Pokazywanie postów oznaczonych etykietą shoegaze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą shoegaze. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 kwietnia 2017

Czas i wolna głowa

Na rodzimej scenie dzieje się dużo ciekawych rzeczy. I to na tyle dużo, że każdy mający nieco oleju w głowie i szeroko otwarte oczy może mieć wręcz problem z wybraniem się na wszystkie interesujące go koncerty i nabyciem każdej intrygującej go płyty. Dotyczy to w zasadzie wszystkich gatunków oraz szuflad. Dowód? Bardzo proszę, i to pierwszy z brzegu. Wystarczy wymienić chociażby poniższy split ARRM i Lonker See. Swoje znaczenie niech ma także dość późna w kontekście lutowej premiery data powstania tego tekstu. Po prostu wcześniej trzeba było poświęcić nieco uwagi innym ciekawym krajowym twórcom. To źle? Bynajmniej. Cieszmy się z tego.

Okładka splitu ARRM i Lonker See

Krakowskie Instant Classic raz jeszcze wykonało kawał dobrej roboty. Zestawienie trójmiejskich eksperymentatorów i sosnowieckich podróżników przemierzających kosmiczną pustynię to strzał w dziesiątkę. A co więcej, wydawca podszedł do tematu w sposób relatywnie rzadko spotykany w przypadku takich wydawnictw. Muzycy ARRM przygotowali aż 20-minutowe nagranie, zaś tworzący Lonker Sea zgotowali niemal równie długą dźwiękową psychodelę, więc wszystko zmieściłoby się na jedne płycie. Jest jednak inaczej. Możemy cieszyć oczy elegancko wydaną repliką podwójnego winylowego gatefoldu. Wydawca nie oszczędzał i za to należy mu się uchylenie kapelusza. 



No dobrze, ale co tak naprawdę zawiera to ładne wydanie? To, do czego już przyzwyczaiło nas ARRM i dźwięki, za sprawą których nie tak dawno dało się poznać Lonker Sea. Nie ma więc zaskoczenia, ale nie o to tutaj chodziło. Ten split to kawałek świetnej, nieskrępowanej czasowymi ograniczeniami muzyki, pełnej przy tym improwizacji i przestrzeni. Miejscami to wręcz mentalny bilet na drugą stronę. A że wykonawców jest dwóch, możemy wybierać. ARRM w swoim stylu proponuje przemierzenie spalonej słońcem pustyni, natomiast Lonker Sea to już trip w oparach wszelkich zabronionych przez polskie prawo substancji. Jednak niezależenie od dokonanego wyboru, na każdą z tych podróży trzeba przygotować się w ten sam sposób. Konieczna jest wolna głowa i czas. Bez tego słuchanie choćby fragmentu tej muzyki, nie mówiąc już o obu nagraniach, po prostu mija się z celem. Te de facto dwa krążki wiele oferują, ale i wiele wymagają.



Zapomnijcie o analizowaniu tej muzyki, o zastanawianiu się, co w niej wykorzystano i do jakich szuflad i dyskografii sięgnęli twórcy. Po prostu jej posłuchajcie i pozwólcie sobie odpłynąć. Tylko tyle i aż tyle. Nie będziecie żałować.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Granie na sentymentach

Bracia Soellner w końcu poszli po rozum do głowy. Po latach pseudo rockowego i pseudo alternatywnego grania zaproponowali całkiem przyzwoitą niespodziankę. W nasze ręce trafiło podwójne wydawnictwo z aż dziewiętnastoma premierowymi nagraniami, o wiele bardziej przemawiającymi do słuchacza niż wszystko, co Włosi nagrali do tej pory. Widać, siedem lat wydawniczego milczenia i osiem w przypadku odstępów między regularnymi płytami nie poszło na marne. Ale spokojnie. Nie popadajmy od razu w przesadny zachwyt. "Sentimentale Jugend" ma niewątpliwie nieco zalet, choć nie odkrywa przed nami niczego nowego. Przekornie zacznijmy więc bynajmniej nie po dobroci.

Okładka "Sentimentale" Klimt 1918
Ilość rzadko idzie w parze z jakością i tutaj jest podobnie. Oprócz naprawdę bardzo dobrych utworów są również mniejsze bądź lepsze, ale mimo wszystko, klasyczne wypełniacze. W zasadzie śmiało mogłyby trafić na odrębny album, który relatywnie szybko poszedłby w zapomnienie, gdyby zestawić go z najlepszymi momentami "Sentimentale Jugend". Inna sprawa, że to wydawnictwo to w praktyce właśnie dwa krążki - "Sentimentale" i "Jugend". Ich tytuły miały wspólnie nawiązywać do słynnego projektu Alexandera Hacke z Einstürzende Neubauten. No i nawiązują, choć wyłącznie zamysłem i nazwą. Noise'u i eksperymentów tu nie ma. A co jest? 


"Sentymentalna młodzież" to przede wszystkim współczesne podejście do lat 80., początku 90. i zarazem hołd złożony ówczesnym muzycznym i kulturowym protagonistom. W pierwszym przypadku Włosi wręcz garściami czerpią z dorobku Cocteau Twins i The Jesus And Mary Chain, którego działalność de facto również dotyczy kolejnej dekady. A ta zaś, zwłaszcza na początku, to oczywiście gitarowe gapienie się w buty, czyli shoegaze. I taka jest ta płyta. Pełna piosenkowych melodii, miejscami może o wręcz przesadnym potencjale komercyjnym, co niekiedy jeszcze bardziej nie licuje z i tak kiepską próbą przynależności do tzw. alternatywy. Niech cover "Take My Breathe Away" Berlin, znanego ze ścieżki dźwiękowej "Top Gun", mówi sam za siebie. Gdzie w takim razie te zalety, o których wspomniałem wcześniej? Spokojnie, są. Trzeba je tylko wyłuskać.

Okładka "Jugend" Klimt 1918
Im dalej od piosenek, a bliżej utworów, tym lepiej. Za każdym razem, gdy Włosi dają ponieść się gitarom, nawiązując chociażby do Sigur Rós czy I Like Trains, zyskujemy na tym wszyscy. Przy tak dobrej produkcji "Sentimentale Jugend" aż chciałoby się posłuchać więcej zawartych na niej przestrzennych, shoegae'owo-indie-postrockowych odpływów. To zaledwie uchylona furtka, po przejściu przez którą Włosi mogliby poważnie myśleć o własnym stylu i wyrwać się z nieco pozorowanego, sentymentalnego doła, który i tak nie brzmi przesadnie przekonująco. A przy okazji mogłaby wyjść z tego całkiem ciekawa alternatywa względem najlepszych czasów ich rodaków z Canaan. Wydaje się, że to nie wiele, ale gdy zebrać te momenty i słuchać ich z pominięciem reszty, "Sentimentale" oraz "Jugend" robią się naprawdę ciekawe. Szkoda, że nie ma tego więcej. Widać, panowie myśleli o innym targecie i to przede wszystkim pod niego przygotowali to podwójne wydawnictwo. Może kiedyś zrozumieją, co maruda z Polski miał na myśli.


Warto poświecić nieco czasu, by wyciągnąć z tych płyt to, co najlepsze. Niezależnie jednak od wspomnianych proporcji panowie z Klimt 1918 zasłużyli na uznanie. Postawili wyraźny krok naprzód. Owszem, bardziej komercyjnie niż artystycznie, ale potencjał na więcej jest, i to zdecydowanie duży. Pytanie tylko, w którą stronę teraz pójdą. Obyśmy przekonali się o tym szybciej niż za kolejne osiem lat. Warto mieć ich na oku.

niedziela, 11 grudnia 2016

Warto posłuchać do końca

Jeszcze w ubiegłym roku mało kto wiedział o gdyńskim Lonker See. Teraz to się zmienia. Po pierwsze za sprawą debiutanckiego albumu "Split Image", a po drugie swoje zrobiła także jesienna trasa u boku Blindead. Nie oznacza to jednak wcale, że za moment wszyscy będą o nich mówić, a w efekcie zespół zapełni każdy klub w tym kraju. Bynajmniej, gdyż gdynianie grają swoje i na nikogo się nie oglądają. Robią to jednak na tyle dobrze, że już teraz z pewnością zyskali nie tylko umiarkowaną rozpoznawalność, ale i uznanie.

Lonker See jeszcze jako tercet  /  Fot. Facebook.com/pg/LonkerSee
To dość pokręcona muzyka, w znacznej mierze powstała na bazie improwizacji. W tym pozornym chaosie słychać wiele m.in. z ambientu, shoegaze'u, jazzu, a także space rocka. W zasadzie takie podejście pozwala włożyć do kompozycji niemal wszystko. Dzięki temu nigdy do końca nie wiemy, co usłyszymy za następnym dźwiękowym rogiem. Raz będzie to kosmiczna przestrzeń, w innym przypadku całkiem skoczne melodie, psychodela, bądź spalona słońcem pustynia, a nawet duszno-hermetyczne szaleństwa na saksofonie. Słowem, jest w czym wybierać. Zwłaszcza, gdy muzycy wpadną w ciąg, prowadzeni przez czyste emocje.


Oczywiście to, że gdynianie grają, jak grają, nie wzięło się znikąd. To nie są debiutanci i swoje już wiedzą. By daleko nie szukać, warto wymienić perkusistę Michała Gosa, który grywał z Wojtkiem Mazolewskim, i saksofonistę Tomasza Gadeckiego, którego nazwisko całkiem słusznie zestawia się z projektem Olbrzym. Do nich dochodzą basistka Joanna Kucharska oraz gitarzysta Bartosz Borowski. No i mamy komplet, który w znacznej mierze tworzy instrumentalne granie, choć na "Split Image" miejscami uświadczy się również o głosy wspominanych Kucharskiej i Borowskiego.


Warto posłuchać tej muzyki i dać jej się ponieść. Owszem, wymaga to czasu i skupienia, niemniej im bardziej zbliżymy się do końca utworu, tym więcej z tego będziemy mieli. A jest to o tyle ciekawe doznanie, że rzadko kiedy dwóch różnych słuchaczy zakończy tę dźwiękową podróż w tym samym miejscu, nie mówiąc już o tym, co może spotkać ich po drodze. Debiut Lonker See brzmi bardzo obiecująco i raz jeszcze podkreśla, że trójmiejska scena od lat nieprzypadkowo należy do najciekawszych w kraju.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Po dwóch latach czekania

Prophecy Productions nie zwania tempa. Najwyraźniej Niemcy nie przejmują się, że jest środek lata i dla wielu co bardziej wyszukana muzyka to ostatnia rzecz, o której chcieliby myśleć. A jednak. W nasze ręce trafiły nowe nagrania m.in. Sol Invitus, Les Descrets, The Vision Bleak, a także singiel zapowiadający piąty studyjny krążek Alcest. Ale to nie wszystko. Dla wielu najbardziej wyczekiwaną datą była ta, która dopiero nadeszła. 19 sierpnia ukazał się debiutancki krążek Darkher, wydawnictwo mające odpowiedzieć na jedno zasadnicze pytanie - czy Jayn Wissenberg spełniła pokładane w niej dzieje, tak bardzo rozbudzone epką "The Kingdom Field" z 2014 r.? Odpowiedzenie wyłącznie "tak" byłoby zbyt oczywiste, zatem po kolei.

Darkher  /  facebook.com/darkhermusic
Mówiąc szczerze, "Realms" to żadne zaskoczenie, szczególnie jeśli ktoś pamięta początki wokalistki z West Yorkshire i moment, w którym zaczęła przebijać się do świadomości szerszego grona odbiorców. Ten regularny debiut, wręcz w linii prostej i z jednym utworem z epki, jest rozwinięciem dobrze nam znanych pomysłów, czyli potężnej dawki szalenie refleksyjnej, melancholijnej, miejscami bardzo smutnej muzyki. Ciężkie, oniryczne, doomowe-shoegaze'owe partie gitar, przestrzenne dźwięki ich akustycznego odpowiednika i kojący głos Jayn Wissenberg nie brzmią inaczej, niż bylibyśmy w stanie to przewidzieć, ale mimo to w najwyraźniej formuła sprawdziła się.


Tej płyty najlepiej słucha się wieczorami. Towarzyszy jej dość ponura atmosfera, ale wykreowana tak prostymi i zarazem tak przemyślanie wykorzystanymi środkami, że wszystko brzmi po prostu pięknie. Kojarzy się nieco nieswojo, prawda? A jednak. Tu kluczowy jest głos Jayn. Bez niego nie byłoby Darkher, a jeśli nawet, trudno byłoby wyłowić go z potoku dziesiątek czy wręcz setek wydawnictw ukazujących się każdego tygodnia. Dzięki niemu ta muzyka ma duszę i charakter, budząc w słuchaczu poczucie autentyczności. Z drugiej jednak strony nie sposób nie zwrócić uwagi, że Brytyjka obrała stylistykę, w której obecnie dość trudno o zaskoczenie. Wymieńmy chociażby Chelsea Wolfie czy Serę Timms. W zasadzie, mówiąc nieco złośliwe, panie mogłyby wymienić się tytułami. Mało kto by się zorientował.


"Realms" zbiera jak dotąd dość pochlebne recenzje i to nie powinno dziwić, bo na regularny debiut Darkher trafił kawałek dobrej muzyki. Owszem,  Jayn Wissenberg, przynajmniej tym krążkiem, nie zwojuje świata, ale zyska wielu nowych sympatyków, tak bardzo lubiących obraną przez nią stylistykę. Dlaczego? Bo bardzo dobrze się w niej porusza. Oby tylko wniosła jeszcze coś od siebie. Coś, czego do tej pory nie znaliśmy. No ale na to najpewniej będziemy musieli zaczekać nieco dłużej. Zdecydowanie dłużej niż do pierwszego polskiego koncertu Darkher, który za miesiąc odbędzie się we Wrocławiu w ramach Asymmetry Festival.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Nadejście początku

Jak zapowiadał, tak zrobił. Fursy Teyssier od ponad roku przygotowywał fanów na otwarcie nowego rozdziału w historii Les Discrets i teraz nadszedł moment może nie tyle szoku czy wielkiego zaskoczenia, co raczej zderzenia z faktami. Epka "Virée Nocturne" w końcu zdradza, jak wiele Francuz pozostawił za plecami i w jakim kierunku zamierza podążać. Choć z drugiej wszyscy dobrze znający nie tylko muzyczną twórczość sympatycznego artysty z Lyonu nie powinni być przesadnie zaskoczeni. Gdy uważnie przyjrzeć się lub nadstawić ucha, wnioski nasuwają się same. To musiało tak się "skończyć".

Furssy Teyssier /  Fot. facebook.com/lesdiscrets
Gdzie zatem ta nowość? Lider Les Discrets pożegnał się z surowymi, postblackmetalowymi gitarami. Teraz znacznie bliżej mu do eksperymentów. Z czystym sumieniem i do woli może poruszać się w płynnych granicach elektroniki, ze szczególnym uwzględnieniem trip hopu, oraz jeszcze bardziej rozmarzonych postrockowo-shoegazowych zakamarkach muzycznej wyobraźni. Można wręcz odnieść wrażenie, że decyzję podjął dawno temu, ale dopiero teraz, czyli po zamknięciu przeszłości koncertowym "Live At Roadburn", mógł w pełni poświęcić się realizacji nowych pomysłów. Z jakim efektem? Trzeba przyznać, że dość interesującym. Nawet jeśli wiele rozwiązań brzmi znajomo, przywodząc na myśl Portishead czy Massive Attack.  


To jednak dopiero początek. Studząc emocje, należy zwrócić uwagę, że na "Virée Nocturne" trafiły zaledwie cztery kompozycje, a w zasadzie trzy oraz remiks jednej z nich. Co więcej, jeden premierowy utwór oznaczono jako wersję demo. Zatem złośliwi, mając przy tym dużo racji, śmiało mogą mówić o marketingowej zagrywce wydawcy, i to szytej dość grubymi nićmi. No ale najważniejsze, że w końcu poznajemy to, o czym mówiło się już od dawna. A to z kolei początek nowej drugi, w której Fursy Teyssier będzie musiał niejako odnaleźć się na nowo. Niejako, bo ta muzyka tkwi w nim od jakiegoś czasu. Musi "jedynie" umieć ją wydobyć i zaproponować w możliwie najciekawszej formule.


Na więcej będziemy musieli zaczekać do początku przyszłego roku. Wówczas w nasze ręce ma trafić "Prédateurs", regularne już wydawnictwo Les Discrets. Na razie mamy znacznie więcej pytań niż odpowiedzi. Choć i tak wiemy więcej niż jeszcze kilka miesięcy temu czy przy okazji premiery "Live At Roadburn" i towarzyszącemu jej pożegnaniu z melodyjnym i pięknym, ale mimo wszystko nieco surowym, brzmieniem. Zaczekajmy. W końcu jak dotąd Fursy Teyssier nigdy nie zawiódł.

niedziela, 17 lipca 2016

Przychodzi Polak do Norwega

Ile to już lat Jarek Leśkiewicz publikuje wyłącznie w sieci? Nie licząc wydanego w ubiegłym roku krążka Opollo, można odnieść wrażenie, że dzieje się tak od czasu jego odejścia z Echoes of Yul. To oczywiście nieprawda, ale skoro nazwisko opolanina częściej pojawia się za granicą niż w kraju, nie trudno odnieść to mylne wrażenie. Trochę szkoda, gdyż rzeczony gitarzysta skomponował, samodzielnie lub do spółki, kawałek muzyki, która naprawdę zasługuje na coś więcej niż egzystencję w bez końca powielanych i usuwanych plikach. Dotyczy to nie tylko co jakiś czas zabieranego przeze mnie do radia Naked On My Own, ale i Sunset Wrecks, którego nowy album właśnie znalazł się w moich rękach, a w zasadzie na dysku komputera.

Jarek Leśkiewicz  /  Fort. facebook.com/nonmyown  
"Salvaged" to drugi album projektu, który wcześniej co poniektórzy kojarzyli pod nazwą NOMODD, czyli Naked On My Own & Dopedrone. Tworzą go wspomniany opolanin oraz Norweg Martin Anderson. Panowie współpracują już od lat i trzeba przyznać, że dotychczas wychodziło im to całkiem dobrze. Teraz zaś jest nawet lepiej. Co prawda, "Salvaged" nie zaskakuje odwiedzanymi przez nich rejonami dźwiękowej wyobraźni, ale muzyka jest ciekawsza, dojrzalsza i chyba nawet nieco lepiej wyprodukowana. To instrumentalne balansowanie na płynnych pograniczach post rocka, shoegaze'u, doomu, drone'u oraz szeroko rozumianego eksperymentu zdążyło już stać się wizytówką wspomnieniach muzyków. Są konsekwentni, a może nawet i nieco uparci, ale niewątpliwie w tym wszystkim wyraźnie słychać postęp. Tym wyraźniej, im dłużej zna się dokonania Polaka i Norwega, zarówno te wspólne, jak i samodzielne.


To przyjemne dla ucha przestrzenne granie. Czasem ciężkie, czasem melodyjne, ale niemal zawsze leniwe, miejscami wręcz oniryczne. Tu nie ma pośpiechu, nie ma duchoty. Jest za to ciekawy kompromis między wspomnianymi gatunkami. Wszystkie spotkały się w jednym miejscu i udanie ze sobą korespondują. Duża w tym zasługa dość bogatego instrumentarium. Co prawda, wykorzystane na "Salvaged" m.in. gitary, syntezatory, klawisze i sample nie tworzą wirtuozerii i nie oferują nam czegoś, czego byśmy nie znali i co nagle miałoby przegrzać serwery Bancampa, ale to kawałek naprawdę przemyślanej i solidnej muzyki. Dlatego od lat konsekwentnie marudzę pod nosem i na antenie, że czy to Naken On My Own, czy to Sunset Wrecks, wreszcie powinny doczekać się fizycznego wydawnictwa. Te dźwięki zdecydowanie zasługują na coś więcej niż zamkniecie w anonimowym, cyfrowym pliku. Inna sprawa, że na kompaktach tak często oferuje nam się tyle muzycznego śmiecia, że czas w końcu na choćby niewielką odmianę.


Jeśli spodobały Wam się te dźwięki, zajrzyjcie do działu MP3 warte posłuchania. Jeszcze przez pewien czas będziecie mogli pobrać "Salvaged" bez żadnych zobowiązań. Choć oczywiście zawsze istnieje możliwość wsparcia muzyków. Zaś starsze dokonania panów Leśkiewicza i Andesona nadal są na wyciągnięcie ręki, pozostając do Waszej dyspozycji i swobodnego pobrania. Przyjemnej lektury.

sobota, 12 marca 2016

Najtrudniejsza decyzja w życiu

Łatwo krytykować religię, gdy samu nie pochodzi się ze środowiska, w którym każdy aspekt codziennego życia jest związany z wiarą. Postrzegając do bólu wierzących za zwyczajnie skrajnych i przez to zaślepionych, śmiało można odwrócić kilka krzyży, pośmiać się z brodatych panów z kałasznikowami lub narysować karykaturę takiego czy innego proroka, zbawiciela i każdego uwzględnionego w wielowątkowej książce, zazwyczaj wydawanej w twardej oprawie. Żarty jednak kończą się, gdy ktoś po latach dochodzi w wniosku, że system wartości, w którym tak karnie go wychowywano, nie jest dla niego. Nagle rozpada się główny pryzmat postrzegania świata. Nie ma już odpowiedzi na wszystko. Człowieka ogarnia zwątpienie w samego siebie i otaczającą go rzeczywistość. Co jest dobre? Co jest złe? Kto mówi prawdę, a kto kłamie? To zaledwie fundamentalne przykłady z setek pytań wciąż rodzących się w głowie kogoś takiego. Kogoś takiego jak Kristina Esfandiari.

King Woman  /  Fot. facebook.com/kngwmn
Co bardziej dociekliwi fani amerykańskiego shoegaze'u mogą pamiętać ją z czasów, gdy stała przy mikrofonie w Whirr. Z kolei fani indie i okolic być może słyszeli o niej w kontekście wydającego teraz regularną płytę Miserable. Jednak jej najbardziej przejmujące oblicze to King Woman, którego debiutancki "Doubt" z początku 2015 r. odbił się szerokim echem nie tylko na niezależnej scenie San Francisco. Ten winyl namieszał głowach fanów rozsianych po całych Stanach Zjednoczonych, skutecznie docierając także do Europy. Powody są dwa, i to najprostsze z możliwych. Pierwszym jest muzyka, a drugim zaś, kto wie, czy nawet nie ważniejszym, bolesne doświadczenia Kristiny, ujęte w poruszających i szczerych do bólu tekstach.  


Słowa czterech nagrań niespełna dwudziestominutowego "Doubt" to zapis traumy czasów dzieciństwa i młodości. Amerykanka wychowywała się w bardzo religijnym środowisku, w którym wszystkie aspekty życia postrzegano przez pryzmat odwiecznego sporu Bóg - Szatan. Demonizowano telewizję, piosenki, szeroko pojętą rozrywkę. To było zło. W pewnym momencie Kristina doszła do wniosku, że nie czuje się z tym dobrze. Zaczęła dostrzegać coś, co było dla niej odpowiednikiem manipulacji emocjami i zachowaniami jej oraz osób współtworzących jej środowisko. Gdy ktoś miał problemy lub nie potrafił czegoś zrozumieć, zrzucał winę na "zło" i dokonywał projekcji na innych członków grupy. Dlatego postanowiła odejść. Dziś przyznaje, że jej opinia na temat jej rdzennego środowiska nie polega na wskazywaniu palcem i obwinianiu konkretnych osób. Bardziej zależy jej, by wszyscy młodzi ludzie myślący podobnie i bojący się mówić o tym głośno, poczuli, że ktoś może ich wysłuchać, że ktoś ich rozumie. To dlatego teksty na "Doubt" są tak przejmujące. Zawierają wszystkie emocje, tkwiące w człowieku podejmującym najtrudniejszą decyzję w dotychczasowym życiu. Decyzję o odejściu.  
King Woman  /  Fot. May Manning / facebook.com/kngwmn
Ponure są teksty, ponura jest i muzyka. Ciężkie, rozmyte i melodyjno-melancholijne brzmienie to dość popularna ostatnimi czasy wypadkowa przyprawionego smolistą czernią post rocka, shoegaze'u, gitarowego noise'u i strunowych eksperymentów. Znamy to doskonale z płyt chociażby Chelsea Wolfie, Ides of Gemini, Darkher, czy Black Mare. Niemniej świadomość treści niesionych przez zapis przemyśleń Kristiny Esfandiari i jej zmagań związanych z porzuceniem wszystkiego, co tworzyło niegdyś jej świat, pozwala na nowo odkryć te dźwięki. W głowie słuchacza rodzi się bardzo wiele pytań. Być może nawet dotyczących rozterek, które do tej pory były mu zupełnie obce. A co jeśli na tę epkę trafi ktoś mający podobne doświadczenia jak wspomina Amerykanka? Wówczas "Doubt" na bardzo długo pozostanie w jego głowie.        


Te cztery utwory to w sumie trzecie wydawnictwo King Woman, ale raczej należy je traktować jako debiutanckie. Wcześniej ukazały się jedynie dwa kasetowe single. Trudno powiedzieć, na ile Kristinie Esfandiari starczy energii i sił, by powracać do traumatycznej przeszłości w potencjalnie kolejnych nagraniach i w konsekwencji na kolejnych płytach. Jeśli nie potraktowała "Doubt" jako jednorazowego katharsis i uzna, że wciąż ma coś w tej mierze do powiedzenia, powinniśmy jeszcze usłyszeć o King Woman. Ale raczej nieprędko. Teraz Kalifornijka z pewnością będzie chciała poświecić się Miserable. Swoją drogą, również warto posłuchać.

piątek, 3 lipca 2015

Wypływając na szerokie wody

Kiedy Sera Timms doszła do wniosku, że czas najwyższy wziąć sprawy w swoje ręce i pomyśleć o własnym zespole, byłem bardzo ciekaw, co z tego wyniknie. Pamiętałem ją jeszcze z postmetalowego Black Math Horseman, które niestety rozwiązało się po czterech latach działalności, pozostawiając po sobie zaledwie jeden regularny album. To była naturalna śmierć, w obliczu której Sera skupiła się na pracy we wciąż istniejącym okołodoomowym Ides of Gemini, jednocześnie z zamiarem zrealizowania wyłącznie własnych pomysłów. I udało się. Black Mare debiutowało w 2013 r. za sprawą krążka "Field of The Host", a teraz w nasze ręce trafił winylowy split i to nie byle z kim. Siedmiocalowy singiel Black Mare dzieli z Lycia. 

Sera Timms  /  Fot. facebook.com/pages/Black-Mare / Adrian Meija
Jeśli ktoś uważnie śledzi rozwój wypadków na amerykańskiej scenie niezależnej, z pewnością doskonale zna szeroko rozumiany nurt, w który wpisują się wykonawcy pokroju Davida Galasa, Chelsea Wolfe, Amber Asylum, Worm Ouroboros i Lycia, choć i w Europie można doszukać się podobnych twórców, czego dowodzi chociażby brytyjski Darkher. To zazwyczaj przestrzenne, oniryczne i bardzo nastrojowe dźwięki, podszyte dużą dożą melancholii i refleksji. Ten efekt można osiągnąć na wiele sposobów. Jedni sięgają po instrumenty smyczkowe, zwłaszcza wiolonczele, inni po syntezatory, bądź gitary przepuszczone przez całą gamę efektów. Można również inspirować się szeroko rozumianym folkiem, co z powodzeniem czyni m.in. Lux Interna. A gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi zabiegami znalazło się także miejsce dla Black Mare.


Split z Lycia, której wielkim fanem był Peter Steele, na naszych oczach umożliwia Black Mare wypłynięcie na naprawdę szerokie wody. A to dlatego, że Mike VanPortfleet i Tara Vanflower to bardzo cenione osoby, doskonale znane w różnych zakątkach świata, w których sympatycy onirycznych dźwięków mają jeszcze coś do powiedzenia. Inna sprawa, że widniejące powyżej nagranie "Low Crimes" wyraźnie pokazuje postęp w stosunku do poniższego debiutanckiego krążka "Field of The Host". Wciąż jakby zza mgły, ale za to z większą dawką energii i w efekcie rodzi się poczucie, że Sera Timms nie nagrała raz jeszcze tego samego. Oczywiście single rządzą się swoimi prawi, niemniej obecnie to jedyny przejaw potencjalnego stadium działalności Black Mare. Nie ma mowy o radykalnych zmianach, jest za to rozwinięcie pomysłów. Choć trudno nie odnieść wrażenia, że  na urozmaiceniu skorzystaliby wszyscy. 


Sera Simmons udanie balansuje na granicy starej, dobrej szkoły 4AD, shoegaze'u, szeroko pojętego minimalizmu i klimatycznego rocka. Jej wizerunek nie jest jednoznaczny. Czasem przybiera postać trochę męczącej słuchacza zagubionej w lesie gotki, innym razem, już z wyraźnie lepszym skutkiem, bliżej jej do wiedźmy, której praprababki nie udało się spalić w Salem. Owszem, to nic oryginalnego. Takich kobiet muzyka zna wiele, ale Sera ma różne oblicza, a i tak na końcu wszystkich zabiegów kluczowa jest przecież muzyka. Amerykanka wydaje się doskonale rozumieć, że scena to nie wybieg dla modelek. I niech tak pozostanie. Czas pokaże, jakie będą dalsze losy Black Mare. Ten projekt ma wszelkie podstawy ku temu, by dołączyć do szerszego grona co ciekawszych przedstawicieli gatunku. Wiele rozstrzygnie się na kolejnej studyjnej płycie. Co bardziej zainteresowanym polecam również poznanie płyt wspominanych na początku Black Math Horseman oraz Ides of Gemini, by na własne uszach przekonać się, jak głos Sery Simmons wypada na tle znacznie ciężej brzmiącego instrumentarium. Poniżej teledysk promujący najnowsze nagranie Black Mare, które trafiło na split z Lycia.

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Zamknięcie pewnego rozdziału

Fursy Teyssier dość szybko zaskarbił sobie uznanie i sympatię wielu osób. Ten wszechstronny artysta z Lyonu dał się poznać jako znakomity grafik oraz zdolny reżyser. To jego okładki zdobią wybrane wydawnictwa niemieckiej Prophecy Productions i to on odpowiada za teledyski m.in. The Old Dead Tree, Ghost Brigade oraz Secrets of The Moon. Obecnie jednak najbardziej jest znany jako muzyk Les Discrets, z którym nagrał dwie płyty oraz dwa splity, choć oczywiście jego przygoda z gitarą obejmuje także dzieje Alcest, Amesoeurs, a epizodycznie nawet i Empyrium. Za punkt muzycznej przygody obierając fascynację black metalem, podobnie jak Neige z Alcest, przebył drogę muzycznej ewolucji, która zaowocowała oryginalnym i bardzo charakterystycznym podejściem do wypadkowej post rocka, shoegaze'u i wspominanej muzycznej czerni. A co przy tym ważne, stawiając na estetykę, nie przekroczył granicy naiwności, marzycielstwa i "piękna", co niestety przydarzyło się jego wspomnianemu przyjacielowi. A jak będzie teraz? Z pewnością inaczej. Nowe wydawnictwo to jednocześnie zapowiedź końca tego, co słyszeliśmy dotychczas.

Fursy Teyssier  /  Fot.  facebook.com/lesdiscrets
5 czerwca ukaże się "Live at Roadburn", pierwsza koncertowa płyta Les Discrets, na której znalazł się zapis tego, co w 2013 r. Francuzi zagrali w holenderskim Tilburgu w ramach Roadburn Festival. Obok Fursy'iego i byłego już dziś perkusisty Les Discrets Jeana Deflandre, na scenie znaleźli się także muzycy Alcest - Neige oraz zazwyczaj wspomagający go na koncertach, także tych granych w Polsce, Pierre Corson. Inna sprawa, że wspomniany Jean Deflandre przez wiele lat grał równolegle w Alcest i Les Discrests. Dziś skupia się już tylko na tym pierwszym zespole. Ten koncertowy album to podsumowanie dekady działalności grupy, podczas której kluczowe były dwie regularne płyty - "Septembre et Ses Dernières Pensées" z 2010 r. oraz wydane dwa lata później "Ariettes Oubliées". Studyjną magię udało się przenieść na scenę. Dużo tu gracji, lekkości, nastroju i ciężaru, a nawet estetyki charakteryzującej francuską piosenkę popularną. Owszem, ten ostatni element brzmi może i dość groteskowo, ale pozwala zrozumieć, co jeszcze tkwi w tych dźwiękach, a co jest znamienne niemal dla całej muzyki znad Sekwany. Dlaczego zatem, skoro trzeci album jest równie znakomity jak jego studyjni poprzednicy, Fursy Teyssier mówi "c'est fini"? No może nie do końca to koniec, ale takiego Les Discrets, jakie znamy, już chyba nie uświadczymy. Przynajmniej nie przez jakiś czas.

Fragmenty "Live at Rouadburn"



Już jakiś czas temu Teyssier ogłosił, że porzuca typowo rockowo-metalową stylistykę i nowe nagrania Les Discrets będą czymś zupełnie innym. Do głosu dojdą syntezatory i wszelka szeroko rozumiana elektronika. Sądząc zaś po zdjęciach ze studia i przedstawionym na nich instrumentarium, możemy spodziewać się muzycy o wiele bardziej nastrojowej, przestrzennej i nieco wyciszonej. Z pewnością nie zabraknie klawiszy i gitar akustycznych, zupełnie inaczej ma brzmieć także perkusja. Album jest już nagrany, teraz czas na postprodukcję. Być może jakąś podpowiedzią okaże się poniższe wideo z początku tego roku. Dwa tygodnie później Fursy Teyssier wszedł do studia.



piątek, 13 lutego 2015

Rozmowa z Antonim Budzińskim

Ten trójmiejski muzyk nigdy nie śpieszył się z wydawaniem płyt pod szyldem Klimt. Debiutanckie "Jesienne odcienie melancholii" ukazały się w 2007 r., drugi album "Agape" cztery lata później, zaś w miniony poniedziałek,tj. 9 lutego, po kolejnych czterech wiosnach doczekaliśmy się "Genesy". Los chciał, że dokładnie tydzień później w Waszej obecności będę miał przyjemność porozmawiania z samym zainteresowanym. Pytań z pewnością nie zabraknie, gdyż trzecie wydawnictwo Klimt zdecydowanie różni się od poprzednich. Do usłyszenia.

Antoni Budziński  /  Fot. Paweł Budziński/facebook.com/klimtpl

niedziela, 4 stycznia 2015

Gitara została w tyle

Gdy w 2007 r. rodzima Requiem Records wydała debiutancką płytę sopockiego Klimt, ta w zasadzie przepadła w natłoku premier innych, bardziej uznanych i rozpoznawalnych wydawnictw. Dopiero po jakimś czasie, gdy okazało się, że "Jesienne odcienie melancholii" to naprawdę kawałek dobrej muzyki, pocztą pantoflową rozeszła się wieść, która wyszła poza krąg najbardziej zagorzałych sympatyków shoegaze'u i post rocka. I tak Antoni  Budziński przestał być anonimowym muzykiem. Trzy lata później za sprawą Polskiego Radia doczekaliśmy się "Agape", dźwięków ze znacznie większą domieszką światła, optymizmu, melodii i marzeń. A teraz? 9 lutego ukaże się trzeci album Klimt.

Antoni Budziński  /  Fot. facebook.com/klimtpl  
Wszystko wskazuje na to, że "Genesa" w znaczący sposób będzie różniła się od poprzedniczek. Przedpremierowe odsłuchy to wyraźna dawka przestrzennej elektroniki, klawiszy i ambientu, które najwyraźniej wyeksponowano kosztem gitar. Płyta zapowiada się na spokojną, dojrzałą i, ku być może zaskoczeniu wielu osób, bez shoegaze'owo-postrockowych wojaży. To dobrze, a nawet bardzo dobrze, gdyż pod szyldem Klimt w nasze ręce powinno trafić coś nowego i wiele wskazuje na to, że tak też się stanie. 


Co ciekawe zakończenie nagrywania "Genesy" Antoni Budziński oznajmił niemal dokładnie rok temu. Jednak zaskakująco tuż po tym nastała wielomiesięczna cisza, a po niej ni stąd ni zowąd poznaliśmy rzeczoną datę premiery. By mieć pełny obraz trzeciego albumu Klimt, musimy zaczekać jeszcze miesiąc, ale pierwsze zdanie możemy wyrobić sobie już teraz na podstawie powyższego nagrania i poniższego teledysku. Gdy płyta znajdzie się w moich rękach, z pewnością zabiorę ją na nasze spotkanie i wówczas będziemy mogli sprawdzić, jak te przyjemne dla ucha zapowiedzi mają się do rzeczywistości.   

piątek, 28 listopada 2014

Czekając na odpowiedzi

W przypadku każdego wykonawcy, którego płyta trafiała w ręce większości z nas, musiał kiedyś nadejść moment, gdy na swój sposób odchodził od nagrywania oraz koncertowania dla wąskiego grona odbiorców, nierzadko po prostu znajomych, i wypływał na szersze wody, niekoniecznie tracąc przy tym kontakt ze sceną niezależną. Taka historia zazwyczaj wiązała się z jakąś płytą, w którą jakiś większy wydawca postanowił zwyczajnie zainwestować. Owszem,  tego typu finansowa przygoda nie zawsze kończyła się dobrze i wszyscy znamy wiele takich przypadków. Niemniej za każdym razem, gdy obserwuję podobny bieg wydarzeń, zadaję sobie pytanie, co ostatecznie z tego wyniknie. Teraz jest podobnie.

     Jayn Hanna Wissenberg  /  Fot. Shay Rowan / facebook/darkhermusic 
Jayn Hanna Wissenberg to w Polsce postać zupełnie anonimowa. Jej poczynania z The Steals kojarzą co najwyżej najbardziej zagorzali sympatycy shoegaze'u i mroczniejszych okolic neofolku oraz nasi rodacy, których exodus pognał na Wyspy Brytyjskie, gdzie mogli natrafić na nagrania wokalistki z West Yorkshire. Teraz jednak o ognistowłosej damie dowiaduje się coraz więcej osób, a wszystko za sprawą debiutanckiej epki Darkher, jej solowego projektu. To skromne wydawnictwo potwierdza, że dla wielu Jayn może i będzie osobą znikąd, ale z pewnością to, gdzie teraz się znalazła, nie było dziełem przypadku.



Czteroutworowa epka "The Kingdom Field" to tak naprawdę profesjonalne wznowienie tego, co Jayn H. Wissenberg wydała sama pod szyldem Faun Records w 2013 r. Różnica poleca zaledwie na jednym dodatkowym utworze. Zaś rzeczona cyfra cztery okazuje się znamienna. Debiut Darkher to w rzeczywistości  dwa dość odmienne oblicza Brytyjki. Dwie kompozycje pozostają istną oazą spokoju, pełną przestrzeni, melancholii, delikatności i onirycznej atmosfery budowanej przede wszystkim pierwszoplanowym głosem, za którym podążają m.in. pojedyncze dźwięki gitary i wiolonczela. Skojarzenia z ethereal i jego okolicami są tu jak najbardziej na miejscu. Z kolei druga para utworów to coś, na czym Darkher zyskuje najwięcej, tym samym o wiele skuteczniej zwracając na siebie uwagę. Pełne rockowe instrumentarium brzmi silniej i bardziej zdecydowanie, a połączone ze wspomnianą wiolonczelą, rozmytym shoegaze'owym brzmieniem i czystym, miłym, dla ucha głosem Jayn daje słuchaczowi poczucie wymykania się tej muzyki utartym, szczególnie gotyckim, schematom i mocno budzi oczekiwania względem regularnej płyty.



W końcu Jayn H. Wissenberg będzie musiała zdecydować się na którąś stylistykę i tym samym zachwiać te wyrównane proporcje. Niewykluczone jednak, że wybór już został dokonany, biorąc pod uwagę poniższy teledysk promujący rzeczone "The Kingdom Field". Na swój skromny jeszcze sposób Darkher odbiera od typowych rozwiązań, ale by móc powiedzieć to z pełnym przekonaniem, potrzeba czegoś więcej. Tym czymś będzie oczywiście pełna płyta. W dniu jej premiery okaże się również, czy niedawna decyzja niemieckiej Prophecy Productions o zainwestowaniu w wydanie tej epki była dobrym posunięciem. Wszystkiego najpewniej dowiemy się w przyszłym roku.

niedziela, 26 października 2014

Muzyka z krainy deszczowców

Do rodzimych wykonawców, tym bardziej dopiero co dających o sobie znać, zawsze podchodziłem z nieco większą dozą życzliwości niż w przypadku ich zagranicznych odpowiedników. Nawet jeśli w ich muzyce nie było tego "czegoś", a inspiracje okazywały się aż nadto słyszalne, szukałem innych walorów, które dawałyby podstawy uwierzenia w młodych muzyków i zaufania im przez poświęcenie czasu oraz nierzadko także środków. W większości przypadków nie zawiodłem się i później w moje ręce trafiały prezentowane w Melodiach ich kolejne i zarazem coraz ciekawsze wydawnictwa. Czy w przypadku Rainy Summer będzie podobnie? Coś mi podpowiada, że nie można tego wykluczyć, gdyż potencjał w zespole jest wyraźnie słyszalny. Muzycy pochodzą ze Stargardu Szczecińskiego i w tym roku zadebiutowali skromną dwuutworową epką.

Rainy Summer  /  Fot. facebook.com/rainysummerz
To dwie osoby, których przejawy wspólnej aktywności zaczęły pojawiać się w globalnej sieci na początku tego roku. Korzenie i chęć grania określonej muzyki są jasne. Zaczęło się od surowych postrockowo-shoegaze'owych mariaży z wyraźnie blackmetalową nutą i wszystko nadal zmierza w tym kierunku. Sęk w tym, że taka muzyka już nie zrobi na nikim wrażenia, chyba że dany wykonawca będzie miał oryginalny bądź przynajmniej w jakiejś mierze charakterystyczny sposób na jej wykonanie. A jak jest tutaj? Co najmniej deszczowo.


Epka "Forestate of summer" dowodzi, że młodzi muzycy mają jakiś pomysł na ten zespół. To skromne cyfrowe wydawnictwo wyraźnie różni się od ich początkowych nagrań demo, jakże typowych dla wspomnianej wypadkowej gatunków. Jest surowo, ale i nie brakuje wyraźniej melodii oraz nastroju. Na szczęście muzyka nie została uzupełniona typowym blackmetalowym skrzekiem. Zastąpiły go przestery nałożone także na słowa wypowiedziane lub wykrzyczane po polsku, co zdecydowanie sprawdziło się w powyższym nagraniu "Ciągle padał deszcz". Znalazło się także nie co miejsca przestrzenne brzmienie oraz senne partie gitar. 


A czego brakuje? Przyjmijmy, że na tym etapie niczego. Za wcześnie jeszcze, by wymagać więcej. Tu wszystko się rozwija i ma przed sobą jakąś perspektywę. Można jedynie zasugerować, że kierunek obrany na "Forestate summer", zwłaszcza w przypadku "Ciągle padał deszcz", wyróżniłby ten zespół spośród innych. A gdyby dopracować nieco produkcję, to byłoby jeszcze bardziej obiecująco. Niebawem przekonamy się, co wyjdzie z tych rozbudzonych nadziei. W 2015 r. muzycy Rainy Summer wydadzą debiutancką płytę. A tymczasem w dziale MP3, których warto posłuchać znajdzie rzeczoną epkę "Forestate summer", w całości udostępnioną przez samych zainteresowanych.

środa, 18 czerwca 2014

Rozmyte światła

Dziś to już strach pomyśleć, co by działo się z mniej rozpoznawalnymi i zupełnie początkującymi muzykami, gdyby nie internet. A tak przecież tak było i wydaje się, że jeszcze stosunkowo niedawno, choć przecież chodzi już po ziemi pokolenie, które dostęp do zasobów globalnej sieci ma od zawsze. Ta myśl powraca do mnie za każdym razem, gdy sięgam po nagrania obecne jedynie w formie cyfrowej. Wciąż to dla mnie dziwne uczucie, gdy słucham ich, mając za plecami półki kompaktów i kartony pełne kaset. Ale z drugiej strony właśnie dzięki temu twórcy tak łatwo jest dotrzeć do kogoś nawet na drugim końcu świata. Niemniej nie ukrywam, że w przypadku najciekawszych wykonawców z przyjemnością zamieniłbym kopiowany w nieskończoność plik na porządnie wydaną srebrny krążek. Takich muzyków jest w Polsce wielu, a spośród nich warto wyróżnić chociażby Jarka Leśkiewicza, który od dobrych kilku lat działa na obrzeżach rodzimej sceny, jednocześnie zwracając na siebie uwagę także poza granicami kraju. Tym razem wszystko za sprawą debiutanckiej płyty Blurred City Lights.

Fot. Kamil Mrozkowiak
Nie od dziś były muzyk Echeos of Yul, działający także w solowym projekcie Naked On My Own, współpracuje z osobami kojarzonymi na zachodniej scenie szeroko rozumianej alternatywy. Za przykład niech posłuży chociażby brytyjskie SPC ECO , na którego płycie "Dark Notes" można usłyszeć rzeczonego gitarzystę. Teraz jednak naszedł czas na coś więcej niż gościnny udział w nagraniach. Do spółki z Deanem Garcią, naturalnie ze wspominanego SPC ECO, powołał do życia Blurred City Lights. W 2013 r. ukazała się cyfrowa epka "Neon Glow", a teraz już regularna, choć także wydana jedynie sieci, płyta "Anamorphic". Cóż to za muzyka? Jarek Leśkiewicz daje się poznać z nieco innej strony.



Blurred City Lights to dźwiękowa hybryda, skrzyżowanie elektroniki, zwłaszcza tej kojarzącej się z trip hopem, spuścizny shoegaze'u oraz wszystkiego, może wypełniać przestrzeń za głównym motywem wybranej kompozycji. Dużo w tym wszystkim nastroju, spokojnych temp i onirycznej atmosfery. Ma to oczywiście również i swoje konsekwencje. Zróżnicowanie charakteryzujące "Anamorphic" sprawia, że wielu może uznać tę płytę za nierówną. Ocena, siłą rzeczy subiektywna, będzie wynikała z upodobań. Abstrahując jednak od gustów, trudno nie odnieść wrażenia, że im więcej w tej muzyce trip hopu, pięknego głosu gościnnie śpiewającej Rose Berlin oraz "rozmytych" gitar Leśkiewicza, tym lepiej. Odejście od tej formuły owocuje czymś zdecydowanie bardziej przyziemnym, zwyczajnym i nie tak uwodzącym. A gdzie w tym wszystkim nieco inne oblicze naszego rodaka? W ramach Blurred City Lights gra nieco lżej, niż mogliśmy do tego przywyknąć, chociażby w Naked On My Own. Tu gitara nie jest dominującym instrumentem. Smyczki pierwszych skrzypiec przejmuje elektronika.



To nie jest wybitna płyta, ale z pewnością kompozytorzy zawartej na niej muzyki zasługują na to, by ta dotarła do uszu kogoś, kto może o niej opowiedzieć zdecydowanie szerszemu gronu osób niż to, przez które Blurred City Lights kojarzy teraz. Co więcej, na kompaktach wydawano już tyle bezwartościowych rzeczy, że szkoda byłoby, gdyby "Anamorphic" nie stało się czymś więcej niż bezdusznymi plikami w naszych komputerach, telefonach i wszelkich innych odtwarzaczach. To przyjemna dla ucha alternatywa w chwili potrzeby odejścia na moment od cięższych i bardziej siermiężnych dźwięków. Całego albumu możecie posłuchać tutaj. 

środa, 7 maja 2014

W cieniu Alcest

Wszystko wskazuje na to, że ktoś nieco pozazdrościł Alcest dobrze przyjętej przez większość fanów transformacji polegającej na odejściu od surowego black metalu na rzecz bardziej gitarowych, postrockowo-shoegaze'owych brzmień. W przypadku Francuzów z biegiem lat proporcje przeciwległych muzycznych biegunów ulegały zmianie, aż jeden z nich ostatecznie wyparł drugi. Ich popularność pokazała, że ten zabieg sprawdził się zarówno artystycznie jak i marketingowo. Dlatego w żadnym wypadku nie moze dziwić fakt, że niemieckie Lantlos wydało teraz taką, a nie inną, płytę. Wszak dwa z trzech swoich wcześniejszych krążków Markus Siegenhort nagrywał właśnie z Neigem, liderem rzeczonego Alcest. Ale jeśli nawet to nie przypadek, to i tak na "Melting Sun" można znaleźć nieco ciekawej muzyki. 

Markus Siegenhort, jeszcze za czasów grania z Neigem  /  Fot. Arch. zespołu 
Nowy Lantlos to nie kopia Alcest w linii prostej. Zapożyczeniem jest raczej sam fakt transformacji, zrodzony najpewniej na fundamentach wcześniejszej współpracy obu muzyków oraz obecnych tendencji rynkowych. Grając surowy i melodyjny black metal, nie dotrze się do tak szerokiego grona, jak w przypadku cieplejszej, onirycznej i melancholijnej gitarowej muzyki. Najwyraźniej Markus Siegenhort zrozumiał to przed nagrywaniem "Melting Sun", czego ostatecznie efekty poznaliśmy 2 maja. A te zaś to powstanie muzyki teoretycznie jednoznacznej, ale tak naprawdę mimo wszystko na swój sposób eklektycznej, co też z pewnością będzie budzić skrajne opinie.
Wszystko dlatego, że '"Melting Sun" leży gdzieś między kilkoma gatunkami gitarowego grania. W tym miejscu spotykają się shoegaze, post rock, a nawet sludge, do którego odnoszą się efekty wykorzystane przy cięższych partiach sześciostrunowych instrumentów. A kiedy to wszystko uzupełnimy pełnym barw i zarazem depresyjnym brzmieniem i melancholijnym wokalem, to zwolennicy wspominanych gatunków w o wiele czystszej postaci uznają nową płytę Lantlos za coś przeciętnego, będącego jedynie zbiorem dobrze znanych patentów. Owszem, będzie w tym nieco racji. Muzycznych skojarzeń jest bardzo dużo i momentami wydają się zbyt oczywiste. Zatem jeśli ten album ma się spodobać, trzeba na nie spojrzeć i wysłuchać go w nieco inaczej.

Obecny skład Lantlos, Markus Siegenhort w środku  /  Fot. Materiały promocyjne
Potraktujcie ten krążek jako próbę wydobycia z siebie przez autora czegoś nowego, zdobycie się na opuszczenie wcześniejszych rejonów muzycznej czerni i poszukiwania innych rozwiązań. To prawda, że Markus Siegenhort, wraz z towarzyszącymi mu muzykami, musi jeszcze popracować nad wieloma elementami, by lepiej odnaleźć się w nowej muzycznej rzeczywiści, zwłaszcza nad partiami wokalnymi. Niemniej w obecnej stylistyce Lantlos słychać nieco dobrych pomysłów, które za jakiś czas mogą przełożyć się na coś ciekawego. Ich kompozytor musi jednak odnaleźć, i to szybko, własny, charakterystyczny styl, gdyż obecnie ten nie jest jeszcze w pełni klarowny. Tutaj decydujące okaże się  kolejne wydawnictwo. A co do nawiązań do Alcest, ze względu na historie personalne i odejście od black metalu, "Metling Sun" stawia Niemców nieco w cieniu Francuzów. Tylko od nich będzie będzie zależało, jak szybko z niego wyjdą. Dobrze, że ten album nie jest tak przesadnie marzycielski jak wydany w tym roku "Shelter". I lepiej, by jego następca nie był. Wszyscy na tym skorzystamy. Poniżej znajdziecie jedno z najnowszych nagrań Lantlos.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Zerwanie z przeszłością

Muzyczną historię Neige'a, a co za tym idzie także i Alcest, można by w sposób niemal podręcznikowy zobrazować za pomocą wykresu przedstawiającego wzajemną relację pomiędzy dwoma zmiennymi. Początkowo dominowała jedna z nich. Teraz zaś jest zgoła odwrotnie. W tej muzyce black metalu już nie ma. Został całkowicie wyparty przez shoegaze i post rock, które tak nieśmiało pukały do drzwi umysłu rzeczonego kompozytora na początku działalności Alcest. Nowa płyta nie pozostawia jednak wątpliwości. Coś się skończyło, i to niestety z nie do końca dobrym skutkiem.

Alcest  /  Fot. facebook.com/alcest.official
Wydany w miniony piątek "Shelter" to zerwanie z przeszłością, której echa były jeszcze słyszalne na "Les voyages de l'âme" z 2012 r. Wówczas przyjemnie słuchało się tej francuskiej gry kontrastów pomiędzy łagodnymi melodiami, a blackmetalowymi skrzekami. Nie miało znaczenia, że przeszłość była już w odwrocie. Liczył się efekt końcowy, a ten był niezwykły. Teraz jednak Alcest bardziej przypomina kolejny z zespołów aspirujących do grup pokroju Sigur Ros i Anathemy. Nieco zatraciło swój charakter. Za dużo tu wyspiarskich elementów i rozciągniętych melodyjnych i marzeń. Tego typu zespołów jest dużo, a takich jak jeszcze niedawne Alcest do tej pory było o wiele mniej. Gdzieś tu, przynajmniej na jakiś czas, zaginęła oryginalność.

Neige podczas próby w 2012 r.  /  Fot. facebook.com/alcest.official
Niewątpliwie wpływ na to miała nie tylko decyzja samego Neige'a, ale i jego współpraca z Birgirem Jónem Birgissonem, producentem Sigur Ros, który wskazał francuskiemu multiinstrumentaliście kilka drogowskazów w tym wciąż na swój sposób nowym dla niego muzycznym świecie. Oczywiście dzięki temu na "Shelter" nie brakuje muzycznego piękna. Te dźwięki płyną same za sprawą wszechobecnego eskapizmu, i, jak wskazuje sam tytuł, wyobrażeń na temat schronienia, do którego udaje się każdy, chcący uciec przed otaczającą go rzeczywistością. Jednak nie sposób nie odnieść wrażenia, że tych marzeń jest tutaj za dużo, zwłaszcza, gdy pamięta się wcześniejsze dokonania Alcest, jak chociażby poniższe nagranie "Faiseurs De Mondes" z wspominanego "Les voyages de l'âme". To idealny wręcz przykład mariażu przeszłości z ówczesnymi rockowymi pomysłami.


Neige podjął ryzyko. Postanowił otworzyć nowy rozdział w swojej muzycznej historii i zrobił to, dzięki czemu z pewnością zyska wielu nowych sympatyków. Jednakże otrzymany efekt nie przekonuje do końca. To znakomita muzyka, niemniej w wielu miejscach zbyt słodka, marzycielska, wręcz naiwna. To pierwsza taka płyta Alcest i wszystko wskazuje na to, że przyszłe będą podobne. Mogą być, jak najbardziej, byleby tylko nie brakowało im charakteru i potrafiły przekonać siłą nie tylko piękna, ale i ekspresji. Poniżej znajdziecie nagranie zamykające "Shelter", dziesięć minut muzyki wpisującej się w najlepsze momenty tej płyty.

wtorek, 12 lutego 2013

Zima z Niderlandów

Nikt nie wie wszystkiego. Zwłaszcza, gdy mowa o muzyce. Oficjalnych płyt i samodzielnie wydanych demówek ukazuje się tyle, że nie sposób samemu objąć je uszami, a co dopiero rozumem. Dlatego chętnie rozmawiam i słucham o nowych, nieznanych mi wcześniej, wykonawcach. Dzięki temu w moje ręce wpadło kilka ciekawych rodzimych i zagranicznych płyt, spośród których w ostatnim czasie szczególnie wyróżniłbym drugi album holenderskiego Cold Body Radiation.


To jeden z tych jednoosobowych projektów, którego twórca wybitnie ceni sobie anonimowość. Nie wiemy o nim zbyt niewiele, by nie powiedzieć, że w zasadzie niemal nic. Komponuje pod pseudonimem M. W 2009 r. powołał do życia studyjny projekt Cold Body Radiation, w którym odpowiedzialny jest za wszystkie instrumenty i partie wokalne. Jego muzyka to jeden z licznych przejawów dość popularnej fascynacji syntezą black metalu oraz elementami post rocka i shegaze'u. Debiutował dwa lata temu krążkiem "The Great White Emptiness", którego już sam tytuł wiele wyjaśniał. Była to muzyka zimna, surowa, momentami wymagająca, ale uzupełniona o liczne zwolnienia tempa i rozmarzone melodie. W tym przypadku proporcje były jeszcze rozłożone zdecydowanie na korzyść black metalu. Ekspresja muzycznej czerni górowała nad przyjemnymi dla ucha partiami gitar. To był dobry kawałek muzyki ukazujący niemałe możliwości tkwiące w tym niemal że anonimowym twórcy. I w pewnym momencie stało coś, co można by zaobserwować chociażby na przykładzie francuskiego Alcest. Wspomniane proporcje zaczęły ulegać wyraźnej zmianie.

Okładka "The Great White Empitness"
Wszystko za sprawą wydanego w 2011 r. krążka "Deer Twilight". Muzyka M. stała się o wiele bardziej melodyjna, przestrzenna, rozmarzona, a chwilami nawet i na swój sposób piękna. Post rock i shoegaze wzięły górę nad black metalem, choć na szczęście miejscami słychać czerń pozostałą w tych dźwiękach. Dzięki temu brzmi to autentycznie i nie sugeruje pójścia muzyka na skróty. Podobnie jak w przypadku "The Great White Emptiness", tu również dominuje zima. Chłód brzmienia i śnieg pokrywający lasy. Owszem, samo w sobie nie jest to przesadnie oryginalne i słusznie kojarzy się z byle jaką muzyką panów w czarno-białych makijażach, ale tutaj wszystko do siebie pasuje. Czuć mniej więcej to, co w chwili patrzenia w ciszy na biały krajobraz. Jest refleksja, jest i spokój. Miejscami nawet, nie tylko za sprawą muzyki, ale efektów nałożonych na wokale, przypomina mi się Brain Story, projekt Mariusza Kumali z Closterkeller.

Okładka epki "The longest shadows ever cast"
Zapotrzebowanie na taką muzykę było i wciąż jest względnie duże, dlatego nietrudno, by w gąszczu bardzo licznych tego typu wydawnictw takie albumy przechodziły bez większego echa. Cold Body Radiation trudno uznać za wiodącego przedstawiciela gatunku, ale z pewnością jest bardzo solidna inicjatywa, która wciąż ma się dobrze. W styczniu ukazała się siedmiocalowa epka "The Longest Shadows Ever Cast", na której jeszcze bardziej dają o sobie znać shoegaze'owe rozwiązania. Zaintrygowanych odsyłam do płyt Cold Body Radiation. Co ważne, fizyczne kopie drugiej z nich są dostępne w jednym z polskich sklepów internetowych.

środa, 26 grudnia 2012

Jeszcze w tym roku

Nawet gdy wydaje się, że do końca roku pozostało już niewiele czasu i jesteśmy wręcz przekonani, że równie niewiele, jak nie mniej, będzie jeszcze w stanie się wydarzyć, to jednak czasem los udowadnia nam, że wówczas bardzo się mylimy. Dotyczy to wielu aspektów życia, w tym również muzyki, w przypadku której, przyznam szczerze, nie liczyłem już na zbyt wiele przed 31 grudnia. A jednak wszystko dość gwałtownie się zmieniło, gdy posłuchałem dopiero co wydanego nowego wydawnictwa Alcest. 

Fot. Maria Louceiro
Jak wskazuje sam tytuł "BBC Live Session", na krążku znalazły się kompozycje nagrane na żywo specjalnie dla brytyjskiego publicznego nadawcy. To zaledwie trzy nagrania znane już z regularnych wydawnictw, ale mimo wszystko niosące ze sobą tyle nastroju, namiastki magii i estetyki z pogranicza dźwiękowego piękna, że nadal nie sposób przejść obok nich obojętnie. To zadziwiające, dokąd potrafi zaprowadzić muzyka pasja tworzenia. I to tym bardziej, jeśli jego przygoda z komponowaniem zaczynała się od black metalu. Obecnie o czarnej przeszłości Alcest od czasu do czasu przypomina jedynie charakterystyczna surowość brzmienia gitar. Reszta zaś to shoegaze, choć oczywiście zagrany a nieco inna nutę, niż zwykli to czynić klasycy gatunku. I dobrze. Dzięki tej fuzji kilka lat temu na naszych oczach i uszach powstało coś bardzo ciekawego.


Jeśli dobrze znacie i cenicie sobie twórczość Neige'a, "BBC Live Session" z pewnością na długo zagości w Waszych odtwarzaczach. A właściwie adapterach, gdyż jedynym fizycznym nośnikiem tego wydawnictwa jest winyl. Jeśli zaś, czytając te słowa, z muzyką rzeczonego Francuza spotykacie się po raz pierwszy, istnieje naprawdę duże prawdopodobieństwo, że nie po raz ostatni. Posłuchajcie sami. Warto. Poniżej jedno z trzech nagrań, które trafiło na najnowsze wydawnictwo Alcest. Obiecuję, że jak tylko ten winyl znajdzie się w moich rękach, zabiorę go na nasze spotkanie.

piątek, 21 września 2012

Od czegoś trzeba zacząć

Wbrew pozorom Mława to uznane miejsce na muzycznej mapie Polski. To w tym niewielkim mazowieckim mieście powstały takie zasłużone dla rodzimej sceny grupy jak chociażby Groan czy Neolithic, których muzycy wciąż grają rozsiani po po różnych zakątkach naszego kraju, a niekiedy także i Europy. Ale muzyczne oblicze Mławy to nie tylko przeszłość. To również teraźniejszość, do której należy zaliczyć m.in. jednoosobowy projekt o nazwie Suffering Astrid.  

Fot. Arch. zespołu
Za wszystko, od początku do końca, odpowiedzialny jest niejaki Bruno Janiszewski. To młody muzyk, który postanowił tworzyć coś, co śmiało można by określić mianem szeroko pojętego shoegaze'u. Nie oczekujcie jednak przyjemnych dla ucha melodii pokroju Slowdive, a czegoś zdecydowanie bardziej surowego, o brudnym i szorstkim brzmieniu dla ucha. Dużo tu eksperymentów, poszukiwań i dźwiękowej przestrzeni, chwilami ocierającej się o drone i noise, które sugerują, niewykluczone, że całkiem słusznie, powstawanie utworów w znacznej mierze w oparciu o improwizacje.



"Netheriser" to wydana wyłącznie w postaci cyfrowej debiutancka płyta Suffering Astrid będąca następcą dwóch wcześniejszych epek. Za sprawą tego wydawnictwa wyraźnie słychać, jak rozwija się i dojrzewa muzyka Brunona Janiszewskiego. I mimo że miejscami brakuje jej ogłady i należytej produkcji, to nie zdziwiłbym się, gdyby wraz z upływem czasu w nasze ręce trafił album, choćby miejscami, porównywalny z np. z dokonaniami Thisquietarmy czy Nadja. Jest potencjał i wydawnictwo, które warto odnotować. Nawet jeśli nie przypadnie Wam ono do gustu, a cenicie sobie takie dźwięki, zapamiętajcie nazwę tego projektu. I to tym bardziej, że takich eksperymentatorów w naszym kraju wciąż nie ma przesadnie wielu. Całej płyty możecie posłuchać tutaj. 

Fot. Arch. zespołu

wtorek, 24 lipca 2012

Alcest ponownie w Polsce

Definitywne porzucenie muzycznych korzeni i granie czegoś zupełnie innego nie jest zbyt trudne. O wiele trudniejsze jest na tyle umiejętne odniesienie się do przeszłości, by udanie móc połączyć jej echa z czymś  innym i tym zaoferować słuchaczowi coś zupełnie nowego. Takich wykonawców nie ma zbyt wielu, ale z całą pewnością do ich grona należy zaliczyć francuski Alcest, który jako jeden z pierwszych tak udanie spopularyzował syntezę black metalu i shoegaze'u. Teraz, po niedawnym kwietniowym koncercie w Poznaniu, raz jeszcze będziemy mogli na własne uszy przekonać się, jak ta muzyka wypada na żywo.
Fot. Arch. zespołu
Delikatne melodie i partie wokalne znane z Wysp Brytyjskich zderzone z surowym, momentami faktycznie blackmetalowym brzmieniem gitar. Taki jest Alcest i taka też jest ta synteza dwóch nurtów, które wydawałoby się nie sposób ze sobą pogodzić. A jednak. Dużo tu nostalgii, melancholii i po prostu przyjemnego dla ucha muzycznego piękna. Nie licząc debiutanckiego materiału demo, tak jest na każdym dotychczasowym wydawnictwie Alcest, w tym naturalnie na wydanej kilka miesięcy temu płycie "Les Voyages De L'Âme", którą Francuzi będą promowali m.in. tegorocznej jesieni podczas europejskiej trasy koncertowej u boku Katatonii.

                       Potwierdzone polskie koncerty Alcest:

17.11.2012 - Warszawa, Progresja
18.11.2012 - Kraków, Kwadrat

Poniżej znajdziecie jeden z dwóch teledysków powstałych do nagrań z wspomnionego wydawnictwa. Warto obejrzeć, ale przede wszystkim warto posłuchać i poznać bliżej. Nie mówiąc już oczywiście o wybraniu się na koncert do Krakowa lub Warszawy.