Pokazywanie postów oznaczonych etykietą made in poland. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą made in poland. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 września 2020

Z dziennika basisty

Stanisław Lem miał "Dzienniki gwiazdowe", Nikki Sixx "Dzienniki heroinowe", a Piotr Pawłowski od niedawna ma "Dzienniki basowe". A kto to w ogóle jest Piotr Pawłowski? - zapyta pewnie dzisiejsza młodzież. To sympatyczny pan z branży HR, którego zazwyczaj można spotkać w garniturze. Zresztą nie tylko w pracy. Na scenie czasem również, o ile basista Made in Poland czy The Shipyard nie będzie miał akurat czasu na wskoczenie w cywilne ciuchy. A czasem to się zdarza. Ale hola, hola. Nie spodziewajcie się po jego debiutanckiej książce biografii "sensacji z Galicji", jak kiedyś pisano o Made in Poland, bądź nieprawdopodobnych historii o ocalaniu przed upadkiem pobliskich względem studia lokalnych sklepów monopolowych lub demolowania pokoi hotelowych. Nic z tych rzeczy. Od tego drugiego i trzeciego mamy zresztą już w kraju legendarnych specjalistów. Zatem o czym w ogóle są "Dzienniki basowe" i czy warto w ogóle po nie sięgać?
 
Fot. Kamil Mrozkowiak
 
Nie znajdziecie tu sensacji i ekscesów rodem z "Brudu", biografii, Mötley Crüe. Znajdziecie za to bezmiar anegdot, historii i wspomnień. Czasem absurdalnych, czasem zabawnych, czasem wręcz dobijających. Trochę z sali prób, sceny i garderoby, trochę z branży HR oraz nieco z czasów dzikiego nadwiślańskiego kapitalizmu lat 90. Żeby jednak garściami czerpać z tej skarbnicy wiedzy, warto wiedzieć co nieco o polskiej muzyce ostatnich 40 lat. Kto z kim grał, kto kiedy i co nagrywał lub wydał. To pozwoli kojarzyć fakty i wyłuskiwać mnogość informacji ukrytych między wierszami. Ta książka jest jednym wielkim puszczeniem równie wielkiego oka w kierunku, a jakże, wielce inteligentnego czytelnika. Bez tej wiedzy będziecie jedynie uśmiechać się, czytając po prostu dobrze i inteligentnie przedstawione historie, których uczestnikiem był Piotr Pawłowski. Ale możecie znaleźć tu o wiele więcej. Wystarczy przypomnieć sobie nieco głośnych zdarzeń i przede wszystkim kojarzyć fakty. Do czego też gorąco Was namawiam.
 
 Rozmowa z Piotrem przy okazji ukazania się płyty "Kult" Made in Poland
 
Ale treść to nie wszystko. Równie istotna, co charakterystyczna, jest tutaj formuła opowieści. To całkiem sprawne zaadoptowanie facebookowego walla, de facto bloga, na potrzeby książki. Sytuacja nieprzesadnie rzadka, ale w praktyce kończąca się różnie. Tutaj akurat wszystko się udało. Każda historia to maksymalnie kilka stron spójnego tekstu. Dlatego całość doskonale sprawdza się w komunikacji lub na krótko przed snem. Jedna, dwie historie i wysiadka lub objęcia Morfeusza. Co kto woli. 

Tymczasem w drugiej klasie PKP... Fot. Kamil Mrozkowiak

Piotr Pawłoski to autentyczny "Pan dyrektor" w garniturze, jak z żurnala. Przy czym jest doskonale wykształconym i oczytanym gościem, biegle posługującym się językami obcymi. I trudno tego nie szanować. Ale najbardziej szanuję go za pokazany w "Dziennikach basowych" dystans do siebie i rzeczywistości oraz bardzo przyjemny dla oka, nieco "pythonowski", inteligentny pisarski warsztat. Podoba mi się również to, że ten facet dobrze wie, co to deficytowy koncert za umowną kratę browaru, jak i pełne napięcia korporacyjne zebrania, gdzie liczą się wyłącznie excele, a firmowy dywan znaczy czasem więcej niż etatowy pracownik. I być może właśnie dzięki temu dualizmowi, połączonemu z spostrzegawczością i doskonałą pamięcią, tę książkę czyta się tak dobrze. Choć na koniec uczciwie trzeba przyznać, że nie jest to pozycja dla każdego. Statystyczny wyborca "dobrej zmiany" nigdy nie powinien po nią sięgać. No chyba, że chce dowiedzieć się, dlaczego. W każdym razie niech potem nie mówi, że nie ostrzegałem.

niedziela, 10 lutego 2019

Tańcz, nie gadaj!

To zadziwiające, jak łatwo wywołać wilka z lasu. Także w radiu. Gdy czekałem na nadejście północy wraz Tomkiem Kamińskim, gitarzystą trójmiejskiego Dance Like Dynamite, okazało się, że grał kiedyś z Grzegorzem „Guzikiem” Guzińskim w zapomnianym już nieco Red Rooster. Korzystając więc z okazji, dla zabicia czasu opowiedziałem mu historię, jak to wokalista Flapjack udzielił mi wywiadu po raz drugi, gdy na koniec bardzo owocnej rozmowy mini disk nie pokazał żadnej ścieżki. I co się okazało? Gdy Tomek wychodził ze studia, zobaczyłem, że zawiesił się komputer zapisujący wszystko, co działo się na antenie. Cały program poszedł tylko w eter. Tylko w eter i w kosmos. 
&

Po wyczerpaniu wszelkich możliwości w radiu, zrezygnowany zwróciłem się Was, licząc, że być może ktoś nagrywał ten program. Zaledwie po godzinie okazało się, że trzeba było od tego zacząć. Z pomocą przyszedł Marek z Sulejówka. Szczęśliwie dla nas wszystkich nie mógł słuchać Melodii na żywo i nastawił nagrywanie. Słowem, cuda jednak czasem się zdarzają. Marku, bardzo Ci dziękuję. A wracając do Dance Like Dynamite...




To trójmiejska, nieco efemeryczna, grupa, w której skał wchodzą m.in. rzeczony Tomek Kamiński, którego możecie pamiętać również z Golden Life, Piotr Pawłowski (Made In Poland), Krzysztof Sadowski (Vulgar) i Karol Skrzyński (niegdyś Sweet Noise). Przez skład i studio przewinął się również Mariusz Noskowiak z Blenders. W ciągu kilku lat działalności panowie wypuścili epkę "Dying in Slow Mation" oraz regularną płytę "This Funeral Is Sold Out". No dobrze, ale jaka to muzyka? Parafrazując klasyka rodzimego kabaretu, powiem "różna, różnista".


Nie przesadzam. Tu w zasadzie jest niemal wszystko. Wieloletnie doświadczenie muzyków i brak ponagleń ze strony pana z neseserem sprawiłby, że podczas dwóch okrążeń Ziemi wokół Słońca zespół spokojnie robił swoje. A to "swoje" to m.in. nie tyle zimne, co raczej bardzo chłodne nowofalowe granie, iście parkietowa elektronika, miejscami okolice grania panów w podkutych butach, a nawet moment hucznej zabawy rodem z irlandzkiej knajpy, z której nie każdy wyjdzie z taką samą liczbą zębów, z jaką do niej wszedł. Słowem, dużo autorskiej i dość mroczno-gorzkiej interpretacji muzyki lat 80. we wszelkich możliwych konfiguracjach. Inna rzecz, że na olbrzymią różnorodność "This Funeral Is Sold Out" niemały wpływ miała również pokaźna liczba zaproszonych gości. W efekcie standardowe rockowe instrumentarium znakomicie uzupełniły m.in. saksofon, flet, czy klarnet. Zatem jest tu na bogato. Na muzycznie bogato. Także za sprawą poniższego opracowania dobrze Wam znanej kompozycji. Gdyby tylko czasem angielski Krzysztofa Sadowskiego nie był tak polski... 
Miejcie na nich oko. Tym bardziej, że jak dotąd Dance Like Dynamite można było zobaczyć na scenie zaledwie raz. Ale koncertów ma być więcej. I dobrze, bo "This Funeral Is Sold Out" to ciekawa, niszowa płyta, którą zaskoczycie niejednego znajomego. 

niedziela, 9 grudnia 2018

Melodie po słowie

W tym roku, jak mało którym, momentami musiałem wręcz stawać na głowie, by nikt z Was nie żałował pozostania przy radiu kosztem snu. Dlatego nie rzadko pomysły na poszczególne audycje powstawały w pociągach, komunikacji miejskiej, samochodzie, a nawet podczas szwendania się po lesie. Ale najważniejsze, że zawsze jakoś udawało się dojechać do radia na czas i mieć przy sobie komplet płyt. Choć jest i druga, o wiele mniej przyjemna, strona tej pogoni. Obowiązki zawodowe, brak czasu, wypadki losowe dotyczące prywatnych spraw i wiele innych historii czasem sprawiały, że w Melodiach nie pojawiali się goście.

Fot. Kamil Mrozkowiak
Nie zwykłem zapraszać muzyka lub pozytywnie odpowiadać na pytanie menedżera, jeśli nie jestem w stanie przygotować się do rozmowy. Trzeba szanować czas słuchaczy, gościa i w końcu swój. Tak niestety kilka razy zdarzyło się w ciągu minionych dwunastu miesięcy. Inna sprawa, że czasem wysyłano mi płytę, a dopiero potem, o ile w ogóle, sprawdzano, co to za audycja. By nie zostawiać twórcy na lodzie, polecałem programy kolegów po fachu, a w ostateczności odpowiadałem, że niestety Melodie, przy całej swojej otwartości na różne gatunki muzyczne, nie znajdują się w grupie docelowej danego wykonawcy. Słowem, momentami lista potencjalnych zaproszonych skracała się sama.


Fot. Kamil Mrozkowiak


Dlatego w tym roku zaledwie pięciokrotnie usłyszeliście w Melodiach gościa lub gości. To niewiele jak na ok. 40 audycji, ale zawsze były to istotne rozmowy, wspierające niszowych muzyków. Czasem dość młodych, a czasem legendarnych, choć od wielu lat grających gdzieś na peryferiach powszechnie rozumianej sceny. Dlatego wraz z nadchodzącym końcem grudnia oddaję w Wasze ręce zestawienie wszystkich tegorocznych Melodii, w których miałem przyjemność kogoś gościć. Mimo że w tych audycjach momentami słowo, siłą rzeczy, wypychało muzykę, to jednak przekazane w ten sposób anegdoty, historie czy po prostu informacje wciąż mają swoją wartość. Zatem przyjemnego odsłuchu.

Fot. Kamil Mrozkowiak

Madame, Variété, Made in Poland, 1984 czy Siekierę z na każdy szanujący się fan rodzimego zimnego grania. A warszawską Joannę Makabresku? To już niekoniecznie. Szkoda. Różnica kilku lat i przeciwności losu zrobiły jednak swoje. Tak to już jest z młodszym rodzeństwem. Jak wszyscy dobrze wiemy. Ma trudniej. "Jest wystarczająco dobrze, czyli o tym, jak Joanna Makabresku z latami 80. przegrała" - książka, o której opowiadają Marek Karcerowicz, wokalista Joanny, i Piotr Roszczyk, fotograf zespołu.




Trójmiejski Tranqulizer błyskawicznie przyciągnął uwagę co bardziej poszukujących ciekawych zjawisk na rodzimej scenie. Przyciągnął i zamilkł na pewien czas. Teraz powrócił z nową, dość odmienną,  muzyką oraz nową nazwą - Tranq. O nieco zawiłej historii zespołu i dość poważnych zmianach opowiadała Luna, wokalistka Tranq.




Bardzo przyjemna rozmowa z Piotrem Pawłowskim, basistą legendy rodzimej zimnej fali, Made In Poland. Rozmowa, która co prawda miała potoczyć się zupełnie inaczej, ale teraz bynajmniej tego nie żałuję.




Rozmowa z Andrzejem Turajem, chyba jednym z najbardziej zapracowanych, co równie mało znanych, podkarpackich muzyków. Rzecz dotyczyła nie tylko wydanej na początku 2018 r. nowej i, jak się teraz okazuje, chyba ostatniej, regularnej płyty God's Own Medicine. 



Rozmowa z Tytusem de Ville z łódzkiej Pornografii na temat wznowienia pierwotnie wydanego jedynie na kasecie debiutanckiego albumu "1989-1990". Na srebrny krążek czekaliśmy długo, bo niemal 28 lat. Było warto, szczególnie biorąc pod uwagę albumową formułę reedycji z licznymi fotografiami zespołu, które zrobił niejaki wówczas Wojciech Smarzowski.


niedziela, 10 września 2017

Polska zimna fala okiem Słoweńca

Jesteśmy na tyle zakompleksionym narodem, że wychwycimy nawet najmniejszą zagraniczną wzmiankę na nasz temat. To kwestia historii, a związana z nią potencjalna dyskusja przy gazowanych i niegazowanych napojach trwałaby znacznie dłużej niż do białego rana. A że nie mamy tyle czasu, przyjmijmy, że tak już jest i kropka. Idąc jednak tym tropem, trudno nie zwrócić uwagi na pewnego Słoweńca, który wsiadł w samochód, przyjechał do Polski i nakręcił dokument o dorobku naszej zimnej fali, zarówno tej legendarnej z lat 80., jak i współczesnej. Bez wielkiej filozofii spotkał się z muzykami przy piwie i włączał kamerę. Tak powstał ponad godzinny dokument "Polish Coldwave Journey ". 

A scene from the video clip to my song 'The Foreigner'

https://www.youtube.com/watch?v=1wcIM_I-TI4
Opublikowany przez André Savetier na 13 marca 2017

André Savetier, autor filmu

Nazywa się André Savetier. Jest blogerem, muzykiem, a przede wszystkim pasjonatem zimnego grania. To właśnie ono w znacznej mierze wypełnia jego życie. I to do tego stopnia, że potrafi podróżować po Europie, rozmawiając o muzyce z tymi, których płyty na co dzień wkłada do odtwarzacza. Tym sposobem rok temu przemierzył Włochy, a teraz za cel podróży obrał sobie Polskę. Zaglądał do klubów, sal prób, domowych studiów nagraniowych, stawiał kamerę na chodniku lub w mieszkaniu rozmówcy. No i jakoś szło.
    

Jakoś? Tak, jakoś. Nie oczekujcie dobrego montażu, jeszcze lepszych przebitek, profesjonalnych, pogłębionych rozmów czy wybitnie trafnych pytań i genialnych puent. Z niektórych dialogów wynika coś ciekawego, z innych, mówiąc delikatnie, zdecydowanie mniej. W praktyce więcej zależało od wygadania i dobrej woli przepytywanego muzyka niż strategii poruszania odpowiednich wątków. Dlatego spójrzcie na ten amatorski dokument przede wszystkim jako ciekawostkę. Nikomu nieznany nad Wisłą Słoweniec, ceniący sobie dorobek naszej zimnej fali, zasłużył na szacunek. Odwiedził Kraków, Łódź,Trójmiasto,Warszawę,Wrocław, ciągnąc za język takie legendy jak Made in Poland, Variété i 1984 oraz konwersując z młodszym pokoleniem wykonawców - Undertheskin, Deathcamp Project, This Cold, Dogs in Trees, Cabarey Grey, Nacht Und Nebel, Alles czy nieco bardziej medialnie wypromowane The Shipyard. Swoją drogą, w Melodiach paradoksalnie pojawiły się wszystkie te zespoły za wyjątkiem ostatniego. No może jeszcze nagrania Alles nie dotarły do studia przy ul. Bednarskiej 2/4, ale na swoją obronę dodam, że głos Pawła Strzelca było słychać w emitowanych nagraniach Już Nie Żyjesz. Wróćmy jednak do filmu.


Nice talk about music with Grzegorz Kaźmierczak from Variété in his studio in Warsaw 
Opublikowany przez André Savetier na 27 lipca 2017

André Savetier i Grzegorz Kaźmierczak, wokalista z  Variété

Słowem, jest dość skromnie i dokument wymaga od widza niemałych dobrych chęci, by obejrzał go do końca. Szkoda też, że sam autor nie pokusił się o jakiekolwiek zewnętrzne spojrzenie, choćby w warstwie narracji, na dorobek naszej zimnej fali. Wyszła mu więc dość hermetyczna "produkcja", mająca w sobie znacznie więcej z pogadanki przy kuflu niż prawdziwego dokumentu. My obejrzymy to z ciekawości, ale zagraniczny widz szybko się znudzi. Acha, włączcie napisy. Chociaż te angielskie. Niekiedy, zwłaszcza w jednym przypadku, trudno zrozumieć naszych rodaków mówiących w języku Szekspira. Niekiedy o wiele szybciej wychwycicie, co André Savetier mówi po polsku. A mówi całkiem poprawnie.

wtorek, 12 listopada 2013

Polski hołd dla Joy Division

Latem 2010 r. na Seven Festival w Węgorzewie wystąpił projekt Heart & Soul. Przedstawiono go jako inicjatywę złożoną ze znanych osobistości rodzimej ceny, które dla czystej przyjemności postanowiły spotkać się i pograć własne opracowania nagrań Joy Division. Wówczas w szeregach tej kolaboracji znaleźli się muzycy Aggresivy 69, N.O.T., Cool Kids Of Death i Made In Poland. W ten sposób uczcili 30. rocznicę ukazania się "Closer", drugiej i ostatniej płyty Joy Division. Później co jakiś czas Bodek Pezda zdradzał w wywiadach, że są plany także studyjnej działalności tego projektu. I tak w styczniu 2012 r. w homeopatycznym nakładzie 150 egzemplarzy ukazała się czteroutworowa epka z gościnnym udziałem Rykardy Parasol, amerykańskiej wokalistki polskiego pochodzenia. Teraz ta luźna inicjatywa daje o sobie znać raz jeszcze. Dokładnie dziś ukazuje się jej pełny album, w całości poświęcony Joy Division. 
  
Okładka płyty Heart & Soul
Cieszy fakt, że to wydawnictwo w końcu ukazało się i wciągu trzech lat przestało być jedynie planem, marzeniem lub fantazmagorią. Grono muzyków zaangażowanych projekt zostało poszerzone, dzięki czemu w każdym z siedmiu utworów przy mikrofonie stoi inna osoba, a i skład kompozytorów różni się od pozostałych obecnych tu opracowań dobrze nam znanych kompozycji. Wśród zaproszonych gości znalazły się głosy m.in. Izy Komoszyńskiej z Sorry Boys, Rafała Jurewicza z The Shipyard i Hanii Malarowskiej z Hanimal. To sprawia, że "Heart & Soul Presents Songs of Joy Division" jest dość zróżnicowaną płytą. Nagrania zostały dobrze dobrane i pasują do wspomnianych gości. Czasem jest spokojniej, czasem zdecydowanie bardziej żywiołowo. Oniryczna elektornika przeplata się z postpunkową energią, czyli zupełnie jak w przypadku tych, którym ten hołd jest składany.   



Ta płyta z pewnością podtrzyma kult Joy Division w naszym kraju. To udane wydawnictwo, solidnie wyprodukowane, przy jednoczesnym bardzo efektywnym doborze zaproszonych gości. Aż chciałoby się, by w Polsce takiej muzyki powstawało zdecydowanie więcej, i to już autorskiej, a nie tylko za sprawą interpretacji tego, co dobrze znamy. Zimnej fali, dość szeroko rozumianej, także w takim nieco bardziej spopularyzowanym ujęciu, wciąż jest w naszym kraju mało. Nie chodzi o to, by ten gatunek królował w prasie, radiu i telewizji. Wystarczy, że ktoś będzie grał i nagrywał taką muzykę, a jej sympatycy już sami do niej dotrą. Dobrą wiadomością jest to, że "Heart & Soul Presents Songs of Joy Division" zostało wydane również w osobnym wydaniu zawierającym drugą płytę, którą jest wyprzedana debiutancka epka tej supergrupy. Na koniec warto wspomnieć, że nie jest to pierwsze tego typu rodzime wydawnictwo. W 2007 r. ukazała się kompilacja "Warszawa. Tribute to Joy Division", na którą trafiło piętnaście utworów opracowanych m.in. przez One Million Bulgarians, Ściankę i Tymon & The Transistors.

Pełna lista utworów

1. Eternal feat. Hania Malarowska (Hanimal)
2. Transmission feat. The Shipyard
3. A Means To An End Feat. Łukasz Lach (L.Stadt)
4. Dead Souls feat. Bela Komoszyńska (Sorry Boys)
5. Passover feat. Olleck Bobrov
6. Heart & Soul feat. Łukasz lach (L.Stadt)
7. Decades feat. Rykarda Parasol

piątek, 6 stycznia 2012

Najpierw posłuchaj, potem oceniaj

Czasem zadaję sobie pytanie, jakie przesłanki kierują muzykami przy zakładaniu tzw. supergrup. Co więcej, czynię to z tym większym zastanowieniem, gdy dana inicjatywa skupia się nie tyle wokół autorskich pomysłów, co raczej opracowań kompozycji pochodzących z repertuaru innego artysty. Do takich inicjatyw nie sposób nie podchodzić z dystansem, ale skoro już jesteśmy świadkami ich podejmowania, to warto choć przez chwilę uczciwie poświęcić im nieco uwagi i na własne uszy przekonać się, czy najbardziej oczywiste przewidywania znajdą potwierdzenie w rzeczywistości, czy może jednak muzyka zaskoczy nas i będzie w stanie obronić się sama. Ambiwalentne odczucia zawsze gdzieś pozostaną, choć muszę przyznać, że w przypadku rodzimego projektu Heart & Soul nie są aż tak duże, jak się spodziewałem. 

Fot. Arch. zespołu
Zespół tworzą muzycy znani z takich grup jak Agressiva 69, Cool Kids Of Death, NOT oraz Made In Poland. Sensem jego powołania było granie na żywo utworów Joy Division, a niewątpliwą okazją ku temu przypadająca w 2010 r. 30. rocznica ukazania się "Closer", drugiej i ostatniej płyty wspomnianej legendy. Jak  dotąd zespół wystąpił trzy razy, nagrywając również dwa single. Ten dość nikły sceniczno-studyjny dorobek  wynika przede wszystkim z luźnego charakteru Heart & Soul oraz faktu, że jego zestawie personalne jest otwarte. Trudno przewidzieć czas i miejsce zebrania wszystkich muzyków oraz to, kto i kiedy wpadnie na taki czy inny pomysł. W planach jest co prawda nagranie całej płyty z coverami Joy Division, i choć część nagrań została już przygotowana, to trudno przewidzieć, kiedy ostatecznie doczekamy się tego wydawnictwa.



Obecnie zaś najważniejsze jest to, że 9 stycznia ukaże się epka Heart & Soul, na której znajdziemy cztery premierowe i zarazem autorskie nagrania tegoż projektu. Każde z nich będzie inne. Na zimnej fali począwszy, a na onirycznej elektronice skończywszy. W nagraniach wzięła udział Rykarda Parasol, amerykańska wokalistka o polskich korzeniach, którą nie bez powodu określa się mianem Nicka Cave'a w spódnicy. Płyta ukaże się nakładem rodzimego 2-47 Records w nakładzie 150 egzemplarzy.

czwartek, 28 lipca 2011

Najzimniejsza polska płyta

Patrząc na to, co od lat dzieje się na rodzimej scenie, aż trudno uwierzyć, że trzy dekady temu, gdy o wydaniu płyty, nie mówiąc już choćby o półprofesjonalnej formie rejestracji nagrań, mogli marzyć nieliczni, polskie zespoły należały do jednych z najciekawszych w Europie. Ba, gdyby muzycy wielu z nich mogli wówczas żyć i tworzyć np. we Francji, Niemczech, czy Anglii, dziś ich grupy byłyby uznawane za najważniejszych, wręcz legendarnych, przedstawicieli gatunku. Jakiego? Zimnej fali.    


O tym, że zachowanych nagrań rodzimych przedstawicieli zimnego grania lat 80. jest jak na lekarstwo, pisałem i wspominałem Wam wielokrotnie, sięgając jednocześnie po najciekawsze zachowane kompozycje. Nie oznacza to jednak, że dziś polscy sympatycy tej odmiany rocka są zdani wyłącznie na siebie i pozbawieni możliwości wejścia w posiadanie czegoś więcej niż jedynie krążących po globalnej sieci cyfrowych "wydawnictw". Wbrew pozorom liczne kompaktowe wznowienia są na wyciągnięcie ręki. Wystarczy jedynie wiedzieć, gdzie ich szukać. Wszak doczekaliśmy się reedycji płyt m.in. 1984, Joanny Makabresku, Variete, Made In Poland, Brunona Wątpliwego, Siekiery czy One Milion Bulgarians. Co więcej, domowe płytoteki można także poszerzyć o debiuty młodszych równie ciekawych przedstawicieli gatunku jak np. Cieplarnia i Wieże Fabryk. Jednak oprócz tych płyt jest jeszcze coś, na co chciałbym zwrócić Waszą uwagę w sposób szczególny. To niezwykła kompilacja "Polish New Wave. Polska Nowa Fala 1983...".
Płyta ukazała się w 1997 r. w Chicago z inicjatywy bliżej nieznanego polskiego emigranta działającego pod szyldem jeszcze mniej mówiącej wytwórni Mathaus Records. Na to wydawnictwo złożyły się kultowe już single Variete, Made In Poland, 1984 i Madame. W przypadku tej ostatniej grupy jest to o tyle ważne, że były zespół Roberta Gawlińskiego nigdy nie doczekał się regularnej studyjnej płyty, a wspomniana kompilacja pozostaje jedynym kompaktem, na którym zebrano wszystkie pozostałe po nim singlowe nagrania. Po latach pojedyncze kompozycje wydane na tym albumie ukazywały się na różnych retrospektywnych wydawnictwach, ale jak dotąd nigdy więcej nie zostały zebrane i wydane razem. Dlatego ta kompilacja jest tak ważna dla historii polskiej zimnej fali i tym cenniejsza dla tych, którzy obok tej muzyki nie potrafią przejść obojętnie. Zdobycie tego albumu nie jest łatwe, ale jeśli Wam to się uda, z pewnością nie będzie żałować poświęconych na to czasu i środków, co sam też mogę potwierdzić. To niezwykła płyta przypominająca niezwykłe muzyczne czasy.