Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gothic. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gothic. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 lutego 2021

Rozmowa, która wymknęła się spod kontroli

Cieszę się, że po ponad sześciu miesiącach spędzonych w rozgłośni internetowej i piętnastu latach z okładem w tradycyjnym eterze coś jest jeszcze w stanie mnie zaskoczyć, zdziwić lub zwyczajnie wywołać nieoczekiwany uśmiech na mojej twarzy. I nie ma znaczenia, czy dana sytuacja to moje niedopatrzenie, czy czysty przypadek. Takie zdarzenia zabijają rutynę, w którą bardzo łatwo popaść po przygotowaniu, poprowadzeniu i zrealizowaniu dobrze ponad 800 audycji. Ale do rzeczy. 

Void / Fot. acebook.com/0undertheskin   

Rozmowa z Mariuszem Łuniewskim, wokalistą Deathcamp Project, potoczyła się zupełnie inaczej, niż to planowałem. Owszem, nigdy nie należy zakładać sztywnego scenariusza, zachowując elastyczność reakcji na słowa rozmówcy. Niemniej, jakoś nie przewidziałem, że wymianę zdań rozpoczniemy od spostrzeżeń dotyczących internetowych początków brytyjskiej pornografii... 

 Z popularnym Voidem miałem porozmawiać przede wszystkim o nowym maxi singlu Unthertheskin, zawierającym aż sześć wersji nagrania "End This Summer". W tym te przygotowane m.in. przez muzyków Ash Code czy Shad Shadows. A co z tego wyszło? Owszem, porozmawialiśmy o Undertheskin, ale w wymiarze zaledwie jednej trzeciej danego nam czasu. Jednak nie żałuję tego. W tej kilkudziesięciominutowej wzajemnej lokucji padło bardzo dużo interesujących wątków, smaczków i zakulisowych informacji. Zaintrygowanych odsyłam do odsłuchu.

niedziela, 19 stycznia 2020

Pełnia w Lublinie

Bardzo żałuję, że w ubiegłym roku nie udało mi się zobaczyć ich w warszawskim Pogłosie, ale z drugiej strony debiut owej lubelskiej młodzieży był na tyle intrygujący, że ponowne wystosowanie zaproszenia pozostawało jedynie kwestią czasu. I tak też się stało. 14 lutego Moonlight Meadow, o którym tutaj mowa, w towarzyskie Marty Rayi (eks Monowelt) zagra w stołecznym CH25. To dobra okazja, by poświęcić panom kilka linijek tekstu.


Nie co dzień brazylijska wytwórnia wypuszcza na kompakcie debiut nikomu nieznanej grupy z Lublina. Owszem, to nie jest początek lat 90. i żadna z tego sensacja, ale trzeba przyznać, że sam fakt budzi ciekawość. Obudził także moją, dlatego posłuchałem krążka "Moonlight Meadow" i ubiegłej jesieni zaprezentowałem jego fragmenty w Melodiach. Wnioski? Cztery lata wspólnych prób wystarczyły, by rozbudzić nasze nadzieje. Nadzieje na niewstydzenie się po włożeniu do odtwarzacza płyty "polskiego zespołu grającego rock gotycki". Jasne, to i dużo i mało, ale wystarczy, by uczciwie, z zaciekawieniem i bez bólu głowy wysłuchać wszystkich nagrań.



Żeby była jasność. Tu nie ma żadnego zaskoczenia, objawienia, czy sensacji. Nic z tych rzeczy. Panowie grają w otwarte karty, a inspiracji nie trzeba nawet wymieniać. I tak każdy rozpozna je w mig. Największą zaletą są tutaj pomysł, spójność, rodzący się własny styl i klimat. Lublinianom udało się stworzyć prostą muzykę, ale za to muzykę pełną nastroju i przyjemne dla ucha, siłą rzeczy, mocno osadzoną w latach 80. 


Produkcja jest przeciętna, braków warsztatowych niemało, powtarzania i rozwijania kilku opanowanych rozwiązań dość dużo, ale w ogólnym rozrachunku wrażenie jest dobre i ma pełne prawo budzić życzliwość fana 4AD i okolic. Słuchać tu potencjał na coś o wiele lepszego i ciekawszego, ale na to musi przyjść również czas, nomen omen, wespół z uporem i żelazną konsekwencją bardzo młodych jeszcze muzyków. Zaczekajmy. Za sprawą takiego debiutu Moonlight Meadow zasłużyło, by uczciwie dać mu szansę.

sobota, 6 kwietnia 2019

Baṣniowa muzyka

Jeszcze przed nagrywaniem debiutanckiej płyty, a nawet pierwszym koncertem (!), otrzymali zaproszenie od organizatorów Castle Party. Jeszcze nikt nie słyszał ich muzyki, a już rozpisywano się, że producentem krążka będzie TEN Waldemar Sorychta - swego czasu muzyk Therion i Grip Inc., ale przede wszystkim człowiek odpowiedzialny za brzmienie kultowych dziś płyt m.in. Samael, Moonspell, Unleashed, Tiamat, czy The Gathering. Nieźle, naprawdę nieźle, jak na początek. W zasadzie przed premierą ugrali wszystko, co można było ugrać - pełną atencję i niecierpliwe przebieranie nóżkami przyszłych słuchaczy. A że niedawno nareszcie nadszedł długo wyczekiwany dzień premiery debiutanckiego "No Falling Stars And No Wishes", tydzień przed tym terminem dwoje muzyków warszawskiej grupy Baṣnia zjawiło się w studiu przez Bednarskiej 2/4. 

Baṣnia podczas koncertu, klub Pogłos, fot. Kamil Mrozkowiak
Baṣnia Lipińska i Adam Kaliszewski nie wzięli się znikąd. Wokalistę mogliśmy słyszeć już na płytach Hidden By Ivy i God's Own Medicine, natomiast Adam przez lata grał w Namaah, któremu Metal Mind wydał dwa albumy. Do grupy dołączyła jeszcze sekcja rytmiczna i tak powstała ciekawa mieszanka nieco zimnego grania, mniej bądź bardziej romansującego z post punkiem i alternatywnym popem. Grania, które okazało się dość ciekawą propozycją na tle podobnych rodzimych wydawnictw. 



Zachęcam do nadstawienia ucha. Baṣnia i Adam opowiedzieli wiele ciekawych i mocno zaskakujących historii, jak chociażby droga do współpracy z Waldemarem Sorychtą, czy dosłownie bardzo gorące okoliczności nagrywania płyty w mieszkaniu na jednym z warszawskich osiedli. Inna rzecz, że wówczas w Melodiach wiele nagrań Baṣni zaprezentowałem po raz pierwszy. Wszak do premiery krążka pozostawało jeszcze osiem dni.

niedziela, 10 czerwca 2018

Wygraj karnet na Castle Party 2018

Mimo że po stronie głównej tej witryny od dobrych trzech miesięcy hula wiatr, to jednak wbrew pozorom Melodie mają się dobrze. Działy Playlisty oraz Odsłuch archiwalnych audycji są aktualizowane co tydzień, zaś sądząc po otrzymywanej od Was korespondencji, wciąż znajdujecie czas, by włączyć radio w poniedziałek o północy. Cisza w zakresie publikacji jest jednak ciszą. A że najlepiej przerwać ją dobrą wiadomością, trudno o lepszy moment. Tym bardziej, że organizatorzy Castle Party po raz kolejny spojrzeli przychylnym okiem na Melodie. Słowem, karnet na tegoroczną edycję festiwalu raz jeszcze trafi do kogoś z Was. CP odbędzie się w Bolkowie dniach 12-15 lipca.  

Główna scena Castle Party przed festiwalem, fot. Kamil Mrozkowiak
 
Wystarczy wysłać kartkę pocztową na adres:

Akademickie Radio Kampus (Melodie Mgieł Nocnych)
ul. Bednarska 2/4
00-310 Warszawa

W miejscu na treść podajcie imię i nazwisko, numer telefonu oraz jednozdaniową odpowiedź na pytanie:

Dlaczego chcę pojechać na tegoroczną edycję Castle Party?

Rozwiązanie konkursu w Melodiach w nocy z 2 na 3 lipca.

Do zwycięzcy zadzwonię osobiście w czasie audycji. Kluczowe jest potwierdzenie wyjazdu do Bolkowa.

PS.

Karnet wygrała Ania z Częstochowy.

Program Castle Party 2018


Środa (11 lipca, dzień przedfestiwalowy)


Arkady, dawna Basztowa

18:30 - Switchface
19:20 - Miranda Cartel
20:30 - Amrou Kithkin
21:30 - Dusk Watch
22:45 - Cabaret Grey


Czwartek (12 lipca)


Mała scena

16:35 - Psychoformalina
17:30 - Aviaries
18:25 - Past
19:20 - Christine Plays Viola
20:30 - The Last Days Of Jesus
21:40 - The House Usher
23:00 - Golden Apes

00:00 - DJ
03:00 - 05:00 DJ


Piątek (13 lipca)


Zamek

Otwarcie: 15:00

16:00 - Leśne Licho
17:00 - Vulture Industries
18:00 - Grausame Töchter
19:10 - Theatre Of Hate
20:20 - Agonoize
21:45 - Teatr w ruchu
22:15 - The Eden House
23:50 - Apoptygma Berzerk

Mała scena

Otwarcie: 15:00

15:35 - Above Aurora
16:30 - Doomas
17:25 - Rosk
18:20 - Popiół
19:25 - Mentor
20:35 - Shining
22:05 - In The Woods

00:00 - DJ
01:30 - Jeremiah Kane (live)
02:40 - Favorit89 (live)
03:40 - 05:00 - DJ


Sobota (14 lipca)


Zamek

Otwarcie: 15:00

16:00 - Art Of Illusion
17:00 - Made In Poland
18:00 - Tyske Ludder
19:10 - The Coffinshakers
20:20 - Gothminister
21:45 - Faun
23:30 - Project Pitchfork

Mała scena

Otwarcie: 15:00

15:35 - Gnoza
16:30 - By The Spirits
17:25 - Nytt Land
18;30 - Arrm
19:40 - Licho
21:00 - Mortiis
----
01:20 - Death In Rome (Special Midnight Show)

02:30 - DJ
03:45 - 05:00 - DJ


Niedziela (15 lipca)


Zamek

Otwarcie: 15:00

16:00 - Traitrs
17:00 - Mano Juodoji Sesuo
18:00 - Escape with Romeo
19:30 - Department
21:05 - The Beauty of Gemina
22:50 - Samael

Mała scena

Otwarcie: 15:00

15:35 - Citizen N.I.
16:30 - Human Steel
17:25 - Gunmaker
18:20 - Monstergod
19:25 - Cynical Existence
20:30 - Seadrake
21:50 - Torul

23:00 - DJ
02:00 - 04:00 - DJ

niedziela, 23 lipca 2017

Kazanie baptysty u ewangelika

Nie, nic z tych rzeczy. Zapomnijcie o religii. To wciąż strona poświęcona muzyce. Jednak w tym przypadku ciekawe zrządzenie losu, gra słów i 70 minut koncertu sprawiły, że pozwoliłem sobie na te pseudo szarady. Nieco ponad tydzień temu amerykańsko-niemiecki Frank The Baptist zagrał na małej scenie tegorocznej edycji Castle Party w byłym kościele ewangelickim. Zagrał i porwał publiczność. Był to jeden ze zdecydowanie najlepszych gitarowych koncertów, które niedawno odbyły się w Bolkowie. 


Gwoli ścisłości. Po pierwsze, panowie grali już w Polsce. Po drugie, są doskonale znani krajowym znawcom gatunku. A po trzecie? Nie ma po trzecie. Niech wystarczy sama muzyka. Jest pełna energii, melodii i bardzo skutecznie wymyka się jednoznacznym klasyfikacjom. Można mówić, że to death rock, że dark rock, że  „alternatywne” granie. Tylko po co? Lepiej dać się porwać, bo potencjał tej muzyki jest naprawdę duży. Frank Vollmann ma znakomity głos, a muzycy głowę do chwytliwych zagrań. Chce się czy nie, na koncercie i tak tupie się nogą. I to w najgorszym razie tylko nogą.


Jak dotąd Baptyści nagrali cztery regularne płyty, z których, co ciekawe, trzy wydała austriacka Strobelight Records, kojarzona w Polsce m.in. z wypuszczenia genialnego debiutu naszego Miquel And The Living Dead. Choć mówiąc „muzycy”, trzeba mieć na myśli przede wszystkim Franka Vollmanna, który dobierał sobie pozostałych członków zespołu, zarówno za czasów działania w Stanach, jak i teraz w Berlinie, do którego przeniósł się 2006 r. A płyty? Debiutancka "Diffrent Degrees of Empty" (2003) oraz wydana rok później "Beggars Would Ride" to dość surowe, przeciętnie wyprodukowane, ale mimo wszystko ciekawe granie ze szpadlami pracowników zakładu pogrzebowego w tle. Natomiast dwa kolejne, „berlińskie” krążki „The New Colossus” (2007) i „As The Camp Burns (2015)” to nowe wcielenie Franka. Takie, jakie znamy teraz. Przebojowe, skoczne, ale wciąż bliskie korzeniom zespołu. Po prostu zdecydowanie lepiej brzmiące. To od nich warto zacząć lekturę kazań Franka Baptysty, o ile wcześniej nie mieliście tej okazji. Na długo zapadną Wam w pamięci.  
     

Na poparcie tego, co napisałem wyżej, dodam, że dzień po koncercie Frank The Baptist na polu namiotowym dostrzegłem rozerwaną podeszwę jednego ze swoich wojskowych butów. Nie byłem przesadnie zaskoczony. To, co działo się w byłym kościele, w pełni to uzasadniało. Przy okazji pozdrawiam życzliwe dusze, dziękując jednej za butapren, a drugiej za taśmę klejącą. Podziałało.

wtorek, 13 czerwca 2017

Wygraj karnet na Castle Party

To już jedna z niemalże tradycji naszych cotygodniowych spotkań. Raz jeszcze dzięki uprzejmości organizatorów festiwalu w Bolkowie otrzymałem możliwość wręczenia komuś z Was karnetu na Castle Party. Zasady jego pozyskania nie zmieniają się od lat. Są niezwykle proste, nieco staroświeckie i każdemu dają równe szanse.

Zamek w Bolkowie, fot. Kamil Mrozkowiak

Wystarczy wysłać kartkę pocztową na adres:

Akademickie Radio Kampus (Melodie Mgieł Nocnych)
ul. Bednarska 2/4
00-310 Warszawa

W miejscu na treść podajcie imię i nazwisko, numer telefonu oraz jednozdaniową odpowiedź na pytanie:

Dlaczego chcę pojechać na tegoroczną edycję Castle Party?

Rozwiązanie konkursu w Melodiach w nocy z 3 na 4 lipca.

P.S. Karnet wygrała Helena. Gratuluję.


Program Castle Party 2017


Czwartek (13 lipca)


Kościół

17:35 - Stelarius
18:30 - Lahka Muza
19:25 - Dividing Lines
20:20 - Star Industry
21:35 - Sweet Ermengarde
22:50 - Frank The Baptist


Piątek (14 lipca)


Zamek

16:00 - Rigor Mortiss
17:00 - Batalion D'Amour
18:00 - .com/kill
19:10 - 7JK
20:20 - Diorama
21:45 - Arkona
23:30 - Diary Of Dreams

Kościół

15:35 - Postcards From Arkham
16:30 - In Twilight’s Embrace
17:25 - Shodan
18:30 - Ulcer
19:35 - Blaze Of Perdition
20:50 - Absu
22:15 - Beheaded


Sobota (15 lipca)


Zamek

16:00 - K-essnce
17:00 - Jesus Complex
18:00 - The Angina Pectoris
19:10 - A Split-Second
20:20 - Suicie Commando
21:45 - Neuobersliesien
23:30 - My Dying Bride

Kościół

14:35 - Hirsch
15:30 - Schloss Tegal
16:25 - Them Pulp Criminals
17:20 - Rapoon
18:30 - Sieben
19:40 - Rome


Niedziela (16 lipca)

Zamek

16:00 - Kasia Lipert
17:00 - Dance On Glass
18:00 - Controlled Collapse
19:30 - Mesh
21:05 - Vive La Fête
22:50 - Tiamat

Kościół

14:35 - Dark Side Eons
15:30 - Orbicide
16:25 - Black Tower
17:20 - Fredrik Croona
18:25 - H.Exe
19:30 - In Strict Confidence

niedziela, 28 sierpnia 2016

Pamiątka z Bolkowa

Już jadąc na tegoroczną edycję Castle Party, wiedziałem, że tak to się skończy. Nie było sensu się oszukiwać. Nie przewidziałem jednak, że słabość lustrowania nawet najbardziej niepozornych stoisk z płytami wymusi na mnie zakupienie tuż przed drogą powrotną specjalnej torby. Kompakty zwyczajnie nie chciały zmieścić się do plecaka. Ale było warto. W moje ręce wpadło w sumie kilkadziesiąt krążków mniej znanych lub zupełnie nierozpoznawalnych wykonawców. Czasem też były to płyty, których nie posiadałem dotąd z powodu zaporowych cen krajowych pośredników. Nie zabrakło także albumów, które poznałem dopiero w Bolkowie. A jednym z takich właśnie krążków jest "A Change of Speed, A Change of Style", jak sugeruje już sam tytuł, hołd złożony Joy Division.

Okładka kompilacji
Płytę wydała nic niemówiąca nikomu niemiecka wytwórnia OVR, w przypadku której to pierwszy numer katalogowy. A skąd pomysł? Premiera odbyła się niemal dokładnie rok temu, więc każdy fan Joyów skojarzy, że chodziło o 35. rocznicę samobójczej śmierci Iana Cutisa i faktycznego zakończenia działalności zespołu. Uwagę zwraca już sam dobór wykonawców. To chyba pierwsze tak międzynarodowe towarzystwo, z którego muzycy reprezentują rejony darkwave, rocka gotyckiego i w ogóle szeroko rozumianej elektroniki, ale zawsze z kręgu dark independent. Fani gitarowych brzmień będą musieli otworzyć się na coś nowego lub ominąć ten krążek szerokim łukiem, wracając np. do wydanego w 1995 r. zestawu "A Means To An End". Niemniej warto się przełamać. 




Jak każda kompilacja, także i ta ma lepsze i słabsze momenty, choć ich ocena naturalnie będzie wynikała z najbardziej preferowanych nagrań legendy z Manchesteru oraz słuchanych na co dzień gatunków muzyki. Warto jednak wyróżnić chociażby The Devil And The Universe, które w tym roku szturmem zdobyło bolkowską publiczność, oddalone od oryginału wykonanie "New Dawn Fades"  Godlessstate, Der Blaue Reiter w rozmarzonym "Decades" czy zamykające kompilację "The Eternal" Merciful Nuns, choć raczej za wykonanie, nie za pomysłowość. Warto także wspomnieć o minimalizmie Evi Vine w opracowaniu "Dead Souls. Co ciekawe, rzadko zdarza się, by na takie płyty trafiały nagrania koncertowe. A tak jest tutaj za sprawą Phillip Boa & The Voodooclub w "Love Will Tear Us Apart" oraz Sieben wykonującego "Transmission". 



"A Change of Speed, A Change of Style" warto potraktować jako ciekawostkę, gdyż tego typu albumy nigdy nie zadowolą każdego, przynajmniej nie całości. Sam chętniej zatrzymuję się przy określonych utworach, a inne raczej pomijam. Z wielu powodów. Niemniej to ciekawa i miło wydana dla oka kompilacja. W moim przypadku dodatkowo pamiątka z tegorocznego Castle Party. Choć najpewniej nie tylko moim.

Pełna lista wykonawców

1) The Devil & The Universe - I Remember Nothing
2) Dive - Isolation
3) No Sleep By The Machine - Shadowplay
4) Plastic Noise Experience - She´s Lost Control
5) The Invincible Spirit - Atmosphere
6) Godlesstate - New Dawn Fades
7) The Eternal Afflict - Twenty Four Hours
8) Der Blaue Reiter - Decades
9) Sieben -Transmission (Live)
10) Evi Vine - Dead Souls
11) Phillip Boa & The Voodooclub - Love Will Tear Us Apart ( Live)
12) Merciful Nuns - The Eternal
13) Die Krupps - Isolation*
14) Psyche - Disorder (Legacy Mix)*
15) Kirlian Camera - The Eternal*

* tylko w wersji cyfrowej

niedziela, 3 lipca 2016

Wygraj karnet na Castle Party

Jakiś czas temu obiecałem na antenie, że podejmę odpowiednie kroki, by ponownie wręczyć Wam zaproszenia na festiwal Castle Party w Bolkowie. I tak dzięki uprzejmości organizatora, po kilkuletniej przerwie w Melodiach ktoś z Was otrzyma karnet na całą imprezę. Warto spojrzeć w kalendarz i zaplanować sobie ostatni weekend lipca, gdyż tegoroczna edycja zapowiada się całkiem interesująco, niezależnie do tego, jakiej muzyki słuchacie. Śmiało można wybierać od gotyku przez ambient i industrial, aż po black metal.


W tym roku Castle Party potrwa od 28 do 31 lipca. Wśród zaproszonych grup znajdziemy m.in. gwiazdy w postaci Fields of the Nephilim, Closterkeller, Garden of Delight oraz XIII Stoleti, ale to nie wszystko. Osobiście polecałbym występy Desiderii Marginis, In Slaughter Nativres i Phurpa. Te muzyczną ciemność trudno będzie Wam zapomnieć. Nawet jakbyście tego chcieli. Ciekawie zapowiada się również metalowy wieczór. W byłym kościele zagrają m.in. reaktywowany Mordor, także powracające Sacrilegium oraz Furia. Pełne godzinowe zestawienie wszystkich koncertów znajdziecie po tym adresem. 


Jeśli chcielibyście wybrać się do Bolkowa, uważnie nadstawiajcie ucha 11 i 18 lipca. Wówczas przedstawię Wam szczegóły związane z konkursem. Jako że karnet jest jeden, a Was wielu, najprawdopodobniej sprawę rozwiążemy mailowowo i zakończymy losowaniem. Do usłyszenia.

niedziela, 26 czerwca 2016

Opowieść z wysokiej wieży

Gdy w ubiegłym tygodniu zjawiłem się w Trójce, korzystając z zaproszenia Wojciecha Ossowskiego, wśród zabranych płyt znalazło się kilka, po które nie sięgałem już od lat. Zdecydowana większość z nich pochodziła z dyskografii nieistniejących, a niekiedy też nieco zapomnianych, zespołów. Wyjąłem wszystkie z plecaka i rozłożyłem na stole, by w każdej chwili móc zanieść wybrany krążek do reżyserki. Potrzeba chwili sprawiła, że w drugiej godzinie "Ossobliwości muzycznych" sięgnąłem po debiutancką płytę Tower. Wieki temu nabyłem ją na Castle Party w Bolkowie, tym samym przenosząc mocno zmęczoną już kasetę na zasłużoną emeryturę. Szkoda, że ten zespół pojawił się tak na nagle i zniknął równie szybko zaraz po drugiej płycie.

Tower w 1998 r. Sesja do '"The Swan Princess"
Tower nie istniał przesadnie długo, bo sześć lat. Zakładając oczywiście, że za początek jego działalności przyjmiemy 1994 r. i granie jeszcze pod nazwą Gothic Flowers, które doczekało się dwóch demówek. Co ciekawe, te taśmy zalicza się do tych wydawnictw, o których słyszało wielu, ale mało kto faktycznie miał okazję ich posłuchać. Musiał być blisko zespołu, działając w podziemiu lub mieszkając w Lidzbarku Warmińskim, bądź Dobrym Mieście, skąd pochodzili muzycy. Na szczęście w dobie globalnej sieci można dotrzeć do zapomnianych już archiwów. Jedno z nagrań Gothic Flowers znajdziecie pod tym linkiem. Co prawda, nie jestem w stanie go zweryfikować, ale wiele wskazuje na to, że to faktycznie protoplasta Tower. W teorii wszystko się zgadza.

         Gothic Flowers  /  Fot. Rozmaitości Dobromiejskie / leksykonkultury.ceik.eu
O ile Gothic Flowers zyskało pewną popularność, czy może raczej rozpoznawalność, na Warmii, o tyle w przypadku Tower w grę wchodziła już cała Polska. Wszystko za sprawą debiutanckiego "The Swan Princess". Ten nagrywany jeszcze zimą 1997 r. album trafił na relatywnie dobry czas. Klimatyczne granie nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa, a ciężar gitar w wybranych kompozycjach przypadał do gustu nawet co poniektórym fanom o deathmetalowych zapędach. Do tego dochodził jeszcze solidny growl grającego na gitarze Piotra Kollekca. Nic dziwnego zatem, że wielu uznało pierwszą płytę Tower za najciekawszy rodzimy debiut 1998 r. Potwierdzało to także głosowanie czytelników "Metal Hammer", ale w tym przypadku trudno o obiektywność, skoro periodyk był i nadal jest związany z katowicką Metal Mind, która wypuszczała obie płyty zespołu. Co ciekawe, grupę promowano także na łamach "Thrash'em All", a wynikało to ze współpracy muzyków z Mariuszem Kmiołkiem. Trochę nie pasowali do deathmetalowego charakteru pisma, ale w praktyce nie miało do większego znaczenia.


Promocja "The Swan Princess" była całkiem dobra. Dużo osób usłyszało o Tower, m.in. za sprawą występów na Metalmanii i Thrash'em All Festival, choć niekiedy wcale się tego nie spodziewało. Sam byłem światkiem takiej sytuacji 12 listopada 1998 r. w warszawskiej Stodole. Zespół zagrał przed Brusem Dickinsonem, promującym wówczas solowe "Chemical Wedding". Wygwizdywano go, muzyków nawet opluwano, ale na końcu pożegnano brawami. Trudno się dziwić. Pasowali do byłego jeszcze wówczas wokalisty Iron Maiden jak pięść do nosa. Niemniej wspominany wcześniej ciężar grania zrobił swoje. Brzmiało to nieco inaczej i przyciągało uwagę. "The Swan Princess" jest może trochę nieokrzesana, ale nie można odmówić jej nastroju. Klawisze, altówka, miejscami nawet skoczne quasi-średniowieczne zagrywki, melodyjność i szybkie, ciężko brzmiące gitary do dziś budzą sentyment za końcem lat 90. Co ciekawe, płytę nagrywano w olsztyńskim Selani, znanym m.in. z albumów Vader, a jej realizatorem był niestety nieżyjący już Szymon Czech.

Piotr Kolleck  /  Fot. Selani Studio
Po debiucie Tower poszedł za ciosem, ale z wyraźnymi zmianami. Latem 1999 r., ponownie w Selani, zarejestrowano płytę "Mercury". Muzycy postawili przede wszystkim na ciężkie brzmienie gitar. Klawisze zeszły wyraźnie na dalszy plan, a z dodatku w postaci altówki zupełnie zrezygnowano. Z debiutancką "Księżniczką" romansuje co najwyżej melodyjne i nieco przebojowe "Silent Scream", szczególnie w nawiązaniu do promującego ją "Magic Nights". Niemniej płyta była bardzo spójna i broniła się, zbierając przeważnie dobre recenzje. Zespół był już rozpoznawalny i znacznie lepiej przyjmowany na koncertach niż jako, jeszcze do niedawna, anonimowi debiutanci. Problem w tym, że nagle coś zaczęło się psuć.


W lutym 2000 r. Tower miał zagrać trasę z Anathemą i Artrosis. Jak na polskie warunki było to dość duże przedsięwzięcie, obejmujące 10 koncertów. Bilety były już sprzedane i dopiero na miejscu okazywało się, że zespół nie zagra. Szkoda, bo była to olbrzymia szansa dotarcia do bardzo wielu osób. Sam czułem rozczarowanie w warszawskiej Proximie, gdzie występ Brytyjczyków poprzedziła jedynie grupa Magdy Dobosz i Maćka Niedzielskiego. Co się stało? Niewykluczone, że doszło do sporu z Metal Mind. Być może nawet takiego samego, który doprowadził do zakończenia działalności Sirrah. Historia jest zawiła, a prawda znana raczej w środowisku, choć po latach z pewnością nieco więcej osób może znać jej szczegóły. Nie zaszkodzi popytać przy gazowanym napoju.


Co ciekawe, już po rozpadzie Tower Piotr Kolleck do spółki z Leszkiem Rakowskim, ówczesnym basistą Vader, nagrał płytę "Raven". Według "legendy" samodzielnie wydany krążek ukazał się w nakładzie ok. 50 egzemplarzy, z których większość trafiła w ręce znajomych obu muzyków. Moja piracka kopia zagubiła się, ale pamiętam, że nie było to zbyt udane wydawnictwo i wypadało blado z zestawieniu z wcześniejszymi dokonaniami Tower. Być może z powodu eksperymentów z elektroniką. Niewiele później Kolleck udał się na emigrację. Po kilku latach zupełnej ciszy w sieci zaczęły pojawiać się głosy o szansie na reaktywację. Niestety nic z tego nie wyszło. Szkoda.

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Kwestia ceny

Ile bylibyście w stanie zapłacić za fizyczny nośnik ulubionej płyty, której nie macie w zbiorach? Nie ma znaczenia, że dzięki dobrodziejstwom globalnej sieci znacie ją na pamięć lub jeszcze przed nastaniem cyfrowej ery sięgaliście po przegrywaną kasetę lub wypalony przez znajomego krążek cd-r. Od premiery minęły lata, nie było reedycji, a po prostu chcielibyście ją mieć. Tak dla własnej przyjemności. Kiedy w końcu znajdujecie ją na jakiejś aukcji i widzicie kwotę szybującą pod niebosa, zaczynacie zastanawiać się, gdzie przebiega granica. W końcu to tylko kawałek plastiku, ale... No właśnie. Nie tak dawno byłem świadkiem bardzo podobnej sytuacji. I to w przypadku nie jakoś przesadnie rozpoznawalnej grupy.

Dismal pod koniec lat 90.  /  Fot. Arch. zespołu
Ci, których natura obdarzyła podzielnością uwagi, w latach 90. wpatrywali się nie tylko w płonące norweskie kościoły i piwnice Bergen, ale i bacznie nadstawiali ucha na południe Europy. W tym nastrojowym i bardziej melodyjnym graniu można było znaleźć kilka perełek, a wśród niewątpliwie debiutancki krążek włoskiego Dismal. Wydany w 1998 r. "Fiaba Lacrimevole" - Like a Red Bleeding Rose in a Glacial Desert..." nigdy nie doczekał się wznowienia, a że nie tak znowu łatwo o drugą taką płytę, jej kompaktowe wydanie osiąga dziś w Polsce cenę nawet ok. 250 zł., a na Zachodzie świadomi sprzedawcy nierzadko krzyczą sobie za nią ok. 100 euro. Czy to ma sens? Bynajmniej, ale  tu racjonalne argumenty przecież nie wchodzą w grę.


Następca dwóch skromnych demówek, szumnie nazywanych również epkami, urzeka przede wszystkim klimatem. To znakomite połączenie black metalu, doomu, operowego patosu i nastroju, który, mniej bądź bardziej słusznie, przyjęto uznawać za gotycki. Są melodie, klawisze, zawodzące niewiasty, jak zawsze biegnące po mentalnym lesie, krzyki, wrzaski i olbrzymia dawna ekspresji. Dziś, jak i 18 lat temu, żadem ortodoks nie tknie tego albumu nawet osmalonymi widłami, ale każdy wzdychający za latami 90. nie będzie potrafił przejść obok niego obojętnie. W w 1998 r. zasadzie był to jeden z ostatnich momentów, by taki krążek zyskał popularność. Fala nastrojowego grania opadała coraz wyraźniej, przechodząc w elektroniczne eksperymenty, co w najlepszym razie kończyło się kontrowersjami, bądź artystyczną katastrofą. Co więcej, "Fiaba Lacrimevole..." to również wyraźny romans z neoklasyką, który później przerodził się w regularne odwiedzanie jej alkowy. A że związek trwa do dziś, w efekcie nigdy wcześniej i nigdy później Włosi nie nagrali takiego albumu. I już z pewnością nie nagrają, gdyż od kilkunastu lat przemierzają krainy baśni i łagodności. Nie oznacza to jednak, że grają źle. Po prostu zmieniły się czasy, a wraz z nimi ludzie. Zarówno ci grający, jak i słuchający.


Nie zmienia się natomiast jeden odwieczny mechanizm. Dany przedmiot jest warty tyle, ile skłonny będzie zapłacić za niego sam zainteresowany. A że kilku osobom bardzo zależało na fizycznej kopii debiutu Włochów, szalenie wysoko zawiesili poprzeczkę i ta prędko nie opadnie. Nie zmienia to jednak faktu, że "Fiaba Lacrimevole..." ma coś w sobie. Takich płyt już się nie nagrywa. Dla wielu pozostanie reliktem, dla innych komercją, a trzecia grupa nawet się o niej nie dowie. Jeśli jednak jesteście młodsi, a odnajdujecie w sobie żyłkę archiwisty i lubicie zaglądać do mentalnych muzycznych antykwariatów, znajdziecie tam kawałek prawdziwej historii. Starszym nie muszę przypominać. Oni dobrze wiedzą, o co tu chodzi. W końcu wszystko to kwestia ceny.

wtorek, 5 kwietnia 2016

Unosząc wieko trumny

Wampiry mają to do siebie, że w końcu muszą wyjść z trumny i zrobić coś konkretnego. Wyssać czyjąś krew, postraszyć uciekających w popłochu ludzi lub nagrać nową płytę. Inna sprawa, że nigdy nie wiadomo, czy danej nocy przypadkiem nie podnoszą wieka po raz ostatni. Dlatego zawsze cieszy informacja o nowej płycie XIII Stoleti. Tym bardziej, że w tym wieku czeski Nosferatu jakoś przesadnie nas nie rozpieszczał i częściej szczerzył kły przy okazji koncertowych i retrospektywnych wydawnictw niż przy okazji premiery zupełnie nowych nagrań. Ale w końcu jest. Po siedmiu latach od "Dogmy" w nasze ręce trafia "Intacto". 

XIII Stoleti  /  Fot. Tomas Valenta/xiiistoleti.com
Wraz z upływem czasu coraz trudniej jednoznacznie ocenić wydawnictwa Czechów. Na ostatnich płytach nie ma już tak wielkich przebojów, jak za w latach 90. Nie znajdziemy kompozycji pokroju "Nosferatu Is Dead" czy "Elizabeth", od których nie będziemy mogli się oderwać. Trudno także o tak spójnie wypełniający płyty wampiryczny klimat, jaki pamiętamy z kultowych już albumów "Werewolf" i "Nosferatu". Z drugiej jednak strony zawsze dostawaliśmy to, co było solidne i w dobrze nam znanym stylu. Po włożeniu płyty do odtwarzacza wszystko się zgadzało. Nawet przypadkowy słuchacz od razu poznawał, że to Trzynaste Stulecie. Sęk w tym, że ostatnie premierowe nagrania często uciekają z naszej głowy tak szybko, jak się w niej pojawią. Tak było z "Dogmą" i tak jest z "Intacto". Inna sprawa, że z okazji przydającej w tym roku 25. rocznicy ukazania się debiutanckiej demówki Czechów, mieliśmy prawo oczekiwać czegoś więcej. Niemniej, by już tak nie marudzić, trzeba uczciwie przyznać, że wbrew pozorom "Intacto" ma dużo do zaoferowania. Trzeba tylko wziąć mentalną łopatę, wykopać dźwiękową trumnę i unieść wieko. Nie każdemu będzie się chciało.


To są po prostu przyzwoicie skomponowane i zagrane piosenki, które na koncertach wprawią w ruch nie jedną stopę i głowę. Owszem, brakuje im dobrze nam znanej wampirycznej iskry, ale nic na to nie poradzimy. Pozostaje docenić to, co jest. Uwagę zwracają promujący płytę "Phobia Nocturna", przyjemnie zaskakujący uderzeniem "Havran" i w zasadzie neofolkowa "Nocturama". Z tych trzech raczej jedynie pierwszy ma szansę na dłuższą obecność w koncertowym secie. W zasadzie wszystkie pozostałe nagrania z "Intacto" mogą w każdej chwili uzupełnić dobór klasyków. Ale jedynie uzupełnić. Bracia Stepanowie bronią się jednak solidnością i produkcją. Inna sprawa, że zawsze mogli i nadal mogą liczyć na naszą życzliwość. Sympatia polskich fanów utrzymuje się mimo upływu lat i nieobecności Tomasza Beksińskiego, któremu Czesi zawdzięczają tak wiele.


"Intacto" nie jest płytą pełną wad. Nie budzi też rozczarowania. Po prostu chciałoby się usłyszeć coś więcej, zwłaszcza jeśli dobrze zna się przeszłość XIII Stoleti. Najważniejsze jednak, że ta czeska efemeryda wciąż częściej pojawia się niż znika. Inna sprawa, że pewne płyty nagrywa się tylko raz, więc uczciwie nie możemy nieustannie oczekiwać powtórzenia największych kompozytorskich sukcesów. Nie zdziwiłbym się jednak, gdyby Czesi nagrali jeszcze coś, co zamknęłoby usta wszystkim malkontentom. Ale jeśli tak ma się stać, to jeszcze nie teraz.

sobota, 21 listopada 2015

Bilet powrotny? Nie, dziękuję

Lata mijają, ale dla wielu osób czas stoi w miejscu. Świadomie żyją we własnym muzycznym świecie, niespecjalnie mając ochotę wychylać nos, by sprawdzić, co dzieje się za rogiem. Bo i po co? W końcu słuchanie i granie muzyki mają przede wszystkim sprawiać przyjemność. A że w zasadzie wszyscy funkcjonujemy także w równoległej wirtualnej rzeczywistości, szansa na odnalezienie osób o podobnych fascynacjach zawsze jest na wyciągniecie ręki. Z tej możliwości skorzystały m.in. dwie damy z australijskiego Brisbane. Komponowane przez nie dźwięki rodem z muzycznego skansenu lat 80. zyskują coraz więcej sympatyków. Trzeba przyznać, że nie bez powodu.

Pleasure Symbols  /  Fot.Haydn Hal / facebook.com/pleasur3symbols
Pleaseure Symbols tworzą Phoebe Paradise i Jasmine Dunn. Działają stosunkowo od niedawna. Dyskografię też mają w zasadzie niemal najskromniejszą z możliwych, gdyż składają się na nią dwa nagrania opublikowane wyłącznie w sieci oraz teledysk do jednego z nich. Co poza tym? Przede wszystkim koncerty i aktywność w lokalnym podziemiu. To niewiele, ale okazuje się, że na początek wystarcza. Wszystko za sprawą muzyki, będącej zdeklarowaną podróżą do lat 80., i to taką bez biletu powrotnego.


Tu wszystko jest jasne. Nie może być inaczej. Są powszechnie znane wzorce, z których garściami czerpano inspirację, jest ściśle określona stylistyka oraz wymowna ignorancja względem współczesnych trendów. Zaś na końcu założeń Pleaseure Symbol znajdziemy w pełni świadomą próbę współczesnego poruszania się w wąskich ramach gatunku. Australijki zajrzały do tego, co działo się 30 lat temu i w sali prób wymieszały zimną falę, darkwave, sytnh oraz wszelkie postpunkowe skojarzenia. Zebranym elementom nadały wpadające w ucho melodie i tak powstały m.in. opublikowane nagrania "Control" i "Ultraviolence". 


Dla zagorzałych fanów gatunku nie będzie miało znaczenia, że to wszystko już było, że takich duetów można znaleźć naprawdę dużo, a szczególnie takich tworzonych wyłącznie przez przedstawicielki płci pięknej. To skąd to rosnące zainteresowanie? Z tęsknoty za muzyczną przeszłością, z głodu nowości utrzymanej w ściśle określonej i zarazem preferowanej stylistyce. A że tej podróży w czasie chcą zarówno grający fascynaci, jak i ci, którzy ich słuchają, to koło się zamyka. Warto mieć oko na te Australijki i samemu przekonać się, czy podołają wyzwaniu w postaci regularnej płyty. Oby, gdyż brzmi to całkiem przyjemnie.

niedziela, 1 listopada 2015

Noc rozświetlana blaskiem reflektorów

Przyjemnie jest obserwować wykonawców, którzy na naszych oczach stają się rozpoznawalni w gronie sympatyków określonej muzyki. Grają coś, co się sprawdziło, czego ludzie chcą słuchać i co po prostu jest ciekawe. Jednakże, no właśnie, nie mają jeszcze porządnie nagranej i przede wszystkim wydanej płyty. To gdzie ta rzeczona przyjemność? W obserwowaniu rozwoju, choć oczywiście chciałoby się, by fonograficzny finał danej historii nadszedł jak szybciej. No ale na to zazwyczaj trzeba nieco poczekać, tak jak m.in. w przypadku warszawskiego Mordenmoon. 

Modernmoon  /  Fot. facebook.com/modernmoonmodernmoon
W stolicy tę nazwę zna bądź kojarzy coraz więcej fanów dark independent i okolic. Powoli też takie spojrzenie na Księżyc zaczyna przemawiać również do sympatyków w innych zakątkach kraju. Niewątpliwie duży wpływ miał fakt występu Modermoon przed Clan of Xymox, do czego w ubiegłym roku doszło w Szczecinie. Nie bez znaczenia pozostaje także zainteresowanie ze strony Requiem Records, która ma wydać dziewczynom debiutancką płytę. Właśnie, dziewczynom. Modermoon tworzą dwie przedstawicielki płci pięknej - Hilda Hertz i Michalina Maria. Pierwsza z nich śpiewa, druga czuwa nad muzyką, którą swego czasu same określiły mianem nocy rozświetlanej blaskiem reflektorów. 



Tu nie ma dyskoteki, dzięki czemu całość brzmi przestrzennie, zimno i bardzo nastrojowo, co pozostaje największą zaletą tych dźwięków. Owszem, przy takim graniu od razu wiadomo, czym inspirują się twórczynie i jakie płyty pozostają im najbliższe, ale w końcu taka jest specyfika gatunku i nic tego nie zmieni. Szczęśliwie dla nas w tym potoku znajomych dźwięków panie stać na własne zdanie, co dość obiecująco zapowiada długogrający debiut. A kiedy trafi on w nasze ręce? Oficjalnie mówi się o przyszłym roku, ale nieoficjalnie wiem, że większość, o ile nawet nie całość, materiału musi zostać przearanżowana, zatem przed nami może i nawet kolejne sześć miesięcy cierpliwego wyczekiwania. Inna sprawa, że to najwyższy już czas. Nadszedł moment, by Moodermoon wyszło z roli wiecznego supportu bardziej rozpoznawalnych grup i zaczęło grać dla nieco szerszego grona osób. Wszystko jednak w rękach dziewczyn i oczywiście wydawcy.   


Z tego może być coś naprawdę ciekawego. To porządna dawka dark wave w bardzo solidnym wydaniu, która ma potencjał na to, by wbić się klinem w rodzimą scenę. Nie chodzi o to, by wszystko na niej przestawiać, ale o to, by tchnąć w nią nowego ducha. Wszak świeżej krwi nigdy za wiele. Oby tylko panie nie kazały nam przesadnie długo na siebie czekać. Owszem, najpierw należy wszystko dobrze dopracować, ale też warto pójść za ciosem, skoro o Modermoon teraz dowiaduje się coraz więcej osób. W przeciwnym razie księżycowy pył opadnie i wszystko trzeba będzie zaczynać niemalże od początku.

niedziela, 18 października 2015

Gdzieś w okolicach zwrotnika Raka

Znalazłoby się nieco wykonawców, którzy z na tyle dużym powodzeniem lawirują pomiędzy określonymi, niekiedy dość często hermetycznymi, stylistykami, że nawet co bardziej wybredni fani danego gatunku uznają ich za swoich. Albo są to gwiazdy, które udanie zmieniały oblicza, albo grający swoje nieprzesadnie rozpoznawalni wykonawcy, czyniący to naprawdę dobrze lub przynajmniej szczerze i prawdziwie, co też jest przecież w cenie. Spośród tych drugich niedawno przypomniano mi o Tropic of Cancer, które nota bene niebawem ponownie zagra w Polsce.

Tropic of Cancer  /  Fot. facebook.com/tropicofcancerband 
Sprawa jest prosta. Mamy tu niejaką Kalifornijkę Carmelię Lobo, która w 2009 r., wówczas jeszcze z Juanem Mendezem, debiutowała pod nazwą Tropic of Cancer singlem "The Dull Age / Victims". Były to dwa odmienne nagrania wydobyte z czeluści leżącej gdzieś pomiędzy shoegaze'em i dronem. Punktem zwrotnym, a przynajmniej momentem bardziej świadomego określenia się rzeczonej pary, była epka "The Sorrow of Two Blooms". Tu zrobiło się zimno, elektronicznie, powróciły czarno-białe lata 80. i mniej więcej w tę stronę zmierza to do dziś. Różnica polega na tym, że od trzech lat kompozytorsko i koncepcyjnie za wszystko odpowiada już wyłączenie pani Lobo. A jak jej idzie? Całkiem dobrze.


Smutny, zawodzący głos, zaloopowany analogowy podkład żywcem wyjęty ze złotych czasów new wave, nieskompilowana linia basu, leniwie odzywająca się gitara i zimne brzmienie - takie jest Tropic of Cancer. Paradoks polega na tym, że ten dźwiękowy minimalizm to w gruncie rzeczy także eklektyzm. Jaki cudem? Muzyki znad zwrotnika Raka nie odrzuci żaden wojujący obrońca "alternatywy". Podobnie będzie np. z fanami Lebanon Hanover i w zasadzie każdym gotem wzdychającym za mroczną i smutną stroną lat 80. Shoegaze'owe smutasy także znajdą tu coś dla siebie. Głos Carmelii wręcz idealnie pasowałby do pomysłów Neila Halsteada i dokonań całej rzeszy późniejszych muzyków inspirujących się Slowdive. Zaś na końcu tej kolejki, nieco z uporem, ale mimo wszystko można ich wymienić, widziałbym co bardziej otwartych fanów ambitniejszego popu. W końcu teoretycznie komponować łatwo przyswajalną muzykę też trzeba umieć. 


W tej prostocie jest metoda. To szczera, pełna nastroju i wymagająca skupienia muzyka dla wrażliwych ludzi. Dla ludzi poszukujących wyciszenia oraz dźwiękowej przestrzeni, na których twarzach uśmiech gości nieco rzadziej niż odnotowują to urzędnicy GUS. Aż dziwne, że jak dotąd doczekaliśmy się zaledwie jednej regularnej płyty Tropic of Cancer, którą pozostaje "Restless Idylls" z 2013 r. Widać, Carmelia bardziej preferuje single i epki, czego konsekwencją jest ukazanie się w tym miesiącu "Stop Suffering", kolejnego skromnego wydawnictwa. To właśnie w ramach jego promocji Amerykanka i towarzyszący jej muzycy przemierzą Europę, 31 października zatrzymując się na jeden wieczór w warszawskiej Hydrozagadce. Warto będzie tam zajrzeć i wybrać się pod zwrotnik Raka.

poniedziałek, 7 września 2015

Po pierwsze nastrój

Gdy Mike VanPortfleet i Tara Vanflower ogłosili powrót Davida Galasa, oczekiwania miały prawo być duże, a moi nawet bardzo duże. W końcu to ten tercet sprawił, że Lycia weszła do kanonu dark wave w roli jednego z prekursorów gatunku. Mimo że Amerykanie nigdy nie osiagnęli spektakularnego sukcesu, to jednak ich liczne dokonania wciąż budzą uznanie i cieszą uszy może nieprzesadnie szerokiej, ale w pełni oddanej grupy fanów. A ci, przynajmniej w teorii, maja teraz powody do zadowolenia. Właśnie ukazała się nowa płyta Lycii. Pytanie tylko, czy w nasze ręce trafiło coś nowego. Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Mówiąc pokrętnie i zarazem najprościej, i tak i nie.

Tara Vanfloer, David Galas, Mike VanPortfleet  /  Fot. facebook.com/official.lycia
"A Line That Connects" nie przynosi żadnej rewolucji, najwyraźniej nie to było jej zadaniem. A co było? Chyba po prostu nagranie dobrej płyty, która wpisywałaby się w historię zespołu, jeszcze bardziej pogłębiała jego styl i budziła co najmniej takie emocji, jak najciekawsze wydawnictwa Amerykanów. To się udało. Album podtrzymuje najlepsze tradycje muzyków z Arizony. Jest onirycznie, przestrzennie, chłód brzmienia oraz szeptane partie wokalne pozwalają mentalnie przenieść się w inne, bardziej odległe miejsca. Święty spokój, eskapizm i nastrój - za to wielu wręcz pokochało ten zespół i wygląda na to, że żywione przez nich uczucia zostaną podtrzymane. Jednak malkontenci śmiało mogą krzyczeć, że to już wszystko było. Bo było, tylko zagrane nieco inaczej, ale przy wykorzystaniu dobrze nam znanych sposobów realizacji równie dobrze znam znanych pomysłów. I co teraz? Tu pojawia się David Galas.


Mimo że w zespole od zawsze nad wszystkim pieczę sprawował VanPortfleet, to jednak powracający Galas zrobił coś więcej niż odhaczenie się na liście płac. Znany z mocno depresyjnego, niemal samobójczego niegdyś, sposobu postrzegania i definiowania rzeczywistości, były-obecny muzyk Lycii paradoksalnie wnosi niemało ożywienia, zwłaszcza w niemalże przebojowym "The Rain". Śpiewa również w jeszcze innej kompozycji, która mocno przypomina jego solowe dokonania - żwawsze i nieco cięższe od tego, co grywa Lycia. Miejscami aż szkoda, że na "A Line That Connects" nie ma go więcej, a przynajmniej nie w takim wymiarze, w jakim chcielibyśmy go usłyszeć. Wówczas ten album byłby bardziej oddalony od tego, co już znamy, ale co zarazem z pewnością nie byłoby pozbawiony ducha Lycii.


Najbardziej rzucające się w uszy nowe wątki w muzyce Amerykanów pozostają w zdecydowanej mniejszości. Więcej jest tych o wiele subtelniejszych, ale by je usłyszeć, trzeba dobrze znać wydawniczą przeszłość zespołu. Dla młodszych fanów nie będzie to jednak miało żadnego znaczenia, gdyż "A Line That Connects" to zwyczajnie solidny kawałek muzyki. A co ze starszymi? Znajdzie się kilku malkontentów takich jak ja, jednak większość fanów wielbi Lycię za to, że mniej więcej wciąż jest taka, jaka była. Nie potrzebują zmian. Może wręcz ich nie chcą. Inna sprawa, że elektroniczne eksperymenty na wydanej dwa lata temu "Quiet Moments" nie były zbyt udane. I jeszcze jedno. Tara Vanflower nie powinna zbyt często śpiewać sama. Jej głos, jak mało który, świetnie nadaje się do wypełniania przestrzeni za głównym wokalem, jednak w pełni oddając jej mikrofon, Makie VanPortfleet popełnia błąd. No ale przecież żonie czasem trudno odmówić. Nieprawdaż? Odkładając jednak na bok złośliwości, warto sięgnąć po "A Line That Connects". To niemal 70 minut niezwykłej podróży wyobraźni.

wtorek, 1 września 2015

Księżycowy eklektyzm

Gdy w lutym tego roku po raz pierwszy opowiadałem Wam o rzeszowskim Hidden By Ivy, byłem przekonany, że za sprawą skromnej cyfrowej epki "To Abandon" panowie Tomaszczuk i Turaj dają nam wszelkie podstawy, by faktycznie zaczekać na zapowiadaną przez nich regularną płytę. Zatem zaczekałem i dość nieoczekiwanie, bez żadnej wcześniejszej informacji, pewnego wieczoru w radiowej przegródce znalazłem ten album. "Acedia" ukaże się 4 września i już teraz można powiedzieć, że powinna wzbudzić znacznie większe zainteresowanie, niż moglibyśmy spodziewać się tego po muzyce spod znaku Księżyca.

Hidden By Ivy  /  Fot.  facebook.com/hiddenbyivy
Kluczowe są tutaj dwa elementy - gatunkowy eklektyzm i nagrania na pograniczu utworów i piosenek. To sprawia, że muzyka brzmi niby znajomo, niby wszystko jest jasne, ale właśnie nie do końca. Tym samym stanowi to największą zaletę debiutu Hidden By Ivy i zarazem dowodzi bardzo umiejętnego rozwinięcia pomysłów z cyfrowego debiutu. Co ważne, nie słychać tu toporności, niestety dość często spotykanej na rodzimych wydawnictwach. W zasadzie wszystkie nagrania brzmią lekko, przestrzennie, a zdecydowana większość z nich wciąga pełnią nastroju i melodii. To z kolei efekt balansowania na pograniczu darkwave, ambientu, rocka, trip hopu i klasycznych już inspiracji z lat największej świetności wytwórni 4AD. W zasadzie im więcej melancholii w tej muzyce, tym brzmi ona ciekawiej.



To prawda, że miejscami jest tak lekko, śpiewnie i zwiewnie, że muzycy zbliżają się do granicy popu, ale szczęśliwie nie przekraczają jej, udanie, w piosenkowy wręcz sposób, urozmaicając sztywne ramy wymieszanych gatunków. Trudno powiedzieć, na ile to łagodne oblicze powstało w sposób naturalny, a na ile było odgórnym założeniem. Niemniej to właśnie ono intryguje w pierwszej kolejności i sprawia, że chce dać się szansę tej muzyce. W końcu większa subtelność obnaża wszelkie niedociągnięcia, zwłaszcza te wokalne, a tutaj Rafał Tomaszczuk w pełni się sprawdził. Charakterystyczność wokalu idzie w parze z muzyką, za którą niemal w pełni odpowiada Andrzej Tutaj. Jest bogata, zróżnicowana i zwyczajnie miła dla ucha. Panowie kolegialnie po połowie stworzyli coś, co już teraz można określić stylem Hidden By Ivy. Owszem, mocno inspirowanym, ale własnym.



"Acedia" to kontrolowany księżycowy eklektyzm, z którego powstało coś ciekawego. Słyszymy tu bardzo dobrze wyprodukowany kawałek muzyki, za sprawą którego rzeszowianie zasłużyli na kilka dobrych słów, co miejmy nadzieję zachęci ich do dalszej pracy. Jestem przekonany, na ile to oczywiście teraz możliwe, że tą płytą wzbudzą zainteresowanie, z którym indywidualnie jeszcze się nie spotkali. Zasłużyli.

piątek, 3 lipca 2015

Wypływając na szerokie wody

Kiedy Sera Timms doszła do wniosku, że czas najwyższy wziąć sprawy w swoje ręce i pomyśleć o własnym zespole, byłem bardzo ciekaw, co z tego wyniknie. Pamiętałem ją jeszcze z postmetalowego Black Math Horseman, które niestety rozwiązało się po czterech latach działalności, pozostawiając po sobie zaledwie jeden regularny album. To była naturalna śmierć, w obliczu której Sera skupiła się na pracy we wciąż istniejącym okołodoomowym Ides of Gemini, jednocześnie z zamiarem zrealizowania wyłącznie własnych pomysłów. I udało się. Black Mare debiutowało w 2013 r. za sprawą krążka "Field of The Host", a teraz w nasze ręce trafił winylowy split i to nie byle z kim. Siedmiocalowy singiel Black Mare dzieli z Lycia. 

Sera Timms  /  Fot. facebook.com/pages/Black-Mare / Adrian Meija
Jeśli ktoś uważnie śledzi rozwój wypadków na amerykańskiej scenie niezależnej, z pewnością doskonale zna szeroko rozumiany nurt, w który wpisują się wykonawcy pokroju Davida Galasa, Chelsea Wolfe, Amber Asylum, Worm Ouroboros i Lycia, choć i w Europie można doszukać się podobnych twórców, czego dowodzi chociażby brytyjski Darkher. To zazwyczaj przestrzenne, oniryczne i bardzo nastrojowe dźwięki, podszyte dużą dożą melancholii i refleksji. Ten efekt można osiągnąć na wiele sposobów. Jedni sięgają po instrumenty smyczkowe, zwłaszcza wiolonczele, inni po syntezatory, bądź gitary przepuszczone przez całą gamę efektów. Można również inspirować się szeroko rozumianym folkiem, co z powodzeniem czyni m.in. Lux Interna. A gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi zabiegami znalazło się także miejsce dla Black Mare.


Split z Lycia, której wielkim fanem był Peter Steele, na naszych oczach umożliwia Black Mare wypłynięcie na naprawdę szerokie wody. A to dlatego, że Mike VanPortfleet i Tara Vanflower to bardzo cenione osoby, doskonale znane w różnych zakątkach świata, w których sympatycy onirycznych dźwięków mają jeszcze coś do powiedzenia. Inna sprawa, że widniejące powyżej nagranie "Low Crimes" wyraźnie pokazuje postęp w stosunku do poniższego debiutanckiego krążka "Field of The Host". Wciąż jakby zza mgły, ale za to z większą dawką energii i w efekcie rodzi się poczucie, że Sera Timms nie nagrała raz jeszcze tego samego. Oczywiście single rządzą się swoimi prawi, niemniej obecnie to jedyny przejaw potencjalnego stadium działalności Black Mare. Nie ma mowy o radykalnych zmianach, jest za to rozwinięcie pomysłów. Choć trudno nie odnieść wrażenia, że  na urozmaiceniu skorzystaliby wszyscy. 


Sera Simmons udanie balansuje na granicy starej, dobrej szkoły 4AD, shoegaze'u, szeroko pojętego minimalizmu i klimatycznego rocka. Jej wizerunek nie jest jednoznaczny. Czasem przybiera postać trochę męczącej słuchacza zagubionej w lesie gotki, innym razem, już z wyraźnie lepszym skutkiem, bliżej jej do wiedźmy, której praprababki nie udało się spalić w Salem. Owszem, to nic oryginalnego. Takich kobiet muzyka zna wiele, ale Sera ma różne oblicza, a i tak na końcu wszystkich zabiegów kluczowa jest przecież muzyka. Amerykanka wydaje się doskonale rozumieć, że scena to nie wybieg dla modelek. I niech tak pozostanie. Czas pokaże, jakie będą dalsze losy Black Mare. Ten projekt ma wszelkie podstawy ku temu, by dołączyć do szerszego grona co ciekawszych przedstawicieli gatunku. Wiele rozstrzygnie się na kolejnej studyjnej płycie. Co bardziej zainteresowanym polecam również poznanie płyt wspominanych na początku Black Math Horseman oraz Ides of Gemini, by na własne uszach przekonać się, jak głos Sery Simmons wypada na tle znacznie ciężej brzmiącego instrumentarium. Poniżej teledysk promujący najnowsze nagranie Black Mare, które trafiło na split z Lycia.

sobota, 30 maja 2015

Medeah w Melodiach Mgieł Nocnych

Może to zabrzmi dziwnie, ale mam jednak sentyment do Artrosis. Trochę z powodów kronikarskich, trochę ze względu na naoczne i baczne obserwowanie rozwoju muzycznych wypadków lat 90. Przegrywane na nieopisanej kasecie debiutanckie demo oraz dwie pierwsze płyty zielonogórzan miały duży wpływ na to, co wówczas działo się na rodzimej scenie. Można było, jak i wciąż można, nie przepadać za ich dokonaniami, ale nazwę zespołu kojarzą wszyscy. A co się z nim dzieje teraz? Po czterech latach Medeah i Maciej Niedzielski przypominają o sobie nową płytą, co też będzie bezpośrednim pretekstem do rozmowy, jaką będę miał sposobność przeprowadzić z wokalistką Artrosis.

Medeah  /   Fot. facebook.com/Artrosis.band
Będzie to nasze trzecie spotkanie i w pewnym sensie historia zatacza koło, gdyż po rockowym "Contrust" przyszedł czas na elektroniczne "Imago", a teraz zaś 1 czerwca ukaże się "Odi Et Amo", które jest wyraźnie gitarowym albumem. Pytania zatem nasuwają się same, choć, ja kto bywa w Melodiach, nie zabraknie także tych dotyczących przeszłości zespołu. Do usłyszenia w poniedziałek o północy.

piątek, 10 kwietnia 2015

Taśma prawdy

Czasem trudno zachować obiektywizm. Każdy piszący lub mówiący o muzyce, czy czymkolwiek innym, ma swoje preferencje i one prędzej czy później dają o sobie znać, nawet w najbardziej subtelny sposób. Pewnych, nazwijmy to szumnie, tekstów (pop)kultury po prostu się nie toleruje, uważając, że są one złe, plastikowe, bez wartości i wyrazu lub stworzone w odstręczającym stylu. Zwyczajnie nie przepadamy za określonymi twórcami, choć oczywiście nie wyklucza to możliwości docenienia ich przez jakiś inny pryzmat. Za przykład niech posłuży chociażby Within Temptation. Począwszy od drugiej płyty, Holendrzy obrali drogę pseudosymfoniczno-przebojowych, w zasadzie ocierających się o pop, piosenek, których grupą docelową stały się zagubione w blasku księżyca i zamkowych labiryntach "gotyckie" zapłakane duszyczki. Odnieśli komercyjny sukces? Owszem, i to znaczny. Produkt doskonale się sprzedał i wciąż są na niego chętni. Ja zaś nie zaliczam się do kupujących, niemniej istnieje pewne wydawnictwo niderlandzkich muzyków, do którego mam duży sentyment i które pozostaje doskonałym przykładem tego, co działo się w muzyce lat 90. 

Początki Within Temptation, najpewniej 1996 r.  /  Fot. Arch. zespołu
W ubiegłym roku ukazała się reedycja "Enter", debiutanckiej płyty Within Temptation, do której nawet dziś wzdycha wielu sympatyków klimatycznego grania, niemogących jednocześnie pogodzić się z tym, co muzycy uprawiają teraz. Z jednej strony ten wydany niespełna 18 lat temu album pozostaje typowym reprezentantem szalenie popularnego wówczas kontrastowego wokalnego zestawienia ponurego niedźwiedzia i filigranowej sarenki, przy akompaniamencie melodyjnych, melancholijnych i ciężkich partiach gitar oraz wtórujących im klawiszach. Wystarczy przypomnieć sobie liczne podobne zespoły, chociażby Sins of Thy Beloved czy pierwsze wydawnictwa Theatre of Tragedy, Tristanii, a także białostockiej Via Mistica. Jednakże w tych ramach owej typowości Holendrzy poruszali się bardzo sprawnie. Zaś tym, co dało początek ich wydanego na całym świecie debiutu, była na swój sposób jeszcze ciekawsza taśma demo, również zatytułowana "Enter"  

Booklet dema "Enter"
Na skromną wydaną 1996 r. kasetę trafiły cztery nagrania. Były one na tyle interesujące, że prężnie wówczas działająca holenderska DFSA Records, która nota bene wypuściła także płyty naszych Tenebris i Corruption, natychmiast wzięła muzyków pod swoje skrzydła. Trudno się dziwić. Pierwsze oficjalne nagrania Within Temptation miały w sobie olbrzymią dawkę klimatu, a taka muzyka była wówczas u szczytu popularności. Owszem, też w jakiś sposób adresowano ją do wspominanych wcześniej umęczonych dusz, ale wówczas bynajmniej nie można było zarzucić jej tego, co obecnie dominuje w pokłosiu takiego grania. Nie było plastikowej, aż do przesady cukierkowej, produkcji i całej tej ciągniętej za uszy "gotyckości". W nasze ręce i do naszych uszu trafiało o wiele więcej autentyczności, a znacznie mniej produktu. W końcu umowna piwnica zawsze zabrzmi szczerzej.


Inna sprawa, że na pierwszą wersję "Enter" trafiły dobre utwory. Było w nich wszystko, na co wówczas zwracano uwagę w tej muzyce i co siłą rzeczy przyciągało uwagę jej sympatyków. Nie wspominając już o głosie Sharon den Adel. Co więcej, wszystkie cztery nagrania trafiły ostatecznie na debiutancką płytę. Jedyną różnicą była modyfikacja tytułu jednego z nich - "Pearls" zmieniono na "Pearls of Light". Dla porządku należy jednak wspomnieć, że przed ukazaniem się taśmy "Enter", także w 1996 r., Holendrzy na własny użytek nagrali na roboczej kasecie również cztery kompozycje. Dwie z nich, "Grace" i "Blooded", trafiły na regularny album. O pozostałych dwóch muzycy już pewnie zapomnieli. Nigdy nie zostały wydane.


To prawda, że to wszystko można napisać o każdym zespole, którego muzycy grali kiedyś ciężej, a teraz komponują proste, singlowe piosenki, bo zwyczajnie z tego żyją, a lata 90. przecież już dawno się skończyły. Inne czasy, panie Mrozkowiak. Zapomnij więc pan o tych wszystkich kasetach i płytach, za którymi 20 lat temu jeździłeś po całym mieście lub wypatrywałeś w antykwariatach na byle jakim dworcu, wydając na nie ostatnie pieniądze. Albo sprzedaj, rozdaj, bądź znieś do piwnicy, albo przestań marudzić i trzymaj wszystkie na porządnych regałach i regularnie zanoś je do radia, by ktoś mógł uśmiechnąć się, wspominając czasy młodości, a ktoś z obecnego pokolenia miał sposobność je poznać i dowiedzieć się, dlaczego kiedyś taka muzyka brzmiała inaczej. Niby odpowiedź jest prosta, tylko kogo ja chcę oszukać?

wtorek, 31 marca 2015

Kompakt i pędzel

Latem 2013 r. napisała do mnie Joanna Girej, szerzej znana jako Pani Nożownik. Dobrze wiedziałem, kim jest. Elektroniczny list dotyczył nawiązania współpracy z prowadzoną przez nią wytwórnią Mirrorphobic Productions. Odparłem, że doskonale znam jej katalog i sięgałem już Melodiach m.in. po nagrania Eternalovers i Orchard za sprawą płyt, które nabyłem od niej prywatnie. Zdziwiła się, ale było jej miło. Później kontaktowaliśmy się jeszcze kilka razy, głównie w sprawie nabycia przeze mnie jakichś wydawnictw lub rozdania Wam egzemplarzy wybranych płyt. Od jakiegoś czasu jednak nie miałem z nią żadnego kontaktu. Gdy wszedłem na jej autorską stronę, dowiedziałem się, że nie żyje. Miała 26 lat.

Joanna Girej  /  Fot. Tomasz Girej/paninozownik.com
Najbardziej rozpoznawalna była w rodzinnej Świdnicy. Kojarzyli ją również bywalcy Castle Party oraz osoby związane z rodzimym dark independent, zarówno muzycy, jak i po prostu fani.  Zaś w globalnej sieci niejedna osoba zaglądała na prowadzonego przez nią muzycznego bloga, dzięki któremu poznawała płyty klasyki okołogotyckiej sceny oraz jej współczesnych przedstawicieli. Początkowo Joanna udostępniała wszystkie swoje ulubione wydawnictwa, potem już tylko te, których twórcy zgodzili się na to. Ro0poznawano ją jeszcze z jednego powodu, czysto artystycznego. Pani Nożownik chętnie chwytała za pędzel i malowała. Jej prace można było zobaczyć przede wszystkim w rodzinnej Świdnicy, ale i nadarzyła się stosowna okazja w kilku innych miastach, m.in. w Warszawie.

"(Bez)senność"  /  paninozownik.com
Najbardziej jednak kojarzono ją z muzyką. Nietrudno było zauważyć, że wkładała bardzo dużo pracy w działalność Mirrorphobic Productions. Wyciągała rękę do artystów i wydawała ich płyty, najpewniej, sądząc po aktywności w sieci, praktycznie samodzielnie załatwiając wszystkie sprawy. Była przykładem jednej z tych osób, które tak naprawdę tworzą scenę. Chodziło o pasję, energię, czas i własne środki, czyli atuty, bez których nic nie może ruszyć z miejsca. Wielu narzekało. Ona coś robiła. Szkoda, że jej zabrakło.

Wybrani artyści, których płyty wydawała Joanna Girej


Eternalovers - Silence of Sorrow (2013)



Zdecydowanie najciekawszy sygnatariusz umowy z Mirrorphobic Productions. Wejherowski duet, którego debiutancka płyta najpierw ukazała się w Japonii w wersji cyfrowej, a następnie za sprawą Joanny Girej doczekaliśmy się jej fizycznych kopii.


Xanctux - Kingdom of Gloom (2013)



Dark ambient, całkiem rozpoznawany w środowisku nihilistów i mizantropów. Jednoosobowy projekt powstały w Stalowej Woli w 2005 r. Większość swojej muzyki autor udostępnia w sieci.


Dreamerion - All Gods Are Dumb (2012)



Jednoosobowy projekt Jakuba Ernestowicza. Czasem dark ambient, czasem neoklasyka. Słowem, mroczna elektronika w różnych odmianach.


Cabaret Grey - Cranes (2014)





Zimnofalowe, postpunkowe granie z Legnicy. Obecnie już nie tak surowe i bezpretensjonalne jak za czasów znakomitej debiutanckiej epki "Stirring", ale wciąż potwierdzające, że muzycy słusznie cieszą się zainteresowaniem fanów chłodnych dźwięków.