niedziela, 24 września 2017

Po drugiej stronie Odry

Berlin Wschodni, sobota, krótko przed godz. 11. Słońce wychodzi zza chmur, przyjemnie podnosząc temperaturę. Siedzę przy małym stoliku wystawionym przed kioskiem. Ruch na ulicy niewielki. Wszyscy odsypiają jeszcze piątkowe balety. Spoglądam na sąsiednie, zamknięte na cztery spusty metalowe osłony witryny i drzwi. Błyskawicznie czuję się jak alkoholik na głodzie czekający na upragnione otwarcie wyjątkowo niecałodobowego sklepu. Ręce się trzęsą, co chwila się wiercę. I w sumie nic dziwnego, bo faktycznie jestem na głodzie. Głodzie płyt. Za stalową osłoną znajduje się słynny Warschauer Music Store, jeden z najlepiej zaopatrzonych antykwariatów płytowych nie tylko przy lub w okolicy równie słynnej Warshauer Strasse, ale i w całej wschodnioberlińskiej dzielnicy Friedrichshain.

Wejście do Warschauer Music Store  /  Fot. Kamil Mrozkowiak
Mija kwadrans. W pobliżu wciąż zamkniętego wejścia pojawia się jeszcze kilka zniecierpliwionych osób. W końcu do kraty podchodzi typowy przechodzień z reklamówką. Ma ok. 50 lat. Turek albo Niemiec tureckiego pochodzenia. Wyjmuje klucze, przekręca zamki i podnosi metalowe osłony. W końcu płytowe zombie mogą wtoczyć się do środka. A co w środku? Widok przypominający złote czasy lat 90., gdy w każdym dużym polskim mieście znajdowało się miejsce pielgrzymek fanów muzyki. W Warszawie były to olbrzymie Planet Music i Digital, relatywnie duża Wielka Płyta oraz mniejsza, bardziej nastawiona na podziemie, Dziupla. Z kolei w przypadku Poznania czy Wrocławia nie sposób nie wspomnieć Okrąglaka czy Melissy. Płyty, wszędzie płyty. Na półkach, na ścianach i niemalże na suficie. Po przekroczeniu progu Warschauer Music Store trzeba było jednak szybko podnieść szczękę i mądrze wykorzystać niewiele wydzielonego czasu. W tym momencie przypomniał mi się stary dowcip o dwóch kotach idących pustynią i słowa jednego z nich, mówiącego, że "nie ogarnia tej kuwety". By uważnie przejrzeć cały asortyment sklepu, trzeba by poświęcić kilka godzin, a najlepiej cały dzień. Choć o tym drugim przypadku nie dałbym gwarancji pokroju "będzie pan zadowolony".

Przejście do pomieszczenia z winylami. Fot. Kamil Mrozkowiak
Warschauer Music Store to w sumie kilka pomieszczeń wypełnionych po brzegi kompaktami i winylami. Jest ich tyle, że nawet samym właścicielom nie udaje się utrzymać porządku. Owszem, starają się, jak mogą, ale danego krążka warto poszukać nie tylko w przegródce oznaczoną daną literą, ale i jej alfabetycznymi sąsiadkami. Wiele rzadkich kompaktów poupychano na mniej dostępnych miejscach. Kurzą się, czekając na miejsce lepszej ekspozycji. Słowem, szeroko otwarte oczy to podstawa. Tym bardziej, że wbrew pozorom obsługa najlepiej orientuje się jedynie w dyskografiach najbardziej rozpoznawalnych grup. Gdy zapytałem o amerykańskie Lycia, popatrzyli na mnie jak na idiotę. A ceny? Kompakt to ok. 10 euro. Podwójne wydanie potrafi dochodzić do 16. Z kolei regularne albumy na winylach to zazwyczaj wydatek od 18 euro do umownej nieskończoności. Czasem trafi się coś tańszego, jak na przykład "Helicopters" naszego Porter Bandu za 10 euro, ale to jeden z nielicznych wyjątków. Za tyle zwykle co najwyżej możemy pomyśleć o singlu.     


Największe pomieszczenie sklepu, wszędzie kompakty

Ponaglany przesuwającymi się wskazówkami zegara, ostatecznie wyszperałem "Snakekiller" Love Like Blood (8 euro) i stare wydanie "Bleach" Nirvany (9 euro). Owszem, można było lepiej, można było ciekawiej, choć na pewno nie taniej. W Warschauer Music Store oprócz gotówki równie cenny jest czas. Trzeba jednak mieć go naprawdę dużo. Szczególnie, jeśli do tego sklepu zagląda się po raz pierwszy i chce się wrócić do domu z czymś naprawdę dobrym. Chyba że położycie na ladę 100 euro.Wówczas bez dyskusji będziecie mogli przebierać tylko w największych rarytasach. Powodzenia. 

niedziela, 10 września 2017

Polska zimna fala okiem Słoweńca

Jesteśmy na tyle zakompleksionym narodem, że wychwycimy nawet najmniejszą zagraniczną wzmiankę na nasz temat. To kwestia historii, a związana z nią potencjalna dyskusja przy gazowanych i niegazowanych napojach trwałaby znacznie dłużej niż do białego rana. A że nie mamy tyle czasu, przyjmijmy, że tak już jest i kropka. Idąc jednak tym tropem, trudno nie zwrócić uwagi na pewnego Słoweńca, który wsiadł w samochód, przyjechał do Polski i nakręcił dokument o dorobku naszej zimnej fali, zarówno tej legendarnej z lat 80., jak i współczesnej. Bez wielkiej filozofii spotkał się z muzykami przy piwie i włączał kamerę. Tak powstał ponad godzinny dokument "Polish Coldwave Journey ". 

A scene from the video clip to my song 'The Foreigner'

https://www.youtube.com/watch?v=1wcIM_I-TI4
Opublikowany przez André Savetier na 13 marca 2017

André Savetier, autor filmu

Nazywa się André Savetier. Jest blogerem, muzykiem, a przede wszystkim pasjonatem zimnego grania. To właśnie ono w znacznej mierze wypełnia jego życie. I to do tego stopnia, że potrafi podróżować po Europie, rozmawiając o muzyce z tymi, których płyty na co dzień wkłada do odtwarzacza. Tym sposobem rok temu przemierzył Włochy, a teraz za cel podróży obrał sobie Polskę. Zaglądał do klubów, sal prób, domowych studiów nagraniowych, stawiał kamerę na chodniku lub w mieszkaniu rozmówcy. No i jakoś szło.
    

Jakoś? Tak, jakoś. Nie oczekujcie dobrego montażu, jeszcze lepszych przebitek, profesjonalnych, pogłębionych rozmów czy wybitnie trafnych pytań i genialnych puent. Z niektórych dialogów wynika coś ciekawego, z innych, mówiąc delikatnie, zdecydowanie mniej. W praktyce więcej zależało od wygadania i dobrej woli przepytywanego muzyka niż strategii poruszania odpowiednich wątków. Dlatego spójrzcie na ten amatorski dokument przede wszystkim jako ciekawostkę. Nikomu nieznany nad Wisłą Słoweniec, ceniący sobie dorobek naszej zimnej fali, zasłużył na szacunek. Odwiedził Kraków, Łódź,Trójmiasto,Warszawę,Wrocław, ciągnąc za język takie legendy jak Made in Poland, Variété i 1984 oraz konwersując z młodszym pokoleniem wykonawców - Undertheskin, Deathcamp Project, This Cold, Dogs in Trees, Cabarey Grey, Nacht Und Nebel, Alles czy nieco bardziej medialnie wypromowane The Shipyard. Swoją drogą, w Melodiach paradoksalnie pojawiły się wszystkie te zespoły za wyjątkiem ostatniego. No może jeszcze nagrania Alles nie dotarły do studia przy ul. Bednarskiej 2/4, ale na swoją obronę dodam, że głos Pawła Strzelca było słychać w emitowanych nagraniach Już Nie Żyjesz. Wróćmy jednak do filmu.


Nice talk about music with Grzegorz Kaźmierczak from Variété in his studio in Warsaw 
Opublikowany przez André Savetier na 27 lipca 2017

André Savetier i Grzegorz Kaźmierczak, wokalista z  Variété

Słowem, jest dość skromnie i dokument wymaga od widza niemałych dobrych chęci, by obejrzał go do końca. Szkoda też, że sam autor nie pokusił się o jakiekolwiek zewnętrzne spojrzenie, choćby w warstwie narracji, na dorobek naszej zimnej fali. Wyszła mu więc dość hermetyczna "produkcja", mająca w sobie znacznie więcej z pogadanki przy kuflu niż prawdziwego dokumentu. My obejrzymy to z ciekawości, ale zagraniczny widz szybko się znudzi. Acha, włączcie napisy. Chociaż te angielskie. Niekiedy, zwłaszcza w jednym przypadku, trudno zrozumieć naszych rodaków mówiących w języku Szekspira. Niekiedy o wiele szybciej wychwycicie, co André Savetier mówi po polsku. A mówi całkiem poprawnie.

niedziela, 27 sierpnia 2017

Nagle i znikąd

Niedawno w skrzynce mailowej znalazłem wiadomość, której fragment brzmiał:

"Father Kong powstał w 2015 r. w Olsztynie jako projekt solowy. Dziś jest to już zespół, który przygotowuje się do pierwszych koncertów. Materiał na debiutancką płytę został nagrany latem 2015 r. To elektronika okraszona dźwiękami instrumentów dętych i perkusyjnych. Dominuje jazzowy, postrockowy klimat."

Zaintrygował mnie ten opis. Posłuchałem w sieci i spodobało mi się. Na tyle, że poprosiłem o fizyczny egzemplarz z myślą zabrania go do radia. Tak też się stało, o czym nie dawno mogliście przekonać się na własne uszy. Słowem, muzyka, która przyszła nagle, znikąd i została w głowie. A co cieszy jeszcze bardziej, polska muzyka.

Father Kong / Fot. facebook.com/fatherkongmusic

Nie ma sensu za każdym razem rozkładać na czynniki pierwsze czegoś, co po prostu nam się podoba. Inna sprawa, że niekiedy daną muzykę chłoniemy, zwyczajnie ją czując i nie zamierzając definiować za pomocą werbalnych szufladek. Po co, skoro słowa nie są potrzebne? I to jest właśnie jeden z tych takich momentów. Te dźwięki wpadają w ucho. Pozwalają słuchaczowi beztrosko dryfować między poszczególnymi wyspami wyobraźni. Przenoszą go do innego czasu i innej przestrzeni. Jakich? Każdy ma swoje.


"The Sunny, Dirty Days" to dwa odmienne oblicza. Mnie zdecydowanie bardziej uwiodło to transowe, w którym powolne i średnie tempa bitów uzupełniają leniwe i przestrzenne brzmienie instrumentów, m.in. trąbki i saksofonu. Dzięki nim można poczuć się gdzieś indziej. Gdzie? Na pewno z dala od rzeczywistości. Trochę w tym dźwiękowego narkotyku, trochę skojarzeń i siłą rzeczy niemało eskapizmu. Z drugiej jednak strony chwilami robi się wręcz klubowo, co uatrakcyjnia zawartość krążka, dając słuchaczowi wybór. Mnie jednak zdecydowanie bardziej przekonał ten nie tyle jazzowy, co raczej jazzawy, oniryczny nastrój.


No dobrze, ale czy faktycznie Father Kong przybył znikąd? I tak i nie. Mocno zaangażowanym w krajową muzykę nazwa olsztyńskiego przedsięwzięcia powinna już coś mówić. Muszą jednak mieć dobrą pamięć i faktycznie śledzić rozwój wypadków nie tylko w sieci, ale i na scenie, o której wzmianek próżno szukać na pierwszych stronach gazet. Jednak zdecydowana większość z nas dopiero teraz dowiaduje się o Father Kong. W końcu epka z 2015 r. nie przebiła się do szerszej publiczności, czego nie można powiedzieć o niedawno wydanym regularnym już albumie. Z kolei osób poznających "The Sunny, Dirty Days" przybywa. Może nie w zastraszającym tempie, ale mimo wszystko. To cieszy, bo ciekawych i mało znanych muzyków mamy więcej, niż mogłoby się wydawać. Trzeba tylko nieco uporu, by do nich dotrzeć. Niemniej warto, jak chociażby w przypadku Father Kong.

niedziela, 23 lipca 2017

Kazanie baptysty u ewangelika

Nie, nic z tych rzeczy. Zapomnijcie o religii. To wciąż strona poświęcona muzyce. Jednak w tym przypadku ciekawe zrządzenie losu, gra słów i 70 minut koncertu sprawiły, że pozwoliłem sobie na te pseudo szarady. Nieco ponad tydzień temu amerykańsko-niemiecki Frank The Baptist zagrał na małej scenie tegorocznej edycji Castle Party w byłym kościele ewangelickim. Zagrał i porwał publiczność. Był to jeden ze zdecydowanie najlepszych gitarowych koncertów, które niedawno odbyły się w Bolkowie. 


Gwoli ścisłości. Po pierwsze, panowie grali już w Polsce. Po drugie, są doskonale znani krajowym znawcom gatunku. A po trzecie? Nie ma po trzecie. Niech wystarczy sama muzyka. Jest pełna energii, melodii i bardzo skutecznie wymyka się jednoznacznym klasyfikacjom. Można mówić, że to death rock, że dark rock, że  „alternatywne” granie. Tylko po co? Lepiej dać się porwać, bo potencjał tej muzyki jest naprawdę duży. Frank Vollmann ma znakomity głos, a muzycy głowę do chwytliwych zagrań. Chce się czy nie, na koncercie i tak tupie się nogą. I to w najgorszym razie tylko nogą.


Jak dotąd Baptyści nagrali cztery regularne płyty, z których, co ciekawe, trzy wydała austriacka Strobelight Records, kojarzona w Polsce m.in. z wypuszczenia genialnego debiutu naszego Miquel And The Living Dead. Choć mówiąc „muzycy”, trzeba mieć na myśli przede wszystkim Franka Vollmanna, który dobierał sobie pozostałych członków zespołu, zarówno za czasów działania w Stanach, jak i teraz w Berlinie, do którego przeniósł się 2006 r. A płyty? Debiutancka "Diffrent Degrees of Empty" (2003) oraz wydana rok później "Beggars Would Ride" to dość surowe, przeciętnie wyprodukowane, ale mimo wszystko ciekawe granie ze szpadlami pracowników zakładu pogrzebowego w tle. Natomiast dwa kolejne, „berlińskie” krążki „The New Colossus” (2007) i „As The Camp Burns (2015)” to nowe wcielenie Franka. Takie, jakie znamy teraz. Przebojowe, skoczne, ale wciąż bliskie korzeniom zespołu. Po prostu zdecydowanie lepiej brzmiące. To od nich warto zacząć lekturę kazań Franka Baptysty, o ile wcześniej nie mieliście tej okazji. Na długo zapadną Wam w pamięci.  
     

Na poparcie tego, co napisałem wyżej, dodam, że dzień po koncercie Frank The Baptist na polu namiotowym dostrzegłem rozerwaną podeszwę jednego ze swoich wojskowych butów. Nie byłem przesadnie zaskoczony. To, co działo się w byłym kościele, w pełni to uzasadniało. Przy okazji pozdrawiam życzliwe dusze, dziękując jednej za butapren, a drugiej za taśmę klejącą. Podziałało.

wtorek, 4 lipca 2017

Do usłyszenia wkrótce

Najwyższy czas spakować się i wyjechać jak najdalej. By odpocząć, przewietrzyć głowę i wrócić z kilkoma nieznanymi wcześniej płytami. Dlatego na pewno 10 i  najpewniej 17 lipca nie będzie mnie w studiu przy Bednarskiej. Nie oznacza to jednak, że zostawię Was bez Melodii. Audycje są już nagrane. Pozostaje zatem liczyć na precyzję dyżurującego akurat realizatora. W odpowiednim czasie programy trafią również do działu Odsłuch archiwalnych audycji. Po powrocie uzupełnię także brakujące playlisty minionych audycji. Z góry dziękuję za cierpliwość i do zobaczenia na dworcach, w pociągach, autobusach i na pewnym polu namiotowym. 

Fot. Kamil Mrozkowiak

niedziela, 25 czerwca 2017

Postmodernistyczny szamanizm

Przypomnijcie sobie warszawski stonerowy Satellite Beaver. Dobrze, a teraz powstałą na jego gruzach również spowitą w zielonych oparach Sunnatę. Oba te zespoły łączy m.in Robert Ruszczyk. Jednak od jakiegoś czasu perkusista zwraca na siebie uwagę w zupełnie inny sposób. Sposób absolutnie obcy większości dotychczasowych fanów jego bębnienia. W końcu muzyka rytualna nigdy nie cieszyła się większością, zarówno tą dosłowną, jak i przenośną. Zawsze była, ale bardzo, bardzo głęboko pod powierzchnią. Teraz jednak niewykluczone, że pod pływem Gnozy zacznie się wertowanie starych krążków rodzimych wydawnictw Beat of Prey, No Angels Production czy chociażby tych ostatnich Zoharum Records, na których widnienie logo Phurpa.      



https://www.facebook.com/pg/Silent.tales.photography/photos/?tab=a...
Opublikowany przez Gnoza na 22 maja 2017



"Gnoza to forma religijnej świadomości zakładającej poznanie i wiedzę jako jedyną drogę do zbawienia, przebudzenia ze snu. Muzyczna, rytualna droga do opuszczania platońskiej jaskini, okraszona mantrowymi, perkusyjnymi rytmami i elektronicznym hałasem"


Trzeba coś dodawać? Niespecjalnie. Co najwyżej wspomnieć, że Gnoza nie wzięła się znikąd i nie działa od wczoraj. Demo zamieszczone w sieci pochodzi jeszcze z 2015 r. Do tej pory muzycy nie nagrali żadnego oficjalnego wydawnictwa, bardziej skupiając się na dość wymagających "koncertach". Wymagających zarówno dla siebie, jak i tych, którzy na nie przychodzą. W końcu w przypadku takiej muzyki pojęcie muzycznego rytuału nabiera zupełnie innego znaczenia. Warto mieć ich na oku, ale pamiętając, że panowie bynajmniej nie byli pierwsi.


niedziela, 18 czerwca 2017

Zimno, głośno, syntetycznie

Na warszawskie imprezy i koncerty z cyklu Old Skull można chodzić w ciemno. Wiadomo, na jakich ludzi się trafi. Wiadomo też, że muzycznie na pewno będzie zimno. A że dźwiękowy chłód niejedno ma imię, pozostaje co prawda odrobina niepewności, ale za to tej w najlepszym możliwym wydaniu. Zupełnie jak przy beztroskim kupowaniu płyty bez uprzedniego odsłuchania. Dlatego znając jedynie termin, w miniony piątek zjawiłem się w klubie Pogłos. O mającym grać tam duecie nie wiedziałem nic. Dopiero na miejscu powiedziano mi, że panowie są z Belgii i nazywają się Le Prince Harry.  

Le Prince Harry  /  Fot. facebook.com/Le-Prince-Harry
Nie grali przesadnie długo, niespełna godzinę. To jednak wystarczyło, by jednoznacznie dali do zrozumienia, że nie oglądają się na nikogo. Ich absolutnie bezpretensjonalna mieszkanka punka, death rocka, syntezatorów i wszystkiego co szybkie i zimne błyskawicznie przemawia do słuchacza. Ten od razu wie, czego się spodziewać. Żadnych niedomówień, tylko konkret prosto w oczy. Tak zresztą było na wszystkich dotychczasowych wydawnictwach Belgów, i tak jest na wydanej w maju płycie "Synthetic Love". Na jedenaście utworów tylko dwa przekraczają cztery minuty i można pół żartem uznać, że był to zbieg okoliczności lub wypadek przy pracy. Mocne bity, zimna, bezduszna wręcz, elektronika, gitara, bas i psychodeliczne klawisze. Po prostu syntetyczna miłość.


Przy okazji warto wspomnieć, że Książę Harry był niegdyś tercetem z żywymi bębnami, co dobrze słychać na debiutanckim "It's Getting Worse" z 2012 r. Jednak na przekór tytułowi tej płyty ograniczenie składu do duetu wcale nie wyszło Belgom na złe. Jest po prostu inaczej. Na "Synthetic Love" mamy więcej przetworników, kabli, elektroniki i w efekcie także dźwiękowego chłodu. Punkowe zacięcie i wynikająca z niej wspomniana bezpretensjonalność pozostały jednak takie same. Taki sam pozostał także poziom decybeli. Belgowie nie oszczędzają swoich uszu. Tym bardziej tych należących do osób zgromadzonych na koncertach, o czym sam się przekonałem.

wtorek, 13 czerwca 2017

Wygraj karnet na Castle Party

To już jedna z niemalże tradycji naszych cotygodniowych spotkań. Raz jeszcze dzięki uprzejmości organizatorów festiwalu w Bolkowie otrzymałem możliwość wręczenia komuś z Was karnetu na Castle Party. Zasady jego pozyskania nie zmieniają się od lat. Są niezwykle proste, nieco staroświeckie i każdemu dają równe szanse.

Zamek w Bolkowie, fot. Kamil Mrozkowiak

Wystarczy wysłać kartkę pocztową na adres:

Akademickie Radio Kampus (Melodie Mgieł Nocnych)
ul. Bednarska 2/4
00-310 Warszawa

W miejscu na treść podajcie imię i nazwisko, numer telefonu oraz jednozdaniową odpowiedź na pytanie:

Dlaczego chcę pojechać na tegoroczną edycję Castle Party?

Rozwiązanie konkursu w Melodiach w nocy z 3 na 4 lipca.

P.S. Karnet wygrała Helena. Gratuluję.


Program Castle Party 2017


Czwartek (13 lipca)


Kościół

17:35 - Stelarius
18:30 - Lahka Muza
19:25 - Dividing Lines
20:20 - Star Industry
21:35 - Sweet Ermengarde
22:50 - Frank The Baptist


Piątek (14 lipca)


Zamek

16:00 - Rigor Mortiss
17:00 - Batalion D'Amour
18:00 - .com/kill
19:10 - 7JK
20:20 - Diorama
21:45 - Arkona
23:30 - Diary Of Dreams

Kościół

15:35 - Postcards From Arkham
16:30 - In Twilight’s Embrace
17:25 - Shodan
18:30 - Ulcer
19:35 - Blaze Of Perdition
20:50 - Absu
22:15 - Beheaded


Sobota (15 lipca)


Zamek

16:00 - K-essnce
17:00 - Jesus Complex
18:00 - The Angina Pectoris
19:10 - A Split-Second
20:20 - Suicie Commando
21:45 - Neuobersliesien
23:30 - My Dying Bride

Kościół

14:35 - Hirsch
15:30 - Schloss Tegal
16:25 - Them Pulp Criminals
17:20 - Rapoon
18:30 - Sieben
19:40 - Rome


Niedziela (16 lipca)

Zamek

16:00 - Kasia Lipert
17:00 - Dance On Glass
18:00 - Controlled Collapse
19:30 - Mesh
21:05 - Vive La Fête
22:50 - Tiamat

Kościół

14:35 - Dark Side Eons
15:30 - Orbicide
16:25 - Black Tower
17:20 - Fredrik Croona
18:25 - H.Exe
19:30 - In Strict Confidence

sobota, 3 czerwca 2017

Prosto z głębi

Zawsze zazdrościłem muzykom wyobraźni, przede wszystkim tej twórczej. Słuchać muzyki, interpretować ją, znajdować rzeczy na pozór ukryte jest zdecydowanie łatwiej. Choć i tak wielu ma z tym problemy, zupełnie jak z wierszem na lekcji j. polskiego. Z kolei tworzenie od podstaw to już zupełnie coś innego. Coś zasługującego na o wiele wyższe uznanie. Dlatego gdy w moje ręce trafiają wydawnictwa pokroju nowego albumu Paranoia Inducta, budzi się we mnie zarówno szacunek, pewna zazdrość oraz satysfakcja. Skąd to ostatnie? Ponieważ to, co przed laty narodziło się w Skarżysku-Kamiennej, od równie dawna cieszy się dużym poważaniem pod wieloma szerokościami geograficznymi i wszystko wskazuje, że za sprawą "From the Depths" wciąż tak będzie.




To duszna i wymagająca muzyka, jak zawsze w przypadku tego, co tworzy Anthony Armageddon Destroyer. Przepełniają ją ciemność, brak nadziei, samotność i niemalże namacalna obecność śmierci. Najbardziej ponure wizje zrodzone w głowie kompozytora tworzą równie pesymistyczne obrazy w umyśle słuchacza. Równie, a nie takie same, bo każdy sięgający po muzykę Paranoia Inducta zareaguje na nią inaczej. Wiele zależy od jego, co przeżyliśmy, czego doświadczyły bliskie nam osoby, a czego byliśmy świadkami. Wiele zależy od tego, ile śmierci i ciemności pojawiło się w naszym życiu. I w końcu wiele zależy od tego, w co wierzymy, bo to definiuje sposób postrzegania końca. A "From the Depths" to jeden wielki koniec.

Szepty, krzyki, opętane, demoniczne wręcz, recytacje, pojedyncze dźwięki, a do tego ambient wymieszany z industrialem - taka jest nowa Paranoia Inducta. Taka też jest, zgodnie z tytułem, muzyka z głębi. Tym krążkiem Anthony Armageddon nie zaskoczy nikogo, kto zna jego wcześniejsze dokonania, ale to bez znaczenia. Znający temat sięgają po jego kolejne albumy, oczekując przekroczenia uprzednio wyznaczonych granic. Znajdą to tutaj? Tak, ale każdy w innym momencie. Z kolei ci dopiero poznający jego dokonania... No cóż. Tym można jedynie zazdrościć. W końcu żaden wypalony papieros nie będzie nam smakował tak dobrze, jak ten pierwszy. W razie potrzeby "From the Depths" znajdziecie w katalogu rodzimego Rage in Eden.

sobota, 27 maja 2017

Minimalizm w cieniu Ślęży

Nad Wisłą lubimy neofolk i jego pochodne. Chętnie sięgamy po płyty chociażby Rome, Death in June, Kratong, Ordo Rosarius Equilibrio, Neutral, Of Wand And The Moon, Death in Rome czy Spiritual Front. Dlaczego więc tak mało jest polskich przedstawicieli gatunku? Poznańskie Outofsight niestety już nie istnieje, a Wojciech Zięba z militarnego Krępulca ma teraz inne sprawy na głowie. Nie słychać również o zakorzenionej w dźwiękowych tradycjach Fonofobii. I może właśnie dlatego najbardziej zainteresowani tak szybko zwrócili uwagę na By The Spirits. Inna sprawa, że mieli ku temu dobrą okazję. Ten jednoosobowy projekt z Dolnego Śląska koncertował dokładnie tam, gdzie w danym momencie powinien.

Photo courtesy of aleksandra burska - photography & visual arts
Opublikowany przez By The Spirits na 14 października 2016


O muzyku stojącym za tym pomysłem nieprzesadnie niewiele wiadomo. Podpisuje się jako Michał K. i niech już tak zostanie. W końcu tutaj znacznie bardziej od personaliów i zawartości teczki interesuje nas muzyka. A ta aspiruje do poziomu kompozycji wymienionych wcześniej grup. Trudno jednak oczekiwać, by nagle jeden człowiek z gitarą i loopami wymyślił więcej niż największe tuzy gatunku, dlatego oryginalności By The The Spirits musiało poszukiwać przede wszystkim przy mikrofonie. I tak też zrobiło. Michał K. potrafi zaśpiewać i choć jeszcze daleko mu do ideału, to barwa jego głosu zapada w pamięci. W końcu to ona wszystko prowadzi. Gitara jest jedynie uzupełnieniem.


Demo, siedmiocalowa epka i split z warszawskimi Skalpami z Drzew - tak wygląda dotychczasowy dorobek By The Spirits. Wbrew pozorom to nie mało, skoro projekt istnieje od nieco ponad roku i dość intensywnie koncertuje. A co z ich zawartością? Wypełnia je przede wszystkim sześciostrunowy minimalizm inspirowany przyrodą, ze szczególnym wskazaniem na Ślężę wymienianą przez samego zainteresowanego. Nazwa również zobowiązuje, dlatego w parze z lasami Dolnego Śląska idzie niemała dawka duchowości. Dźwiękowe emocje, jak to w przypadku takiej odmiany folku, są jednak mocno stonowane. Sednem pozostają przede wszystkim w słowa. Warto więc szeroko otworzyć nie tylko oczy, ale i uszy. 



Rodzi nam się tutaj coś ciekawego, ale nikt, i chyba nawet sam Michał K., nie wie jeszcze, co z tego wyniknie. By The Spirits to wciąż poszukiwania, choć niewątpliwie z dość szybko obranym azymutem. Musimy po prostu zaczekać i wierzyć, że Ślązak wykorzysta dość dużą przychylność i niemały kredyt zaufania, jakimi go obdarzono. Nie zrobiono tego jednak, bo gra oryginalną muzykę. Bynajmniej. Zrobiono tak, bo słychać w nim potencjał do stworzenia takiej muzyki. Przede wszystkim jednak chodzi o zaspokojenie głodu rodzimych przedstawicieli gatunku. W końcu jeśli mamy do wyboru dwóch równorzędnych wykonawców, to mimo wszystko przyjemniej będzie słuchało się tego krajowego.