Pokazywanie postów oznaczonych etykietą neofolk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą neofolk. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 marca 2019

Historia pewnej pazerności

Nie znoszę pazernych ludzi. Tych, którzy nie potrafią powiedzieć dość. Tych, którzy dyktują ceny z kosmosu, zamierzając wycisnąć wszystko, dajmy na to, z fanów muzyki gotowych wesprzeć cenionego przez siebie wykonawcę. Kilka razy miałem do czynienia z takimi magikami na stoisku z merchem, zarówno w Polsce, jak i za granicą. Jednak jeden z nich w przedbiegach pokonuje całą resztę. Raz na niego trafiłem i sądziłem, że już wystarczy. Nic z tych rzeczy. 

Rome podczas koncertu w Hydrozagadce, Fot. Kamil Mrozkowiak

Sobota, 16 marca, klub Chmury na warszawskiej Pradze. Wraz z osobą towarzyszącą usiedliśmy w fotelach w oczekiwaniu na otwarcie znajdującej się za ścianą Hydrozagadki. Na koncert Grave of Love i Rome organizator miał wpuszczać od godz. 19, zatem zostało jeszcze 20 minut. Czekamy. I nagle przy sąsiednim stole widzę znajomo wyglądającego Niemca z irokezem. Prawdopodobnie Niemca. Widywałem go na różnych koncertach, m.in. w Berlinie. Co więcej, to był ten sam jegomość, który dokładnie rok temu, również w Hydrozagadce, podczas koncertu Rome, odpowiadał za stoisko z merchem. Gdy chciałem wówczas kupić nowy krążek "Hall Of Thatch", dostrzegłem zaklejoną cenę 60 zł i jej następczynię 80 zł. Pan Merch wyjaśniał, że to ostatni egzemplarz, dlatego jest droższy. A to wcale nie był koniec trasy. Pewnie ostatni przeznaczony na warszawski koncert. Zacząłem mu wiercić dziurę w brzuchu i szedłem w zaparte. Po bitych 10 minutach odpuścił z wielką łaską, zatem ostatecznie zdołałem wyszarpać krążek za sześć dych. Dlatego, gdy teraz zobaczyłem go w Chmurach, wiedziałem, że nie obędzie się bez cudów. Nie myliłem się. 


Rome podczas koncertu w Hydrozagadce, Fot. Kamil Mrozkowiak

Jeśli ktoś wszedł do Hydrozagadki zaraz po otwarciu klubu, mógł nieco zaoszczędzić. Wówczas cena jednej płyty, poza dwoma wyjątkami, wynosiła 65 zł. Niestety za niedawno wydaną "Le Ceneri Di Heliodoro" Pan Merch krzyknął 80 zł (w sieci jest podobnie, sprawdzałem w klubie). Suma nieco kosmiczna za nowy i powszechnie dostępny album zapisany na srebrnym plastiku. Słowem, drogo.  W dodatku dotyczyło to też m.in. epki "L'Assassin", którą roku temu kupiłem w tym samym miejscu, od tego samego człowieka za... 40 zł. Wówczas zresztą wszystkie pomniejsze wydawnictwa były w tej cenie. Ale to nie koniec.

Płyty jeszcze po 65 zł, fot. Kamil Mrozkowiak

Do klubu zdążyło wejść 20-30 osób, a cena płyt nagle skoczyła z 65 na 70 zł. Wówczas uznałem, że to przekroczenie psychologicznej bariery. W zasadzie wszystkie te płyty, poza najnowszą, można bez problemu dostać po znacznie lub umiarkowanie niższych cenach. Ostatecznie odmówiłem sobie dwóch piw, z zaciśniętą pięścią biorąc jedynie "Le Ceneri Di Heliodoro". W końcu prawdziwy fan i tak kupi... Nie było sensu wydawać więcej.


Taśma z nowymi cenami idzie w ruch, fot. Kamil Mrozkowiak

To prawda, Rome ma świetny merch. Znakomicie dopracowany pod względem graficznym, spójny i dobrze wykonany, a Polska to kraina biedaszybów w porównaniu do Luksemburga. Nie chce mi się jednak wierzyć, że marża musiała być aż tak wysoka. Owszem, przyczyny mogą być różne. Pan Merch rozlicza się po trasie, więc może musiał łatać jakąś dziurę. Może pomylił przy ustalaniu cen na wcześniejszym koncercie , a może zwyczajnie, jak rok temu, był chciwy i pazerny na "polnische zlotys". Może.

Nagle z 65 robi się 70 zł, fot. Kamil Mrozkowiak

Często kupuję płyty na koncertach. W ten sposób wspieram wykonawcę i liczę, że bez łańcuszka pośredników nośnik będzie tańszy. Vide dwukrotny przykład Lebanon Hanover również z Hydrozagadki. W sieci sprowadzane CD powyżej 70 zł + wysyłka, a płyta na koncercie 40 zł. Dlatego nośniki szły jak woda, a teraz Rome jakoś specjalnie nie zarobiło. Szkoda, bo byłem gotów zostawić tam więcej gotówki, a i płyta z koncertu to przecież zawsze pamiątka. Dlatego teraz będę szukał wybranych tytułów Rome w sieci. Zarobią więc również pośrednicy, a nie bezpośrednio artysta. Pozdrowienia, Panie Merch.

sobota, 27 maja 2017

Minimalizm w cieniu Ślęży

Nad Wisłą lubimy neofolk i jego pochodne. Chętnie sięgamy po płyty chociażby Rome, Death in June, Kratong, Ordo Rosarius Equilibrio, Neutral, Of Wand And The Moon, Death in Rome czy Spiritual Front. Dlaczego więc tak mało jest polskich przedstawicieli gatunku? Poznańskie Outofsight niestety już nie istnieje, a Wojciech Zięba z militarnego Krępulca ma teraz inne sprawy na głowie. Nie słychać również o zakorzenionej w dźwiękowych tradycjach Fonofobii. I może właśnie dlatego najbardziej zainteresowani tak szybko zwrócili uwagę na By The Spirits. Inna sprawa, że mieli ku temu dobrą okazję. Ten jednoosobowy projekt z Dolnego Śląska koncertował dokładnie tam, gdzie w danym momencie powinien.

Photo courtesy of aleksandra burska - photography & visual arts
Opublikowany przez By The Spirits na 14 października 2016


O muzyku stojącym za tym pomysłem nieprzesadnie niewiele wiadomo. Podpisuje się jako Michał K. i niech już tak zostanie. W końcu tutaj znacznie bardziej od personaliów i zawartości teczki interesuje nas muzyka. A ta aspiruje do poziomu kompozycji wymienionych wcześniej grup. Trudno jednak oczekiwać, by nagle jeden człowiek z gitarą i loopami wymyślił więcej niż największe tuzy gatunku, dlatego oryginalności By The The Spirits musiało poszukiwać przede wszystkim przy mikrofonie. I tak też zrobiło. Michał K. potrafi zaśpiewać i choć jeszcze daleko mu do ideału, to barwa jego głosu zapada w pamięci. W końcu to ona wszystko prowadzi. Gitara jest jedynie uzupełnieniem.


Demo, siedmiocalowa epka i split z warszawskimi Skalpami z Drzew - tak wygląda dotychczasowy dorobek By The Spirits. Wbrew pozorom to nie mało, skoro projekt istnieje od nieco ponad roku i dość intensywnie koncertuje. A co z ich zawartością? Wypełnia je przede wszystkim sześciostrunowy minimalizm inspirowany przyrodą, ze szczególnym wskazaniem na Ślężę wymienianą przez samego zainteresowanego. Nazwa również zobowiązuje, dlatego w parze z lasami Dolnego Śląska idzie niemała dawka duchowości. Dźwiękowe emocje, jak to w przypadku takiej odmiany folku, są jednak mocno stonowane. Sednem pozostają przede wszystkim w słowa. Warto więc szeroko otworzyć nie tylko oczy, ale i uszy. 



Rodzi nam się tutaj coś ciekawego, ale nikt, i chyba nawet sam Michał K., nie wie jeszcze, co z tego wyniknie. By The Spirits to wciąż poszukiwania, choć niewątpliwie z dość szybko obranym azymutem. Musimy po prostu zaczekać i wierzyć, że Ślązak wykorzysta dość dużą przychylność i niemały kredyt zaufania, jakimi go obdarzono. Nie zrobiono tego jednak, bo gra oryginalną muzykę. Bynajmniej. Zrobiono tak, bo słychać w nim potencjał do stworzenia takiej muzyki. Przede wszystkim jednak chodzi o zaspokojenie głodu rodzimych przedstawicieli gatunku. W końcu jeśli mamy do wyboru dwóch równorzędnych wykonawców, to mimo wszystko przyjemniej będzie słuchało się tego krajowego.

piątek, 20 stycznia 2017

Informacyjnie, kulturalnie, niezależnie

Szanuję upartych ludzi, szczególnie tych z pasją. W czasie gdy większość populacji gania po galeriach handlowych, szczerząc pyszczki do selfie, oni po codziennej walce o opłacenie rachunków malują, rysują, piszą, fotografują, nagrywają, komponują lub wydają płyty. Po prostu tworzą, robiąc coś sensownego. Kosztuje ich to bardzo dużo czasu, środków, cierpliwości i wyrzeczeń. W pośredni sposób również ich bliskich. Dlatego gdy 14 stycznia w łódzkiej Scenografii przed koncertem Ordo Rosarius Equilibrio zauważyłem na stoisku nowy numer "HARD Art", uśmiechnąłem się pod nosem i nabyłem egzemplarz owego "informatora kultury niezależnej".   

Okładka "HARD Art", nr 01 / 2017 
Z biegiem czasu ten ukazujący się trzy do czterech razy w roku periodyk wygląda lepiej. W zasadzie wszystkie z dwunastu dotychczasowych numerów przypadały do gustu bardziej lub mniej, głównie ze względu na dołączoną płytę lub decyzję zespołu redakcyjnego co do doboru treści. Niby właśnie o to chodzi, ale niezależnie od dźwiękowych preferencji czytelnik musiał i wciąż musi przyznać jedno. "HARD Art" jest naprawdę blisko tego, co dzieje się w podziemiu. To zawsze było czuć. Piszący mają pojęcie o recenzowanych płytach i przepytywanych muzykach. Jeżdżą też po Polsce na wszelkie niszowe imprezy wpisujące się w gatunkowe ramy pisma. A że nie są to profesjonaliści, to czasem nie wszystko jest idealnie. Ale chwileczkę, w końcu to podziemię. Nie bądźmy małostkowi. Ostatecznie to tacy ludzie jak ci tworzący "HARD Art" i ich czytelnicy budują i podtrzymują przy życiu scenę. Warto o tym pamiętać i przymknąć czasem oko. Również na to, że za tym mniej bądź bardziej regularnym umownym kwartalnikiem stoją dwa wydawnictwa płytowe, czyli Beast of Prey i Zoharum Records. To oczywiście wyjaśnia dobór opisywanych twórców, ale na szczęście w nasze ręce nie trafia typowy katalog wydawniczy.

Ordo Rosarius Equilibrio w Łodzi  /  Fot. Kamil Mrozkowiak
W najnowszym numerze szczególnie zachęcam Was do lektury rozmowy z Bartoszem Gogusiem. Ten niezwykle utalentowany rzeźbiarz z podkarpackiej prowincji robi po prostu coś, co odbiera mowę. Co więcej, jego rzeźby budzą tyleż strachu co fascynacji. Dobrze, że w tym kraju są jeszcze tacy artyści i chwała wszystkim starającym się zwrócić na nich uwagę ogółu. Warto również zajrzeć do wywiadów z grupami dobrze znanymi z Melodii - chociażby rodzimym Rigor Mortiss, bezkresnym Expo 70 zza Wielkiej Wody, czy jak zawsze perwersyjnie niepoprawnym Ordo Rosarius Equilibrio. Co ważne, oprócz czarnego jak smoła podziemia znalazł się również solidny tekst o Sydzie Barrecie. Dużym i miłym zaskoczeniem było także dostrzeżenie Zofii Bernard. Jeśli cenicie sobie rodzimy folklor, koniecznie zainteresujcie się tą damą. Co jeszcze? To co zawsze musi się pojawić, czyli recenzje i relacje z koncertów. Mnie przyjemnie wspominało się darkambientowy dzień w byłym kościele ewangelickim, który odbył się w ramach ubiegłorocznej edycji Castle Party w Bolkowie. W końcu możliwość zobaczenia jednego popołudnia In Slaughter Natives, Desiderii Marginis czy Phurpy nie zdarza się zbyt często. O ile w ogóle kiedykolwiek się zdarzyła.

Rzeźby Bartosza Gogusia w "HARD Art"  /  Fot. Kamil Mrozkowiak
Dobrze są jeszcze te takie tytuły i ludzie, którzy mają siłę tworzyć publikowane w nich treści. Żyjemy w świecie bezwzględnej digitalizacji i technologicznej konwergencji, dlatego zepchnięte na margines obiegu informacji słowo drukowane wydaje się mieć jeszcze większą moc niż kiedykolwiek. O ile oczywiście ktoś będzie chciał to dostrzec i docenić. Przyjemnej lektury i nadstawiania ucha na dołączony do nowego "HARD Art" krążek Brandkommando. Choć w tym drugim przypadku przyjemność będzie mocno osobliwa. 

środa, 11 stycznia 2017

Między drzewami

Na dłuższą metę nie ma większego znaczenia, kto stoi z danym nagraniem lub całą płytą. Imię, nazwisko, czy miasto zawiązania działalności to tylko suche fakty w tzw. biografii. Dla nas, odbiorców, kluczowa jest w końcu muzyka i w praktyce tylko ona ma znaczenie. Owszem, z biegiem czasu ma się niekiedy ochotę poznać kilka dodatkowych informacji, by wiedzieć, skąd to wszystko się wzięło, ale czy jest to aż tak konieczne? Bynajmniej. Niedomówienie i szerszy margines do interpretacji mają niewątpliwie swoje zalety, a niekiedy są rzeczy, których zwyczajnie lepiej nie wiedzieć. Dlatego, gdy w moje ręce wpadły debiutanckie nagrania rodzimego Ols, po prostu ich posłuchałem, jakby było to coś absolutnie anonimowego. Wam radzę to samo.        

Ols  /  Fot. Agnieszka Kowalska
Za projektem stoi jedna osoba. Dziewczyna pisze teksty, komponuje i śpiewa. Ma ładny głos, którego bardzo przyjemnie się słucha. Wybrała przyrodę - jedną z najbardziej powszechnych i zarazem najstarszych inspiracji człowieka. Trudno się jednak dziwić. Dla twórców każdej maści ta była, jest i będzie nieskończonym źródłem pomysłów. Szczególnie w przypadku gatunkowych ram, w których porusza się Ols. Zatem jak zwrócić na siebie uwagę? Przede wszystkim formułą, by ludzie doszli do wniosku, że słyszą coś nowego, albo przynajmniej ciekawie wykonanego. Tutaj zdecydowanie więcej jest tego drugiego.  


Olbrzymią zaletą debiutanckiej epki Ols jest całkiem przyzwoita produkcja. To dzięki niej dobrze słychać pomysł na ten projekt. A ten zaś to przede wszystkim coś pierwotnego, słowiańskiego i przyjemnie kojarzącego się m.in. z bezkresnymi pasmami gór czy lasów. Po prostu przestrzeń, spokój i majestat natury. Muzyka jest zdecydowanie na drugim planie, wypełniając jedynie przestrzeń za prowadzącym całość głosem. Być może kiedyś będzie jej o wiele więcej i w nie aż tak ascetycznej formule, ale nie wymagajmy jeszcze zbyt wiele. Skoro Ols powstało zaledwie w ubiegłym roku, tę malkontencką uwagę można przypomnieć przy okazji kolejnego wydawnictwa.


Anonimowa dama relatywnie poradziła sobie z tym, na czym już na starcie legnie większość rodzimych wokalistek, próbujących sił w szeroko rozumianej klimatycznej muzyce, także neofolku. To, o czym śpiewa, nie brzmi infantylnie, a w przypadku naszego języka to wcale nie jest takie proste. Niezatytułowany i jak na razie jedynie cyfrowy debiut Ols to przede wszystkim intrygujący nastrój. Te dziewięć utworów, w tym covery Katatonii i Agalloch, brzmią na tyle obiecująco, że ciekawi mnie, co z tego wyniknie. Warto mieć oko na tę dziewczynę. Ucho tym bardziej.

niedziela, 30 października 2016

Diabeł z krakowskiej pustyni

Za jakiś czas ruszy promocyjna machina i wszyscy będą mówić, a może i zachwycać się, solową płytą Nergala, na której usłyszymy również m.in. Johna Portera. Ma być nefolkowo, więc z pewnością znajdzie się też nieco retro grania zza Wielkiej Wody. Ale moment. Powoli. Zaczekajmy. W tym temacie już teraz jest coś, nad czym warto się pochylić. Dwóch panów z Grodu Kraka uprzedziło niejako fakty i wypuściło debiutancką płytę, która sprawi, że niebawem będzie o nich głośno.

Fot. Them Pulp Criminals  /  Fot. Katarzyna Nacht
Tworzący Them Pulp Criminals Tymoteusz Jędrzejczyk i Igor Herzyk piszą o sobie, że zawarli porozumienie w stylu gentlemen's agreement. To dobre określenie, biorąc pod uwagę, że obaj na co dzień wywodzą się z zupełnie innych parafii krakowskiej sceny. Pierwszy hałasuje w Ragehammer, a drugiemu dość bliskie są elektroniczne eksperymenty. Spotkali się, jak to zazwyczaj bywa, w połowie drogi, czyli w tym przypadku na pustyni. Choć na tę Błędowską mieli zdecydowanie bliżej, mentalnie wybrali Wielki Kanion w Kolorado. I trzeba przyznać, że całkiem sprawnie im to wyszło.


"Lucifer is Love" to krótkie utwory i w większości przypadków całkiem chwytliwe melodie. Te niespełna półgodziny autorskich pomysłów i coveru Siouxsie and the Banshees sprawia, że nad morzem piasku i kamieni nagle zachodzi słońce, a stopa samowolnie wybija rytm. I tu spoczywa przyjemna dla ucha największa zaleta tej płyty. Ten krążek ma szansę spodobać się nawet tym, którzy za żadne skarby nie sięgnęliby po jakąkolwiek odmianę country bądź folku. Wspomniane wpadające w ucho melodie to jedno, ale tu mamy przede wszystkim nastrój. Aż przypomina się klimat genialnego wręcz "There's the Devil Waiting Outside Your Door" łódzkiego K. Zadymiony lokal, przepite głosy, taniec z diabłem w świetle księżyca i oczywiście obowiązkowa jazda cadillakiem. To wszystko tutaj znajdziecie. No, może dodałbym jeszcze kroplę noir i nieco dekadencji. Je też możecie usłyszeć.


Ten album zbierze dobre, albo co najmniej pozytywne recenzje, zbudzając przede wszystkim ciekawość. Nie zdziwiłbym się jednak, gdyby w wielu przypadkach ta przerodziła się w coś więcej niż przelotne zainteresowanie. Cieszę się, że panowie wyczuli granicę i to, co zrobili, jest zwyczajnie w punkt. Bardzo dobrze wyważyli proporcje. Brak kapeluszy to zdecydowanie mądra decyzja, nawet jeśli nieświadoma. Mam tylko nadzieję, że krakowianie wypiją, niczym mleko na okładce "Lucifer is Love", lampki lukru, które teraz niemal wszyscy będą im stawiać i ta słodycz nie uderzy im do głowy. Oby, bo przyszłość zapowiada się szalenie ciekawie. A gdzie w tym wszystkim tytułowa miłość z debiutu Them Pulp Criminals? W ciemności Lucyfer zawsze będzie miłością. W końcu to ten, który niesie światło. Czyż nie?

poniedziałek, 14 września 2015

Bogactwo jednego instrumentu

Finlandia ma w sobie coś przyciągającego uwagę. To zimny i mało przyjazny, ale przepiękny kraj, w którym powstało wiele niezwykłych płyt. Czemu akurat tam? W znacznej mierze to po prostu kwestia inspiracji, z którą nierozerwalnie wiążą się dorobek kultury i oczywiście przyroda. Finowie posiedli umiejętność przenoszenia tego, co mają najlepsze, do świadomości masowego odbiorcy, zwłaszcza tego zainteresowanego muzyką. Wystarczy wymienić chociażby czarodziejów z Tenhi, kultowe już dziś dokonania Amorphis czy bardziej przystępne w sobie nagrania Moonsorrow, Korpiklaani i Finntroll. A jeśli chcielibyśmy skupić się na kimś, za sprawą kogo do przeszłości i ducha Kraju Tysiąca Jezior będzie nam jeszcze bliżej, to nie sposób nie wymienić Aslaka Tolonena. To on pod szyldem Nest rozpropagował kantele, narodowy fiński instrument. Oczywiście nie był i nie jest jedynym takim muzykiem, ale konsekwentnie czyni to od ponad 15 lat i nie zamierza przestać, o czym świadczy jego nowa płyta.

Aslak Tolonen  /  Fot. nestfin.bandcamp.com
Tym razem jest nieco inaczej. Po pierwsze, "Mietteitä" to de facto solowy krążek Tolonena. Mimo że Timo Saxell nadal oficjalnie współtworzy ten projekt, ostatni raz studyjnie zaangażował się w niego na wydanym w 2007 r. "Trail of the Unwary". Inna sprawa, że od tamtej pory aż do teraz nie uświadczyliśmy premierowych nagrań Finów. Ukazywały się jedynie kompilacje lub alternatywne wersje znanych już kompozycji. Po drugie, co pozostaje efektem braku Saxella, Nest brzmi teraz inaczej. Jedynym instrumentem jest kantele. Nie ma już basu, tła przesterowanych gitar i klawiszy. Zmiany ma rekompensować, o ile to trafne określenie, przede wszystkim zamierzona produkcja. Tę zaś oparto głównie na koncepcji przestrzennego brzmienia. Opłaciło się.

 

Aslak Tolonen postanowił przybliżyć kantele w bardziej tradycyjnej, nieco mniej przystępnej w kontekście przeszłości Nest, ale jak najbardziej autentycznej formie. Udało mu się odtworzyć atmosferę panującą w chacie, w której po całym dniu zbiera się grupa osób i przy płomieniach ogniska słucha improwizacji tego, który posiadł sztukę gry na tym szarpanym instrumencie. Nieprzypadkowo pojęcie improwizacji jest tutaj kluczowe. "Mietteitä", czyli "Refleksje", to zbiór w sumie 25 nagrań powstałych w ciągu dwóch minionych lat właśnie w oparciu o improwizowanie. Pod wpływem nastroju Tolonen chwytał za  instrument, zamykał się w studiu i grał. Takie podejście sprawiło, że muzyka Nest brzmi teraz jeszcze autentyczniej, bedąc jeszcze bliższą spuściźnie Finlandii. W konsekwencji skierowane do nas dźwięki to uduchowiony, niemalże intymny, kulturowy przekaz, który odbiera się jak dobrze napisaną książkę.


Decyzja Tolonena o samodzielnym graniu z pewnością wzbogaciła go jako artystę. Nam zaś pokazała, że znalazł on nowe spojrzenie na muzykę Nest i z pewnością w jakiejś mierze także na siebie samego. "Mietteitä" pozostaje zapisem pięknych dźwięków, choć z pewnością wymagających od słuchacza dużo cierpliwości i skupienia. Jednak tak jak wraz z Timo Saxellem w pewnym momencie Tolonen wyczerpał formułę wcześniejszego Nest, tak teraz nagrał coś, co pod tym szyldem i w takiej postaci powinno być nagrane tylko raz. Drugi taki album nie wniesie wiele nowego i jedynie zdewaluuje wartość swojego poprzednika. Panowie, najlepiej razem, będą musieli wymyślić coś nowego, ale to, wręcz dosłownie, pieśń przyszłości. Na nią przyjdzie jeszcze czas. Dziś cieszmy się  tym, co jest tu i teraz. Zaintrygowanych odsyłam do archiwów działu MP3 warte posłuchania, w którym znajdują się liczne starsze nagrania Nest, udostępnione  przez samych muzyków.

wtorek, 18 sierpnia 2015

W oparach absyntu i opium

W drugiej połowie XIX w. przy słynnym paryskim placu Pigalle istniało niezwykłe miejsce, w którym gęstość powietrza definiowały opary opium, hektolitry absyntu, wieczna melancholia, ból istnienia, poczucie bezsensowności życia i powstałe w oparciu o nie teksty kultury. Tym miejscem była słynna Café de l'Enfer, lokal inspirowany piekłem. Dziś próżno jej szukać. Charakterystyczna fasada wytrzymała do lat 50. ubiegłego wieku, ale trudno powiedzieć, czy wówczas to miejsce było jeszcze otwarte. Ostatecznie kamienica nie przetrwała próby czasu i zakusów handlarzy nieruchomościami. Zachowały się jednak liczne fotografie i zapiski świadczące o wyjątkowości tego miejsca, które, jak niedawno się okazało, nadal pozostaje źródłem inspiracji. Świadczą o tym poczynania tajemniczego projektu noszącego nazwę właśnie Café de l'Enfer, który w pewnych kręgach dość szybko okrzyknięto wielką nadzieją.

Frontowe wejście do Café de l'Enfer  /  Fot. coolstuffinparis.com
Niewiele wiadomo o muzykach. Inna sprawa, że oni sami bardzo cenią sobie anonimowość, skutecznie nie ułatwiając zadania bardziej dociekliwym. Co więcej, trudno także powiedzieć, ile osób współtworzy Café de l'Enfer. Za ich pozwoleniem ujawniono jedynie, że są Francuzami osiadłymi w Austrii, dla których inspiracją pozostaje przede wszystkim szeroko rozumiane ojczyste podziemie początku ubiegłego wieku. Co za tym stoi? Przede wszystkim literatura i sztuka kroczące w parze z alkoholowo-narkotykowymi eksperymentami oraz naturalnie związana z nimi pesymistyczna kwintesencja filozofii Fin de Siecle. Stąd nieprzypadkowo w twórczości Café de l'Enfer liczne odniesienia do francuskiego symbolizmu, w tym przede wszystkim poezji Charlesa Baudelaire'a. Ale po kolei.
Okładka mini albumu Café de l'Enfer
Ten tajemniczy projekt debiutował w 2010 r. samodzielnie wydanym mini albumem. Na płycie cd-r znalazły się cztery utwory, z których trzy rok później trafiły na regularną już płytę "Marchant À Quatre Pattes Au​-​devant De La Rédemption". Wtedy wszystko się zaczęło. Dzięki austriackiej Steinklang Industries album trafił do szerokiego odbiorcy i z miejsca został okrzyknięty wielką nadzieją sceny kręgu matrial i neoclassical. Nie były to przesadne słowa. W niespełna godzinie muzyki Francuzom udało się zamknąć kwintesencję atmosfery końca ubiegłego wieku. Poczucie nadciągającego schyłku, lęku przed galopującą industrializacją, a co za tym idzie, także gwałtownie zmieniającego się świata to jedynie początek. Za nimi słuchać huk upadających ideologii, sztuki oraz dotychczasowych sposobów postrzegania i definiowania rzeczywistości. Co można zrobić? W takiej sytuacji wyjścia są trzy. Przelać na papier wszystkie swoje żale, strzelić sobie w głowę lub spróbować uciec za sprawą wszelkich dostępnych wynalazków zmieniających stan świadomości. Nieważne, co wybierzemy, ostatecznie i tak zawsze będzie źle.

 

Tę szalenie pesymistyczną wizję budują nie tylko słowa, ale i muzyka. Bardzo umiejętne wykorzystanie syntezatorów oraz sięganie do dorobku neoklasyki sprawiło, że Café de l'Enfer to znakomita alternatywa dla nużących już przemilitaryzowanych i pompatycznych przedstawicieli nurtu, nierzadko sympatyzujących z totalitaryzmem. Tu słychać ewolucję, pomysł i przede wszystkim jego znakomitą realizację. Owszem, marszowe tempa nie są obce Franzom, ale to jedynie element całej tej dekadenckiej układanki. Nastój potęgują także recytacje, w tym jedna zaskakująco po angielsku. Jest nią wiersz Alistara Crowleyam, zatem dalszy komentarz wydaje się raczej zbyteczny. Wyobraźcie sobie zatem Elend wymieszany z Dernière Volonté.



To znakomita płyta, ale nie dla każdego. Bez przynajmniej szkolnej wiedzy na temat Fin de Siecle, czy chociażby Młodej Polski, "Marchant À Quatre Pattes Au​-​devant De La Rédemption" będzie tylko połowicznie nastrojowym albumem, okraszonym pikantnymi zdjęciami odurzonych kobiet, zafascynowanych swoimi ciałami i możliwościami opium. Ale jeśli debiutu Café de l'Enfer posłucha się w pełni świadomie, będzie chciało się do niego wracać. Wszystko z powodu nastroju tworzonego przez muzykę i teksty oraz w konsekwencji bardzo udanej i stylistycznie oryginalnej próbie odtworzenia tego, co działo się w Europie nieco ponad sto lat temu. Wejdźcie zatem do Café de l'Enfer, osiądźcie przy stoliku, zamówcie to, co lubicie najbardziej i posłuchajcie. Niekoniecznie w oparach absyntu i opium. I jeszcze jedno. Znajomość ojczystego języka Baudelaire'a mile widziana.

sobota, 25 lipca 2015

Głos ze Wschodu

Mniej więcej dwa lata temu w sieci legalnie udostępniono niemal wszystkie wydawnictwa rosyjskiego Neutral. Wówczas byłem praktycznie przekonany, że to niestety łabędzi śpiew działalności Asha i zarazem zwieńczenie niezwykłego rozdziału historii nie tylko rosyjskiego, ale i całego europejskiego neofolku. Koniec końców jednak wieloletnie milczenie okazało się złotem, a nie gwoździem do trumny. Jeden z najciekawszych przedstawicieli gatunku ostatnich lat powrócił do świata żywych i, co ważne, za sprawą nowej płyty.

Ash podczas koncertu Neutral, maj 2015 r.  /  Fot. YouTube
Zawsze gdy w studiu sięgam po nagrania Neutral, zwracam uwagę, że Ashowi udało się stworzyć coś ciekawego w nurcie tak dalece wyeksploatowanym i tworzonym przez tak licznych wtórnych przedstawicieli, że niekiedy lepiej dla naszych uszu będzie, gdy sami chwycimy za gitarę i z szyderczym uśmieszkiem chwycimy za zapałki, by rozpalić ognisko. Wbrew pozorom w dzisiejszym neofolku niełatwo znaleźć coś wymykającego się schematom, i to tym bardziej, gdy nie wie się, gdzie szukać najciekawszych dźwięków. Nie jest to jednak niemożliwe. Tak było na wcześniejszych wydawnictwach stopniowo rozwijającego się Neutral i tak też jest teraz, gdy Ash zbiera owoce osiągnięcia szczytu swoich dotychczasowych możliwości. Po siedmiu latach milczenia w nasze ręce trafiła płyta "Дни Самозабвения", której anglojęzyczny odpowiednik tytułu to "The Days Of Self-Abandonment".



Kluczowy jest ciepły i zarazem niski głos Asha. To on w znacznej mierze buduje nastrój. Sama muzyka, mimo że w swojej prostocie wręcz znakomita, nie byłaby aż tak atrakcyjna. Całość w mgnieniu oka buduje nastrój pełen melancholii i refleksji. Brzmi to dość smutno, ale z pewnością nie depresyjnie. Każdy z pięciu utworów składających się na niemal pół godziny muzyki to przemyślana synteza skrzypiec i elektroakustycznych gitar, w której prym wiodą sześciostrunowce. Owszem, skromne to instrumentarium, ale efekt końcowy jakże niewspółmiernie ciekawy. Zresztą, nie pierwszy już raz w przypadku Neutral.



Ash wciąż gra swoje i konsekwentnie zgłębia rejony, w których czuje się najpewniej i do których nas przyzwyczaił. Czy nagrywa to samo? Bez przesady. Raczej doskonali swoje umiejętności, stawiając coraz mniejsze kroki, ale mimo wszystko wciąż idąc przed siebie. Powoli jednak zbliża się do granicy, choć teraz nie ma potrzeby o tym mówić. Za wcześnie na to. Najważniejsze, że Neutral wrócił do świata żywych i obyśmy na następną płytę nie musieli czekać kolejnych siedmiu lat. A przy okazji, nie da się ukryć, że w przypadku "Дни Самозабвения" znajomość rosyjskiego okaże się bezcenna. Wspomniane wcześniej wcześniejsze udotepnione w całości wydawnictwa Asha znajdziecie w archiwalnych zasobach działu MP3 warte posłuchania.

piątek, 28 listopada 2014

Czekając na odpowiedzi

W przypadku każdego wykonawcy, którego płyta trafiała w ręce większości z nas, musiał kiedyś nadejść moment, gdy na swój sposób odchodził od nagrywania oraz koncertowania dla wąskiego grona odbiorców, nierzadko po prostu znajomych, i wypływał na szersze wody, niekoniecznie tracąc przy tym kontakt ze sceną niezależną. Taka historia zazwyczaj wiązała się z jakąś płytą, w którą jakiś większy wydawca postanowił zwyczajnie zainwestować. Owszem,  tego typu finansowa przygoda nie zawsze kończyła się dobrze i wszyscy znamy wiele takich przypadków. Niemniej za każdym razem, gdy obserwuję podobny bieg wydarzeń, zadaję sobie pytanie, co ostatecznie z tego wyniknie. Teraz jest podobnie.

     Jayn Hanna Wissenberg  /  Fot. Shay Rowan / facebook/darkhermusic 
Jayn Hanna Wissenberg to w Polsce postać zupełnie anonimowa. Jej poczynania z The Steals kojarzą co najwyżej najbardziej zagorzali sympatycy shoegaze'u i mroczniejszych okolic neofolku oraz nasi rodacy, których exodus pognał na Wyspy Brytyjskie, gdzie mogli natrafić na nagrania wokalistki z West Yorkshire. Teraz jednak o ognistowłosej damie dowiaduje się coraz więcej osób, a wszystko za sprawą debiutanckiej epki Darkher, jej solowego projektu. To skromne wydawnictwo potwierdza, że dla wielu Jayn może i będzie osobą znikąd, ale z pewnością to, gdzie teraz się znalazła, nie było dziełem przypadku.



Czteroutworowa epka "The Kingdom Field" to tak naprawdę profesjonalne wznowienie tego, co Jayn H. Wissenberg wydała sama pod szyldem Faun Records w 2013 r. Różnica poleca zaledwie na jednym dodatkowym utworze. Zaś rzeczona cyfra cztery okazuje się znamienna. Debiut Darkher to w rzeczywistości  dwa dość odmienne oblicza Brytyjki. Dwie kompozycje pozostają istną oazą spokoju, pełną przestrzeni, melancholii, delikatności i onirycznej atmosfery budowanej przede wszystkim pierwszoplanowym głosem, za którym podążają m.in. pojedyncze dźwięki gitary i wiolonczela. Skojarzenia z ethereal i jego okolicami są tu jak najbardziej na miejscu. Z kolei druga para utworów to coś, na czym Darkher zyskuje najwięcej, tym samym o wiele skuteczniej zwracając na siebie uwagę. Pełne rockowe instrumentarium brzmi silniej i bardziej zdecydowanie, a połączone ze wspomnianą wiolonczelą, rozmytym shoegaze'owym brzmieniem i czystym, miłym, dla ucha głosem Jayn daje słuchaczowi poczucie wymykania się tej muzyki utartym, szczególnie gotyckim, schematom i mocno budzi oczekiwania względem regularnej płyty.



W końcu Jayn H. Wissenberg będzie musiała zdecydować się na którąś stylistykę i tym samym zachwiać te wyrównane proporcje. Niewykluczone jednak, że wybór już został dokonany, biorąc pod uwagę poniższy teledysk promujący rzeczone "The Kingdom Field". Na swój skromny jeszcze sposób Darkher odbiera od typowych rozwiązań, ale by móc powiedzieć to z pełnym przekonaniem, potrzeba czegoś więcej. Tym czymś będzie oczywiście pełna płyta. W dniu jej premiery okaże się również, czy niedawna decyzja niemieckiej Prophecy Productions o zainwestowaniu w wydanie tej epki była dobrym posunięciem. Wszystkiego najpewniej dowiemy się w przyszłym roku.

wtorek, 11 listopada 2014

Z dalekiego Uralu do Kijowa

W grudniu 2007 r. po raz pierwszy zaprezentowałem Wam skromnie wydaną płytę "Lumikuuro" niejakiego rosyjskiego Kauan, mówiąc, że w tych surowych dźwiękach, o jednoznacznie doom-blackmetalowm rodowodzie, drzemią olbrzymie możliwości. Rok później ukazał się odnotowany już przez zachodnią prasę album "Tietajan laulu". Wówczas coraz więcej osób dostrzegało kompozytorskie umiejętności Antona Belova, które dość gładko przełożyły się na trzy kolejne znakomite płyty, w tym jedną nota bene wydaną przez włoską Avangarde Music. Zespół nigdy nie osiągnął sukcesu komercyjnego, ale jego artystyczny wymiar udanie przełożył się na dużą popularność. Bo jak tu nie zwrócić uwagi na śpiewającego po fińsku rosyjskiego multiinstrumentalistę, który tworzy zarówno piękną jak i ciężką muzykę z pogranicza doom metalu i post rocka? Trudno przejść obok niego obojętnie. Teraz zresztą będzie to jeszcze trudniejsze, zwłaszcza dla starszych fanów zespołu.

Anton Belov w środku  /  facebook.com/kauanmusic
Po przeprowadzce z dalekiego Czelabińska do Kijowa Belov wyraźnie odżył. Jeszcze bardziej rozwinął się jako muzyk, a każda kolejna płyta Kauan wydaje się być lepsza od poprzedniej. Teraz rzecz ma się podobnie, choć zarazem jest i nieco inaczej. Wydana na dniach kompilacja "Muistumia" zawiera siedem na nowo nagranych kompozycji z czasów pierwszej i drugie płyty, z czego jedna z nich w żadnej wersji nie była wcześniej publikowana. Można być sceptykiem wobec takich wydawnictw, sam się do niech zaliczam, ale w tym przypadku warto zapomnieć o uprzedzeniach. 



Co ciekawe, początkowo ta płyta miała trafić w ręce niespełna sześćdziesięciu osób, które prywatnie wspomogły ponowne zarejestrowanie starszych utworów na zasadzie crowdfundingu. Ostatecznie jednak fizyczny nakład "Muistumia" wyniósł tysiąc kopii. Ta kompilacja ma dwa ciekawe oblicza. Po pierwsze, ponowne wejście do studia i profesjonalna produkcja umożliwiły wydobycie całego potencjału drzemiącego w starszych nagraniach. Po drugie zaś, teraz możemy przypomnieć sobie Kauan brzmiący ciężej i mroczniej. Obecnie Anton Belov już nie tak często jak kiedyś korzysta z growlu, skupiając się raczej na czystych wokalach w języku Kraju Tysiąca Jezior. Oczywiście wychodzi mu to znakomicie, niemniej bardzo przyjemnie słucha się dźwiękowego kontrastu, powstałego przez przypominanie sobie minionych czasów tej teraz już rosyjsko-ukraińskiej grupy.



Kauan nigdy nie nagrywał słabych lub przeciętnych płyt. Pierwsza, w najgorszym razie bardzo dobrze się zapowiadała, a od drugiej aż do piątej, czyli wydanego roku temu "Pirut", za każdym razem było już tylko lepiej. Ten zespół ma szalenie charakterystyczny styl. Wymieszanie doom metalu z post rockiem, a także poszerzenie tej syntezy o bogate i bardzo przyjemne dla ucha partie skrzypiec oraz klawiszy, przysporzyło mu sympatyków wszędzie tam, gdzie jest w stanie dotrzeć internet. W kontekście muzyki Antona Belova zawsze powtarzałem, że czasem warto obejrzeć się na Wschód i uważnie nadstawić ucha. W brew pozorom efekty dość często okazują się zaskakujące. Także i tym razem.

niedziela, 24 sierpnia 2014

Dekada zapisana na trzech płytach

W 2001 r. w moje ręce trafił split niejakiego fińskiego Nest oraz norweskiego Isafjord. Płytę wydała rodzima Thundra Records, która zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. O ile druga z tych grup usilnie chciała wypłynąć na coraz bardziej hamującej już fali black metalu z Bergen i okolic, o tyle projekt niejakiego Askala Tolonena sprawił, że trudno było mi oderwać się od głośników. W szalenie prosty, acz zarazem oryginalny wówczas, sposób połączył kantele, klawisze, szeptane wokale i nawet partie didgeridoo. To była magiczna muzyka, na którą pomysł rozwijał później wraz z Timo Saxellem, poszerzającym przyjętą formułę o partie basu i gitar. Sympatycy neofolku i ciężkiej muzyki byli zachwyceni. Ukazały się dwie regularne płyty, także m.in. split z Agalloch, a potem nastała sześcioletnia wydawnicza cisza i praktyczne rozejście się dróg wspominanych Finów. Tolonen poświecił się Syven, a o Saxellu słuch zaginął. Ale teraz coś się zmienia. Panowie znów grają razem, zaś w nasze ręce trafiło niezwykle ważne wznowienie.

Archiwalne już zdjęcie Nest, od lewej Aslak Tolonen i Timo Saxell  / Fot. Last.fm
Dla porządku należy wspomnieć, że w ubiegłym roku po bez większego rozgłosu rosyjska GS Productions wydała na jednej płycie demo "Fabled Lore" oraz nagrania ze wspominanego splitu z Isafjord. Teraz jednak w sprawa jest o tyle ciekawsza, że siłami także rosyjskiego, lecz już Infinite Fog Productions, na trzech kompaktach ukazała się kompilacja "Within a Decade", zawierająca niemal całą dyskografię Finów. Fizyczne kopie ich płyt nigdy nie były dostępne w większych nakładach i od dawna są już nieosiągalne, dlatego trudno o lepszą sposobność dotarcia do namacalnego zapisu ich niezwykłych dokonań.


Podobnie jak członkowie Tenhi, muzycy Nest, ze szczególnym wskazaniem na Askala Tolonena, to dźwiękowi czarodzieje. Potrafią stworzyć niezwykłą atmosferę, która tak bardzo kojarzy się z Krajem Tysiąca Jezior. To szalenie przestrzenna i tajemnicza muzyka, bijąca rześkim chłodem gór, lasów i zasypanych śniegiem fińskich bezdroży. W tym roku mija siedem lat od czasu ukazania się "Trail of the Unwary", ostatniej jak dotąd  regularnej płyty Nest. Niemniej istnieją pewne znaki na niebie i ziemi, że to jeszcze nie koniec. Chodzi nie tylko o wspominane wznowienia, czy nawet solowe koncerty Tolonena, ale przede wszystkim o nie tak dawno zamieszczone w sieci nowe nagranie inspirowane scenicznymi improwizacjami Ulver. Być może to początek nowego rozdziału w historii Nest. Oby. 
Okładka kompilacji "Within a Decade" 
Wątpliwe, by "Within a Decade" było dostępne w Polsce. By dotrzeć do tego wydawnictwa, trzeba będzie skorzystać z dobrodziejstw globalnej sieci i wierzyć, że przesyłka z Rosji dotrze w jednym kawałku. Jeśli teraz po raz pierwszy czytacie o Nest, a chcielibyście bliżej poznać muzykę Finów, zajrzyjcie do działu MP3, których warto posłuchać. W jego archiwalnych rejonach znajdziecie udostępnione przez samych zainteresowanych i gotowe do pobrania dwa całe pomniejsze wydawnictwa oraz po kilka utworów z dwóch dotychczasowych regularnych płyt. Warto.

czwartek, 31 lipca 2014

Wyczekiwany przypływ

Na zakończenie działalności w 2006 r. pojawiło się zestawienie najciekawszych nagrań uzupełnione dwoma premierowymi kompozycjami. Cztery lata później usłyszeliśmy o reaktywacji, następnym nowym utworze i obecności na kompilacji "Whom The Moon a Nightsong Sings". Minęły kolejne trzy lata i w nasze ręce trafił "Into The Pantheon", zapis audio oraz wideo pierwszego koncertu w historii zespołu, oczywiście z nowym utworem. Pomijając niezaprzeczalne walory artystyczne tych płyt, większość fanów Empyrium miała prawo być już mocno zmęczona zaglądaniem do ich kieszeni i brakiem tego najważniejszego - pełnoprawnej studyjnej płyty. To już jednak się skończyło. Nadszedł czas realnego rozliczenia Niemców. "The Turn of The Tides" stało się faktem

Markus Stock  /  Fot. Propchecy Productions
Czwarty album Empyrium to siedem kompozycji, choć tak naprawdę, z powodu wspominanych wcześniej płyt, w dniu premiery do zupełnie nowych nagrań można było zaliczyć jedynie pięć z nich. Dlaczego jedynie? Na tego typu wydawnictwo musieliśmy czekać aż dwanaście lat. To długi okres czasu i wraz z jego upływem, oczekiwania stawały się coraz większe. Dlatego niewykluczone, że nie wszyscy będą zadowoleni. Skupiając się jednak na muzyce samej w sobie, panom Stockowi i Helmowi, ze szczególnym wskazaniem tego pierwszego, nie można odmówić starań i ich efektów. "The Turn of The Tides" faktycznie pozostaje nową płytą. Takiego albumu Niemcy jeszcze nie nagrali. Owszem, wciąż jest gdzieś na pograniczu doom metalu i neofolku, wciąż jest melancholijnie i nostalgicznie, i wreszcie nadal w muzyce Empyrium słychać kwintesencję powszechnie znanego stylu muzyków. A mimo to wszystkie te nagrania brzmią jakby nieco inaczej. Tę dźwiękową układankę tworzą doskonale znane nam elementy, jednak ich wszystkich nie sposób przypasować wyłącznie do jednego z poprzednich krążków Empyrium. Echa każdego z tych wydawnictw odnajdziemy w jakiejś kompozycji. Dla przykładu ciężkie partie gitar przypomną o debiutanckim "A Wintersunset..." i następującym po nim "Songs of Moors And Misty Fields", zaś szeptane wokale i dźwięki gitary akustycznej to skojarzenia z "Where at Night the Wood Grouse Plays" i "Weiland". Warto także wspomnieć o dość nowatorskim w przypadku Empyrium wykorzystaniu elektroniki. W jednym nagraniu subtelny zapętlony bit pełni rolę sekcji rytmicznej. Nie da się również zaprzeczyć, że Markus Stock śpiewa inaczej, o wiele czyściej, pełniej i przede wszystkim dojrzalej, naturalnie niższym głosem.

Markus Stock i Thomas Helm  /  Fot. Propchecy Productions
Najwyraźniej sekret tej płyty tkwi w solidnej produkcji. Słuchając nowych nagrań, niemal każdy dotychczasowy sympatyk Empyrium bez trudu rozpozna dobrze znany mu zespół, ale jednocześnie w pełni skupi się na czerpaniu przyjemności z odbierania tego, na co czekał tak długo i czego w końcu się doczekał. "The Turn of The Tides" to znakomita, urozmaicona płyta, która w przypadku Niemców niesie ze sobą duży powiew świeżości, nawet przy znajomo brzmiących echach tego, co już dobrze znamy. Nie zdziwiłbym się, gdyby była to zasługa m.in. płyt Dead Can Dance, słuchanych przez Stocka w prywatnym zaciszu. Wiele na to wskazuje. No ale któż ich nie słucha?


poniedziałek, 17 marca 2014

Pani Zdzisiu, cztery piwa!

Wino? Zbyt nadęte i pretensjonalne. Wódka? Za mocna, koniec imprezy gwarantowany pod stołem. Piwo? To co innego. Nie ma drugiego takiego trunku. Ten lekki alkohol relaksuje, podtrzymuje konwersację, integruje, niekiedy rozwiązując konflikty i pełniąc tym samym ciekawą rolę społeczną. Zatem pospolita plebejska rozrywka? Owszem, ale to jednocześnie jego największa zaleta. Ten złocisty płyn na bazie wody i chmielu doczekał się wielu pochwalnych pieśni, piosenek, przyśpiewek i utworów. Powstało ich tyle, że niemożliwe byłoby wymienienie ich wszystkich. Jednak skoro dziś przypada dzień św. Patryka, warto wspomnieć przynajmniej o jednym wydawnictwie poświęconym temu popularnemu napojowi bogów. Co więcej, w tym przypadku to album wydany z inicjatywy pewnej rodzimej wytwórni.
   
Okładka "Brewery in Piotrków Trybunalski"
Dwupłytowe  wydawnictwo "Brewery in Piotrków Trybunalski" ukazało się w 2006 r. z inicjatywy Beast of Prey, przedsięwzięcia wielce zasłużonego dla rodzimej sceny niezależnej. Pomysłodawcom udało się zaprosić do współpracy dwudziestu trzech krajowych i zagranicznych wykonawców. Tych drugich reprezentują m.in. francuskie Asmord, Sator Absentia i Storm of Capricorn, włoskie Division S i Rose Rovine E Amanti oraz The Well of Sadness, a także chilijski Der Arbeiter. Zaś polskich muzyków znajdziemy pod nazwami, które dziś mówią o wiele bardziej niż rzeczonych osiem lat temu, jak np. Outofsight, Inner Vision Laboratory, Hati, Horologium, czy chociażby Krępulec. A wszystko w jednym celu, którym było stworzenie wydawnictwa dosłownie i w przenośni wypełnionego po brzegi nagraniami inspirowanymi złocistym chmielowym trunkiem. Efekt okazał się zaskakująco ciekawy.

Fot. Kamil Mrozkowiak
Stylistyczna różnorodność zebranych wykonawców przełożyła się na skrajnie odmienne od siebie podejście do popularnego napoju. Przemieszane ze sobą ambient, neofolk, industrial i dark cabaret przynoszą na myśl wszelakie wyobrażenia. Na biesiadnych scenach i rubasznych śmiechach w karczmie oraz życiowych historiach opowiadanych po pracy pod budką z piwem począwszy, poprzez fabryczny proces powstawania trunku, a na mitologicznych wierzeniach, alkoholu w wydychanym powietrzu podczas policyjnej kontroli i wracaniu chwiejnym krokiem nad ranem skończywszy. W tej muzyce, tekstach i filmowych samplach zawarto fragmenty życia wielu z nas i nieco ponadczasowych społecznych prawd. Trudno stwierdzić, czy taki dokładnie był zamysł twórców tej kompilacji, ale nie zdziwiłbym się, gdyby otrzymany efekt nie przerósł przypadkiem ich oczekiwań i planów. To wydawnictwo ma jeszcze jedną zaletę. Nawet jeśli ktoś nie słucha takiej muzyki na co dzień, a z przyjemnością od czasu do czasu spędza chwile przy spienionym kufelku, uśmiechnie się nie raz i będzie wracał do "Browaru w Piotrkowie Trybunalskim", a przynajmniej do kilku wybranych nagrań, w których sposób postrzegania piwa jest mu najbliższy. W moim przypadku stało się tak za sprawą poniższego nagrania poznańskiego Outofsight. Jego muzycy trafili w sedno, znakomicie oddając nastrój rodzimego lokalu czasu głębokiego PRL-u. Ma to swój niepowtarzalny urok, pomimo wszystkich wad tego systemu. "Brewery in Piotrków Trybunalski" ukazało się w skromnym nakładzie 444 kopii, ale są jeszcze miejsca, gdzie można nabyć fizyczny egzemplarz tej kompilacji. Płyta nie tylko dla piwoszy.

Lista wykonawców

CD 1

1. Division S - Alla Salute
2. Barbarossa Umtrunk - Elixir Gaulois / Wassail Umtrunk
3. Niegrzeczna Pensjonarka - Małe piwko
4. Asmorod - Today
5. Krepulec- Żyto ziarnem zagryzaj
6. Dance Hospital - Untitled
7. Desolation Zone - Untitled
8. Nekyia - Untitled
9. Sator Absentia - [Knurd]
10. The Well Of Sadness - The Call Of A Bell
11. Isothesis - Untitled
12. Hati - Loaded

CD 2

1. Arkham - P.I.W.O.
2. Der Arbeiter - Hijo Del Sol
3. Storm Of Capricorn - Goule & Ocean
4. Dead Man's Hill - Blood-Belch
5. Outofsight - The Legend Of The Arrival Club
6. Horologium - Beer Supreme
7. Inner Vision laboratory - The Trade
8. Wermut - Song For René
9. Rose Rovine E Amanti - In Taberna Quando Sumus Non Curamus Qid Sit Humus!
10. Infamis - Untitled
11. Przemek Cackowski - Nie lubię...

sobota, 4 stycznia 2014

Zanim zdążymy zapomnieć

Zazwyczaj płyty ukazujące się w ostatnich dniach roku kalendarzowego często są skazane na zapomnienie. Radko możemy je znaleźć w podsumowaniach i zestawieniach, gdyż jest już na to za późno. Zaś za kolejne dwanaście miesięcy mało kto sięgnie pamięcią do daty zepchniętej na dalszy plan przez o wiele ważniejsze dni i związane z nimi wydarzenia. Są jednak wyjątki. Niektóre albumy potrafią obronić się same i przy skromnej pomocy najwierniejszych sympatyków oraz grona piszących i mówiących o muzyce trafiają do świadomości szerszego odbiorcy. Sądzę, że tym razem będzie podobnie, wszak mowa tu o nowej płycie Kauan.

Kauan  /  Fot.  facebook.com/kauanmusic
Co prawda ten powstały w rosyjskim Czelabińsku projekt nigdy nie osiągnął sukcesu komercyjnego, ale każde z jego dotychczasowych wydawnictw odbijało się szerokim echem we wszystkich gronach osób poszukujących ciekawej muzyki ze Wschodu Europy. Kilka lat temu Anton Belov osiadł w Kijowie i wraz z nowymi muzykami pisze utwory, które w niezwykle lekki sposób uciekają od utartych schematów. Niby większość rozwiązań jest znana, ale razem tworzą one niezwykły nastrój, który charakteryzuje również wydany 15 grudnia "Pirut", piąty już album Kauan.



Pomysły Belova zawsze były hybrydami. Doom czy black metal łączył ze skrzypcami, klawiszami, jednocześnie nadając im przestrzenny i oniryczny charakter za sprawą czerpania z dobrodziejstw rocka progresywnego. Tym razem jest podobnie, ale przewrotnie jak zawsze inaczej. Wszystko dlatego, że na ostateczny kształt muzyki miały wydarzenia z 15 lutego 2013 r., gdy nad Czelabińskiem rozpadł się meteoroid. To sprawiło, że na "Pirut" miejscami dużo ponurego nastroju i ciężaru gitar charakteryzujących wspominaną muzykę zagłady, zwłaszcza w tonacji Kraju Tysiąca Jezior. Do nich zaś dołączają znane z poprzednich płyt Kauan wysokie, nieco psychodeliczne tony klawiszy, za którymi kryje się bezkresna przestrzeń spod znaku Pink Floyd oraz duch fińskiego folkloru, tak dobrze znanego z dokonań Tenhi. Co ciekawe, Anton Belov raz jeszcze zdecydował się na growle, które komponują się z doomowymi tempami i stanowią alternatywę dla również obecnych czystych zaśpiewów, jak zawsze w języku fińskim. 


Piąta płyta "Kauan", a w zasadzie niespełna czterdziestominutowy utwór sztucznie podzielony na osiem ścieżek, udanie podtrzymuje sympatię i szacunek dla tworzącego go muzyków. Tego typu wydawnictw nie znajdziecie zbyt wiele, a już z pewnością w katalogach większych wytwórni. Jak zawsze oryginalnie i ciekawie.

niedziela, 20 października 2013

Pierwszy i ostatni raz

Różne były i są losy tzw. supergrup. Jednym się udaje, innym nie, a pozostałe to chyba kwestia chwili, kaprysów, marketingu i potrzeb muzyków, którzy np. nagrali swoje i niespecjalnie kwapią się do kolejnych wydawnictw. Miało być przyjemnie, było i na tym koniec. A jaka jest historia fińskiego The Mist And The Morning Dew? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Fakt jest jednak taki, że swego czasu zebrała się grupa uznanych kompozytorów z Kraju Tysiąca Jezior i nagrała demo, z którego ostatecznie narodziła się jedyna jak dotąd epka.

The Mist And The Morning Dew  /  Fot. Arch. zespołu
Początki tego projektu to 1999 r. Trzy lata później pojawiło się rzeczone demo, a w 2005 r. Vendlus Recods wydało je jako wspomnianą epkę, dołączając na koniec instrumentalną kompozycję, zarejestrowaną jeszcze przed przyjęciem przez grupę nazwy The Mist And The Morning Dew. W różnych okresach działalności w jej szeregach było w sumie dziesięciu muzyków, dobrze kojarzonych z powszechnie uznanych zespołów. Wystarczy wymienić chociażby Shape of Despair, Unholy, Nest, Fintroll, Thy Serpent, Impaled Nazarane czy Korpiklaani. Analogia do dziejów norweskiego Storm nasuwa się sama. Tutaj jednak mamy do czynienia z nieco inną muzyką. Jest taka, jaką lubią Finowie, przede wszystkim melodyjna i oparta na gitarach, ze szczególnym uwzględnieniem fletu, skrzypiec i naturalnie kantele. Brzmi to nieco surowo, ale mimo wszystko bardzo przyjemnie, ludowo, chwilami wręcz skocznie. Pytanie tylko, czy Veera Muhli była dobrym wyborem. Wokalistka, znana przede wszystkim z nieistniejącego już Unholy, doskonale sprawdzała się w powolnych partiach legendy fińskiego doomu, ale w żywej muzyce jej głos po prostu ginie. Czasem jest wręcz zagłuszany przez gitary. Niestety jedynego jak dotąd wydawnictwa The Mist And The Morning Dew najprzyjemniej słucha się w chwilach, gdy rzeczona Finka po postu nie śpiewa. Szkoda.


Pomijając jednak zawiłości wokalne, to największym walorem tego wydawnictwa są prowadzące całość partie gitar rozpisane przez Jarno Salomaę. Muzyk Shape of Despair nadał im charakterystyczny styl, jednocześnie wplatając w nie swoje dobrze znane nam patenty i zarazem pozostawiając miejsce dla pozostałych subtelniejszych już instrumentów. Dzięki temu wyraźnie słuchać, że ma się do czynienia z tą, a nie inną płytą. A czy będzie kolejna? Obecnie nic na to nie wskazuje, dlatego tym bardziej zachęcam przynajmniej do poznania The Mist And The Morning Dew, które może stanowić ciekawy początek przygody z bogatą sceną Kraju Tysiąca Jezior. Ten projekt to coś więcej niż muzyczna ciekawostka, ale i też niestety za mało, by uznać go za pozycję obowiązkową. Niemniej dobrze o nim wiedzieć. I jeszcze polski akcent. Okładkę zaprojektował Mariusz Krystew, grafik znany przede wszystkim ze współpracy z Shape of Despair.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Rosyjska neutralność

Nieważne, czy w danym gatunku muzyki faktycznie nagrano i zaśpiewano już wszystko. Tym bardziej nie należy kierować się obiegowymi opiniami, według których każda kolejna płyta to powielanie już niemal wyblakłych schematów. Dlaczego? Dlatego, że wszystkie te teorie w końcu zawiodą, gdy w nasze ręce trafi album, jakiego jeszcze nie było. Nawet jeśli takie wydawnictwo będzie utrzymane w sztywnych ramach gatunku, to zwróci na siebie uwagę oryginalnością, tym samym rzucając nowe spojrzenie na to, co jeszcze przed chwilą wydawało się skostniałe jak partyjny beton. Banał? Być może. Nie zmienia to jednak faktu, że takie płyty co jakiś czas się ukazują i ku zaskoczeniu wielu także w Rosji.

Ash podczas koncertu Neutral  /  Fot. bandcamp.com
Neutral to neofolkowy projekt powstały w Moskwie w 1994 r., którego centralną postacią pozostał muzyk tworzący pod pseudonimem Ash. Kilka lat temu o tej grupie zaginął wszelki słuch i trudno stwierdzić, czy wciąż jeszcze istnieje. Niemniej, wydaną w 2008 r. płytą "Serpents in The Dawn", z której nagranie znajdziecie poniżej, muzycy udowodnili, że niemal klasyczne już neofolkowe instrumentarium potrafi zaskoczyć i przyciągnąć ucho słuchacza, że można nagrać muzykę tak silnie osadzoną w ramach gatunku, a jednak o wiele ciekawszą od niezliczonych płyt, którym przyczepia się taką samą etykietę. Należy jednak wspomnieć, że w przypadku Neutral kluczowa okazuje się nie tyle muzyka sama w sobie, co raczej niezwykle charakterystyczny i melancholijny głos Asha, który ją prowadzi. To dzięki niemu słuchacz czuje, że słyszy coś, czego jeszcze nie znał. 


Ciekawe jest to, że muzyka Neutral nie zawsze taka była. W latach 90. Ash i towarzyszący mu wówczas muzycy tworzyli bardziej industrialne i przestrzenne dźwięki. Czasem kluczowych zmian okazał się miniony przełom wieków. Rozpoczęta wówczas dominacja gitar akustycznych i skrzypiec oraz rozwój wokalny Asha zaowocowały płytą koncertową, będącą wydawniczym wstępem do tego, co usłyszeliśmy później na albumie ".​.​. of Shadow and Its Dream", a czego apogeum stanowi wspomniane "Serpents in the Dawn".   


Te dźwięki to niezwykły nastrój, którego próżno szukać na byle jakiej płycie. Sam talent to oczywiście nie wszystko i trzeba poprzeć go pracą, ale z drugiej strony trudno określić Asha mianem typowego rzemieślnika. Dlatego tym bardziej mam nadzieję, że jeszcze kiedyś doczekamy się nowych nagrań tego rosyjskiego muzyka. Zanim jednak, i w ogóle o ile, to nastąpi, zachęcam do zajrzenia do działu MP3, których warto posłuchać, w którym znajdziecie w pełni udostępnione niemal wszystkie wydawnictwa Neutral.

poniedziałek, 29 lipca 2013

Powrót do przeszłości

Jesienią 2010 r. nie wierzyłem, gdy dowiedziałem się o reaktywacji Empyrium. Podobnie sceptyczny byłem w przypadku doniesień o pierwszym w historii koncercie tego niezwykle cenionego niemieckiego projektu. Ostatecznie jedno i drugie stało się faktem. Co więcej, teraz okazuje się, że rzeczony koncert, zagrany 11 czerwca 2011 r. podczas Wave Gotik Treffen w Lipsku, był z góry przemyślanym przedsięwzięciem. Dlaczego? Otóż 30 sierpnia zapis tego występu ukaże się na płycie kompaktowej oraz dvd. 


Trudno nie odnieść wrażenia, że niemiecka Propchecy Productions, jak i sami muzycy, chcą w ten sposób zarobić kilka euro na powszechnie uznanej i niezwykle cenionej historii Empyrium. Z drugiej jednak strony "Into the Panteon" nie można uznać za tani skok na nasze portfele. Wszak Markusa Stocka i Thomasa Helma na scenie wspomogli nie byle jacy muzycy. Wśród nich znaleźli się członkowie Alcest, Les Discrets, The Vision Bleak, Dornenreich czy chociażby Neun Welten. Oglądając amatorskie nagrania z tego występu i czytając spisane relacje, można odnieść wrażenie, że ta próba przeniesienia wieloletniego studyjnego projektu na sceniczne deski zakończyła się powodzeniem.

Okładka "Into The Pantheon"
Empyrium to muzyka pełna niezwykłego nastroju, melancholii, nostalgii oraz piękna natury i darzonego nią szacunku. Każda z wydanych do tej pory zaledwie czterech regularnych płyt tej grupy warta jest choćby minutę naszego cennego czasu. Nie jest istotne, czy o mowa symfonicznych i gitarowych początkach zespołu, czy o jego obecnym neofolkowym obliczu. Mimo upływu lat te dźwięki bronią się same. Pełne szeptów, śpiewu, akustycznych gitar i instrumentów smyczkowych zachęcają naszą wyobraźnię do podróży i poszukiwań. Tylko pytanie, co dalej? Tym wydawnictwem Niemcy wyczerpią wszelkie możliwości życia artystyczną przeszłością Empyrium i docierania do fanów wyłącznie w oparciu o wielki sentyment, jakim ci je darzą. Czas na nowe utwory. Oby już niebawem. Poniżej znajdziecie przedostatni jak dotąd premierowy utwór muzyków, który w 2006 r. trafił na kompilację "A Retrospective...".

środa, 17 lipca 2013

Muzyka sześciu strun

Każdy, kto aktywnie słucha muzyki, nabywając płyty ulubionych wykonawców, przynajmniej raz znalazł się sytuacji, gdy fizyczna kopia jednej z nich, wydanej w bardzo znikomym nakładzie, nagle stała się nieosiągalna i nawet dzięki dobrodziejstwom globalnej sieci ostatecznie nie udało mu się jej nabyć. Niby to tylko kawałek plastiku, wszak przecież samą muzykę dość łatwo dziś pozyskać. A jednak. Dlatego z niemałym entuzjazmem przyjąłem wiadomość, że 30 sierpnia za sprawą niemieckiej Auerbach ukaże się wznowienie "Forllat", debiutanckiego demo norweskiego muzyka tworzącego pod pseudonimem Vali. Co więcej, reedycja to nie wszystko. Tego samego dnia w nasze ręce trafi "Skogslandskap", regularna płyta, na którą czekano niemal dekadę. 

Fot. last.fm
To magiczna instrumentalna muzyka, w której prym wiodą gitara akustyczna, wiolonczela i flet. Owszem, brzmi to dość prosto i nieprzesadnie oryginalnie, ale wydane w 2004 r., co ciekawe przez nieistniejącą już polską Foreshadow Productions, wspomniane demo "Forlatt" odbiło się niezwykłe szerokim echem w całej Europie. Te nieco ponad pół godziny spokojnej, melancholijnej i nostalgicznej muzyki zaczęto porównywać do klasyków gatunku spod znaku "Where At Night The Wood Grouse Plays" Empyrium i "Kveldssanger" Ulver. Zresztą niebezpodstawnie. Vali, niemal anonimowy Norweg najwyraźniej wybitnie ceniący sobie prywatność, za pomocą sześciu strun i kilku wybranych instrumentów opisał to, co jest niezwykle bliskie Skandynawom. Bezkres i piękno przyrody północy Starego Kontynentu to główna inspiracja skomponowanej przez niego muzyki. W tych dźwiękach słychać niemalże wybrane pory dnia, rozciągające się po horyzont krajobrazy, a także szacunek i uznanie dla natury, która w pierwotnym kształcie zanika coraz bardziej.

Okładka pierwszego wydania "Forlatt"
Dobry muzyk wcale nie musi zabiegać o rozgłos. Jego kompozycje zrobią to za niego, a on spokojnie może usunąć się w cień, paradoksalnie zyskując w ten sposób jeszcze większe grono sympatyków. Ta prawidłowość znajdowała potwierdzenie w rzeczywistości już wiele razy. Przypadku Vali również tak jest. Co prawda, do ukazania się reedycji "Forllat", a także i premiery nowej płyty, zostało jeszcze nieco czasu, ale dzięki komuś życzliwemu wspominanej demówki możecie posłuchać już teraz. Poniżej znajdziecie ją w całości w formie playlisty. Warto sobie przypomnieć, warto poznać.

środa, 22 maja 2013

Za Oceanem jest inaczej

Jeśli ktoś świadomie słucha muzyki metalowej, to doskonale wie, że jej korzenie to przede wszystkim blues czarnoskórych Amerykanów, który rodził się w czasach niewolnictwa, by ostatecznie ewoluować do formy, którą znamy współcześnie. Zaś niedaleko owych korzeni są m.in. ballady kowbojów i traperów, czyli współczesne country, twór tyleż znienawidzony, co uwielbiany, także w Polsce. Banjo, gitara i skrzypce nie zatrzymały się na etapie popularnego pana z kapeluszem i papierosem, który zmarł na raka płuc, i dziś wielu twórców bardzo umiejętnie wplata te elementy do swojej muzyki. W ten sposób powstaje m.in. coś na wzór amerykańskiego odpowiednika europejskiego neofolku. Wbrew wszelkim pozorom i najczęściej pejoratywnym skojarzeniom ze stajnią, bydłem i Dzikim Zachodem, ta muzyka ma wiele do zaoferowania. Jej korzenie czynią ją bardzo ciekawą i z pewnością oryginalną na tle tego, czego słuchamy na Starym Kontynencie.
 
Joshua Levi Ian  /  Fot. luxinterna.com
Jednym z dowodów na uzasadnienie tak postawionej tezy jest Lux Interna, o której przypomniałem sobie za sprawą przypadającej teraz premiery nowej płyty Amerykanów. To grupa założona w 2000 r. przez Joshuę Leviego Iana oraz Kathryn Mary. Każdy z ich dotychczasowych albumów to coś pomiędzy amerykańskim folklorem, we wspominanym neofolkowym ujęciu, smutkiem twórczości Davida Galasa i czymś, co chwilami przywołuje skojarzenia z wybranymi dokonaniami Nicka Cave'a i The Bad Seeds. Oczywiście, owe proporcje są różne, miejscami słychać np. tylko jeden ze wspominanych elementów, a chwilami może i nie ma żadnego. Nie to jest najważniejsze. Tu liczą się przede wszystkim nastrój i treść. Joshua i Kathryn wiedzą, co chcą powiedzieć i wiedzą również, jak to zrobić, czego też najlepszym przykładem jest ich nowa płyta.

Kathryn Mary  /  Fot. luxinterna.com
"There is Light in the Body, there is Blood in the Sun" to niezwykła muzyczna wizja pełna ezoteryki, szamanizmu, duchowej sfery człowieka i refleksji zamkniętych w bardzo nastrojowych i przejmujących dźwiękach. Te zaś tym razem są cięższe, jeszcze bardziej melancholijne. Kluczowe tutaj okazało się wykorzystanie gitary elektrycznej, której towarzyszą sekcja rytmiczna, wiolonczela, gitara akustyczna i  banjo brzmiące w taki sposób, jakby grał na nim ktoś zza światów. Sięgnijcie po tę płytę. Znajdziecie na niej coś nieporównywalnie ciekawszego i głębszego niż na setkach neofolkowych, głównie niemieckich, produkcjach, na których od wielu lat słyszymy niemal to samo. Tu jest inaczej. Te muzykę pamięta się jeszcze długo po wyłączeniu odtwarzacza. Poniżej znajdziecie ubiegłoroczną zapowiedź "There is Light in the Body, there is Blood in the Sun". Zawarte w niej daty są już nieważne, ale nie ma to żadnego znaczenia. Te dźwięki przetrwają o wiele dłużej.