niedziela, 9 grudnia 2018

Melodie po słowie

W tym roku, jak w mało którym, momentami musiałem wręcz stawać na głowie, by nikt z Was nie żałował pozostania przy radiu kosztem snu. Dlatego nie rzadko pomysły na poszczególne audycje powstawały w pociągach, komunikacji miejskiej, samochodzie, a nawet podczas szwendania się po lesie. Ale najważniejsze, że zawsze jakoś udawało się dojechać do radia na czas i mieć przy sobie komplet płyt. Choć jest i druga, o wiele mniej przyjemna, strona tej pogoni. Obowiązki zawodowe, brak czasu, wypadki losowe dotyczące prywatnych spraw i wiele innych historii czasem sprawiały, że w Melodiach nie pojawiali się goście.

Fot. Kamil Mrozkowiak
Nie zwykłem zapraszać muzyka lub pozytywnie odpowiadać na pytanie menedżera, jeśli nie jestem w stanie przygotować się do rozmowy. Trzeba szanować czas słuchaczy, gościa i w końcu swój. Tak niestety kilka razy zdarzyło się w ciągu minionych dwunastu miesięcy. Inna sprawa, że czasem wysyłano mi płytę, a dopiero potem, o ile w ogóle, sprawdzano, co to za audycja. By nie zostawiać twórcy na lodzie, polecałem programy kolegów po fachu, a w ostateczności odpowiadałem, że niestety Melodie, przy całej swojej otwartości na różne gatunki muzyczne, nie znajdują się w grupie docelowej danego wykonawcy. Słowem, momentami lista potencjalnych zaproszonych skracała się sama.


Fot. Kamil Mrozkowiak


Dlatego w tym roku zaledwie pięciokrotnie usłyszeliście w Melodiach gościa lub gości. To niewiele jak na ok. 40 audycji, ale zawsze były to istotne rozmowy, wspierające niszowych muzyków. Czasem dość młodych, a czasem legendarnych, choć od wielu lat grających gdzieś na peryferiach powszechnie rozumianej sceny. Dlatego wraz z nadchodzącym końcem grudnia oddaję w Wasze ręce zestawienie wszystkich tegorocznych Melodii, w których miałem przyjemność kogoś gościć. Mimo że w tych audycjach momentami słowo, siłą rzeczy, wypychało muzykę, to jednak przekazane w ten sposób anegdoty, historie czy po prostu informacje wciąż mają swoją wartość. Zatem przyjemnego odsłuchu.

Fot. Kamil Mrozkowiak

Madame, Variété, Made in Poland, 1984 czy Siekierę z na każdy szanujący się fan rodzimego zimnego grania. A warszawską Joannę Makabresku? To już niekoniecznie. Szkoda. Różnica kilku lat i przeciwności losu zrobiły jednak swoje. Tak to już jest z młodszym rodzeństwem. Jak wszyscy dobrze wiemy. Ma trudniej. "Jest wystarczająco dobrze, czyli o tym, jak Joanna Makabresku z latami 80. przegrała" - książka, o której opowiadają Marek Karcerowicz, wokalista Joanny, i Piotr Roszczyk, fotograf zespołu.




Trójmiejski Tranqulizer błyskawicznie przyciągnął uwagę co bardziej poszukujących ciekawych zjawisk na rodzimej scenie. Przyciągnął i zamilkł na pewien czas. Teraz powrócił z nową, dość odmienną,  muzyką oraz nową nazwą - Tranq. O nieco zawiłej historii zespołu i dość poważnych zmianach opowiadała Luna, wokalistka Tranq.




Bardzo przyjemna rozmowa z Piotrem Pawłowskim, basistą legendy rodzimej zimnej fali, Made In Poland. Rozmowa, która co prawda miała potoczyć się zupełnie inaczej, ale teraz bynajmniej tego nie żałuję.




Rozmowa z Andrzejem Turajem, chyba jednym z najbardziej zapracowanych, co równie mało znanych, podkarpackich muzyków. Rzecz dotyczyła nie tylko wydanej na początku 2018 r. nowej i, jak się teraz okazuje, chyba ostatniej, regularnej płyty God's Own Medicine. 



Rozmowa z Tytusem de Ville z łódzkiej Pornografii na temat wznowienia pierwotnie wydanego jedynie na kasecie debiutanckiego albumu "1989-1990". Na srebrny krążek czekaliśmy długo, bo niemal 28 lat. Było warto, szczególnie biorąc pod uwagę albumową formułę reedycji z licznymi fotografiami zespołu, które zrobił niejaki wówczas Wojciech Smarzowski.


niedziela, 4 listopada 2018

Muzyka zamiast słów

Ambitne plany reanimacji tej strony można porównać do mokrej plamy na ścianie. Energia, pomysły i zapał zderzyły się z twardą rzeczywistością. Niemniej skoro nie starcza czasu na pisanie o muzyce, to, chcąc oszukać nieco wskazówki zegara, trzeba posłużyć się pomysłem. Podaję Wam na tacy płyty, których sami twórcy postanowili udostępnić je każdemu, kto zechce poświęcić im chwilę. Udostępnić i nie wziąć za to złamanego grosza. No chyba że sami postanowicie sięgnąć do mieszka. Wówczas na pewno się nie obrażą.

Fot. Kamil Mrozkowiak
W dziale MP3, których warto posłuchać znajdziecie cztery świeżo dodane krążki. Pierwsze dwa to kompilacje demo i koncertowych nagrań Islandek z Kælan Mikla. Trzeci to kasetowy split niemieckiego, zimnego Bleib Modern i DYN. Czwartym zaś jest instrumentalna wersja ostatniej płyty progresywno-doomowego geniusza z rosyjsko-ukraińskiego Kauan. Słowem, nadstawiajcie ucha, bo naprawdę warto. Inna rzecz, że kradzione co prawda ponoć nie tuczy, ale darmowe i legalne też jest dobre. 










niedziela, 9 września 2018

Krůcza muzyka

Kiedy zespół zaczyna, jest jeszcze przed nagraniem choćby demówki czy debiutanckiej epki, gra niemal wszędzie. Inaczej się nie da. Chcąc się pokazać, chcąc dotrzeć do ludzi, muzycy zaciskają zęby i jeżdżą po różnych miejscach. Oczywiście wszystko ma swoje granice, ale w ramach powszechnie zwanych "trudnych początków", zdarza im się grać przed kimś bardziej rozpoznawalnym, ale z zupełnie innego stylistycznego zakątka parafii. Dlatego niespecjalnie zdziwiłem się, gdy w styczniu tego roku przed włoskim Geometric Vision zobaczyłem Krůk. Jak się domyślacie, anonimowym wówczas warszawiankom elektronika z okolic darkwave niespecjalnie była po drodze. Jednak zagrali swoje na tyle dobrze, że skutecznie przyciągnęli  moją uwagę.

fot. Aleksandra Krucza
Opublikowany przez Krůk Niedziela, 21 stycznia 2018

Stołeczny kwartet miał wręcz uroczo karkołomny pomysł. Postanowił wymieszać okolice post-rocka z czymś rdzennie słowiańskim, wręcz rytualnym. To chyba jeszcze nie do końca się udało, ale debiutancka epka Krůk potwierdza upór muzyków. Cieszy nowym podejściem, pomysłem na siebie, punktem wyjścia, których dość nierzadko zupełnie nie słychać na trafiających do mnie debiutach. Zresztą równie często ich nie widać. Wystarczy popatrzeć chociażby na sesje zdjęciowe wielu grup. Ale to już inna historia. Wróćmy do Krůk.


Największa zaleta i zarazem siła Krůk to Kamila Janiak. Wokalistka, zarówno na scenie, jak i w studiu, wprowadza do muzyki coś pierwotnego, duchowego, słowiańskiego, nieokiełznanego, coś z charakterem. Jej ekspresyjny, niemalże wykrzyczany momentami, sposób śpiewania w przyszłości ma szansę wyprowadzić Krůk z utartych schematów. Zresztą potencjał tkwi również w samej krůczej muzyce. Gorzej niekiedy z połączeniem ciekawych pomysłów. Ale w końcu na czymś warszawiacy muszą się uczuć, z czegoś wyciągać wnioski i w ten sposób zdobywać doświadczenie. 


Dawanie szansy początkującym, anonimowym wręcz, grupom często popłaca. To swego rodzaju inwestycja czasu oraz niekiedy odrobiny środków. A coś mi mówi, że za jakiś czas Krůk będzie pierwszym z brzegu tego przykładem. Zatem jeśli zobaczycie warszawiaków np. przed o wiele bardziej znanym zespołem, niekiedy wyjętym z zupełnie innej muzycznej szuflady, zaczekajcie z pójściem do baru i zobaczcie przynajmniej dwa lub trzy utwory. Słowem, warto ich zapamiętać i mieć oko (ucho) na kolejne wydawnictwa.

sobota, 1 września 2018

Krew, ciało i melancholia

Mniej post-punkowego zacięcia, a więcej przestrzeni i niższych dźwiękowych temperatur. Słowem, praca w sali prób opłaciła się. W nasze ręce trafiła trzecia, najdojrzalsza i w efekcie najlepsza jak dotąd płyta płockiego, nomen omen, Schröttersburga.



Ale chwileczkę. To nie tak, że debiutancka "Krew" i następujące po niej "Ciało" to słabe albumy. Nic z tych rzeczy. Owszem, są surowe, bez przesadnej wirtuozerii i nie dla każdego, ale wyraźnie dawały do zrozumienia, że wkrótce w tym swoistym muzycznym mieście czasów niemieckiej okupacji może wydarzyć się coś ciekawego. I wydarzyło się. Wydana teraz "Melancholia" to krążek pełen nowych i dobrych pomysłów.



Panowie mądrze połączyli dotychczasowe doświadczenie z chęcią otwarcia kolejnego rozdziału w historii zespołu. Zrobili to na tyle skutecznie, że efekt zaskoczy każdego, pamiętającego ich początki. Bardzo udanie urozmaicili muzykę, sięgając po o wiele bardziej dopracowane, przestrzenne i śladowo elektroniczne brzmienie. Dzięki temu dość ponura, przygnębiająca i czarno-biała niczym znaleziona w piwnicy fotograficzna klisza "Melancholia" przyciąga uwagę na dłużej. Chce się wracać do niej znacznie częściej niż do "Krwi" i " Ciała".



Zmiana, a w zasadzie rozwinięcie i solidne dopracowanie tego, co znaliśmy, przyszło w najlepszym możliwym momencie. Gdyby trzeci album w linii prostej nawiązywał do poprzedników, śmiało moglibyśmy mówić o wyczerpywaniu się dotychczasowej formuły Schröttersburga. A tak, za jednym zamachem płocczanie przyjemnie zaskoczyli nas wszystkich, tym samym szeroko otwierając sobie drzwi, za którymi ucha nadstawiają ci nieliczni organizatorzy krajowych zimnych koncertów i festiwali. "Melancholia" to bardzo duży krok do przodu. Może nie rzucający na kolana doświadczonego sympatyka cold wave'u, ale na pewno skutecznie przyciągający jego uwagę. Słowem, Panowie, poprzeczna poszła w górę. I to wyraźnie. 

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Melodie reaktywacja

Żal mi tej witryny. Bardzo. Dlatego mimo chronicznego braku czasu postanowiłem ją aktualizować. By było to możliwe, wpisy będą dość zwięzłe, niekiedy do bólu lapidarne, ale będą. Inna rzecz, że godzina antenowej obecności w skali tygodnia to niewiele czasu, zatem nie jestem w stanie wszystkiego opowiedzieć i zagrać. Dlatego zwyczajnie potrzebuję tej strony. A z kolei Wam wszystko to, co tu znajdziecie, może przydać się jako uzupełnienie audycji. A co z częstotliwością wpisów? Przyjmijmy pojęcie (nie)regularnego tygodnika. Trzymajcie kciuki.

Fot. Kamil Mrozkowiak

czwartek, 5 lipca 2018

Na żywo, ale w studio

Często żałuję, że na stronie głównej ta witryna nie ma się tak dobrze jak audycja, ale obecnie niewiele mogę na to poradzić. Ważne, że Melodie rozbrzmiewają w eterze już 13 lat, a Wy wciąż chcecie ich słuchać, także o dowolnej porze dzięki archiwum. To cieszy i za to dziękuję. Czasem jednak nie mogę być w studiu przy Bednarskiej 2/4 i tak też będzie podczas, najpewniej, dwóch najbliższych poniedziałków. W tym czasie prędzej znajdziecie mnie na polu namiotowym podczas tegorocznej edycji Castle Party w Bolkowie. Jednak wszystko jest już nagrane i przygotowane w taki sposób, byście nie odczuli mojej absencji. Zatem do usłyszenia bądź zobaczenia w cieniu zamków Górnego Śląska.

Fot. Kamil Mrozkowiak

niedziela, 10 czerwca 2018

Wygraj karnet na Castle Party 2018

Mimo że po stronie głównej tej witryny od dobrych trzech miesięcy hula wiatr, to jednak wbrew pozorom Melodie mają się dobrze. Działy Playlisty oraz Odsłuch archiwalnych audycji są aktualizowane co tydzień, zaś sądząc po otrzymywanej od Was korespondencji, wciąż znajdujecie czas, by włączyć radio w poniedziałek o północy. Cisza w zakresie publikacji jest jednak ciszą. A że najlepiej przerwać ją dobrą wiadomością, trudno o lepszy moment. Tym bardziej, że organizatorzy Castle Party po raz kolejny spojrzeli przychylnym okiem na Melodie. Słowem, karnet na tegoroczną edycję festiwalu raz jeszcze trafi do kogoś z Was. CP odbędzie się w Bolkowie dniach 12-15 lipca.  

Główna scena Castle Party przed festiwalem, fot. Kamil Mrozkowiak
 
Wystarczy wysłać kartkę pocztową na adres:

Akademickie Radio Kampus (Melodie Mgieł Nocnych)
ul. Bednarska 2/4
00-310 Warszawa

W miejscu na treść podajcie imię i nazwisko, numer telefonu oraz jednozdaniową odpowiedź na pytanie:

Dlaczego chcę pojechać na tegoroczną edycję Castle Party?

Rozwiązanie konkursu w Melodiach w nocy z 2 na 3 lipca.

Do zwycięzcy zadzwonię osobiście w czasie audycji. Kluczowe jest potwierdzenie wyjazdu do Bolkowa.

PS.

Karnet wygrała Ania z Częstochowy.

Program Castle Party 2018


Środa (11 lipca, dzień przedfestiwalowy)


Arkady, dawna Basztowa

18:30 - Switchface
19:20 - Miranda Cartel
20:30 - Amrou Kithkin
21:30 - Dusk Watch
22:45 - Cabaret Grey


Czwartek (12 lipca)


Mała scena

16:35 - Psychoformalina
17:30 - Aviaries
18:25 - Past
19:20 - Christine Plays Viola
20:30 - The Last Days Of Jesus
21:40 - The House Usher
23:00 - Golden Apes

00:00 - DJ
03:00 - 05:00 DJ


Piątek (13 lipca)


Zamek

Otwarcie: 15:00

16:00 - Leśne Licho
17:00 - Vulture Industries
18:00 - Grausame Töchter
19:10 - Theatre Of Hate
20:20 - Agonoize
21:45 - Teatr w ruchu
22:15 - The Eden House
23:50 - Apoptygma Berzerk

Mała scena

Otwarcie: 15:00

15:35 - Above Aurora
16:30 - Doomas
17:25 - Rosk
18:20 - Popiół
19:25 - Mentor
20:35 - Shining
22:05 - In The Woods

00:00 - DJ
01:30 - Jeremiah Kane (live)
02:40 - Favorit89 (live)
03:40 - 05:00 - DJ


Sobota (14 lipca)


Zamek

Otwarcie: 15:00

16:00 - Art Of Illusion
17:00 - Made In Poland
18:00 - Tyske Ludder
19:10 - The Coffinshakers
20:20 - Gothminister
21:45 - Faun
23:30 - Project Pitchfork

Mała scena

Otwarcie: 15:00

15:35 - Gnoza
16:30 - By The Spirits
17:25 - Nytt Land
18;30 - Arrm
19:40 - Licho
21:00 - Mortiis
----
01:20 - Death In Rome (Special Midnight Show)

02:30 - DJ
03:45 - 05:00 - DJ


Niedziela (15 lipca)


Zamek

Otwarcie: 15:00

16:00 - Traitrs
17:00 - Mano Juodoji Sesuo
18:00 - Escape with Romeo
19:30 - Department
21:05 - The Beauty of Gemina
22:50 - Samael

Mała scena

Otwarcie: 15:00

15:35 - Citizen N.I.
16:30 - Human Steel
17:25 - Gunmaker
18:20 - Monstergod
19:25 - Cynical Existence
20:30 - Seadrake
21:50 - Torul

23:00 - DJ
02:00 - 04:00 - DJ

niedziela, 11 marca 2018

"To dzisiaj grała Sepultura?"

Często jeżdżę nocną komunikacją miejską. A to z radia, a to z koncertu. Średnio dwa do trzech razy w tygodniu. Widziałem już niejedno. Była niekwestionowana legenda rodzimej sceny, skacząca wokół wybitnie atrakcyjnej "mrocznej" dwudziestolatki niczym zaśliniony szczeniak, był kierowca, dodający gazu w okolicach starego miasta przy "The Sound of Perseverance" Death, było i dość niezwykłe zdarzenie w autobusie podczas powrotu z warszawskiego koncertu Sepultury. Zdarzenie, które przywraca mi mocno podupadłą wiarę w ludzi i jednocześnie pokazuje, co się dzieje, gdy trafia swój na swego.

Sepultura, Proxima, Warszawa, 03.03.2018  /  Fot. Kamil Mrozkowiak

Sobota, godz. 0:57, nocny autobus w drodze do centrum po minięciu klubu Proxima. Wsiada dwóch kanarów w obstawie ochroniarzy. Wyjmuję kartę, nie przerywając rozmowy z towarzyszącą mi osobą. Ostatecznie nikt nie podchodzi. Podnoszę więc wzrok i widzę kontrolera żądającego dokumentu tożsamości od jakiegoś gościa. Rozmawiają po angielsku. Przybysz zza granicy, wyraźnie zbity z tropu, tłumaczy, że chciał kupić bilet. To miało sens. Stał tuż obok automatu. Kanar całkiem przyzwoitą angielszczyzną zaczął tłumaczyć, że zamiar to za mało i kartonik trzeba było kupić przed zjawieniem się kontrolerów. Wyjmuje więc elektroniczny kajet i zaczyna spisywać gościa.


Podchodzę do kanara i mówię mu, by odpuścił facetowi. W końcu obok jest automat, wszyscy wracamy z koncertu, jest późno, zimno i w ogóle. Kanar, wyglądający z twarzy jak brodaty fan stonera, zmierzył mnie wzorkiem i zdecydowanym ruchem ręki kazał mi się odsunąć, życząc "miłego wieczoru". Autobus jedzie w kierunku centrum, a ja wraz z osobą towarzyszącą obserwuję bieg wydarzeń. Robi nam się żal gapowicza. Był przestraszony i pytał nawet, czy czeka go areszt. Wyraz twarzy faktycznie świadczył o zagubieniu. Czułem, że nic już nie można wskórać. Zatem z poczuciem empatii i zarazem porażki wracam do przerwanej rozmowy. Świadomie czy nie, mówimy tak, że nas słychać. Siłą rzeczy z naszych ust pada nazwa zespołu - Sepultura. Nagle brodaty kanar odwraca się.

Sepultura, Proxima, Warszawa, 03.03.2018  /  Fot. Kamil Mrozkowiak

- To dzisiaj grała Sepultura? - pyta. Mówimy, że tak. Gość spuścił wzrok, pokręcił głową, zaczął odkręcać wpisywanie danych gapowicza na ekranie elektronicznego kajetu i zdaje się, że rzucił też pod nosem popularnym słowem na "k". Zupełnie jakby zapomniał o terminie koncertu. Po chwili oddaje obcokrajowcowi dokument i pokazuje mu, jak ma kupić bilet w automacie. Okazało się, że gapowiczem był nomen omen Brazylijczyk.


Kanar popatrzył na mnie i spytał, co działo się na scenie. Mówię, że było dobrze. Rozmawiamy o Greenie. Rzucam, że minęło 20 lat od "Against", że Amerykanin nie miał lekko, zastępując Maxa Cavalerę itd. Kontroler potakuje, znając temat. Jadący na gapę Brazylijczyk rozumie, że mu się upiekło i zaczyna dziękować z wyraźną ulgą na twarzy. Odpowiedziałem mu, by nie dziękował kanarowi, tylko Sepulturze. Facet chciał jeszcze zagadać, próbując jakoś okazać wdzięczność. Ni stąd, ni zowąd pyta o Decapitated. Odparłem, że wycofano zarzuty i muzycy są już kraju. Sprawa zamknięta.

Sepultura, Proxima, Warszawa, 03.03.2018  /  Fot. Kamil Mrozkowiak
Autobus dojechał do centrum. Wysiadam wraz z osobą towarzyszącą. Mijając kontrolera, mówię mu, że ma mój szacunek. - Za co? - pyta. - Za to, że zrobiłeś coś, czego nie musiałeś – odpowiadam i kieruję się do metra. 

niedziela, 11 lutego 2018

Zagubione 12 cali

Nie jestem przesądny i nigdy specjalnie nie byłem. Nie przejmuję się czarnymi kotami przebiegającymi przez drogę, nie mam problemu z podaniem ręki w progu. Z kolei szum związany z piątkiem 13 bardziej traktuję jako pomysł mediów wiecznie głodnych tematów niż coś naprawdę wartego uwagi. Nie da się jednak ukryć, że 13 października, a jakże w piątek, w warszawskiej Hydrozagadce działy się pewne cuda. Tego wieczoru na scenie pojawił się powszechnie znany już Lebanon Hanover oraz nieco mniej jeszcze rozpoznawalny, ale również nie po raz pierwszy grający w Polsce, Bleib Modern. A że właśnie Niemcy staną na tych samych deskach 24 marca, to dobry moment, by przytoczyć pewną historię. Myślałem, że panowie z Bleib Modern nie kiwną palcem, a jak się okazało, zrobili znacznie więcej, sięgając nawet do własnej kieszeni. Ale po kolei.  

Stockholm / KLUBB DÖD
Thanks for having us!
Opublikowany przez Bleib Modern na 7 października 2017


Zaraz po wejściu do klubu zajrzałem na stoisko z płytami. W końcu te na koncertach zazwyczaj są tańsze, bo nabywane bezpośrednio od zespołu. Nie ma kosztów wysyłki, nie ma dystrybutorów, sklepów i wszelkich innych pośredników, z których każdy musi zarobić. Dlatego z miejsca wziąłem kompaktowe wydanie "Antagonism" Bleib Modern. Po jakimś czasie dorzuciłem jeszcze wyprzedany już winylowy singiel Lebanon Hanover "Babes Of The 80s". A że chodzenie z tym wszystkim między sceną a barem nie jest zbyt praktyczne, Hydrozagadka była wypchana po brzegi, więc o uszkodzenie czegoś nie było trudno. Dlatego włożyłem wszystko do materiałowej torby i poprosiłem stojącego na merchu naszego rodaka o przechowanie nośników. Nie było problemu. Godzinę później odwiedziłem go raz jeszcze, zwracając się prośbą włożenia do torby dwunastocalowej epki "Dance" Bleib Modern. Jak się okazało, to był krytyczny moment całego wieczoru. 


Po znakomitych obu koncertach, równie dobrym afterze oraz przyjemnych rozmowach z muzykami Bleib Modern i Williamem Maybeline'm z Lebanon Hanover złapałem nocny środek komunikacji i pojechałem do domu. W drodze zajrzałem do torby. Nie było w niej winyla Bleib Modern. Hipotezy były różne. A to nieuwaga, a to zbyt częste wizyty w barze. W zasadzie chodziło nie tyle o, jak się wówczas wydawało, bezproduktywnie puszczony banknot z wizerunkiem Kazimierza Wielkiego, co raczej o stratę niedostępnego już nośnika z naprawdę dobrą muzyką. Była złość, było rozczarowanie, ale i iskierka nadziei. Następnego dnia i tak miałem wrócić do Hydrozagadki na koncert Belgrado i PAST. Może ktoś coś widział, może ktoś coś słyszał. Może.


Po wejściu do popularnego Hydro, zagadałem sympatycznie wyglądającą dziewczynę z baru, zapamiętaną z poprzedniego wieczoru. Sama nie wiedziała nic o zagubionym winylu, ale obiecała, że popyta. Pytała, jednak nikt niczego nie zauważył. Trudno. Zamówiłem butelkę lekko gazowanego płynu i poszedłem zobaczyć, jak do występu szykują się muzycy warszawskiego PAST. I w pewnym momencie zobaczyłem znajomą twarz. Był to gość, który dzień wcześniej stał na stoisku z płytami Lebanonu i Bleib. Podszedłem, powiedziałem, co się stało. Odparł, że faktycznie zespół znalazł tego winyla i nikt nie wiedział, czyja to własność (tego wieczoru sprzedano wszystkie egzemplarze), więc ostatecznie muzycy zabrali go ze sobą. Minutę później już zająłem się pisaniem wiadomości do zespołu na popularnym niebiesko-białym serwisie. Odpisał kilka dni później.

Epka "Dance" Bleib Modern  /  Fot. Kamil Mrozkowiak
Trwało to niemal dwa miesiące, ale płyta ostatecznie trafiła w moje ręce. I co miłe, muzycy nie poruszyli tematu kosztów wysyłki. A w zasadzie nie podjęli poruszonego przeze mnie wątku. Poprosili jedynie o adres i na początku grudnia w skrzynce pocztowej znalazłem awizo. Zrobili coś, czego nie musieli robić i za co mają mój dozgonny szacunek. Dopiero po wszystkim powiedziałem im, czym się zajmuję i podziękowałem, wysyłając linki do odsłuchów audycji, w których prezentowałem ich muzykę. A kto w końcu popełni błąd i dlaczego zgubiłem tę płytę? Wina, jak zawsze zresztą, leży pośrodku. Nasz rodak na merchu nie włożył jej do torby, którą wcześniej oddałem mu pod opiekę. Ja z kolei tego nie dopilnowałem. Inna sprawa, że przecież facet nie mógł narzekać na brak zajęcia, więc w wirze wymiany plastiku i bawełny na banknoty coś mogło mu umknąć. Słowem, nauczka na przyszłość. Inna rzecz, że zrezygnowany miałem już na wszystko machnąć ręką, ale ostatecznie posłuchałem kilku osób zachęcających mnie do podjęcia tematu, za co teraz im dziękuję. Upór jednak popłaca.

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Piękne, zimne, ale zupełnie niepraktyczne

Swego czasu dałem sobie spokój z pornografią. W końcu ile można? Zwyczajnie zaczęła mnie nudzić. Nudzić zaczął mnie również serialowy tasiemiec z pornografią przez duże "P", czyli czekanie na wznowienie debiutanckiej taśmy tej zasłużonej grupy. W 2014 r. Requiem Records z pompą zapowiedziało reedycję jedynego i pierwotnie wypuszczonego wyłącznie na kasecie debiutu łodzian. W zasadzie od kiedy nad Wisłą mamy powszechnie dostępny internet, chałupnicze, tj. pirackie, kopie "1989-1990" krążyły po polskiej sieci, wzbudzając sentyment za rodzimym zimnym graniem początku lat 90. Sentyment rodzący jednocześnie pytania, czy ktoś w końcu profesjonalnie pochyli się nad tym ważnym wydawnictwem. Ostatecznie pochylił się, choć na spełnienie obietnicy wydawcy czekaliśmy aż trzy lata.

Fot. Kamil Mrozkowiak
W zasadzie Łukasz Pawlak z Requiem Rec. zafundował nam nie tyle wznowienie krążka, co raczej album fotograficzny, na którego końcu znajdujemy dodatek w postaci wyczekiwanej płyty. Czarno-białych, bardzo dobrych zresztą,  zdjęć muzyków m.in. z prób, koncertów i trasy po komunistycznej jeszcze Czechosłowacji jest ok. 40. Po latach jeszcze większym smaczkiem pozostaje fakt, że ich autorem jest Wojciech Smarzowski. Tak, ten od "Domu złego", "Wesela", "Róży" czy "Drogówki". Choć osobiście polecam jeszcze debiutancką "Małżowinę" sprzed 20 lat, w której główną rolę zagrał Marcin Świetlicki. Wracając jednak do Pornografii, na zdjęciach Smarzowski świetnie pokazał również Anję Orthodox. Były to czasy sprzed debiutu Closterkeller, możemy więc mówić, że kontrowersyjny reżyser miał również wkład w uwiecznianie dorobku rodzimej sceny przełomu lat 80 i 90. A to naprawdę dobre fotografie. Miejscami zimne i ascetyczne jak muzyka Pornografii.

Fot. Kamil Mrozkowiak

Co ciekawe, najzimniejszego utworu nagranego podczas sesji "1989-1990" nie było do tej pory na taśmie. Kaseta kryła dziewięć nagrań, ale teraz na kompakcie jest dziesięć. Jako bonus słyszmy "Do prostego człowieka", czyli utwór napisany do ponadczasowego tekstu Juliana Tuwima. To zarazem kompozycja z ciekawą historią, którą 22 stycznia w Waszej obecności opowiedział mi sam Tytus de Ville. Warto poznać ten utwór i kulisy jego powstania.

Rozmowa z Tytusem de Ville, gitarzystą i wokalistą Pornografii, na temat wznowienia.



Wznowienie cieszy więc nie tylko uszy, ale i oczy. Choć nie sposób nie zwrócić uwagi na kilka jego wad. Po pierwsze, forma wydania jest szalenie niepraktyczna. Biorąc je do ręki, trzeba uważać, by nie wyrwać albumu z łączących strony zszywaczy. Papier jest bardzo wrażliwy na przewracanie kartek i zanim się obejrzycie, pierwsza strona będzie naddarta. Co więcej, niefortunnie dobrano również gatunek albumowej celulozy. Owszem, wygląda dobrze, wydrukowane na nim zdjęcia prezentują się wręcz znakomicie, ale wszędzie zostają ślady naszych palców. Szkoda.          

Fot. Kamil Mrozkowiak
Saga wznowienia "1989-1990" zapadnie mi w pamięci również z jeszcze jednego powodu. To jeden z nielicznych przypadków, gdy na temat danej premiery rozmawiałem dwa razy. Nic w tym dziwnego? A jednak. Pierwsza rozmowa z Tytusem de Ville odbyła się w grudniu 2014 r., a druga nieco ponad trzy lata później. Najpierw słyszymy podekscytowanie idące w parze z odbywającymi się już koncertami, a teraz wyraźnie przygaszony uśmiech, niemo krzyczący "szkoda, że nie wcześniej".  Mimo wszystko zachęcam do nadstawienia ucha w obu przypadkach. Tytus jest pozytywną gadułą, więc sypał anegdotami jak z rękawa, zdradzając wiele ciekawych informacji, których nie znajdziecie w notkach  o zespole i większości wywiadów. Wystarczy wspomnieć o lejach po bombach na planie teledysku do "Drzew" czy odkryciu przez Tytusa w latach 80. niejakiego basisty Krzystofa Najmana, późniejszego muzyka Closterkeller i pierwszego męża Anji Orthodox.

Pierwsza rozmowa z Tytusem de Ville dotycząca reedycji "1989-1990".