na pole namiotowe, szybka kąpiel w pobliskim jeziorze, kilka pożegnań i skorzystanie z podwózki do Malmö (Dzięki, Piotrek!).

Molchat Doma w kościele w Blädinge  /  fot. Kamil Mrozkowiak

Chrzcielnica z runami. Rzadki widok  /  fot. Kamil Mrozkowiak

Piękne i czyste jezioro, 15 min. od pola namiotowego / fot. Kamil Mrozkowiak

Kalabalik på Tyrolen to bardzo kameralna i równie przyjazna impreza. Można zobaczyć niszowych wykonawców i odpocząć jak na wakacjach. Pobliskie jezioro to stałe miejsce wizyt uczestników festiwalu oraz muzyków. Właśnie. Muzycy bawią się tutaj jak wszyscy pozostali. Na koncertach nie ma barierek, a po występie można podejść i porozmawiać bez żadnego problemu. No ale to Szwecja. Tu społeczeństwo funkcjonuje na innych zasadach. To oczywiście ma swoje dobre i złe strony, ale w Tyrolen tych drugich nie ma. Słowem, przygoda, którą szczerze polecam.


Kilka przydatnych wskazówek


- biletu kolejowego nie kupimy w pociągu; kary są wysokie, więc automat na peronie lub aplikacja

- nie wszędzie można płacić kartą, a bankomatu brak; zabierz nieco szwedzkich koron

- cena drugiego dania to ok. 100-110 sk / ok. 40 zł (pizza lub kiełbasa z dzika z warzywami)

- piwo 60 sk / ok. 25 zł (lager), 90 sk / ok. 36 zł (ipa) 

- za dnia wybierz się nad pobliskie jezioro, do 18 nic się nie dzieje

- pole namiotowe jest bezpłatne

- zabierz młotek, grunt jest pełen kamieni

- brak bieżącej wody na polu namiotowym; jest ogólnodostępny zbiornik

- stacjonarne toalety wyłącznie za bramką bramką, na terenie lunaparku

- warto zajrzeć na stronę organizatora festiwalu (po angielsku)

- kompakty 100 - 120 sek (ok. 40 - 50 zł), winyle ok. 150 sek (ok. 60 zł)

- wyprawa na ok. 1500 zł; już z lotami, karnetem i bez przesadnego szczypania się na miejscu

sobota, 15 czerwca 2019

Nikt nie będzie pamiętał

Siedem lat temu na tej stronie napisałem kilka wspominkowych słów o zimnofalowym katowickim Garażu w Leeds. Konkluzja była niestety dość gorzka, zamykając się w jednym wielkim żalu do ponurych lat 80. Lat, które z jednej strony niejako stworzyły tak przejmującą i dobrą muzykę, ale które w naszym kraju równie skutecznie zatrzaskiwały drzwi przed zwykłymi ludźmi. Ludźmi bez znajomości, bez pleców. Ludźmi z ulicy, którzy tylko marzyli o graniu koncertów i zarejestrowaniu swojej muzyki na coś więcej niż wysłużoną kasetę w magnetofonie Grundiga. Dlatego tak wiele zespołów i ich nagrań przepadło bez echa. A jeśli po latach ktoś sobie o nich przypomniał, siłą rzeczy nie było archiwów, do których można by wrócić. Ale cuda się zdarzają. Rzadko, bo rzadko, ale jednak. Tak jak w przypadku Garażu w Leeds.

Garaż w Leeds, fot. Mirosław Makowski, Adam Białoń pierwszy z Lewej
Pół roku po moim wpisie w komentarzach znalazłem kilka słów od Adama Białonia, wokalisty Garażu, którego możecie znać również z Nowego Horyzontu i Düsseldorfu. 

Witaj, reedycja raczej nie ma szans. Łukasz i ja próbujemy coś naleźć dla Requiem, niestety rodzi się to w bólach. Właściwie materiały zaginęły. Mam kilka mp3. Mieszkam teraz w Warszawie i mam utrudnione kontakty z nielicznymi ludźmi na Śląsku, którzy mogą mieć jeszcze jakieś nagrania. 

Pozdrawiam serdecznie



Faktycznie, sprawa rodziła się w bólach. I to do tego stopnia, że poszczególne utwory trzeba było wybierać z tego, co udało się niegdyś zgrać z kaset VHS, na których amatorsko uwieczniono koncerty Garażu w Leeds. A że płyta z surowym materiałem trafiła do studia z kanadyjskiego Vancouver, to nietrudno wyobrazić sobie skalę przeciwieństw. Ale ostatecznie wszyscy zaangażowani w projekt dopięli swego. Jeśli jesteście zatem ciekawi, co udało się ocalić, i jak to dzisiaj brzmi, nadstawcie ucha na zapis Melodii z 3 czerwca. Wówczas w studiu przy Bednarskiej 2/4 zjawił się Adam Białoń. Ten sam, którego na powyższym zdjęciu widzicie w samoróbce koszulki "Closer" Joy Division.

fot. Kamil Mrozkowiak
"Nikt nie będzie pamiętał" - przewrotny tytuł kompilacji archiwalnych nagrań Garażu w Leeds. Przewrotny i bezpośrednio nawiązujący do tekstu "Szeptu pamięci", jednego z zaledwie dwóch ocalałych studyjnych nagrań Garażu. Jest to jednak utwór o tak olbrzymiej sile, że trudno dziwić się wspominanemu nawiązaniu. Słowem, warto znać, warto pamiętać. Nawet wbrew tytułowi.


niedziela, 2 czerwca 2019

Piachem po uszach

Czasem zdarza się, że jeszcze przed opublikowaniem muzyki w sieci dany zespół kontaktuje się ze mną, pytając o możliwość wypuszczenia na antenie jego debiutanckich nagrań. A że zazwyczaj w mailowej skrzynce znajduję wiadomości od muzyków znających specyfikę Melodii, chętnie udzielam im pozytywnej odpowiedzi. I tak też było tym razem, gdy napisał do mnie założyciel rodzimego Sandbreaker.

Okładka debiutanckiej epki Sandbreaker

Nadawca listu poprosił mnie o dochowanie tajemnicy, zatem nie mogę zdradzić, z kim prowadziłem korespondencję. Ale nie ma to większego znaczenia, gdyż tak na naprawdę liczy się muzyka. A Sandbreaker to istny doomowy walec przetaczający się po pustyni w cieniu piramid. Debiutancka epka, zatytułowana po prostu "Sandbreaker", przyniosła zaledwie kwadrans muzyki, ale te cztery utwory wystarczyły, by natychmiast posypały się propozycje wydania debiutu na kompakcie i perspektywa regularnej już płyty. Zaintrygowani? Nadstawcie ucha na niedawne Melodie Mgieł Nocnych. Tam epkę Sandbreaker usłyszycie w całości.



W Polsce takiej muzyki już nie gra się od wieków. Zresztą, niewielu grało nad Wisłą coś podobnego. Jeśli jednak cenicie sobie stare, dobre lata 90., nie będziecie rozczarowani. Sandbreaker to solidne i czarne jak smoła pogrzebowe granie. Granie, jakże wyraźnie odwracające się plecami do modnego obecnie podejścia do doomowej muzyki. Słowem, bezkompromisowy old-school w najczystszej postaci. Melodie szczerze polecają.

niedziela, 26 maja 2019

Podskórne zimno

Istnieje kilku rodzimych wykonawców, których poznaliście w Melodiach wraz z opublikowaniem przez nich pierwszej demówki, a nawet ledwie pierwszego nagrania. Czasem decydował o tym przypadek, dzięki któremu dokopałem się do jakiegoś nowego zespołu, czasem to sami zainteresowani kontaktowali się ze mną, szukając sposobu na promocję debiutu. Dziś to bez znaczenia. Teraz, po latach, najważniejsze jest to, kto sobie poradził, czyli tak naprawdę, czyja muzyka obroniła się sama. A że istnieje m.in. jeden bardzo dobry przykład takiej historii, odczuwam  tym większą satysfakcję, że najpewniej jako pierwszy w radiowym eterze zaproponowałem Wam coś, o czym jest teraz relatywnie głośno. Relatywnie, bo rodzime dark independent i okolice to zawsze będzie nisza. 

undertheskin przed She Past Away, 27.04.19, Warszawa  /  Fot. Kamil Mrozkowiak

Mowa o undertheskin, solowym projekcie Mariusza Łuniewskiego, czyli po prostu popularnego Voida z Deathcamp Project. I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od nocnego komponowania na laptopie we własnych czterech ścianach, a teraz mamy do czynienia z doskonale znanym zespołem, udanie koncertującym również po drugiej stronie Odry. Ale co ja Wam będę o tym pisał. Posłuchajcie, jak w marcu 2016 r. o początkach, w zamiarze jedynie projektu, i okolicznościach powstawania debiutanckiej płyty opowiadał mi sam Mariusz.   




Tę archiwalną audycję potraktujcie jako wstęp do rozmowy, którą przeprowadziłem z Mariuszem tej wiosny, gdy w nasze ręce trafiał "Negative" - drugi album undertheskin. To ważne wydawnictwo, zaspokajające nieco rodzime audytorium. Audytorium może nieprzesadnie liczne, ale z pewnością wiecznie głodne nowych zimnych, a tym bardziej dobrych krajowych, płyt. 


Słowem, bardzo owocna rozmowa, pełna wielu ciekawych informacji, uzupełniona prezentacją większości nagrań, jakie znajdziemy na "Nagative". Warto nadstawić ucha.

niedziela, 28 kwietnia 2019

Kwestia kultury

Nie tak dawny koncert w warszawskim klubie Palladium, ok. godz. 19. Do biletera na bramce podchodzi starszy pan z trzymającą się za nim osobą towarzyszącą. Dodajmy, podchodzi z charakterystyczną siwą czupryną, równie siwym wąsem i jeszcze bardziej charakterystycznym głosem.

- Przepraszam bardzo, gdzie znajduje się lista gości? - zapytał bardzo uprzejmie.

- Dobry wieczór, Panie Piotrze - odpowiedział bileter, natychmiast poznając, kto właśnie zwrócił się do niego z pytaniem. - Witam serdecznie - dodał po chwili - Proszę przejść tu, za taśmą, z lewej strony, do kolegi.

- Dziękuję bardzo - odpowiedział Pan Piotr i poszedł we wskazane miejsce.


Fot. Pixabay

Nieco ponad dwie godziny później, już po 21. Bileter odprowadza wzrokiem wychodzących uczestników koncertu, zerkając przy tym na zegarek i wyczekując końca pracy. Nagle słyszy dobrze znany mu głos, mijającego go starszego pana.

- Bardzo Panu dziękuję. Do widzenia - powiedział Pan Piotr, kierując się w stronę wyjścia.

Bileter, nieco zaskoczony absolutnie niewymuszoną uprzejmością, podniósł się z barowego stołka, odpowiadając - Ja również dziękuję. Dobranoc, Panie Piotrze. Wszystkiego dobrego.

Pan Piotr Kaczkowski nie miał prawa mnie poznać. Tym bardziej nie miał prawa mnie pamiętać. Ale ja bardzo dobrze zapamiętałem daną mi przez niego lekcję. Ciekawskich odsyłam tutaj

sobota, 6 kwietnia 2019

Baṣniowa muzyka

Jeszcze przed nagrywaniem debiutanckiej płyty, a nawet pierwszym koncertem (!), otrzymali zaproszenie od organizatorów Castle Party. Jeszcze nikt nie słyszał ich muzyki, a już rozpisywano się, że producentem krążka będzie TEN Waldemar Sorychta - swego czasu muzyk Therion i Grip Inc., ale przede wszystkim człowiek odpowiedzialny za brzmienie kultowych dziś płyt m.in. Samael, Moonspell, Unleashed, Tiamat, czy The Gathering. Nieźle, naprawdę nieźle, jak na początek. W zasadzie przed premierą ugrali wszystko, co można było ugrać - pełną atencję i niecierpliwe przebieranie nóżkami przyszłych słuchaczy. A że niedawno nareszcie nadszedł długo wyczekiwany dzień premiery debiutanckiego "No Falling Stars And No Wishes", tydzień przed tym terminem dwoje muzyków warszawskiej grupy Baṣnia zjawiło się w studiu przez Bednarskiej 2/4. 

Baṣnia podczas koncertu, klub Pogłos, fot. Kamil Mrozkowiak
Baṣnia Lipińska i Adam Kaliszewski nie wzięli się znikąd. Wokalistę mogliśmy słyszeć już na płytach Hidden By Ivy i God's Own Medicine, natomiast Adam przez lata grał w Namaah, któremu Metal Mind wydał dwa albumy. Do grupy dołączyła jeszcze sekcja rytmiczna i tak powstała ciekawa mieszanka nieco zimnego grania, mniej bądź bardziej romansującego z post punkiem i alternatywnym popem. Grania, które okazało się dość ciekawą propozycją na tle podobnych rodzimych wydawnictw. 



Zachęcam do nadstawienia ucha. Baṣnia i Adam opowiedzieli wiele ciekawych i mocno zaskakujących historii, jak chociażby droga do współpracy z Waldemarem Sorychtą, czy dosłownie bardzo gorące okoliczności nagrywania płyty w mieszkaniu na jednym z warszawskich osiedli. Inna rzecz, że wówczas w Melodiach wiele nagrań Baṣni zaprezentowałem po raz pierwszy. Wszak do premiery krążka pozostawało jeszcze osiem dni.

sobota, 30 marca 2019

SKY is the limit

Czasem po koncercie zdarza mi się podejść do wykonawcy i zaprosić go do studia. Tak po prostu. Jest tylko jeden warunek - musi grać dobrą i mało rozpoznawalną jeszcze muzykę. Muzykę w pełni zasługującą na dotarcie do szerszego odbiorcy. Muzykę, którą np. po raz pierwszy ponad rok temu usłyszałem w na żywo w warszawskiej Hydrozagadce, a nie tak dawno raz jeszcze w znajdującym się dosłownie za ścianą klubie Chmury. Muzykę SKY.

SKY podczas koncertu, klub Chmury, fot. Kamil Mrozkowiak 

Magda to niepozorna dama, na którą w tłumie nie zwrócicie uwagi. Jeśli jednak zobaczycie ją na scenie i posłuchacie jej przestrzennych, tak przyjemnie odrealnionych i onirycznych dźwięków, na długo zapadnie w Waszej pamięci. Choć niewykluczone, że kojarzycie ją jeszcze z czasów shoegaze'owo-postpunkowego Evvolves, z którym jeździła po Europie, zajmując się automatem perkusyjnym. A jeśli nie, nie szkodzi. Teraz możecie nadstawić ucha na zapis pierwszych marcowych Melodii, po brzegi wypełnionych muzyką SKY i wspomnieniem rzeczonego Evvolves. Wierzcie mi, będzie to nad wyraz dobrze zainwestowane 60 minut. A jeśli nadarzy się okazja, by zobaczyć Magdę na żywo, nie zastanawiajcie się. Choć przy okazji warto wspomnieć, że nieco częściej niż nad Wisłą, można ją spotkać na scenach niszowych klubów rozsianych po całym Starym Kontynencie. "Przypadek? Nie sądzę".


Co ważne, SKY w pełni udostępniła swoje dwa dotychczasowe wydawnictwa. Jeśli więc jej muzyka przypadnie Wam do gustu i zapragniecie posiadać ją w przyzwoitej jakości, cyfrowe wersje kaset "Lullabies" i "Prey" znajdziecie w dziale MP3, których warto posłuchać.

poniedziałek, 18 marca 2019

Historia pewnej pazerności

Nie znoszę pazernych ludzi. Tych, którzy nie potrafią powiedzieć dość. Tych, którzy dyktują ceny z kosmosu, zamierzając wycisnąć wszystko, dajmy na to, z fanów muzyki gotowych wesprzeć cenionego przez siebie wykonawcę. Kilka razy miałem do czynienia z takimi magikami na stoisku z merchem, zarówno w Polsce, jak i za granicą. Jednak jeden z nich w przedbiegach pokonuje całą resztę. Raz na niego trafiłem i sądziłem, że już wystarczy. Nic z tych rzeczy. 

Rome podczas koncertu w Hydrozagadce, Fot. Kamil Mrozkowiak

Sobota, 16 marca, klub Chmury na warszawskiej Pradze. Wraz z osobą towarzyszącą usiedliśmy w fotelach w oczekiwaniu na otwarcie znajdującej się za ścianą Hydrozagadki. Na koncert Grave of Love i Rome organizator miał wpuszczać od godz. 19, zatem zostało jeszcze 20 minut. Czekamy. I nagle przy sąsiednim stole widzę znajomo wyglądającego Niemca z irokezem. Prawdopodobnie Niemca. Widywałem go na różnych koncertach, m.in. w Berlinie. Co więcej, to był ten sam jegomość, który dokładnie rok temu, również w Hydrozagadce, podczas koncertu Rome, odpowiadał za stoisko z merchem. Gdy chciałem wówczas kupić nowy krążek "Hall Of Thatch", dostrzegłem zaklejoną cenę 60 zł i jej następczynię 80 zł. Pan Merch wyjaśniał, że to ostatni egzemplarz, dlatego jest droższy. A to wcale nie był koniec trasy. Pewnie ostatni przeznaczony na warszawski koncert. Zacząłem mu wiercić dziurę w brzuchu i szedłem w zaparte. Po bitych 10 minutach odpuścił z wielką łaską, zatem ostatecznie zdołałem wyszarpać krążek za sześć dych. Dlatego, gdy teraz zobaczyłem go w Chmurach, wiedziałem, że nie obędzie się bez cudów. Nie myliłem się. 


Rome podczas koncertu w Hydrozagadce, Fot. Kamil Mrozkowiak

Jeśli ktoś wszedł do Hydrozagadki zaraz po otwarciu klubu, mógł nieco zaoszczędzić. Wówczas cena jednej płyty, poza dwoma wyjątkami, wynosiła 65 zł. Niestety za niedawno wydaną "Le Ceneri Di Heliodoro" Pan Merch krzyknął 80 zł (w sieci jest podobnie, sprawdzałem w klubie). Suma nieco kosmiczna za nowy i powszechnie dostępny album zapisany na srebrnym plastiku. Słowem, drogo.  W dodatku dotyczyło to też m.in. epki "L'Assassin", którą roku temu kupiłem w tym samym miejscu, od tego samego człowieka za... 40 zł. Wówczas zresztą wszystkie pomniejsze wydawnictwa były w tej cenie. Ale to nie koniec.

Płyty jeszcze po 65 zł, fot. Kamil Mrozkowiak

Do klubu zdążyło wejść 20-30 osób, a cena płyt nagle skoczyła z 65 na 70 zł. Wówczas uznałem, że to przekroczenie psychologicznej bariery. W zasadzie wszystkie te płyty, poza najnowszą, można bez problemu dostać po znacznie lub umiarkowanie niższych cenach. Ostatecznie odmówiłem sobie dwóch piw, z zaciśniętą pięścią biorąc jedynie "Le Ceneri Di Heliodoro". W końcu prawdziwy fan i tak kupi... Nie było sensu wydawać więcej.


Taśma z nowymi cenami idzie w ruch, fot. Kamil Mrozkowiak

To prawda, Rome ma świetny merch. Znakomicie dopracowany pod względem graficznym, spójny i dobrze wykonany, a Polska to kraina biedaszybów w porównaniu do Luksemburga. Nie chce mi się jednak wierzyć, że marża musiała być aż tak wysoka. Owszem, przyczyny mogą być różne. Pan Merch rozlicza się po trasie, więc może musiał łatać jakąś dziurę. Może pomylił przy ustalaniu cen na wcześniejszym koncercie , a może zwyczajnie, jak rok temu, był chciwy i pazerny na "polnische zlotys". Może.

Nagle z 65 robi się 70 zł, fot. Kamil Mrozkowiak

Często kupuję płyty na koncertach. W ten sposób wspieram wykonawcę i liczę, że bez łańcuszka pośredników nośnik będzie tańszy. Vide dwukrotny przykład Lebanon Hanover również z Hydrozagadki. W sieci sprowadzane CD powyżej 70 zł + wysyłka, a płyta na koncercie 40 zł. Dlatego nośniki szły jak woda, a teraz Rome jakoś specjalnie nie zarobiło. Szkoda, bo byłem gotów zostawić tam więcej gotówki, a i płyta z koncertu to przecież zawsze pamiątka. Dlatego teraz będę szukał wybranych tytułów Rome w sieci. Zarobią więc również pośrednicy, a nie bezpośrednio artysta. Pozdrowienia, Panie Merch.

niedziela, 10 lutego 2019

Tańcz, nie gadaj!

To zadziwiające, jak łatwo wywołać wilka z lasu. Także w radiu. Gdy czekałem na nadejście północy wraz Tomkiem Kamińskim, gitarzystą trójmiejskiego Dance Like Dynamite, okazało się, że grał kiedyś z Grzegorzem „Guzikiem” Guzińskim w zapomnianym już nieco Red Rooster. Korzystając więc z okazji, dla zabicia czasu opowiedziałem mu historię, jak to wokalista Flapjack udzielił mi wywiadu po raz drugi, gdy na koniec bardzo owocnej rozmowy mini disk nie pokazał żadnej ścieżki. I co się okazało? Gdy Tomek wychodził ze studia, zobaczyłem, że zawiesił się komputer zapisujący wszystko, co działo się na antenie. Cały program poszedł tylko w eter. Tylko w eter i w kosmos. 
&

Po wyczerpaniu wszelkich możliwości w radiu, zrezygnowany zwróciłem się Was, licząc, że być może ktoś nagrywał ten program. Zaledwie po godzinie okazało się, że trzeba było od tego zacząć. Z pomocą przyszedł Marek z Sulejówka. Szczęśliwie dla nas wszystkich nie mógł słuchać Melodii na żywo i nastawił nagrywanie. Słowem, cuda jednak czasem się zdarzają. Marku, bardzo Ci dziękuję. A wracając do Dance Like Dynamite...




To trójmiejska, nieco efemeryczna, grupa, w której skał wchodzą m.in. rzeczony Tomek Kamiński, którego możecie pamiętać również z Golden Life, Piotr Pawłowski (Made In Poland), Krzysztof Sadowski (Vulgar) i Karol Skrzyński (niegdyś Sweet Noise). Przez skład i studio przewinął się również Mariusz Noskowiak z Blenders. W ciągu kilku lat działalności panowie wypuścili epkę "Dying in Slow Mation" oraz regularną płytę "This Funeral Is Sold Out". No dobrze, ale jaka to muzyka? Parafrazując klasyka rodzimego kabaretu, powiem "różna, różnista".


Nie przesadzam. Tu w zasadzie jest niemal wszystko. Wieloletnie doświadczenie muzyków i brak ponagleń ze strony pana z neseserem sprawiłby, że podczas dwóch okrążeń Ziemi wokół Słońca zespół spokojnie robił swoje. A to "swoje" to m.in. nie tyle zimne, co raczej bardzo chłodne nowofalowe granie, iście parkietowa elektronika, miejscami okolice grania panów w podkutych butach, a nawet moment hucznej zabawy rodem z irlandzkiej knajpy, z której nie każdy wyjdzie z taką samą liczbą zębów, z jaką do niej wszedł. Słowem, dużo autorskiej i dość mroczno-gorzkiej interpretacji muzyki lat 80. we wszelkich możliwych konfiguracjach. Inna rzecz, że na olbrzymią różnorodność "This Funeral Is Sold Out" niemały wpływ miała również pokaźna liczba zaproszonych gości. W efekcie standardowe rockowe instrumentarium znakomicie uzupełniły m.in. saksofon, flet, czy klarnet. Zatem jest tu na bogato. Na muzycznie bogato. Także za sprawą poniższego opracowania dobrze Wam znanej kompozycji. Gdyby tylko czasem angielski Krzysztofa Sadowskiego nie był tak polski... 
Miejcie na nich oko. Tym bardziej, że jak dotąd Dance Like Dynamite można było zobaczyć na scenie zaledwie raz. Ale koncertów ma być więcej. I dobrze, bo "This Funeral Is Sold Out" to ciekawa, niszowa płyta, którą zaskoczycie niejednego znajomego. 

poniedziałek, 21 stycznia 2019

Przed takim PAST to dopiero jest FUTURE

Melodie nigdy nie stały punkiem. I raczej stać nie będą. Mimo że w latach 90. zebrałem kasety, mogące stanowić dziś bezcenną wręcz kolekcję, to jednak muzyka i ideologia, poza pewnymi aspektami, jakoś nie zatrzymały mnie na dłużej. Co innego z post punkiem. Tu możliwości zawsze było i jest zdecydowanie więcej. Może to kwestia wieku, może ewolucji światopoglądu, może zmieniającego się gustu. Albo wszystkiego po trochu. W każdym razie z tej szuflady można wybierać do woli. Także w Polsce, co ostatnio dość głośno i z niemałym powodzeniem udowodnia warszawskie PAST.

Za tą nazwą stoją doświadczeni i rozpoznawalni już muzycy, którzy w zasadzie teraz grają, jak sami powiedzieli mi w studiu, "totalne softy". Ale te "softy" podobają się. I to bardzo. Nie tylko nad Wisłą, ale i w Stanach, Czechach oraz Japonii, gdzie płyty warszawiaków trafiły do regularnej dystrybucji. Dlatego teraz mam olbrzymią satysfakcję, że w 2015 r. otrzymałem od nich demo na płycie cd-r i w konsekwencji razem mogliśmy ich poznać na początku ich wydawniczej aktywności. A teraz? Teraz ukazała się ich druga regularna płyta - "Sama". Płyta dobra, ciekawsza niż skądinąd udany przecież debiut, ale  przede wszystkim będąca rozwojem potencjału zespołu. Słowem, silnie punkowe korzenie z dodatkiem zimnej nuty. Czasem mniejszym, czasem większym, ale zawsze ciekawym.     


Nie ma jednak potrzeby, by pisać o tym więcej. Podczas pierwszych tegorocznych Melodii w studiu pojawili się Gosia i Darek, odpowiednio wokalista i basista PAST. Byli na tyle wdzięcznymi interlokutorami, że ta rozmowa w zasadzie zrobiła się sama. Znajdziecie w niej dużo informacji i ciekawostek, nie tylko na temat nowej płyty. Warto nadstawić ucha już teraz, bo za kilka lat ten zespół będzie jeszcze większy i wstyd będzie go nie znać.

niedziela, 13 stycznia 2019

Grać, nie umierać

Ciekawe, choć i nieco gorzkie. Z każdym rokiem mam coraz miej czasu na aktualizowanie strony głównej tej witryny, a z kolei audycja ma się coraz lepiej. Przychodzi więcej płyt, odzywa się więcej potencjalnych gości, wydawców i organizatorów koncertów. To poniekąd potwierdza wnioski wyciągnięte niegdyś wspólnie z kolegami po fachu, gdy deliberowaliśmy w studiu, czekając na swój czas antenowy. Słowem, gdy tworzy się coś absolutnie od zera, samemu, dotarcie do satysfakcjonującej nas grupy odbiorców zajmuje średnio 10 lat. Owszem, przy pomocy dzisiejszych narzędzi i umiejętnego wykorzystania oleju w głowie można znacząco skrócić ten czas. Jednak spokojne robienie swojego i nieco karkołomne postawienie na pocztę pantoflową, a nie krzyczące reklamy, średnio wydłuża cały okres do dekady. Wybrałem to drugie rozwiązanie i nie żałuję. Radio zawsze było pasją, a nie źródłem pozyskiwania kapryśnych kolegów na banknotach NBP. Na to są inne sposoby. Dlatego teraz mam tym większą satysfakcję, gdy w zasadzie Melodie robią się same. Czasem tylko chciałoby się wrócić do dwóch godzin na antenie. Ale kto wie, być może ten rok przyniesienie nie tylko taką zmianę. Bo inne nadejdą na pewno.

Fot. Kamil Mrozkowiak
Przede wszystkim Melodie zamierzają zacieśnić kontakty z klubami, organizatorami koncertów i festiwali oraz wyławiać jeszcze więcej mało znanych, początkujących wykonawców. Na razie, siłą rzeczy, przede wszystkim w Warszawie. Powstanie nieregularny cykl, w ramach którego nadarzy się więcej okazji, byście mogli usłyszeć, co wydarzy się na mniej i bardziej oficjalnych scenach stolicy. Nadstawiajcie więc ucha w kolejnym, 14. już, kalendarzowym roku naszych spotkań. Dziękuję, że jesteście i wierzę, że wciąż będziecie. Do usłyszenia.