niedziela, 18 czerwca 2017

Zimno, głośno, syntetycznie

Na warszawskie imprezy i koncerty z cyklu Old Skull można chodzić w ciemno. Wiadomo, na jakich ludzi się trafi. Wiadomo też, że muzycznie na pewno będzie zimno. A że dźwiękowy chłód niejedno ma imię, pozostaje co prawda odrobina niepewności, ale za to tej w najlepszym możliwym wydaniu. Zupełnie jak przy beztroskim kupowaniu płyty bez uprzedniego odsłuchania. Dlatego znając jedynie termin, w miniony piątek zjawiłem się w klubie Pogłos. O mającym grać tam duecie nie wiedziałem nic. Dopiero na miejscu powiedziano mi, że panowie są z Belgii i nazywają się Le Prince Harry.  

Le Prince Harry  /  Fot. facebook.com/Le-Prince-Harry
Nie grali przesadnie długo, niespełna godzinę. To jednak wystarczyło, by jednoznacznie dali do zrozumienia, że nie oglądają się na nikogo. Ich absolutnie bezpretensjonalna mieszkanka punka, death rocka, syntezatorów i wszystkiego co szybkie i zimne błyskawicznie przemawia do słuchacza. Ten od razu wie, czego się spodziewać. Żadnych niedomówień, tylko konkret prosto w oczy. Tak zresztą było na wszystkich dotychczasowych wydawnictwach Belgów, i tak jest na wydanej w maju płycie "Synthetic Love". Na jedenaście utworów tylko dwa przekraczają cztery minuty i można pół żartem uznać, że był to zbieg okoliczności lub wypadek przy pracy. Mocne bity, zimna, bezduszna wręcz, elektronika, gitara, bas i psychodeliczne klawisze. Po prostu syntetyczna miłość.


Przy okazji warto wspomnieć, że Książę Harry był niegdyś tercetem z żywymi bębnami, co dobrze słychać na debiutanckim "It's Getting Worse" z 2012 r. Jednak na przekór tytułowi tej płyty ograniczenie składu do duetu wcale nie wyszło Belgom na złe. Jest po prostu inaczej. Na "Synthetic Love" mamy więcej przetworników, kabli, elektroniki i w efekcie także dźwiękowego chłodu. Punkowe zacięcie i wynikająca z niej wspomniana bezpretensjonalność pozostały jednak takie same. Taki sam pozostał także poziom decybeli. Belgowie nie oszczędzają swoich uszu. Tym bardziej tych należących do osób zgromadzonych na koncertach, o czym sam się przekonałem.

wtorek, 13 czerwca 2017

Wygraj karnet na Castle Party

To już jedna z niemalże tradycji naszych cotygodniowych spotkań. Raz jeszcze dzięki uprzejmości organizatorów festiwalu w Bolkowie otrzymałem możliwość wręczenia komuś z Was karnetu na Castle Party. Zasady jego pozyskania nie zmieniają się od lat. Są niezwykle proste, nieco staroświeckie i każdemu dają równe szanse.

Zamek w Bolkowie, fot. Kamil Mrozkowiak

Wystarczy wysłać kartkę pocztową na adres:

Akademickie Radio Kampus (Melodie Mgieł Nocnych)
ul. Bednarska 2/4
00-310 Warszawa

W miejscu na treść podajcie imię i nazwisko, numer telefonu oraz jednozdaniową odpowiedź na pytanie:

Dlaczego chcę pojechać na tegoroczną edycję Castle Party?

Rozwiązanie konkursu w Melodiach w nocy z 3 na 4 lipca.


Program Castle Party 2017


Czwartek (13 lipca)


Kościół

17:35 - Stelarius
18:30 - Lahka Muza
19:25 - Dividing Lines
20:20 - Star Industry
21:35 - Sweet Ermengarde
22:50 - Frank The Baptist


Piątek (14 lipca)


Zamek

16:00 - Rigor Mortiss
17:00 - Batalion D'Amour
18:00 - .com/kill
19:10 - 7JK
20:20 - Diorama
21:45 - Arkona
23:30 - Diary Of Dreams

Kościół

15:35 - Postcards From Arkham
16:30 - In Twilight’s Embrace
17:25 - Shodan
18:30 - Ulcer
19:35 - Blaze Of Perdition
20:50 - Absu
22:15 - Beheaded


Sobota (15 lipca)


Zamek

16:00 - K-essnce
17:00 - Jesus Complex
18:00 - The Angina Pectoris
19:10 - A Split-Second
20:20 - Suicie Commando
21:45 - Neuobersliesien
23:30 - My Dying Bride

Kościół

14:35 - Hirsch
15:30 - Schloss Tegal
16:25 - Them Pulp Criminals
17:20 - Rapoon
18:30 - Sieben
19:40 - Rome


Niedziela (16 lipca)

Zamek

16:00 - Kasia Lipert
17:00 - Dance On Glass
18:00 - Controlled Collapse
19:30 - Mesh
21:05 - Vive La Fête
22:50 - Tiamat

Kościół

14:35 - Dark Side Eons
15:30 - Orbicide
16:25 - Black Tower
17:20 - Fredrik Croona
18:25 - H.Exe
19:30 - In Strict Confidence

sobota, 3 czerwca 2017

Prosto z głębi

Zawsze zazdrościłem muzykom wyobraźni, przede wszystkim tej twórczej. Słuchać muzyki, interpretować ją, znajdować rzeczy na pozór ukryte jest zdecydowanie łatwiej. Choć i tak wielu ma z tym problemy, zupełnie jak z wierszem na lekcji j. polskiego. Z kolei tworzenie od podstaw to już zupełnie coś innego. Coś zasługującego na o wiele wyższe uznanie. Dlatego gdy w moje ręce trafiają wydawnictwa pokroju nowego albumu Paranoia Inducta, budzi się we mnie zarówno szacunek, pewna zazdrość oraz satysfakcja. Skąd to ostatnie? Ponieważ to, co przed laty narodziło się w Skarżysku-Kamiennej, od równie dawna cieszy się dużym poważaniem pod wieloma szerokościami geograficznymi i wszystko wskazuje, że za sprawą "From the Depths" wciąż tak będzie.




To duszna i wymagająca muzyka, jak zawsze w przypadku tego, co tworzy Anthony Armageddon Destroyer. Przepełniają ją ciemność, brak nadziei, samotność i niemalże namacalna obecność śmierci. Najbardziej ponure wizje zrodzone w głowie kompozytora tworzą równie pesymistyczne obrazy w umyśle słuchacza. Równie, a nie takie same, bo każdy sięgający po muzykę Paranoia Inducta zareaguje na nią inaczej. Wiele zależy od jego, co przeżyliśmy, czego doświadczyły bliskie nam osoby, a czego byliśmy świadkami. Wiele zależy od tego, ile śmierci i ciemności pojawiło się w naszym życiu. I w końcu wiele zależy od tego, w co wierzymy, bo to definiuje sposób postrzegania końca. A "From the Depths" to jeden wielki koniec.

Szepty, krzyki, opętane, demoniczne wręcz, recytacje, pojedyncze dźwięki, a do tego ambient wymieszany z industrialem - taka jest nowa Paranoia Inducta. Taka też jest, zgodnie z tytułem, muzyka z głębi. Tym krążkiem Anthony Armageddon nie zaskoczy nikogo, kto zna jego wcześniejsze dokonania, ale to bez znaczenia. Znający temat sięgają po jego kolejne albumy, oczekując przekroczenia uprzednio wyznaczonych granic. Znajdą to tutaj? Tak, ale każdy w innym momencie. Z kolei ci dopiero poznający jego dokonania... No cóż. Tym można jedynie zazdrościć. W końcu żaden wypalony papieros nie będzie nam smakował tak dobrze, jak ten pierwszy. W razie potrzeby "From the Depths" znajdziecie w katalogu rodzimego Rage in Eden.

sobota, 27 maja 2017

Minimalizm w cieniu Ślęży

Nad Wisłą lubimy neofolk i jego pochodne. Chętnie sięgamy po płyty chociażby Rome, Death in June, Kratong, Ordo Rosarius Equilibrio, Neutral, Of Wand And The Moon, Death in Rome czy Spiritual Front. Dlaczego więc tak mało jest polskich przedstawicieli gatunku? Poznańskie Outofsight niestety już nie istnieje, a Wojciech Zięba z militarnego Krępulca ma teraz inne sprawy na głowie. Nie słychać również o zakorzenionej w dźwiękowych tradycjach Fonofobii. I może właśnie dlatego najbardziej zainteresowani tak szybko zwrócili uwagę na By The Spirits. Inna sprawa, że mieli ku temu dobrą okazję. Ten jednoosobowy projekt z Dolnego Śląska koncertował dokładnie tam, gdzie w danym momencie powinien.

Photo courtesy of aleksandra burska - photography & visual arts
Opublikowany przez By The Spirits na 14 października 2016


O muzyku stojącym za tym pomysłem nieprzesadnie niewiele wiadomo. Podpisuje się jako Michał K. i niech już tak zostanie. W końcu tutaj znacznie bardziej od personaliów i zawartości teczki interesuje nas muzyka. A ta aspiruje do poziomu kompozycji wymienionych wcześniej grup. Trudno jednak oczekiwać, by nagle jeden człowiek z gitarą i loopami wymyślił więcej niż największe tuzy gatunku, dlatego oryginalności By The The Spirits musiało poszukiwać przede wszystkim przy mikrofonie. I tak też zrobiło. Michał K. potrafi zaśpiewać i choć jeszcze daleko mu do ideału, to barwa jego głosu zapada w pamięci. W końcu to ona wszystko prowadzi. Gitara jest jedynie uzupełnieniem.


Demo, siedmiocalowa epka i split z warszawskimi Skalpami z Drzew - tak wygląda dotychczasowy dorobek By The Spirits. Wbrew pozorom to nie mało, skoro projekt istnieje od nieco ponad roku i dość intensywnie koncertuje. A co z ich zawartością? Wypełnia je przede wszystkim sześciostrunowy minimalizm inspirowany przyrodą, ze szczególnym wskazaniem na Ślężę wymienianą przez samego zainteresowanego. Nazwa również zobowiązuje, dlatego w parze z lasami Dolnego Śląska idzie niemała dawka duchowości. Dźwiękowe emocje, jak to w przypadku takiej odmiany folku, są jednak mocno stonowane. Sednem pozostają przede wszystkim w słowa. Warto więc szeroko otworzyć nie tylko oczy, ale i uszy. 



Rodzi nam się tutaj coś ciekawego, ale nikt, i chyba nawet sam Michał K., nie wie jeszcze, co z tego wyniknie. By The Spirits to wciąż poszukiwania, choć niewątpliwie z dość szybko obranym azymutem. Musimy po prostu zaczekać i wierzyć, że Ślązak wykorzysta dość dużą przychylność i niemały kredyt zaufania, jakimi go obdarzono. Nie zrobiono tego jednak, bo gra oryginalną muzykę. Bynajmniej. Zrobiono tak, bo słychać w nim potencjał do stworzenia takiej muzyki. Przede wszystkim jednak chodzi o zaspokojenie głodu rodzimych przedstawicieli gatunku. W końcu jeśli mamy do wyboru dwóch równorzędnych wykonawców, to mimo wszystko przyjemniej będzie słuchało się tego krajowego.

niedziela, 21 maja 2017

"Masz. Spodoba ci się."

Los bywa przewrotny. Z powodu zapchanej skrzynki mailowej nie dowiedziałem się o warszawskim koncercie nieznanego mi jeszcze wówczas kanadyjskiego Traitrs. Z drugiej jednak strony, gdy nieco później trafiłem do Hydrozagadki na wieczór z Times New Roman, mocno rozrywkowym wcieleniem m.in. z byłym wokalistą Blindead i Neolithic Patrykiem Zwolińskim, wpadłem na szefa warszawskiej wytwórni Alchera Visions, czyli Marcina Krupę. Wymieniliśmy uprzejmości, a po chwili w mojej ręce znalazła się niepozorna płyta z czarno-białą okładką. "Masz. Spodoba ci się." - usłyszałem. Jak się okazało, były to prorocze słowa.

Traitrs / Fot. facebook.com/traitrs

Jeszcze do niedawna mało kto nad Wisłą o nich słyszał. Teraz z pewnością to się zmieni. Nie tylko za sprawą rzeczonego koncertu w klubie Pogłos, ale przede wszystkim dzięki ukazaniu się płyty "Rites and Ritual". Latem 2016 r. album pierwotnie trafił jedynie na kasetę, w praktyce funkcjonując jako cyfrowe wydawnictwo. Alchera Visions zmieniła to, wydając na początku maja pełnowartościowy kompakt. Ukazało się jedynie 250 egzemplarzy, dlatego zaintrygowanym już teraz sugeruję pośpiech. Traitrs to kawałek solidnej, zimnej i w wielu momentach dość energetycznej muzyki. 


Skojarzenia i inspiracje są dość oczywiste, ale trudno by było inaczej, jeśli ktoś decyduje się dziś na takie granie. Pochodzący z Toronto Sean-Patrick Nolan i Shawn Tucker zafascynowali się zimnym, postpunkowym rozdziałem muzyki i postanowili chwycić za instrumenty. Mieli nieco szczęścia, trafiając na dobrze zorientowanego w klimacie lokalnego producenta. W ten sposób nagrali pół godziny pomysłów, które poznaliśmy jako "Rites and Ritual". Przypomina to nieco wyważone zderzenie The Cure (wokale) i A Place To Bury Strangers (muzyka), czyli szanowanej przeszłości z współczesnym podejściem do tematu. To oczywiście uproszczenie, np. na potrzeby rozmowy z kimś, kto nigdy nie słyszał o Kanadyjczykach, ale w jakiejś mierze oddaje to, co słyszymy na płycie. Jest głośno, melodyjnie, momentami nawet piosenkowo i oczywiście przyjemnie zimno.


Wbrew pozorom "Rites and Ritual" to nie wszystko. W tym roku kanadyjski duet wypuścił jeszcze dwie winylowe epki. Jeśli jednak zainteresujecie się o wiele łatwiej dostępnym rzeczonym kompaktem, wystarczy, że sięgniecie po "Speak In Tongues". Nagrania z "Heretic" znajdziecie na krążku w edycji Alchera Visions. Warto poznać, posłuchać i liczyć, że panowie jeszcze kiedyś nas odwiedzą. 

sobota, 13 maja 2017

Słuchając wampira

Michał Turowski to uparty facet. Uparty, z pasją i najwyraźniej budzący zaufanie. Do dziś nie wiem, jakim cudem, ale po 10 latach koncertowania muzycy łódzkich Wież Fabryk to właśnie jemu dali zgodę na wydanie ich debiutanckiej płyty "Dym". A przecież on miał wtedy zaledwie 19 lat! Ale udało się. Tak ruszyła doskonale znana w podziemiu Oficyna Biedota, a teraz z powodzeniem działa również B.D.T.A. - sublabel skupiający się już na elektronice i eksperymentach. Ale Turowski to nie tylko fonografia. To także muzyka. A konkretnie Gazawat, o którym ostatnio nie bez przyczyny zrobiło się dość głośno . 

Gazawat / Fot. Discogs.com
Tu kluczowy był pomysł oraz wyczucie czasu. W listopadzie 2016 r. na kinowe ekrany wchodził film "Jestem mordercą" Macieja Pieprzycy inspirowany historią Zdzisława Marchwickiego, domniemanego „wampira z Zagłębia”. Marchwickiego skazano na karę śmierci za zabójstwa 14 kobiet i usiłowanie zabójstwa kolejnych 7. Sprawa jednak przez lata budziła wiele pytań i wątpliwości. Pewnie już nigdy nie dowiemy się, jak było naprawdę, ale fakty są takie, że na początku roku Michał Turowski wypuścił płytę "Wampir". Album przyciągnął uwagę szalenie dusznym, peerelowskim nastrojem, potęgowanym przez wykorzystanie dialogów z wspomnianego "Jestem mordercą" oraz filmu "Anna i wampir" Janusza Kidawy z 1981 r. Padające tam słowa to czysta groza.



"Wampir" jest przede wszystkim słuchowiskiem. Nawet jeśli nie znamy szczegółów historii, niewiele na tym stracimy. Bardziej chodzi o to, co podpowie nam wyobraźnia i jak nasza głowa połączy ponure dźwięki z wymianą zdań między śledczymi, telefonem męża zaniepokojonego nieobecnością żony czy relacją dziennikarza z sali sądowej. Oczywiście pierwszy na myśl przyjdzie strach. Wyczuwa się go niemal w każdym padającym zdaniu. Rodzą się również pytania, jak ktoś mógł zrobić coś takiego aż tylu kobietom i tak długo pozostawać na wolności. A czy faktycznie seryjnym mordercą był Zdzisław Marchwicki, to już rozważania na zupełnie inną porę dnia lub nocy.


Gdyby nie wykorzystane dialogi, "Wampir" byłby relatywnie przystępną, ale mimo wszystko raczej ginącą w gąszczu podobnych produkcji ambientową płytą. A tak mamy w tym albumie coś, co naprawdę robi różnicę. I to na tyle dużą, że jego fragmenty wykorzystano w słuchowisku "Marchwicki" na antenie radiowej Trójki. Tym albumem Michał Turowski niewątpliwie przyciągnął uwagę zdecydowanie szerszego grona odbiorców. Zarówno na siebie, jak i prowadzoną wytwórnię. Czas pokaże, czy postanowi to wykorzystać, czy uzna, że większe niż zwykle zainteresowanie to ciekawy, ale mimo wszystko jedynie epizod w prowadzonej działalności i dalej bezie szedł własną drogą. Fizyczny egzemplarz "Wampira"znajdziecie katalogu B.D.T.A., zaś cyfrową wersję płyty autor w całości udostępnił za darmo. Szczegóły znajdziecie tutaj.

niedziela, 30 kwietnia 2017

Kwestia mordu i płyty

Ich zwolennicy powiedzą, że nagrali  zdecydowanie najciekawszy album w całej dyskografii. Złośliwy zaś orzekną, że być może to nawet prawda, ale efekt końcowy sprowadza się co najwyżej do dobrego wykonania pomysłów wyjętych z bieżących trendów. Komu przyznać rację? Nikomu. Każdy i tak będzie obstawiał przy swoim. Pewne natomiast jest, że nowy album Mord’A’Stigmata to faktycznie kawałek bardzo dobrze zagranej i wyprodukowanej muzyki. A ile zaś w tej stylistycznej zmianie koniunktury, a ile naturalnej ewolucji, to już wiedzą sami zainteresowani. My możemy jedynie domyślać się, choć niewątpliwie pogratulować trzeba. Płyta "Hope" faktycznie daje nadzieję i nam, i muzykom.


Mord'A'Stigmata, fot. facebook.com/pg/mordastigmata
Nieco przekornie można powiedzieć, że panowie z Bochni w końcu przestali hałasować i zaczęli grać. Nareszcie wyciągnęli na pierwszy plan to, co w ich muzyce było słychać od dawna, ale co zazwyczaj ginęło za bardziej standardowym, jak na obecne czasy, blackmetalowym graniem. Jest o wiele ciekawiej, przystępniej i bez gatunkowego betonu. Komercja? To wyjaśniliśmy sobie wcześniej. Idźmy dalej. Obecna Mord’A’Stigmata nie śpieszy się już, by uradować diabła. Dominują dość nastrojowe średnie tempa, w których ciężar dodaje muzyce majestatu. Ten ostatni podkreślają również mocno ekspresyjne wokale. Co ważne,  nie ma ich więcej niż powinno. Utwory są długie, od 8 do 12 minut, więc dobrze również móc posłuchać samej muzyki. A jest czego słuchać, i to nie tylko dobrych riffów. Bębny wcale nie pozostają dłużne gitarom.



Za sprawą "Hope" Mord’A’Stigmata raczej nie zamorduje słuchaczy, ale z pewnością przyciągnie uwagę o wielu więcej osób niż do tej pory. Ten album to olbrzymi skok jakościowy. To również muzyka o niemałym potencjalne koncertowym, co było doskonale widać po reakcjach publiczności na tegorocznej Metalmanii. Muzycy w pełni wykorzystali skromne możliwości oferowane przez małą scenę. A gdzie ta tytułowana nadzieja? W ich sprawnych rękach oraz przytomnych kompozytorskich głowach. Jest potencjał na jeszcze więcej. Nie tylko w skali samego zespołu, ale i całej sceny.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Czas i wolna głowa

Na rodzimej scenie dzieje się dużo ciekawych rzeczy. I to na tyle dużo, że każdy mający nieco oleju w głowie i szeroko otwarte oczy może mieć wręcz problem z wybraniem się na wszystkie interesujące go koncerty i nabyciem każdej intrygującej go płyty. Dotyczy to w zasadzie wszystkich gatunków oraz szuflad. Dowód? Bardzo proszę, i to pierwszy z brzegu. Wystarczy wymienić chociażby poniższy split ARRM i Lonker See. Swoje znaczenie niech ma także dość późna w kontekście lutowej premiery data powstania tego tekstu. Po prostu wcześniej trzeba było poświęcić nieco uwagi innym ciekawym krajowym twórcom. To źle? Bynajmniej. Cieszmy się z tego.

Okładka splitu ARRM i Lonker See

Krakowskie Instant Classic raz jeszcze wykonało kawał dobrej roboty. Zestawienie trójmiejskich eksperymentatorów i sosnowieckich podróżników przemierzających kosmiczną pustynię to strzał w dziesiątkę. A co więcej, wydawca podszedł do tematu w sposób relatywnie rzadko spotykany w przypadku takich wydawnictw. Muzycy ARRM przygotowali aż 20-minutowe nagranie, zaś tworzący Lonker Sea zgotowali niemal równie długą dźwiękową psychodelę, więc wszystko zmieściłoby się na jedne płycie. Jest jednak inaczej. Możemy cieszyć oczy elegancko wydaną repliką podwójnego winylowego gatefoldu. Wydawca nie oszczędzał i za to należy mu się uchylenie kapelusza. 



No dobrze, ale co tak naprawdę zawiera to ładne wydanie? To, do czego już przyzwyczaiło nas ARRM i dźwięki, za sprawą których nie tak dawno dało się poznać Lonker Sea. Nie ma więc zaskoczenia, ale nie o to tutaj chodziło. Ten split to kawałek świetnej, nieskrępowanej czasowymi ograniczeniami muzyki, pełnej przy tym improwizacji i przestrzeni. Miejscami to wręcz mentalny bilet na drugą stronę. A że wykonawców jest dwóch, możemy wybierać. ARRM w swoim stylu proponuje przemierzenie spalonej słońcem pustyni, natomiast Lonker Sea to już trip w oparach wszelkich zabronionych przez polskie prawo substancji. Jednak niezależenie od dokonanego wyboru, na każdą z tych podróży trzeba przygotować się w ten sam sposób. Konieczna jest wolna głowa i czas. Bez tego słuchanie choćby fragmentu tej muzyki, nie mówiąc już o obu nagraniach, po prostu mija się z celem. Te de facto dwa krążki wiele oferują, ale i wiele wymagają.



Zapomnijcie o analizowaniu tej muzyki, o zastanawianiu się, co w niej wykorzystano i do jakich szuflad i dyskografii sięgnęli twórcy. Po prostu jej posłuchajcie i pozwólcie sobie odpłynąć. Tylko tyle i aż tyle. Nie będziecie żałować.

niedziela, 9 kwietnia 2017

Bilet na Metalmanię za pocztówkę

Dzięki uprzejmości organizatora powracającej do świata żywych Metalmanii mam dla Was podwójne zaproszenie na festiwal, który odbędzie się 22 kwietnia w katowickim Spodku. Konkurs przeprowadzimy jednak po staremu, przypominając sobie czasy, gdy trzeba było nieco bardziej się wysilić, niż chwycić za telefon, który dziś i tak już jest odpowiednikiem komputera, aparatu i diabeł jeszcze wie czego.


Wystarczy wysłać kartkę pocztową na adres:

Akademickie Radio Kampus (Melodie Mgieł Nocnych)
ul. Bednarska 2/4
00-310 Warszawa

W miejscu na treść podajcie imię i nazwisko, numer telefonu oraz jednozdaniową odpowiedź na pytanie:

Dlaczego chcę pojechać na tegoroczną Metalmanię?

Rozwiązanie konkursu w nocy z 17 na 18 kwietniach w Melodiach.

Program festiwalu:

Główna Scena

11.30 - Animations
12.30 - Tygers of Pan Tang
13.30 - Sinister
14.40 - Arcturus
15.50 - Entombed A.D.
17.00 - Vader
18.30 - Sodom
20.00 - Coroner
21.40 - Moonspell
23.25 - Samael
01.15 - Furia

Druga Scena

11.00 - Mentor
12.00 - Stillborn
13.00 - Thermit
14.10 - In Twilight's Embrace
15.20 - Mord'A'Stigmata
16.30 - Infernal War
17.50 - Thaw
19.20 - Obscure Sphinx
21.00 - Impaled Nazarene
22.40 - CETI
00.35 - Entropia

niedziela, 2 kwietnia 2017

Katowicki sen

Są wykonawcy, którzy większą uwagę przyciągają dopiero po latach. Ich nazwiska co prawda trafiły już do naszych kajetów, ale z różnych powodów nie poświęcaliśmy im przesadnie wiele czasu. Dlaczego? Albo nie do końca podobała nam się muzyka, czasem trafiała na zły okres w naszym życiu, a niekiedy zwyczajnie odkładaliśmy ją na wieczne "później", słuchając czegoś, co w danej chwili uznawaliśmy za ciekawsze. Jednym z takich twórców jest Maciej Szymczuk. Każda jego kolejna płyta brzmi bardziej interesująco i ma więcej do zaoferowania.

Maciej Szymczuk  /  Fot. mszymczuk.pl
"Light of the Dreams" to czwarty album katowiczanina wydany siłami trójmiejskiej Zoharum i zdecydowanie najlepszy. Jego przewaga nad pozostałymi krążkami tkwi w sile przyciągnięcia uwagi, dość skutecznie zachęcającej do poznania całego albumu za jednym przesłuchaniem. Nie oznacza to, że "Ways", "Clouds" i "Music for Cassandra" to złe albumy. Bynajmniej. Nie da się jednak ukryć, że momenty, w których intrygują najbardziej, trzeba chcieć wyłuskać. A że z płyty na płytę przybywa ich, siłą rzeczy, czyli naturalną drogą rozwoju Maćka Szymczuka, "Light of the Dreams" ma do zaoferowania najwięcej.



Paradoksalnie ta poświęcona snom płyta wcale nie należy do sennych i leniwych, choć oczywiście nie brakuje jej oniryzmu. Nie da się jednak ukryć, że im więcej dzieje się w danym nagraniu, tym brzmi ono ciekawiej. To stąd właśnie bierze się wspomniana gradacja wartości poszczególnych krążków Szymczuka. Tym razem katowiczanin mocno postawił na syntezatory, niejako przenosząc fabułę tytułowych snów do lat 80. To się sprawdziło. Album brzmi analogowo i bardzo przyjemnie dla ucha, budząc dobre skojarzenia z orientem i naturalnie przeszłością. W pewnym momencie przeszłość ta jest jednak o wiele bardziej zamierzchła, niż mogłoby się wydawać. W jednym nagraniu słychać słowa napisane przez Adama Asnyka.


Jeśli Maciek Szymczuk utrzyma obrane wydawnicze tempo i poziom rozwoju, niebawem w nasze ręce trafi kolejna płyta, mająca do zaoferowania jeszcze więcej od poprzedniczek. By jednak tak się stało, w każdym nagraniu musi coś się dziać. Najlepiej, by stricte ambientowe korzenie katowiczanina jeszcze bardziej wtopiły się w nieco żywszą elektronikę. Wówczas skorzystamy na tym wszyscy. A tymczasem kolorowych snów.