Pokazywanie postów oznaczonych etykietą crone. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą crone. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 października 2014

Podziemna bezpretensjonalność

Premiera debiutanckiej epki niemieckiego Crone, o której więcej znajdziecie poniżej, przypomniała mi o co najmniej dwóch innych zespołach o tej samej nazwie, choć z pewnością wyliczać można by zdecydowanie dłużej. Co prawda żadnej z tych grup z nich nie udało się dotrzeć do szerszego grona odbiorców, ale przynajmniej jedna, z tych wciąż istniejących, zasłużyła na to, by zwrócić na nią uwagę. I to bynajmniej nie z powodu wirtuozerii, kompozytorskiego geniuszu, czy prezencji. W tym przypadku liczy się coś więcej, co w gruncie rzeczy jest najważniejsze.

Crone podczas koncertu w 2013 r.  /  Fot. YouTube
Australijski Crone to przykład jakże rzadko spotykanej dziś autentyczności w muzyce. Bezpretensjonalne podejście do doom metalu, wykonywanie go w piwniczny wręcz sposób oraz działalność w podziemiu skupiona wokół najbardziej zagorzałych i de facto również mocno ortodoksyjnych fanów to tylko nieliczne cechy aktywności tej muzycznej efemerydy z antypodów. Trudno dokładnie powiedzieć, kiedy powstał ten zespół, i to tym bardziej, że w praktyce jest on raczej pobocznym projektem niż regularną grupą. Crone  tworzą muzycy znani m.in. z The Slow Death i Innsmouth, spośród których uwagę przykuwa przede wszystkim Mandy Andresen. Ta filigranowa wokalista i basistka o twarzy dziecka, potrafiąca zagrać także na innych instrumentach, dała się poznać przede wszystkim za sprawą działalności w Murkrat, co uczyniło z niej jedną z najbardziej rozpoznawalnych przedstawicielek płci pięknej w całym australijskim podziemiu. Los chciał, że kiedyś upodobała sobie doom metal i do dziś pozostaje mu wierna.



Jak dotąd ukazało się zaledwie jedno wydawnictwo Crone. W 2013 r. Abysmal Sounds, skromna inicjatywa nie od wczoraj wspierająca australijskie podziemie, wydała w stu egzemplarzach kasetę zatytułowaną po prostu "Crone". Trafiły na nią cztery nagrania, choć w sumie to niespełna aż 50 minut muzyki. Jakiej? Zazwyczaj, choć nie zawsze, powolnej, melodyjnej, pełnej zawodzących wokali wiedźmy w wykonaniu rzeczonej Mandy oraz elementów czegoś pierwotnego. Ta pierwotność to przede wszystkim brzmienie. Tu nie ma miejsca na przesadną poprawność, kalkulację, czy sterylność produkcji. Są za to prawda i szczerość. Zespół brzmi tak jak w sali prób, dlatego dzięki temu paradoksalnie łatwiej zwrócić na niego uwagę i zapomnieć na chwilę o wymuskanych płytach, które najwięksi wydawcy za wszelką cenę chcą nam wcisnąć na każdym kroku. A muzyka sama w sobie? Owszem, bez wirtuozerii, wybitnego polotu i oryginalności, ale to nie ma tu znaczenia. W przypadku Crone chodzi o coś innego.


Biorąc pod uwagę charakter Crone oraz zaangażowanie muzyków w inne, bardziej regularne przedsięwzięcia, trudno powiedzieć, czy zespół nagra coś jeszcze. Obecnie priorytetem dwójki jego członków z pewnością jest promocja nowego wydawnictwa The Slow Death, którym pozostaje split z meksykańskim Majestic Downfall. Ale jeśli nawet wszystko miałoby zakończyć się na "Crone", to i tak po sięgnięciu po ten materiał za rok, dwa, czy nawet kilka lat, wciąż będziemy słyszeli piwnicę, podzmienie i opozycję wobec mainstreamu. I dobrze. Warto zachować równowagę i pokopać w ziemi nieco głębiej. Takich zespołów jest więcej niż mogłoby się wydawać.

poniedziałek, 13 października 2014

Rockowa odskocznia

W muzyce coraz trudniej o coś nowego, przełomowego, niezwykłego, od czego nie będziemy mogli się oderwać. A jeśli nawet coś zbliża się do takiej oceny, to zazwyczaj mamy do czynienia z ciekawym wykorzystaniem tego, co już znamy. Dlatego nie pozostaje nic innego, jak zwracać uwagę na wszystkie te wydawnictwa, na których muzycy starają się grać inaczej niż dotychczas, czy to w rodzimym zespole, czy w specjalnie założonym w tym celu pobocznym projekcie. Właśnie, w epoce postmodernizmu pojęcie "inaczej" najwyraźniej zaczyna doganiać "coś nowego". Skutki tego zjawiska są różne, niemniej gdybym nie podzielał tego stwierdzenia, pewnie nie zwróciłbym uwagi na debiut niemieckiego Crone. Ten dwuosobowy projekt właśnie dał o sobie znać za sprawą epki "Gehenna".

Od lewej Markus Renzenbrink i Philipp Jonas  /  Fot. Prophecy Productions
Mamy tu do czynienia z czymś, co powstało gdzieś z boku, nieco przy okazji, najwyraźniej jako potrzeba zmiany w odniesieniu do macierzystych zespołów. Crone został założony dwa lata temu z inicjatywy  Markusa Renzenbrinka, perkusisty Embedded, oraz Philippa Jonasa, wokalisty, gitarzysty i klawiszowca bardziej zdecydowanie bardziej rozpoznawanego Secrets of The Moon. Obaj muzycy znają się od lat, nie raz wspólnie grali na koncertach. W nawiązaniu do ich muzycznych rodowodów można powiedzieć, że pod nazwą Crone spotkały się death i black metal. Niemniej musiało z tego wyniknąć coś zgoła odmiennego. W przeciwnym razie mało kto by się nimi zainteresował.


Ekpa "Gehenna" to cztery utwory przepełnione rockowymi pomysłami. Miejscami można odnieść wrażenie, że na tym wydawnictwie spotkały się surowa muzyczna codzienność wspomnianych Niemców oraz gitarowe emocje wydawane przez angielską Kscope, chociażby te spod znaku Anathemy. Nie mogło zatem zabraknąć refleksji, balladowych solówek i ewidentnych, z pewnością ku własnej uciesze samych zainteresowanych, śladów czerpnia garściami z rockowej spuścizny. Dużo tu spokoju i stonowanych emocji, zwłaszcza tych kojarzących się z mocno jesienną aurą. Nie lada niespodzianką okazał się również gościnny udział Jarboe. Aż szkoda, że była wokalista Swans pojawiła się tylko w jednym nagraniu. Czyni to zdecydowanie zbyt krótko i zbyt subtelnie, by móc nacieszyć się jej głosem. No ale skoro "Gehenna" to epka zapowiadająca regularną płytę, być może muzykom chodziło o nieco bezczelne zaostrzenie naszych apetytów. Oby.

Fot. Prophecy Productions
Na to skromne wydawnictwo składają się nieco nieszablonowo przypomniane szablonowe rockowe standardy. Te wszystkie zwolnienia, gitary akustyczne i skądinąd przebojowe sola brzmią jednak oryginalniej dzięki wspomnianej surowości dość chłodnego brzmienia. Co więcej, "Gehenna" nie okazała się kolejnym shoegazowo-blackowym tworem. Tych jest już wystarczająco dużo. Ale czy to wystarczy, by Niemcy zwrócili na siebie uwagę? O tym przekonamy się po premierze zapowiadanej regularnej płyty. Trzeba jednak pamiętać, że Crone to poboczny projekt, odskocznia mająca sprawiać przyjemność przede wszystkim samym zainteresowanym. A co z nami? Jeśli przypadnie do gustu to panowie Renzenbrink i Jonas z pewnością się ucieszą, a jeśli nie, żaden z nich nawet nie machnie ręką. Trudno, żeby było inaczej.