wtorek, 14 maja 2013

Dlatego pewnych muzyków szanuję bardziej

Dokładnie dwa tygodnie temu, po cichu, bez żadnego rozgłosu, minęła 16. rocznica ukazania się "Juicy Planet Earth", trzeciej płyty rodzimego Flapjacka. Ten album wyprzedził swój czas i został doceniony dopiero po latach. Tuż po premierze fani popularnego Naleśnika odrzucili muzykę, która była czymś zupełnie innym w porównaniu do debiutanckiego "Ruthless Kick", czy wciąż doskonale pamiętanego "Fairplay". Kojarząc grupę przede wszystkim z thrash metalem i hardcorem, nie zaakceptowali dźwiękowych i kompozycyjnych eksperymentów, co też z pewnością miało wpływ na rychłe, i jak się potem okazało wieloletnie, zawieszenie działalności zespołu. To wydawnictwo oraz ta niepozorna data i wiążąca się z nią rocznica zawsze przypominają mi o pewnym zdarzeniu, którego byłem bezpośrednim uczestnikiem i które to ma ścisły związek z Guzikiem, wokalistą Flapjack.

Guzik podczas koncertu, warszawski Torwar, 25.11.2011 r.  /  Fot. nasternak.com
25 listopada 2004 r. reaktywowany Flapjack po raz drugi miał zagrać w Warszawie. Jeszcze jako członek muzycznej redakcji Radia Aktywnego, internetowej rozgłośni Politechniki Warszawskiej, udałem się do klubu Park, by przed koncertem porozmawiać z Grzegorzem Guzińskim. Spotkaliśmy się w prowizorycznej garderobie. Usiedliśmy przy stole. Guzik był w dobrym humorze i chętnie udzielał odpowiedzi, swobodne opowiadając o reaktywacji zespołu, jego przeszłości, ze szczególnym uwzględnieniem "barwnych" relacji z MMP i nieżyjącym już Tomaszem Dziubińskim, oraz o tym, jakie będą plany muzyków w najbliższej przyszłości. Słuchając go, w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że, raczej jeszcze jako nieopierzony entuzjasta radiowej profesji niż reporter dążący do profesjonalizacji swoich umiejętności, w moich rękach znalazł się doskonały materiał. Tym bardziej było to krzepiące, że Guzik był ze mną szczery. W zasadzie zaczął opowiadać o sobie rzeczy, który wcale nie musiał zdradzać studentowi z mikrofonem. Otwarcie przyznał mi, że niebawem zamierza wyjechać do Grecji, by tam fizycznie zarobić kwotę, która pozwoliłaby mu na kupno mieszkania. Podobnych refleksji było zresztą więcej, ale pozwólcie, że uszanuję prywatność muzyka. Po skończonej rozmowie uścisnęliśmy sobie dłonie i zadowolony wyszedłem z garderoby. Po kilku minutach przerażony zdałem sobie sprawę, że ten wywiad po prostu się nie nagrał. Nie zarejestrowało się żadne słowo. Postanowiłem jednak nie dawać za wygraną.

Okładka płyty "Juicy Planet Earth"
Wróciłem na zaplecze i zobaczyłem Guzika siedzącego ze Ślimakiem. Nie musiałem nic mówić. Zobaczył moją minę i zapytał wprost - "Nie nagrało się?". Przytknąłem, nie wiedząc zbytnio, co mam dalej począć. I  wtedy wokalista Flapjacka zrobił coś, czego nigdy mu nie zapomnę. Zaproponował, byśmy usiedli i całą rozmowę nagrali raz jeszcze. Oczywiście nie była ona już tak, bo przecież nie mogła być, ciekawa i spontaniczna jak poprzednia. Ale była. Co więcej, Guzika nie zniechęcił nawet hałas grającego już supportu. Co jakiś czas przerywał rozmowę i odpowiedzi dogrywaliśmy między utworami występującego wówczas warszawskiego Checkpoint. Był to przejaw iście anielskiej cierpliwości i wybitnie dobrej woli Grzegorza Guzińskiego. Dla mnie zaś z pewnością ciekawa przygoda i nauczka na przyszłość, która, jak się potem okazało, wiele razy przydała mi się podczas kolejnych lat pracy z mikrofonem. To także jedno z tych zdarzeń, które wyjaśnia, dlaczego pewnych muzyków, jak i ludzi samych w sobie, szanuję bardziej niż innych. A wierzcie mi, że na brak szacunku z mojej strony trzeba sobie zasłużyć. Choć i takich osób nie brakuje, również grajków uważających się za gwiazdy, których spotkałem na radiowej drodze. Ale o tym wspomnę przy innej okazji. Lepsze są dobre wspomnienia.

Brak komentarzy: