niedziela, 10 czerwca 2018

Wygraj karnet na Castle Party 2018

Mimo że po stronie głównej tej witryny od dobrych trzech miesięcy hula wiatr, to jednak wbrew pozorom Melodie mają się dobrze. Działy Playlisty oraz Odsłuch archiwalnych audycji są aktualizowane co tydzień, zaś sądząc po otrzymywanej od Was korespondencji, wciąż znajdujecie czas, by włączyć radio w poniedziałek o północy. Cisza w zakresie publikacji jest jednak ciszą. A że najlepiej przerwać ją dobrą wiadomością, trudno o lepszy moment. Tym bardziej, że organizatorzy Castle Party po raz kolejny spojrzeli przychylnym okiem na Melodie. Słowem, karnet na tegoroczną edycję festiwalu raz jeszcze trafi do kogoś z Was. CP odbędzie się w Bolkowie dniach 12-15 lipca.  

Główna scena Castle Party przed festiwalem, fot. Kamil Mrozkowiak
 
Wystarczy wysłać kartkę pocztową na adres:

Akademickie Radio Kampus (Melodie Mgieł Nocnych)
ul. Bednarska 2/4
00-310 Warszawa

W miejscu na treść podajcie imię i nazwisko, numer telefonu oraz jednozdaniową odpowiedź na pytanie:

Dlaczego chcę pojechać na tegoroczną edycję Castle Party?

Rozwiązanie konkursu w Melodiach w nocy z 2 na 3 lipca.

Do zwycięzcy zadzwonię osobiście w czasie audycji. Kluczowe jest potwierdzenie wyjazdu do Bolkowa.


Program Castle Party 2018


Środa (11 lipca, dzień przedfestiwalowy)


Arkady, dawna Basztowa

18:30 - Switchface
19:20 - Miranda Cartel
20:30 - Amrou Kithkin
21:30 - Dusk Watch
22:45 - Cabaret Grey


Czwartek (12 lipca)


Mała scena

16:35 - Psychoformalina
17:30 - Aviaries
18:25 - Past
19:20 - Christine Plays Viola
20:30 - The Last Days Of Jesus
21:40 - The House Usher
23:00 - Golden Apes

00:00 - DJ
03:00 - 05:00 DJ


Piątek (13 lipca)


Zamek

Otwarcie: 15:00

16:00 - Leśne Licho
17:00 - Vulture Industries
18:00 - Grausame Töchter
19:10 - Theatre Of Hate
20:20 - Agonoize
21:45 - Teatr w ruchu
22:15 - The Eden House
23:50 - Apoptygma Berzerk

Mała scena

Otwarcie: 15:00

15:35 - Above Aurora
16:30 - Doomas
17:25 - Rosk
18:20 - Popiół
19:25 - Mentor
20:35 - Shining
22:05 - In The Woods

00:00 - DJ
01:30 - Jeremiah Kane (live)
02:40 - Favorit89 (live)
03:40 - 05:00 - DJ


Sobota (14 lipca)


Zamek

Otwarcie: 15:00

16:00 - Art Of Illusion
17:00 - Made In Poland
18:00 - Tyske Ludder
19:10 - The Coffinshakers
20:20 - Gothminister
21:45 - Faun
23:30 - Project Pitchfork

Mała scena

Otwarcie: 15:00

15:35 - Gnoza
16:30 - By The Spirits
17:25 - Nytt Land
18;30 - Arrm
19:40 - Licho
21:00 - Mortiis
----
01:20 - Death In Rome (Special Midnight Show)

02:30 - DJ
03:45 - 05:00 - DJ


Niedziela (15 lipca)


Zamek

Otwarcie: 15:00

16:00 - Traitrs
17:00 - Mano Juodoji Sesuo
18:00 - Escape with Romeo
19:30 - Department
21:05 - The Beauty of Gemina
22:50 - Samael

Mała scena

Otwarcie: 15:00

15:35 - Citizen N.I.
16:30 - Human Steel
17:25 - Gunmaker
18:20 - Monstergod
19:25 - Cynical Existence
20:30 - Seadrake
21:50 - Torul

23:00 - DJ
02:00 - 04:00 - DJ

niedziela, 11 marca 2018

"To dzisiaj grała Sepultura?"

Często jeżdżę nocną komunikacją miejską. A to z radia, a to z koncertu. Średnio dwa do trzech razy w tygodniu. Widziałem już niejedno. Była niekwestionowana legenda rodzimej sceny, skacząca wokół wybitnie atrakcyjnej "mrocznej" dwudziestolatki niczym zaśliniony szczeniak, był kierowca, dodający gazu w okolicach starego miasta przy "The Sound of Perseverance" Death, było i dość niezwykłe zdarzenie w autobusie podczas powrotu z warszawskiego koncertu Sepultury. Zdarzenie, które przywraca mi mocno podupadłą wiarę w ludzi i jednocześnie pokazuje, co się dzieje, gdy trafia swój na swego.

Sepultura, Proxima, Warszawa, 03.03.2018  /  Fot. Kamil Mrozkowiak

Sobota, godz. 0:57, nocny autobus w drodze do centrum po minięciu klubu Proxima. Wsiada dwóch kanarów w obstawie ochroniarzy. Wyjmuję kartę, nie przerywając rozmowy z towarzyszącą mi osobą. Ostatecznie nikt nie podchodzi. Podnoszę więc wzrok i widzę kontrolera żądającego dokumentu tożsamości od jakiegoś gościa. Rozmawiają po angielsku. Przybysz zza granicy, wyraźnie zbity z tropu, tłumaczy, że chciał kupić bilet. To miało sens. Stał tuż obok automatu. Kanar całkiem przyzwoitą angielszczyzną zaczął tłumaczyć, że zamiar to za mało i kartonik trzeba było kupić przed zjawieniem się kontrolerów. Wyjmuje więc elektroniczny kajet i zaczyna spisywać gościa.


Podchodzę do kanara i mówię mu, by odpuścił facetowi. W końcu obok jest automat, wszyscy wracamy z koncertu, jest późno, zimno i w ogóle. Kanar, wyglądający z twarzy jak brodaty fan stonera, zmierzył mnie wzorkiem i zdecydowanym ruchem ręki kazał mi się odsunąć, życząc "miłego wieczoru". Autobus jedzie w kierunku centrum, a ja wraz z osobą towarzyszącą obserwuję bieg wydarzeń. Robi nam się żal gapowicza. Był przestraszony i pytał nawet, czy czeka go areszt. Wyraz twarzy faktycznie świadczył o zagubieniu. Czułem, że nic już nie można wskórać. Zatem z poczuciem empatii i zarazem porażki wracam do przerwanej rozmowy. Świadomie czy nie, mówimy tak, że nas słychać. Siłą rzeczy z naszych ust pada nazwa zespołu - Sepultura. Nagle brodaty kanar odwraca się.

Sepultura, Proxima, Warszawa, 03.03.2018  /  Fot. Kamil Mrozkowiak

- To dzisiaj grała Sepultura? - pyta. Mówimy, że tak. Gość spuścił wzrok, pokręcił głową, zaczął odkręcać wpisywanie danych gapowicza na ekranie elektronicznego kajetu i zdaje się, że rzucił też pod nosem popularnym słowem na "k". Zupełnie jakby zapomniał o terminie koncertu. Po chwili oddaje obcokrajowcowi dokument i pokazuje mu, jak ma kupić bilet w automacie. Okazało się, że gapowiczem był nomen omen Brazylijczyk.


Kanar popatrzył na mnie i spytał, co działo się na scenie. Mówię, że było dobrze. Rozmawiamy o Greenie. Rzucam, że minęło 20 lat od "Against", że Amerykanin nie miał lekko, zastępując Maxa Cavalerę itd. Kontroler potakuje, znając temat. Jadący na gapę Brazylijczyk rozumie, że mu się upiekło i zaczyna dziękować z wyraźną ulgą na twarzy. Odpowiedziałem mu, by nie dziękował kanarowi, tylko Sepulturze. Facet chciał jeszcze zagadać, próbując jakoś okazać wdzięczność. Ni stąd, ni zowąd pyta o Decapitated. Odparłem, że wycofano zarzuty i muzycy są już kraju. Sprawa zamknięta.

Sepultura, Proxima, Warszawa, 03.03.2018  /  Fot. Kamil Mrozkowiak
Autobus dojechał do centrum. Wysiadam wraz z osobą towarzyszącą. Mijając kontrolera, mówię mu, że ma mój szacunek. - Za co? - pyta. - Za to, że zrobiłeś coś, czego nie musiałeś – odpowiadam i kieruję się do metra. 

niedziela, 11 lutego 2018

Zagubione 12 cali

Nie jestem przesądny i nigdy specjalnie nie byłem. Nie przejmuję się czarnymi kotami przebiegającymi przez drogę, nie mam problemu z podaniem ręki w progu. Z kolei szum związany z piątkiem 13 bardziej traktuję jako pomysł mediów wiecznie głodnych tematów niż coś naprawdę wartego uwagi. Nie da się jednak ukryć, że 13 października, a jakże w piątek, w warszawskiej Hydrozagadce działy się pewne cuda. Tego wieczoru na scenie pojawił się powszechnie znany już Lebanon Hanover oraz nieco mniej jeszcze rozpoznawalny, ale również nie po raz pierwszy grający w Polsce, Bleib Modern. A że właśnie Niemcy staną na tych samych deskach 24 marca, to dobry moment, by przytoczyć pewną historię. Myślałem, że panowie z Bleib Modern nie kiwną palcem, a jak się okazało, zrobili znacznie więcej, sięgając nawet do własnej kieszeni. Ale po kolei.  

Stockholm / KLUBB DÖD
Thanks for having us!
Opublikowany przez Bleib Modern na 7 października 2017


Zaraz po wejściu do klubu zajrzałem na stoisko z płytami. W końcu te na koncertach zazwyczaj są tańsze, bo nabywane bezpośrednio od zespołu. Nie ma kosztów wysyłki, nie ma dystrybutorów, sklepów i wszelkich innych pośredników, z których każdy musi zarobić. Dlatego z miejsca wziąłem kompaktowe wydanie "Antagonism" Bleib Modern. Po jakimś czasie dorzuciłem jeszcze wyprzedany już winylowy singiel Lebanon Hanover "Babes Of The 80s". A że chodzenie z tym wszystkim między sceną a barem nie jest zbyt praktyczne, Hydrozagadka była wypchana po brzegi, więc o uszkodzenie czegoś nie było trudno. Dlatego włożyłem wszystko do materiałowej torby i poprosiłem stojącego na merchu naszego rodaka o przechowanie nośników. Nie było problemu. Godzinę później odwiedziłem go raz jeszcze, zwracając się prośbą włożenia do torby dwunastocalowej epki "Dance" Bleib Modern. Jak się okazało, to był krytyczny moment całego wieczoru. 


Po znakomitych obu koncertach, równie dobrym afterze oraz przyjemnych rozmowach z muzykami Bleib Modern i Williamem Maybeline'm z Lebanon Hanover złapałem nocny środek komunikacji i pojechałem do domu. W drodze zajrzałem do torby. Nie było w niej winyla Bleib Modern. Hipotezy były różne. A to nieuwaga, a to zbyt częste wizyty w barze. W zasadzie chodziło nie tyle o, jak się wówczas wydawało, bezproduktywnie puszczony banknot z wizerunkiem Kazimierza Wielkiego, co raczej o stratę niedostępnego już nośnika z naprawdę dobrą muzyką. Była złość, było rozczarowanie, ale i iskierka nadziei. Następnego dnia i tak miałem wrócić do Hydrozagadki na koncert Belgrado i PAST. Może ktoś coś widział, może ktoś coś słyszał. Może.


Po wejściu do popularnego Hydro, zagadałem sympatycznie wyglądającą dziewczynę z baru, zapamiętaną z poprzedniego wieczoru. Sama nie wiedziała nic o zagubionym winylu, ale obiecała, że popyta. Pytała, jednak nikt niczego nie zauważył. Trudno. Zamówiłem butelkę lekko gazowanego płynu i poszedłem zobaczyć, jak do występu szykują się muzycy warszawskiego PAST. I w pewnym momencie zobaczyłem znajomą twarz. Był to gość, który dzień wcześniej stał na stoisku z płytami Lebanonu i Bleib. Podszedłem, powiedziałem, co się stało. Odparł, że faktycznie zespół znalazł tego winyla i nikt nie wiedział, czyja to własność (tego wieczoru sprzedano wszystkie egzemplarze), więc ostatecznie muzycy zabrali go ze sobą. Minutę później już zająłem się pisaniem wiadomości do zespołu na popularnym niebiesko-białym serwisie. Odpisał kilka dni później.

Epka "Dance" Bleib Modern  /  Fot. Kamil Mrozkowiak
Trwało to niemal dwa miesiące, ale płyta ostatecznie trafiła w moje ręce. I co miłe, muzycy nie poruszyli tematu kosztów wysyłki. A w zasadzie nie podjęli poruszonego przeze mnie wątku. Poprosili jedynie o adres i na początku grudnia w skrzynce pocztowej znalazłem awizo. Zrobili coś, czego nie musieli robić i za co mają mój dozgonny szacunek. Dopiero po wszystkim powiedziałem im, czym się zajmuję i podziękowałem, wysyłając linki do odsłuchów audycji, w których prezentowałem ich muzykę. A kto w końcu popełni błąd i dlaczego zgubiłem tę płytę? Wina, jak zawsze zresztą, leży pośrodku. Nasz rodak na merchu nie włożył jej do torby, którą wcześniej oddałem mu pod opiekę. Ja z kolei tego nie dopilnowałem. Inna sprawa, że przecież facet nie mógł narzekać na brak zajęcia, więc w wirze wymiany plastiku i bawełny na banknoty coś mogło mu umknąć. Słowem, nauczka na przyszłość. Inna rzecz, że zrezygnowany miałem już na wszystko machnąć ręką, ale ostatecznie posłuchałem kilku osób zachęcających mnie do podjęcia tematu, za co teraz im dziękuję. Upór jednak popłaca.

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Piękne, zimne, ale zupełnie niepraktyczne

Swego czasu dałem sobie spokój z pornografią. W końcu ile można? Zwyczajnie zaczęła mnie nudzić. Nudzić zaczął mnie również serialowy tasiemiec z pornografią przez duże "P", czyli czekanie na wznowienie debiutanckiej taśmy tej zasłużonej grupy. W 2014 r. Requiem Records z pompą zapowiedziało reedycję jedynego i pierwotnie wypuszczonego wyłącznie na kasecie debiutu łodzian. W zasadzie od kiedy nad Wisłą mamy powszechnie dostępny internet, chałupnicze, tj. pirackie, kopie "1989-1990" krążyły po polskiej sieci, wzbudzając sentyment za rodzimym zimnym graniem początku lat 90. Sentyment rodzący jednocześnie pytania, czy ktoś w końcu profesjonalnie pochyli się nad tym ważnym wydawnictwem. Ostatecznie pochylił się, choć na spełnienie obietnicy wydawcy czekaliśmy aż trzy lata.

Fot. Kamil Mrozkowiak
W zasadzie Łukasz Pawlak z Requiem Rec. zafundował nam nie tyle wznowienie krążka, co raczej album fotograficzny, na którego końcu znajdujemy dodatek w postaci wyczekiwanej płyty. Czarno-białych, bardzo dobrych zresztą,  zdjęć muzyków m.in. z prób, koncertów i trasy po komunistycznej jeszcze Czechosłowacji jest ok. 40. Po latach jeszcze większym smaczkiem pozostaje fakt, że ich autorem jest Wojciech Smarzowski. Tak, ten od "Domu złego", "Wesela", "Róży" czy "Drogówki". Choć osobiście polecam jeszcze debiutancką "Małżowinę" sprzed 20 lat, w której główną rolę zagrał Marcin Świetlicki. Wracając jednak do Pornografii, na zdjęciach Smarzowski świetnie pokazał również Anję Orthodox. Były to czasy sprzed debiutu Closterkeller, możemy więc mówić, że kontrowersyjny reżyser miał również wkład w uwiecznianie dorobku rodzimej sceny przełomu lat 80 i 90. A to naprawdę dobre fotografie. Miejscami zimne i ascetyczne jak muzyka Pornografii.

Fot. Kamil Mrozkowiak

Co ciekawe, najzimniejszego utworu nagranego podczas sesji "1989-1990" nie było do tej pory na taśmie. Kaseta kryła dziewięć nagrań, ale teraz na kompakcie jest dziesięć. Jako bonus słyszmy "Do prostego człowieka", czyli utwór napisany do ponadczasowego tekstu Juliana Tuwima. To zarazem kompozycja z ciekawą historią, którą 22 stycznia w Waszej obecności opowiedział mi sam Tytus de Ville. Warto poznać ten utwór i kulisy jego powstania.

Rozmowa z Tytusem de Ville, gitarzystą i wokalistą Pornografii, na temat wznowienia.



Wznowienie cieszy więc nie tylko uszy, ale i oczy. Choć nie sposób nie zwrócić uwagi na kilka jego wad. Po pierwsze, forma wydania jest szalenie niepraktyczna. Biorąc je do ręki, trzeba uważać, by nie wyrwać albumu z łączących strony zszywaczy. Papier jest bardzo wrażliwy na przewracanie kartek i zanim się obejrzycie, pierwsza strona będzie naddarta. Co więcej, niefortunnie dobrano również gatunek albumowej celulozy. Owszem, wygląda dobrze, wydrukowane na nim zdjęcia prezentują się wręcz znakomicie, ale wszędzie zostają ślady naszych palców. Szkoda.          

Fot. Kamil Mrozkowiak
Saga wznowienia "1989-1990" zapadnie mi w pamięci również z jeszcze jednego powodu. To jeden z nielicznych przypadków, gdy na temat danej premiery rozmawiałem dwa razy. Nic w tym dziwnego? A jednak. Pierwsza rozmowa z Tytusem de Ville odbyła się w grudniu 2014 r., a druga nieco ponad trzy lata później. Najpierw słyszymy podekscytowanie idące w parze z odbywającymi się już koncertami, a teraz wyraźnie przygaszony uśmiech, niemo krzyczący "szkoda, że nie wcześniej".  Mimo wszystko zachęcam do nadstawienia ucha w obu przypadkach. Tytus jest pozytywną gadułą, więc sypał anegdotami jak z rękawa, zdradzając wiele ciekawych informacji, których nie znajdziecie w notkach  o zespole i większości wywiadów. Wystarczy wspomnieć o lejach po bombach na planie teledysku do "Drzew" czy odkryciu przez Tytusa w latach 80. niejakiego basisty Krzystofa Najmana, późniejszego muzyka Closterkeller i pierwszego męża Anji Orthodox.

Pierwsza rozmowa z Tytusem de Ville dotycząca reedycji "1989-1990".


poniedziałek, 1 stycznia 2018

Ta strona umiera

Niestety, taka jest prawda. Zaglądając pod ten adres, widzicie zastój. Aktualizacje są coraz rzadsze, a po wszystkich działach w zasadzie hula wiatr. Wyjątkiem pozostają jedynie sekcje Playlisty, uzupełniana jeszcze przed wyjściem z radia, oraz Odsłuch archiwalnych audycji, gdzie raz w tygodniu zawsze trafia zapis tego, co działo się na antenie w miniony poniedziałek. I to tyle. Owszem, może i nawet zdołałbym pisać coś choć raz na dwa tygodnie, ale obecnie byłyby to równie krótkie co płytkie. Sensowne zestawienie liter wymaga odrobiny czasu. Czasu, którego jest coraz mniej. I niestety niewiele wskazuje, że w 2018 r. to się zmieni. Trzeba z czegoś zrezygnować, by coś ocalić. Choćby częściowo. Cotygodniowe wyprawy do radia mają pierwszeństwo. Dlatego od dziś ta strona będzie aktualizowana nieregularnie. Jak długo? Nie mam pojęcia. Oczywiście z zachowaniem ciągłości aktualizacji w dwóch wspomnianych działach.

Fot. Wojtek Dobrogojski
Mam jednak nadzieję, że 2018 r. będzie kolejnym, w którym w każdy poniedziałek o północy znajdziecie godzinę, by włączyć radio na warszawskiej częstotliwości  97,1 FM lub poszukać emisji za pośrednictwem strony Radia Kampus. Bo choć czasu w życiu coraz mniej, to jednak wciąż w moje ręce wpadają znakomite płyty, które chciałbym Wam zaprezentować. Czasem na pchlim targu, czasem w stacjonarnym sklepie, a ostatnio nad wyraz często w radiowej przegródce. Dlatego nadal będę odwiedzał studio przy Bednarskiej 2/4, a następnego dnia odchorowywał to w pracy. To wciąż ma dla mnie sens. Dziękuję za dotychczasowe spotkania i zapraszam na kolejne. A przy okazji, w dopiero co rozpoczętym roku życzę Wam, byście zawsze trafiali na muzykę, której poszukujecie. Do usłyszenia.


niedziela, 26 listopada 2017

Teraz na Ciebie zagłada

Do pewnych rzeczy trzeba mięć po prostu sentyment. Bez niego, szczególnie w towarzystwie uporu i serca, nie stworzy się niczego sensownego, co z założenia stoi w opozycji niemal do wszystkiego. Bo jak inaczej wytłumaczyć odkurzanie muzyki, która w Polsce i tak nigdy zyskała szerokiego grona zwolenników? W końcu nad Wisłą doom zawsze stał w głębokim cieniu rodzeństwa - death czy black metalu. Niczym umowny daleki, ubogi krewny, na którego reszta rodziny nie ma w zwyczaju się oglądać. Nie oznacza to jednak, że pięść muzycznej zagłady nie zwykła uderzać w stół, wymuszając na nożycach niemalże wigilijne wydanie z siebie dźwięku. Zwykła. Rzadko, ale zwykła. Zupełnie tak jak teraz za sprawą pięciu upartych warszawiaków.

Painthing, Fot. / facebook.com/painthingband
Painthing to nowa nazwa, ale w żyłach jej muzyków nie znajdziecie ani kropli świeżej krwi. To dobrze znane twarze na scenie stolicy, w linii prostej kojarzone m.in. z Eternal Tear i Oktor. A jeśli padają te dwie nazwy, wszystko jest jasne - doom metal. Ale żaden tam obecnie modny, choć przecież dobry, zaprzyjaźniony ze stonerem, tylko ten ciężki, duszny, aż po szyję zanurzony w latach 90. Wtórne, powiecie. Bez sensu, dodacie. Dajcie spokój, zamkniecie dyskusję, machając ręką. Owszem, wtórne, ale nie bez sensu. Nic nie jest bez sensu, jeśli gra się to szczerze. Nawet jeśli mowa o czymś bez świetlanej przyszłości i uprawianym na przekór wszelkim modom. Painthing to muzyka fanów dla fanów. Fanów przede wszystkim Nieświętej Trójcy za jej najlepszych lat - Anathemy, My Dying Bride i Paradise Lost. Stara Katatonia też się znajdzie. Ma być ciężko, pogrzebowo i z klimatem. Ma być i jest.



To początek. Trwa produkcja kolejnych nagrań, które najpewniej w przyszłym roku przełożą się na, oby nie tylko cyfrowe, debiutanckie wydawnictwo. Wszystko wskazuje jednak, że w praktyce Painthing pozostanie reinkarnacją Eternal Tear. W każdym razie tak obecnie brzmi. W końcu z gitarą i przy mikrofonie stoi Kuba Grobelny, za klawisze odpowiada Darek Ojdana, a i na drugich sześciu strunach jest jeszcze Michał Świdnicki. Z kolei bracia Krzywiccy z Oktor chwycili na sekcję rytmiczną, co też jest ciekawostką. W końcu obaj zazwyczaj grają na gitarach.


Painthing, Fot. / facebook.com/painthingband

Nie ma co dalej pisać. Panowie zwyczajnie uderzyli w nutę moich sentymentów i życzę im powodzenia. Tak po ludzku. Trochę ze względu na inspiracje. Trochę za sprawą pamiętania ich koncertów z dawnych lat. Trochę za upór i porwanie się na coś całkowicie karkołomnego. Wszystkiego po trochu. A na ile starczy im sił w tej walce z wiatrakami, najpewniej przekonamy się dopiero za kilka miesięcy. Rękawica została rzucona.

środa, 1 listopada 2017

Zaproszenia na warszawski koncert Ulver

Norweski Wilk może teraz nagrać i wydać wszystko. Nie ma znaczenia, czy byłby to obskurny black metal, czy umowna dyskoteka. Owszem, panowie nigdy nie zadowolą każdego fana, ale w końcu Ulver to Ulver. Warto poszperać w ich mocno zróżnicowanej dyskografii, bo ta kryje wiele skarbów. Podobnie jest z koncertami. To prawda, że bywają one nierówne, niemniej choć raz należy zobaczyć Norwegów na własne oczy. Na przykład teraz.   

Ulver / Fot. Ingrid Aas / facebook.com/ulverofficial
Sytuacja bez precedensu. Raz, że jak dotąd Ulver zagrał w Polsce zaledwie dwukrotnie, dwa, że tej jesieni panowie odwiedzą aż trzy nasze miasta. Zaś dzięki uprzejmości włodarzy warszawskiego klubu Progresja mam dla Was dwa pojedyncze zaproszenia na stołeczny występ Skandynawów. 

By zdobyć któreś z nich, wystarczy wysłać kartkę pocztową, na adres:

Akademickie Radio Kampus (Melodie Mgieł Nocnych)
ul. Bednarska 2/4
00-310 Warszawa

W miejscu na treść podajcie imię i nazwisko, numer telefonu oraz jednozdaniową odpowiedź na pytanie:

Dlaczego chcę wybrać się na warszawski koncert Ulver?

Rozwiązanie konkursu w nocy z 20 na 21 listopada w Melodiach.


Nadchodzące koncerty Ulver w Polsce:


Gdańsk, B90, 26.11.2017
Warszawa, Progresja Music Zone, 27.11.2017
Wrocław, A2, 28.11.2017

niedziela, 24 września 2017

Po drugiej stronie Odry

Berlin Wschodni, sobota, krótko przed godz. 11. Słońce wychodzi zza chmur, przyjemnie podnosząc temperaturę. Siedzę przy małym stoliku wystawionym przed kioskiem. Ruch na ulicy niewielki. Wszyscy odsypiają jeszcze piątkowe balety. Spoglądam na sąsiednie, zamknięte na cztery spusty metalowe osłony witryny i drzwi. Błyskawicznie czuję się jak alkoholik na głodzie czekający na upragnione otwarcie wyjątkowo niecałodobowego sklepu. Ręce się trzęsą, co chwila się wiercę. I w sumie nic dziwnego, bo faktycznie jestem na głodzie. Głodzie płyt. Za stalową osłoną znajduje się słynny Warschauer Music Store, jeden z najlepiej zaopatrzonych antykwariatów płytowych nie tylko przy lub w okolicy równie słynnej Warshauer Strasse, ale i w całej wschodnioberlińskiej dzielnicy Friedrichshain.

Wejście do Warschauer Music Store  /  Fot. Kamil Mrozkowiak
Mija kwadrans. W pobliżu wciąż zamkniętego wejścia pojawia się jeszcze kilka zniecierpliwionych osób. W końcu do kraty podchodzi typowy przechodzień z reklamówką. Ma ok. 50 lat. Turek albo Niemiec tureckiego pochodzenia. Wyjmuje klucze, przekręca zamki i podnosi metalowe osłony. W końcu płytowe zombie mogą wtoczyć się do środka. A co w środku? Widok przypominający złote czasy lat 90., gdy w każdym dużym polskim mieście znajdowało się miejsce pielgrzymek fanów muzyki. W Warszawie były to olbrzymie Planet Music i Digital, relatywnie duża Wielka Płyta oraz mniejsza, bardziej nastawiona na podziemie, Dziupla. Z kolei w przypadku Poznania czy Wrocławia nie sposób nie wspomnieć Okrąglaka czy Melissy. Płyty, wszędzie płyty. Na półkach, na ścianach i niemalże na suficie. Po przekroczeniu progu Warschauer Music Store trzeba było jednak szybko podnieść szczękę i mądrze wykorzystać niewiele wydzielonego czasu. W tym momencie przypomniał mi się stary dowcip o dwóch kotach idących pustynią i słowa jednego z nich, mówiącego, że "nie ogarnia tej kuwety". By uważnie przejrzeć cały asortyment sklepu, trzeba by poświęcić kilka godzin, a najlepiej cały dzień. Choć o tym drugim przypadku nie dałbym gwarancji pokroju "będzie pan zadowolony".

Przejście do pomieszczenia z winylami. Fot. Kamil Mrozkowiak
Warschauer Music Store to w sumie kilka pomieszczeń wypełnionych po brzegi kompaktami i winylami. Jest ich tyle, że nawet samym właścicielom nie udaje się utrzymać porządku. Owszem, starają się, jak mogą, ale danego krążka warto poszukać nie tylko w przegródce oznaczoną daną literą, ale i jej alfabetycznymi sąsiadkami. Wiele rzadkich kompaktów poupychano na mniej dostępnych miejscach. Kurzą się, czekając na miejsce lepszej ekspozycji. Słowem, szeroko otwarte oczy to podstawa. Tym bardziej, że wbrew pozorom obsługa najlepiej orientuje się jedynie w dyskografiach najbardziej rozpoznawalnych grup. Gdy zapytałem o amerykańskie Lycia, popatrzyli na mnie jak na idiotę. A ceny? Kompakt to ok. 10 euro. Podwójne wydanie potrafi dochodzić do 16. Z kolei regularne albumy na winylach to zazwyczaj wydatek od 18 euro do umownej nieskończoności. Czasem trafi się coś tańszego, jak na przykład "Helicopters" naszego Porter Bandu za 10 euro, ale to jeden z nielicznych wyjątków. Za tyle zwykle co najwyżej możemy pomyśleć o singlu.     


Największe pomieszczenie sklepu, wszędzie kompakty

Ponaglany przesuwającymi się wskazówkami zegara, ostatecznie wyszperałem "Snakekiller" Love Like Blood (8 euro) i stare wydanie "Bleach" Nirvany (9 euro). Owszem, można było lepiej, można było ciekawiej, choć na pewno nie taniej. W Warschauer Music Store oprócz gotówki równie cenny jest czas. Trzeba jednak mieć go naprawdę dużo. Szczególnie, jeśli do tego sklepu zagląda się po raz pierwszy i chce się wrócić do domu z czymś naprawdę dobrym. Chyba że położycie na ladę 100 euro.Wówczas bez dyskusji będziecie mogli przebierać tylko w największych rarytasach. Powodzenia. 

niedziela, 10 września 2017

Polska zimna fala okiem Słoweńca

Jesteśmy na tyle zakompleksionym narodem, że wychwycimy nawet najmniejszą zagraniczną wzmiankę na nasz temat. To kwestia historii, a związana z nią potencjalna dyskusja przy gazowanych i niegazowanych napojach trwałaby znacznie dłużej niż do białego rana. A że nie mamy tyle czasu, przyjmijmy, że tak już jest i kropka. Idąc jednak tym tropem, trudno nie zwrócić uwagi na pewnego Słoweńca, który wsiadł w samochód, przyjechał do Polski i nakręcił dokument o dorobku naszej zimnej fali, zarówno tej legendarnej z lat 80., jak i współczesnej. Bez wielkiej filozofii spotkał się z muzykami przy piwie i włączał kamerę. Tak powstał ponad godzinny dokument "Polish Coldwave Journey ". 

A scene from the video clip to my song 'The Foreigner'

https://www.youtube.com/watch?v=1wcIM_I-TI4
Opublikowany przez André Savetier na 13 marca 2017

André Savetier, autor filmu

Nazywa się André Savetier. Jest blogerem, muzykiem, a przede wszystkim pasjonatem zimnego grania. To właśnie ono w znacznej mierze wypełnia jego życie. I to do tego stopnia, że potrafi podróżować po Europie, rozmawiając o muzyce z tymi, których płyty na co dzień wkłada do odtwarzacza. Tym sposobem rok temu przemierzył Włochy, a teraz za cel podróży obrał sobie Polskę. Zaglądał do klubów, sal prób, domowych studiów nagraniowych, stawiał kamerę na chodniku lub w mieszkaniu rozmówcy. No i jakoś szło.
    

Jakoś? Tak, jakoś. Nie oczekujcie dobrego montażu, jeszcze lepszych przebitek, profesjonalnych, pogłębionych rozmów czy wybitnie trafnych pytań i genialnych puent. Z niektórych dialogów wynika coś ciekawego, z innych, mówiąc delikatnie, zdecydowanie mniej. W praktyce więcej zależało od wygadania i dobrej woli przepytywanego muzyka niż strategii poruszania odpowiednich wątków. Dlatego spójrzcie na ten amatorski dokument przede wszystkim jako ciekawostkę. Nikomu nieznany nad Wisłą Słoweniec, ceniący sobie dorobek naszej zimnej fali, zasłużył na szacunek. Odwiedził Kraków, Łódź,Trójmiasto,Warszawę,Wrocław, ciągnąc za język takie legendy jak Made in Poland, Variété i 1984 oraz konwersując z młodszym pokoleniem wykonawców - Undertheskin, Deathcamp Project, This Cold, Dogs in Trees, Cabarey Grey, Nacht Und Nebel, Alles czy nieco bardziej medialnie wypromowane The Shipyard. Swoją drogą, w Melodiach paradoksalnie pojawiły się wszystkie te zespoły za wyjątkiem ostatniego. No może jeszcze nagrania Alles nie dotarły do studia przy ul. Bednarskiej 2/4, ale na swoją obronę dodam, że głos Pawła Strzelca było słychać w emitowanych nagraniach Już Nie Żyjesz. Wróćmy jednak do filmu.


Nice talk about music with Grzegorz Kaźmierczak from Variété in his studio in Warsaw 
Opublikowany przez André Savetier na 27 lipca 2017

André Savetier i Grzegorz Kaźmierczak, wokalista z  Variété

Słowem, jest dość skromnie i dokument wymaga od widza niemałych dobrych chęci, by obejrzał go do końca. Szkoda też, że sam autor nie pokusił się o jakiekolwiek zewnętrzne spojrzenie, choćby w warstwie narracji, na dorobek naszej zimnej fali. Wyszła mu więc dość hermetyczna "produkcja", mająca w sobie znacznie więcej z pogadanki przy kuflu niż prawdziwego dokumentu. My obejrzymy to z ciekawości, ale zagraniczny widz szybko się znudzi. Acha, włączcie napisy. Chociaż te angielskie. Niekiedy, zwłaszcza w jednym przypadku, trudno zrozumieć naszych rodaków mówiących w języku Szekspira. Niekiedy o wiele szybciej wychwycicie, co André Savetier mówi po polsku. A mówi całkiem poprawnie.

niedziela, 27 sierpnia 2017

Nagle i znikąd

Niedawno w skrzynce mailowej znalazłem wiadomość, której fragment brzmiał:

"Father Kong powstał w 2015 r. w Olsztynie jako projekt solowy. Dziś jest to już zespół, który przygotowuje się do pierwszych koncertów. Materiał na debiutancką płytę został nagrany latem 2015 r. To elektronika okraszona dźwiękami instrumentów dętych i perkusyjnych. Dominuje jazzowy, postrockowy klimat."

Zaintrygował mnie ten opis. Posłuchałem w sieci i spodobało mi się. Na tyle, że poprosiłem o fizyczny egzemplarz z myślą zabrania go do radia. Tak też się stało, o czym nie dawno mogliście przekonać się na własne uszy. Słowem, muzyka, która przyszła nagle, znikąd i została w głowie. A co cieszy jeszcze bardziej, polska muzyka.

Father Kong / Fot. facebook.com/fatherkongmusic

Nie ma sensu za każdym razem rozkładać na czynniki pierwsze czegoś, co po prostu nam się podoba. Inna sprawa, że niekiedy daną muzykę chłoniemy, zwyczajnie ją czując i nie zamierzając definiować za pomocą werbalnych szufladek. Po co, skoro słowa nie są potrzebne? I to jest właśnie jeden z tych takich momentów. Te dźwięki wpadają w ucho. Pozwalają słuchaczowi beztrosko dryfować między poszczególnymi wyspami wyobraźni. Przenoszą go do innego czasu i innej przestrzeni. Jakich? Każdy ma swoje.


"The Sunny, Dirty Days" to dwa odmienne oblicza. Mnie zdecydowanie bardziej uwiodło to transowe, w którym powolne i średnie tempa bitów uzupełniają leniwe i przestrzenne brzmienie instrumentów, m.in. trąbki i saksofonu. Dzięki nim można poczuć się gdzieś indziej. Gdzie? Na pewno z dala od rzeczywistości. Trochę w tym dźwiękowego narkotyku, trochę skojarzeń i siłą rzeczy niemało eskapizmu. Z drugiej jednak strony chwilami robi się wręcz klubowo, co uatrakcyjnia zawartość krążka, dając słuchaczowi wybór. Mnie jednak zdecydowanie bardziej przekonał ten nie tyle jazzowy, co raczej jazzawy, oniryczny nastrój.


No dobrze, ale czy faktycznie Father Kong przybył znikąd? I tak i nie. Mocno zaangażowanym w krajową muzykę nazwa olsztyńskiego przedsięwzięcia powinna już coś mówić. Muszą jednak mieć dobrą pamięć i faktycznie śledzić rozwój wypadków nie tylko w sieci, ale i na scenie, o której wzmianek próżno szukać na pierwszych stronach gazet. Jednak zdecydowana większość z nas dopiero teraz dowiaduje się o Father Kong. W końcu epka z 2015 r. nie przebiła się do szerszej publiczności, czego nie można powiedzieć o niedawno wydanym regularnym już albumie. Z kolei osób poznających "The Sunny, Dirty Days" przybywa. Może nie w zastraszającym tempie, ale mimo wszystko. To cieszy, bo ciekawych i mało znanych muzyków mamy więcej, niż mogłoby się wydawać. Trzeba tylko nieco uporu, by do nich dotrzeć. Niemniej warto, jak chociażby w przypadku Father Kong.