Pokazywanie postów oznaczonych etykietą doom metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą doom metal. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 czerwca 2019

Piachem po uszach

Czasem zdarza się, że jeszcze przed opublikowaniem muzyki w sieci dany zespół kontaktuje się ze mną, pytając o możliwość wypuszczenia na antenie jego debiutanckich nagrań. A że zazwyczaj w mailowej skrzynce znajduję wiadomości od muzyków znających specyfikę Melodii, chętnie udzielam im pozytywnej odpowiedzi. I tak też było tym razem, gdy napisał do mnie założyciel rodzimego Sandbreaker.

Okładka debiutanckiej epki Sandbreaker

Nadawca listu poprosił mnie o dochowanie tajemnicy, zatem nie mogę zdradzić, z kim prowadziłem korespondencję. Ale nie ma to większego znaczenia, gdyż tak na naprawdę liczy się muzyka. A Sandbreaker to istny doomowy walec przetaczający się po pustyni w cieniu piramid. Debiutancka epka, zatytułowana po prostu "Sandbreaker", przyniosła zaledwie kwadrans muzyki, ale te cztery utwory wystarczyły, by natychmiast posypały się propozycje wydania debiutu na kompakcie i perspektywa regularnej już płyty. Zaintrygowani? Nadstawcie ucha na niedawne Melodie Mgieł Nocnych. Tam epkę Sandbreaker usłyszycie w całości.



W Polsce takiej muzyki już nie gra się od wieków. Zresztą, niewielu grało nad Wisłą coś podobnego. Jeśli jednak cenicie sobie stare, dobre lata 90., nie będziecie rozczarowani. Sandbreaker to solidne i czarne jak smoła pogrzebowe granie. Granie, jakże wyraźnie odwracające się plecami do modnego obecnie podejścia do doomowej muzyki. Słowem, bezkompromisowy old-school w najczystszej postaci. Melodie szczerze polecają.

niedziela, 26 listopada 2017

Teraz na Ciebie zagłada

Do pewnych rzeczy trzeba mięć po prostu sentyment. Bez niego, szczególnie w towarzystwie uporu i serca, nie stworzy się niczego sensownego, co z założenia stoi w opozycji niemal do wszystkiego. Bo jak inaczej wytłumaczyć odkurzanie muzyki, która w Polsce i tak nigdy zyskała szerokiego grona zwolenników? W końcu nad Wisłą doom zawsze stał w głębokim cieniu rodzeństwa - death czy black metalu. Niczym umowny daleki, ubogi krewny, na którego reszta rodziny nie ma w zwyczaju się oglądać. Nie oznacza to jednak, że pięść muzycznej zagłady nie zwykła uderzać w stół, wymuszając na nożycach niemalże wigilijne wydanie z siebie dźwięku. Zwykła. Rzadko, ale zwykła. Zupełnie tak jak teraz za sprawą pięciu upartych warszawiaków.

Painthing, Fot. / facebook.com/painthingband
Painthing to nowa nazwa, ale w żyłach jej muzyków nie znajdziecie ani kropli świeżej krwi. To dobrze znane twarze na scenie stolicy, w linii prostej kojarzone m.in. z Eternal Tear i Oktor. A jeśli padają te dwie nazwy, wszystko jest jasne - doom metal. Ale żaden tam obecnie modny, choć przecież dobry, zaprzyjaźniony ze stonerem, tylko ten ciężki, duszny, aż po szyję zanurzony w latach 90. Wtórne, powiecie. Bez sensu, dodacie. Dajcie spokój, zamkniecie dyskusję, machając ręką. Owszem, wtórne, ale nie bez sensu. Nic nie jest bez sensu, jeśli gra się to szczerze. Nawet jeśli mowa o czymś bez świetlanej przyszłości i uprawianym na przekór wszelkim modom. Painthing to muzyka fanów dla fanów. Fanów przede wszystkim Nieświętej Trójcy za jej najlepszych lat - Anathemy, My Dying Bride i Paradise Lost. Stara Katatonia też się znajdzie. Ma być ciężko, pogrzebowo i z klimatem. Ma być i jest.



To początek. Trwa produkcja kolejnych nagrań, które najpewniej w przyszłym roku przełożą się na, oby nie tylko cyfrowe, debiutanckie wydawnictwo. Wszystko wskazuje jednak, że w praktyce Painthing pozostanie reinkarnacją Eternal Tear. W każdym razie tak obecnie brzmi. W końcu z gitarą i przy mikrofonie stoi Kuba Grobelny, za klawisze odpowiada Darek Ojdana, a i na drugich sześciu strunach jest jeszcze Michał Świdnicki. Z kolei bracia Krzywiccy z Oktor chwycili na sekcję rytmiczną, co też jest ciekawostką. W końcu obaj zazwyczaj grają na gitarach.


Painthing, Fot. / facebook.com/painthingband

Nie ma co dalej pisać. Panowie zwyczajnie uderzyli w nutę moich sentymentów i życzę im powodzenia. Tak po ludzku. Trochę ze względu na inspiracje. Trochę za sprawą pamiętania ich koncertów z dawnych lat. Trochę za upór i porwanie się na coś całkowicie karkołomnego. Wszystkiego po trochu. A na ile starczy im sił w tej walce z wiatrakami, najpewniej przekonamy się dopiero za kilka miesięcy. Rękawica została rzucona.

niedziela, 29 stycznia 2017

Puszczając dymka

Taki z nas naród, że lubimy się mądrzyć. Każdy zna się na kinie, literaturze, fotografii, sporcie i oczywiście muzyce. Zawsze jest przyjemnie wytknąć komuś błąd i w ten sposób zrekompensować sobie chwilę, dzień, albo i nawet dłuższy czas życiowych niepowodzeń i frustracji. Przychodzi jednak moment, gdy nawet najbardziej trafna trollowa pisanina nie ma szans przełożenia się na jakąkolwiek sensowną i konstruktywną krytykę. Dlaczego? Bo to, co trafia w nasze ręce, jest po prostu dobre. Zatem gdybym bardzo chciał sięgnąć do swojej natury malkontenta, i pomarudzić na temat nowej płyty Dopelord, od razu wyczulibyście, że robię to na siłę. Ten zespół wciąż trzyma poziom, a najlepsze jest to, że zaproponował nam coś nowego.
Fot. Dopelord  /  Fot. Facebook.com/Dopelord666
Pierwszy wniosek po przesłuchaniu "Children of the Haze" nasuwa się sam - panowie dojrzeli, i to bardzo. Inna sprawa, o czym warto przypomnieć, że założyciele Dopelord wcale nie zaliczali się do debiutantów. Teraz to wszystko procentuje. Nawet jeszcze bardziej niż w przypadku debiutanckiego "Magick Rites" i bardzo udanego "Black Arts, Riff Worship & Weed Cult". No dobrze, ale gdzie ta wspomniana nowość? A może powinienem był napisać odmienność? Zespół odrobinę wyhamował, bardziej skupiając się na detalach. W końcu nie muszą już nikomu niczego udowadniać, bo tylko szaleniec kwestionowałby ich pozycję na naszej scenie. Zatem najpewniej to sprawiło, że muzycy rozejrzeli się za innym brzmieniem, wybierając studyjną współpracę z doświadczonym Piotrem Gruenpeterem (Thaw, Mentor). Co więcej, na "Children of the Haze" słyszymy teraz dwóch wokalistów. Oprócz wyciągającego riffy Pawła Mioduchowskiego do mikrofonu zaczął podchodzić także basista Piotr Zin. A to w połączeniu z rzeczonym doświadczeniem i nowymi kompozytorskimi pomysłami musiało dać efekt. I dało. 


Owszem, z przekory mógłbym również napisać, że muzycy dorośli i odstawili nieco na bok bongosy, które na pierwszej i drugiej płycie wręcz płonęły, by teraz móc bardziej skupić się i stworzyć najdojrzalszy i najlepszy do tej pory album. A to z kolei, w naturalny sposób, odsunęłoby na znacznie dalszy plan spontaniczność i młodzieńcze szaleństwa, tak bardzo stanowiące o sile szczególnie debiutanckiego "Magick Rites". Miałbym rację? Prawda z pewnością leży gdzieś po środku, ale w żadnej mierze nie jest to ujmą dla zespołu, ani tym bardziej dla "Children of the Haze", którego tytuł nomen omen, w zależności od tłumaczenia, pozostaje w ścisłym związku z poprzednimi albumami. Zatem nowości nowościami, ale Dopelord to wciąż Dopelord. Chociaż teraz może odrobinę bardziej Lord niż Dope, ale mimo wszystko to wciąż kawałek znakomitej muzyki z dymkiem. 

czwartek, 5 stycznia 2017

A nie mówiłem?

Przyjemnie, nawet po roku, dostrzec namacalne dowody na to, że swego czasu miało się rację. Nie pierwszy to i oby nie ostatni raz, gdy w Melodiach wspólnie poświęcaliśmy uwagę grupom, które dopiero docierały do szerszego grona odbiorców, a o których później nagle zaczęło robić się naprawdę głośno. Teraz do tego nie tak krótkiego zestawienia tych wykonawców zasłużenie dołącza King Woman. 24 lutego ukaże się pierwsza regularna płyta Amerykanów.

King Woman  /  Fot. Rob Williamson
Słuchając wydanej w 2015 r. winylowej epki "Doubt", taki rozwój wypadków można było poczuć w kościach, a w zasadzie w uszach. Ta szalenie przejmująca wypadkowa shoegaze'u i doom metalu błyskawicznie urzekła niemal wszystkich śledzących rozwój wypadków na niezależnej scenie nie tylko San Francisco, ale i całych Stanów Zjednoczonych. Dlaczego? Bo historie i emocje zawarte w tekstach Kristiny Esfandiari są prawdziwe aż do bólu. Amerykanka porzuciła mocno religijne środowisko, w którym przez lata uczono ją postrzegania świata wyłącznie przez odwieczną walkę między Bogiem a Szatanem. W ten sposób zakwestionowała cały dotychczasowy światopogląd, a muzyka, jak widać, była dla niej terapią. Inna sprawa, że King Woman to nie pierwszy i nie jedyny jej zespół. Ale to już osobna historia. Więcej o skomplikowanej przeszłości i równie trudnej teraźniejszości wokalistki dowiedziecie się, zaglądając tutaj. 


Kalifornijczykami zainteresowała się uznana Relapse Records, w której katalogu znajdziemy m.in. nagrania naszej Antigamy. Singiel, na który wybrano "Utopię", prezentuje się naprawdę interesująco, tym samym dając nadzieję, że "Created In the Image Of Suffering" będzie nie tylko długogrającym i profesjonalnym debiutem King Woman, ale i udaną próbą wydobycia z muzyków całego drzemiącego w nich potencjału. A przynajmniej tego utrzymanego w konwencji, w której grają od początku, tj. od 2009 r. To wszystko pachnie nowym i przede wszystkim autentycznym spojrzeniem na to, co już znamy i w tym należy upatrywać największej zalety zapowiadanego wydawnictwa. Zatem 24 lutego nadstawcie ucha i posłuchajcie całego albumu. Wszystko wskazuje na to, że będzie to dobrze inwestowany czas.

niedziela, 20 listopada 2016

Koniec wyczekiwania

Marketing, w tym przypadku muzyczny, rządzi się swoimi prawami i na okładce debiutu ARRM widnie informacja dumnie głosząca, że to "nowy projekt członków post-blackmetalowego" Thaw. Wiadomo, płytę jakoś sprzedać trzeba. Jednak co bardziej świadomi doskonale wiedzą, że pierwsze nagrania sosnowiczan trafiały do sieci już dobre pięć lat temu, gdy Thaw było jeszcze na etapie demówek, zaś w Melodiach ARRM debiutowało już w 2012 r. Ekipa Instant Classic robi jednak wiele dobrego, więc znacznie ważniejszy od mojego czepialstwa jest fakt, że fani ARRM w końcu doczekali fizycznego nośnika z muzyką swoich ulubieńców. Czekali długo, ale było warto.

ARRM  /  Fot. www.facebook.com/ARRMambient
Muzycy nagrali to, czego co prawda można było się po nich spodziewać, ale jedną płytą znakomicie zamknęli dotychczasowe lata mniej bądź bardziej aktywnej działalności. Raczej z naciskiem ma mniej, choć przecież w tym czasie można było oglądać ich w innych zespołach. Szczególnie Artura Rumińskiego na koncertach rzeczonego Thaw czy Furii. W efekcie w nasze ręce trafiło ponad 50 minut znakomitej muzyki o mocno improwizowanych korzeniach. Kosmos, pustynia, palące słońce, szamańskie rytuały oraz oniryczny i niepokojący nastrój kina noir - to wszystko tu jest, wygenerowane dzięki sekcji rytmicznej, klawiszom i przede wszystkim gitarze. Ta muzyka pozwala oderwać się od rzeczywistości i całkowicie, choć na chwilę, przed nią uciec. Jeśli damy się ponieść, odpłyniemy tak bardzo, że mentalnie nie pozostanie po nas nawet ślad. Trzeba tylko chcieć. 


Druga strona medalu, by nie powiedzieć płyty zatytułowanej po prostu "ARRM", to jej wymagania względem słuchacza. Na ten album trzeba mieć czas. A fakt, że cztery na pięć utworów liczą sobie ponad 10 minut, już powinien być pewną podpowiedzią. Można położyć się na łóżku w stanie pełnej lub ograniczonej świadomości i zwyczajnie słuchać tej muzyki. Można też włączyć ją sobie jako znakomite uzupełnienie tła i zabicie ciszy w mieszkaniu lub pokoju. Nie sądzę, by w tym drugim przypadku było to ujmą dla muzyków. "ARRM" doskonale wypełnia puste przestrzenie, burząc ograniczające je mury. A to zaś wzięło się nie tylko z rozciągniętej struktury utworów, ale i bardzo dobrej produkcji. Gdyby puścić ten album komuś na Zachodzie, pewnie od razu powiedziałby, że twórcy garściami czerpią z dorobku Earth czy Barn Owl i nie ma tu przesadnie wiele oryginalności. Owszem, będzie miał nieco racji, ale chwilę później musiałby też przyznać, że to po protu dobrze brzmi. Bo brzmi.


Przyjemnie wiedzieć, że zespół, który odkryło się dawno temu i któremu kibicowało się przez te wszystkie lata w końcu uraczył nas porządnie wydanym, regularnym debiutem, a nie jedynie kolejną pojedynczą kompozycją wpuszczoną w sieć. "ARRM" to 50 minut wymagającej, ale i bardzo wdzięcznej muzyki, po którą warto sięgnąć, szczególnie o tej porze roku. Obyśmy tylko nie musieli tak długo czekać na kolejną płytę, bo ta zdecydowanie powinna się kiedyś ukazać. 

niedziela, 18 września 2016

Po raz trzeci, ostatni?

W Obscure Sphinx podoba mi się wiele rzeczy, ale przede wszystkim, zapominając na moment o muzyce, brak pośpiechu. Nie odnosi się wrażenia, że do czyjejś głowy uderzyła woda sodowa i śpiesząc się ku uciesze diabła, za wszelką cenę chce wykorzystać niemałe w końcu zainteresowanie, zarówno w kraju jak i za granicą. Na debiut szczęśliwi posiadacze demówek czekali dwa lata, po kolejnych dwóch w nasze ręce trafił drugi album, a teraz, już po następnych trzech, do odtwarzacza możemy włożyć "Epitaphs", najnowsze długogrające wydawnictwo. Po przesłuchaniu odnoszę wrażenie, nawet jeśli muzycy będą teraz innego zdania, że to w jakimś sensie epitafium złożone przeszłości i zamknięcie pewnego rozdziału. Co więcej, nawet bym tego chciał.

Obscure Sphinx  /  Fot. facebook.com/obscuresphinx
Nie ma rewolucji. "Epitafia" to niespełna godzina ciężaru, wciąż wbijającej w fotel ekspresji wokalnej Zofii Fraś, przestrzeni i, no właśnie, olbrzymiej dawki refleksji. Słuchając tekstów i czytając ich fragmenty zamieszczone w książeczce, można czuć się nawet przytłoczonym. Za przykład niech posłuży chociażby "Memorare", czyli łacińskie "Pomnij". Wszechobecne tu echa przeszłości rozchodzą się wręcz po całym albumie. A jeśli do tego dodamy wyraźnie wyczuwalne w słowach ból i cierpienie, skompletujemy układankę. To między innymi dlatego sądzę, że mimo wszystko coś tu się kończy, a w zasadzie ulega zamknięciu i w przyszłości raczej powinniśmy oczekiwać czegoś nowego (innego).


Oddając jednak muzykom sprawiedliwość, "Epitaphs" to nie to samo, co "Void Mother", a już na pewno nie wciąż siejące spustoszenie "Anaesthetic Inhalation Ritual". Te krążki odróżnia od siebie przede wszystkim atmosfera, a nie instrumentarium, dlatego otrzymaliśmy coś, co nie może zupełnie zaskoczyć. Niemniej nowy Sfinks to kawałek naprawdę solidnej i dobrze wyprodukowanej muzyki. Wystarczy wymienić chociażby "Sepulchre", "Nieprawotę" czy "At The Mouth Of The Sounding Sea" - koncertowe walce, które tej jesieni przejadą po publiczności. Co więcej, zmierzając niemal w kierunku zaprzeczenia sobie, stwierdzę, że "Epitafia" to również kompozytorski progres muzyków, miejscami wręcz z nutką przebojowości. Zatem w czym problem, panie Mrozkowiak?

Fot. Kamil Mrozkowiak
Od tak dobrych zespołów mamy prawo oczekiwać nieco więcej. Jeśli nie w danym momencie, to chociaż zaznaczając, że za jakiś czas taki powinien nadejść. A sądzę, że w przypadku Obscure Sphinx powinien. Jest dobrze, jest solidnie i cieszmy się tym. Jednak niech to moje malkontenctwo pozostanie sygnałem, że za dwa, trzy czy cztery lata, gdy muzycy, miejmy nadzieję, będą myśleli o wydaniu czegoś nowego, to nowe będzie naprawdę nowe, a "Epitaphs" z perspektywy czasu pozostanie świetnie napisanym, choć jednak, panegirykiem. Ale to z perspektywy czasu, bo teraz naprawdę warto sięgnąć po tę płytę.

sobota, 12 marca 2016

Najtrudniejsza decyzja w życiu

Łatwo krytykować religię, gdy samu nie pochodzi się ze środowiska, w którym każdy aspekt codziennego życia jest związany z wiarą. Postrzegając do bólu wierzących za zwyczajnie skrajnych i przez to zaślepionych, śmiało można odwrócić kilka krzyży, pośmiać się z brodatych panów z kałasznikowami lub narysować karykaturę takiego czy innego proroka, zbawiciela i każdego uwzględnionego w wielowątkowej książce, zazwyczaj wydawanej w twardej oprawie. Żarty jednak kończą się, gdy ktoś po latach dochodzi w wniosku, że system wartości, w którym tak karnie go wychowywano, nie jest dla niego. Nagle rozpada się główny pryzmat postrzegania świata. Nie ma już odpowiedzi na wszystko. Człowieka ogarnia zwątpienie w samego siebie i otaczającą go rzeczywistość. Co jest dobre? Co jest złe? Kto mówi prawdę, a kto kłamie? To zaledwie fundamentalne przykłady z setek pytań wciąż rodzących się w głowie kogoś takiego. Kogoś takiego jak Kristina Esfandiari.

King Woman  /  Fot. facebook.com/kngwmn
Co bardziej dociekliwi fani amerykańskiego shoegaze'u mogą pamiętać ją z czasów, gdy stała przy mikrofonie w Whirr. Z kolei fani indie i okolic być może słyszeli o niej w kontekście wydającego teraz regularną płytę Miserable. Jednak jej najbardziej przejmujące oblicze to King Woman, którego debiutancki "Doubt" z początku 2015 r. odbił się szerokim echem nie tylko na niezależnej scenie San Francisco. Ten winyl namieszał głowach fanów rozsianych po całych Stanach Zjednoczonych, skutecznie docierając także do Europy. Powody są dwa, i to najprostsze z możliwych. Pierwszym jest muzyka, a drugim zaś, kto wie, czy nawet nie ważniejszym, bolesne doświadczenia Kristiny, ujęte w poruszających i szczerych do bólu tekstach.  


Słowa czterech nagrań niespełna dwudziestominutowego "Doubt" to zapis traumy czasów dzieciństwa i młodości. Amerykanka wychowywała się w bardzo religijnym środowisku, w którym wszystkie aspekty życia postrzegano przez pryzmat odwiecznego sporu Bóg - Szatan. Demonizowano telewizję, piosenki, szeroko pojętą rozrywkę. To było zło. W pewnym momencie Kristina doszła do wniosku, że nie czuje się z tym dobrze. Zaczęła dostrzegać coś, co było dla niej odpowiednikiem manipulacji emocjami i zachowaniami jej oraz osób współtworzących jej środowisko. Gdy ktoś miał problemy lub nie potrafił czegoś zrozumieć, zrzucał winę na "zło" i dokonywał projekcji na innych członków grupy. Dlatego postanowiła odejść. Dziś przyznaje, że jej opinia na temat jej rdzennego środowiska nie polega na wskazywaniu palcem i obwinianiu konkretnych osób. Bardziej zależy jej, by wszyscy młodzi ludzie myślący podobnie i bojący się mówić o tym głośno, poczuli, że ktoś może ich wysłuchać, że ktoś ich rozumie. To dlatego teksty na "Doubt" są tak przejmujące. Zawierają wszystkie emocje, tkwiące w człowieku podejmującym najtrudniejszą decyzję w dotychczasowym życiu. Decyzję o odejściu.  
King Woman  /  Fot. May Manning / facebook.com/kngwmn
Ponure są teksty, ponura jest i muzyka. Ciężkie, rozmyte i melodyjno-melancholijne brzmienie to dość popularna ostatnimi czasy wypadkowa przyprawionego smolistą czernią post rocka, shoegaze'u, gitarowego noise'u i strunowych eksperymentów. Znamy to doskonale z płyt chociażby Chelsea Wolfie, Ides of Gemini, Darkher, czy Black Mare. Niemniej świadomość treści niesionych przez zapis przemyśleń Kristiny Esfandiari i jej zmagań związanych z porzuceniem wszystkiego, co tworzyło niegdyś jej świat, pozwala na nowo odkryć te dźwięki. W głowie słuchacza rodzi się bardzo wiele pytań. Być może nawet dotyczących rozterek, które do tej pory były mu zupełnie obce. A co jeśli na tę epkę trafi ktoś mający podobne doświadczenia jak wspomina Amerykanka? Wówczas "Doubt" na bardzo długo pozostanie w jego głowie.        


Te cztery utwory to w sumie trzecie wydawnictwo King Woman, ale raczej należy je traktować jako debiutanckie. Wcześniej ukazały się jedynie dwa kasetowe single. Trudno powiedzieć, na ile Kristinie Esfandiari starczy energii i sił, by powracać do traumatycznej przeszłości w potencjalnie kolejnych nagraniach i w konsekwencji na kolejnych płytach. Jeśli nie potraktowała "Doubt" jako jednorazowego katharsis i uzna, że wciąż ma coś w tej mierze do powiedzenia, powinniśmy jeszcze usłyszeć o King Woman. Ale raczej nieprędko. Teraz Kalifornijka z pewnością będzie chciała poświecić się Miserable. Swoją drogą, również warto posłuchać.

niedziela, 8 listopada 2015

Śmierć nosi się na biało

Lata mijają, a Anton Belov wciąż zaskakuje młodych, nieznających muzyki Kauan,  zarazem nadal budząc uznanie wśród bardziej doświadczonych słuchaczy. Dlaczego? Po prostu tworzy znakomitą muzykę. Dość szybko odnalazł własny styl i rozwinął pomysły powstałe na bazie doom metalu, idąc znacznie, znacznie dalej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać. A co najważniejsze, ten śpiewający po fińsku Rosjanin, w dodatku od lat mieszkający w Kijowie, wciąż się rozwija. Na każdej kolejnej płycie słychać pomysł i coś, czego w przypadku Kauan jeszcze nie znaliśmy, przynajmniej nie w danej formule. Teraz jest podobnie. Dopiero co wydana "Sorni nai" dojrzałością i majestatem pozostawia w tyle poprzednie wydawnictwa. Co więcej, stało się tak mimo faktu, że, może nie licząc debiutu, to przecież znakomite albumy.

Kauan  /  Fot. www.facebook.com/kauanmusic
Kauan powstał w Czelabińsku na Uralu, zatem Belov doskonale wie, co to znaczy zima. A to zaś ma bardzo duże znaczenie w przypadku nowej płyty. "Sorni nai" jest opowieścią o zdarzeniu znanym jako tragedia na Przełęczy Diatłowa. W 1959 r. grupa dziewięciu studentów zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Celem wyprawy był jeden z uralskich szczytów. Wszyscy byli doświadczeni i dobrze przygotowani, a mimo to część uczestników zmarła na skutek hipotermii, a kilka kolejnych ciał odnalezionych dopiero po wiosennych roztopach. Jak się okazało, miały zmiażdżone klatki piersiowe, a jeden ze studentów dodatkowo został pozbawiony języka i części twarzy. Co tam się wydarzyło? Tego nie wiadomo do dziś, choć oczywiście hipotez i teorii spiskowych nie brakuje. Ta na swój sposób romantyczna historia, przypominająca nieco tragedię polarnej wyprawy Roberta Scotta, została w znakomity sposób przełożona na muzykę. Anton Belov i towarzyszący mu kolektyw przekroczyli kolejną granicę swoich możliwości. 


Ciężkie, postdoomowe riffy, niemalże progresywne i postrockowe przestrzenne dialogi gitarowych solówek, akustyków, skrzypiec, a także klawiszy oraz bardzo starannie opracowane wokale w języku Kraju Tysiąca Jezior wręcz urzekają. Owszem, dobrze znamy te poszczególne elementy, ale wszystkie połączono w taki sposób, że "Sorni nai" to nowy album w dosłownym i przenośnym pojęciu tego terminu. Ta fuzja przełożyła się na powstanie szalenie obrazowej muzyki, w zasadzie mogącej posłużyć za ścieżkę dźwiękową do filmu poświęconego wszystkim zabranym przez białą śmierć, których ciała znajdowano w zaspach śniegu, bądź na skutej lodem ziemi. Wszak nieprzypadkowo zawartość płyty to jeden ponad pięćdziesięciominutowy utwór, sztucznie podzielony na siedem części. Ten album sprawia, że owiany tajemnicą dramat radzieckich studentów staje się uniwersalną historią. Zaczyna się od pięknych białych przestrzeni, a kończy straszną, niewyjaśnioną śmiercią w temperaturze minus 30 stopni Celsjusza.


Nie ma drugiego takiego zespołu. I nie mam tu na myśli jedynie faktu, że Kauan to najpewniej jedyna grupa, w składzie której nie ma rodowitego Fina, a na której płytach słychać ten jeden z bardziej skomplikowanych języków. Po prostu nikt inny tak nie gra. Od razu słychać, że za tymi dźwiękami stoi Anton Belov. To kawałek przepięknej muzyki, choć w przypadku "Sorni nai" zarazem o jakże tragicznej wymowie. Słychać tu zimę, słychać chłód i śmierć. Słychać także strach, przerażenie, a po wszystkich pamięć i refleksję. Jeśli tej zimy za Waszymi oknami będzie biało, a wieczorem znajdziecie dla siebie chwile, włączcie tę płytę i zobaczcie, co się stanie. A będzie to o tyle łatwiejsze, gdyż wydawca w całości udostępnił ją w sieci. Możecie wesprzeć zespół, możecie także pobrać ją za darmo. Szczegóły znajdziecie tutaj. Zdecydowanie warto.

wtorek, 25 sierpnia 2015

Zapomniany epizod muzyka Riverside

Przypadające w tym roku dwudziestolecie ukazania się ważnych płyt i taśm magnetofonowych jest tak pokaźnym zbiorem wydawnictw, że nie ma miesiąca, by od jakiejś premiery nie minęły dokładnie dwie dekady. A czemu 1995 r.? Wówczas to przypadało apogeum szeroko rozumianego klimatycznego grania i metalu samego w sobie. Rozpędzona na przełomie lat 80. i 90. maszyna mknęła w najlepsze. Co prawda, dość szybko zaczęła ostro hamować na skutek gitarowo-elektronicznych eksperymentów, ale do tego momentu pozostawały jeszcze trzy-cztery lata złotych czasów ciężkiego grania. Jednak wydane wówczas i doskonale pamiętane do dziś płyty to nie wszystko. Pozostają jeszcze przecież te kojarzone co najwyżej z nazwy za sprawą notek biograficznych lub efektów poszukiwań bardziej dociekliwych płytowych szaleńców. Oczywiście, mówiąc niekiedy delikatnie, nie wszystkie przetrwały próbę czasu, ale z biegiem lat, na skutek zbiegów okoliczności i personalnych zawirowań, zasłużyły na to, by wyciągnąć je z otchłani i przede wszystkim przybliżyć ich zawartość. Za przykład niech posłuży wydana dokładnie dwadzieścia lat temu taśma pewnego zapomnianego już warszawskiego zespołu, w którym swego czasu grał powszechnie znany dziś współzałożyciel Riverside.

Wczesne Riverside, Piotr Kozieradzki pierwszy z prawej  /  Fot. m00n
Jeśli ktoś napotkał na swojej drodze Piotra Kozieradzkiego, szerzej znanego jako Mitloff, wie, że lepiej facetowi nie wchodzić w paradę. W końcu nieprzypadkowo mówi się, że małe jest piękne, ale duży może więcej. W latach 90. perkusista Riverside był dość barwną i kontrowersyjną postacią, doskonale znaną na warszawskiej scenie. Rozpoznawalność i szacunek zyskał przede wszystkim tym, co przez dwanaście lat wyczyniał za bębnami  we wciąż działającym i powszechnie znanym deathmetalowym Hate. Samo granie to jednak nie wszystko. Co ciekawe, to właśnie on namówił Pawła Mazura, by ten reaktywował Pandemonium, ze względów prawnych działające wówczas pod zmienioną nazwą Domain. Przez jakiś czas wydawał także płyty pod szyldem Apocalypse Productions, a w katalogu miał m.in. krążki Imperator, Medebor, Eternal Tear, Christ Agony, Gortal czy Unnamed, w którym nota bene grał Piotr Grudziński, gitarzysta Riverside. Był także współudziałowcem warszawskiego klubu Progresja. Jednakże to wszystko jest powszechnie znane. O wiele mniej osób wie, że wspominany perkusista miał także pewien zapomniany już doommetalowy epizod. 

Dark Prophecies, najpewniej w okolicach 1991 r.  Fot. Metal-Archives
Dziś o warszawskim Dark Prophecies mało kto pamięta, ale z drugiej strony to też nie dziwi. Ostatecznie muzycy pozostawili po sobie zaledwie dwie samodzielnie wydane taśmy demo, z których warto wymienić przede wszystkim tą drugą z 1995 r. To własnie w nagraniach kasety "On the Edge of Black Eternity" wziął udział wspominany pan Kozieradzki. Na ile był studiu gościem, a na ile członkiem Dark Prophecies, to już trzeba by zapytać o to samego zainteresowanego. Nie zmienia to jednak faktu, że w latach 90. owy perkusista raczej nie przyzwyczajał nas do takiego grania. Zwykł o wiele szybciej i brutalniej uderzać w werbel i talerze. A jak to w doom metalu bywa, w przypadku Dark Prophecies jest przede wszystkim wolniej, miejscami wręcz nastrojowo, ale i surowe, "śmiertelne" korzenie gatunku również wyraźnie usłychać.

Nagranie otwierające taśmę "On The Edge of Black Eternity"



W latach 90. w Polsce takich zespołów było dużo i dziś trudno jakoś szczególnie wyróżnić warszawiaków. Jednak z pewnością pozostała po nich muzyka jest w pełni reprezentatywna dla tamtych czasów, a co za tym idzie, w XXI w. ucieszy wszystkich znudzonych obecnymi trendami i w konsekwencji poszukujących surowego, w zasadzie nawet oldschoolowo brzmiącego już, połączenia doom i death metalu. To prawda, że większość kompozycji powstała w oparciu o jeden wyraźny schemat twórczy, ale co po latach jest kluczowe, słychać tu podziemie oraz autentyczność, która może nie do końca szła w parze z oryginalnością, ale była i jest nadal. Momentami aż chciałoby się, by te nastrojowe zwolnienia, wypełnione melodyjnymi partiami gitar i śladowymi klawiszami, brzmiały dłużej. Chciałoby się, by to na nich oparto konstrukcję utworów, gdyż to właśnie w tych momentach Dark Propchecies brzmi majestatycznie, dostojnie, po prostu najciekawiej dzięki oddalaniu się od ówczesnej typowej deathmetalowej partytury.

Nagrany raz jeszcze utwór, który pierwotnie trafił na demo "Vergil" z 1991 r.  



Trudno zaprzeczyć, że dziś Dark Prophecies to w znacznej mierze muzyczna ciekawostka, o której wiedziałoby jeszcze mniej osób, gdyby nie odnotowany w niej udział Piotra Kozieradzkiego. Taśma "On the Edge of Black Eternity" ma jednak swój charakterystyczny urok i w zasadzie obecnie pozostaje białym krukiem dla wszystkich chcących zgłębić wydawniczą przeszłość obecnych muzyków Riverside i zarazem wejść w posiadanie fizycznych kopii tego, co pozostawili za swoimi plecami. A trzeba przyznać, że trochę tego jest, także w przypadku m.in. Piotra Grudzińskiego, o czym więcej możecie przeczytać tutaj. 4 września ukaże się "Love, Fear and The Time Machine", nowa płyta Riverside. To dobra okazja, by dla kontrastu spojrzeć w przeszłość. 

wtorek, 11 sierpnia 2015

Dwadzieścia lat dźwiękowej enigmy

W październiku 2010 r. pracowałem przy organizacji koncertu Anathemy w warszawskiej Proximie. Miałem swobodny dostęp do zaplecza, sceny i garderoby muzyków. Postanowiłem skorzystać z okazji i zamienić z nimi kilka zdań oraz z czystego sentymentu podstawić im do podpisania okładki starych płyt. Traf chciał, że prywatnie na ten koncert wybrał się także obecny wówczas w Polsce Duncan Patterson. Drugi skład zespołu był zatem w komplecie. Panowie ochoczo rozmawiali, a ja podchodziłem od jednego do drugiego, wymieniałem uprzejmości i wręczałem booklet wraz z markerem. Byłem szalenie ciekawy reakcji Vincenta Cavanagha, w momencie podania mu okładki polskiego wydania "The Silent Enigma", w którym nie było jego zdjęcia. Na skutek drukarskiego błędu w swoim jedynym wydaniu Metal Mind zamieścił dwie fotografie wspominanego wcześniej byłego basisty Anathemy, czyniąc to kosztem młodszego brata Danny'ego Cavanagh. Vincent kartkował booklet strona po stronie i nagle zaczął się śmiać, udając wściekłość. Po chwili złożył podpis, oddał mi okładkę i życzył dobrej zabawy na koncercie. Tę krótką historię przytaczam, gdyż wiąże się z niezwykłą płytą, która została wydana niemal dokładnie 20 lat temu, 17 sierpnia 1995 r.

Anathema w 1995 r., już bez Darrena White'a  /  Fot. Arch.

Jak pokazał czas, był to ostatni album Anathemy ściśle związany z jej doomowymi korzeniami, choć z drugiej strony pozostawał także wyraźnym krokiem na przód w stosunku do wcześniejszych nagrań panów z Liverpoolu. "The Silent Enigma" zebrała dobre i bardzo recenzje. Była mroczna, posępna i ciężka, a jednak wnosiła sporo świeżości. Słyszane miejscami bardziej finezyjne zagrania znalazły potem rozwinięcie na także ciężkim, ale już rockowym, "Eternity". Nic jednak nie przyszło łatwo. Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że gdyby nie wewnętrzny konflikt w zespole, losy tego albumu byłyby, jeśli nie zupełnie inne, co najmniej odmienne. Wciąż wielu zastanawia się, jak brzmiałyby "The Silent Enigma" z wokalami Darrena White'a. Z pewnością inaczej, biorąc pod uwagę, że kiedyś po zakończonym wywiadzie, przy wyłączonym już mikrofonie, Danny Cavanagh powiedział mi, że growle pierwszego wokalisty Anathemy wymuszały nieco finalną konstrukcję utworu i ograniczyły go jako kompozytora.

Okładka "The Silent Enigma"

Dlaczego Darren White doszedł? Albo, jak sam twierdzi, dlaczego został osunięty z zespołu? Teorii jest wiele, na blokadzie stylistycznego rozwoju zespołu począwszy, a na zbyt rockndrollowym trybie życia Darrena skończywszy. Sytuacja była o tyle trudna, że zespół był już w studiu. Wówczas z konieczności wokale nagrał gitarzysta Vincet Cavanagh, który do dziś jest jednocześnie głównym wokalistą Anathemy. Vincent nie umiał jeszcze śpiewać, ale wówczas nie musiał. Dziś potrafi, dzięki lekcjom i mozolnej pracy nad swoim głosem, jednak 20 lat temu liczyła się inna forma ekspresji. Nie miał tak niskiego i głębokiego głosu jak jego poprzednik, zatem postawił na siłę drzemiącą w krzyku oraz melancholijne zawodzenie. Udało się. To, mimo wyraźnych warsztatowych braków, nadało płycie odmiennego charakteru i z pewnością w jakiejś mierze otworzyło przed zespołem nowe możliwości, których realizację usłyszeliśmy na "Eternity i "Alternative 4". Jedynym mankamentem w zasadzie pozostaje produkcja. Trudno nie odnieść wrażenia, że ten album zwyczajnie mógł brzmieć lepiej. Choć z perspektywy czasu zwolennicy lat 90. z pewnością będą bronić nie do końca klarownego brzmienia jako żywej pamiątki po połowy ostatniej dekady ubiegłego wieku. Coś w tym jest. Co ciekawe, wraz z odejściem Darren White niejako zabrał ze sobą tytuł "Rise Pantheon Dreams", bo tak pierwotnie miała być zatytułowana nagrywana wówczas nowa płyta liverpoolczyków. Ostatecznie te trzy słowa przeleżały w szufladzie do 2002 r., gdy ukazała się pośmiertna kompilacja The Blood Divine, które wokalista założył zaraz po opuszczeniu braci Cavanagh oraz panów Pattersona i Douglasa.

Teledysk do tytułowego utworu promującego "The Silent Enigma"


Dzięki "The Silent Enigma" Anathema ostatecznie wyszła z cienia, a nawet roli dosłownego supportu, My Dying Bride, choć paradoksalnie podczas promowania owej drugiej płyty gdzieniegdzie Anglicy występowali jeszcze przed kolegami z Halifax. Dla nas miało to duże znaczenie, gdyż 1 marca 1996 r. w Krakowie w jednym ze studiów Telewizji Polskiej zarejestrowano koncerty obu grup, które następnie ukazały się na kasetach VHS, a z upływem czasu dwukrotnie wydano je na DVD. Dziś to najlepszy możliwy zapis tamtego okresu w historii obu zespołów. Czasem wręcz chciałoby się, by ścieżki dźwiękowe z tych wydawnictw trafiły na płyty audio, które dołączono by do kolejnych, np. właśnie jubileuszowych, wznowień "The Silent Enigma" Anathemy oraz "Angel And The Dark River" My Dying Bride. Kto wie, może gdy Hammy'iemu z Peaceville zacznie brakować funtów, spróbuje sprzedać ludziom raz jeszcze to samo, tym razem w taki właśnie sposób. Rzeczonego marcowego wieczoru muzycy Anathemy zagrali pięć utworów z "The Silent Enigma". Jeden z nich znajdziecie poniżej.  


Ten wydany 20 lat temu album to bez wątpienia jedna z najważniejszych płyt klimatycznego grania lat 90. Dziś bezsprzecznie uchodzi za klasyk i mimo wszystkich ułomności i niedociągnięć, zawiera w sobie niezwykłą dawkę nastroju. Słychać na niej wiele melancholii i przygnębienia, ale uwiecznionych w sposób pełen energii i przy dosłownie krzyczącej ekspresji. Na początku tego wieku, w obliczu muzycznej transformacji Anathemy, trudno było usłyszeć na koncercie coś z "The Silent Enigma". Co więcej, był to także efekt zarzutów Duncana Pattersona, który po odejściu w 1998 r. miał nieco za złe kolegom, że w czasie występów i tak grają jego utwory. A to przecież owy były basista był głównym kompozytorem w zespole do czasu "Alternative 4" włącznie. Dlatego zagrana w tym roku specjalna trasa koncertowa uświetniająca 25-lecie zespołu ucieszyła tak wiele osób. Na scenie pojawili się także Duncan Patterson i Darren White, wykonując zamierzchłe klasyki, co na własne oczy mogliśmy zobaczyć w Łodzi. Może wymuszona niejako w ten sposób potrzeba przearanżowania starszych utworów sprawi, że miejscami będą one wplatane w koncertowy set zespołu. Może. A jeśli nie, zawsze samodzielnie będzie można powrócić do dawnych płyt, zwłaszcza do "The Silent Enigma".

wtorek, 4 sierpnia 2015

Po polskiej stronie Cieszyna

Gdy pod niedawno dodanym przeze mnie postem z playlistą z pewnej audycji na stronie popularnego błękitno-białego portalu Remigiusz Mielczarek z Sacriversum poinformował mnie o pracach nad pewnym "emeryckim projektem", nieco nostalgicznie spojrzałem na regał z płytami. A tam obok m.im. "Shadow of The Golden Fire" i "Soterii" rzeczonych łodzian stał kompakt zapomnianego już Themgoroth. Wziąłem go do ręki i przypomniałem sobie, że przecież muzycy obiecywali powrót, że niby nawet coś tam nagrali, ale ostatecznie wszystko umarło śmiercią naturalną. Szkoda, bo w latach 90. byli mocnym punktem na muzycznej mapie Śląska, tym samym ciekawie zapisując się w historii rodzimego klimatycznego grania.

Themgoroth w pierwszej połowie lat 90.  /  Fot.  themgoroth.com
Powstali jesienią 1991 r. w Cieszynie. Był to jeden z najważniejszych okresów zakładania zespołów, które w ciągu kilku następnych lat mniej bądź bardziej stanowiły o sile ówczesnej rodzimej sceny. Po dwuutworowej taśmie z 1994 r. przyszło zainteresowanie ze strony Scheer Records, której nazwa dziś nikomu już nic nie powie, ale nie miało i nie ma to żadnego znaczenia. A to dlatego, że wydany rok później debiut Themgotorth znalazł się w dystrybucji wciąż liczącej się niemieckiej Nuclear Blast. Co więcej,  "Gate Into The Unknonw" od razu wydano na płycie kompaktowej, co dla zdecydowanej większości ówczesnych rodzimych grup w zasadzie graniczyło z marzeniem. Żeby lepiej to zobrazować, warto przypomnieć, że co prawda poznańska Morbid Noizz  podjęła się wydania albumu w Polsce, ale jedynie na kasecie. Dlatego dziś z pozyskaniem  "Gate Into The Unknown" na srebrnym krążku wiąże się z cierpliwym wypatrywaniem przesyłki z zagranicy, i po to wcześniejszym wyraźnie głębszym sięgnięciu do portfela.



A co z muzyką? W przypadku Themgoroth uwagę przykuwa przede wszystkim nastrój. W swoim utworach panowie nigdzie się nie śpieszyli. Utrzymane w średnich tempach melodyjne gitarowe granie bardzo dobrze uzupełnili klawiszami, które w przeciwieństwie do wielu grup tamtych lat były czymś więcej niż wypełnieniem pustej przestrzeni. Ważne było również to, że gitarzyści zwyczajnie potrafili grać. Dzięki temu melodyjne zagrywki i prowadzące całość sola nawet po latach nie nużą. Całość bardzo udanie domknęły lekko basowy pogłos produkcji oraz blackowy wokal Piotra Dawida. Growl zabiłby wszystko, a tak w nasze ręce trafiło coś, co klimatem miejscami może kojarzyć się ze wczesnym Samaelem, czy nawet klawiszowymi patentami starego Limbonic Art. Ciemność, okultyzm i tajemnica.

Themgoroth w 1998 r.  /  Fot. themgoroth.com
Gdy wydawało się, że Themgoroth wypłynie na szersze wody, a jego członkowie będą się rozwijać, wszelkie plany pokrzyżowała tragiczna śmierć jednego z muzyków. W 1997 r. Piotr Deckert-Firla zginął w wypadku motocyklowym. Zespół uczcił jego pamięć, dedykując byłemu basiście płytę "Highway Into The Unknown", która w kompaktowej edycji z 1999 r. zawierała dwa premierowe nagrania oraz niemal wszystkie kompozycje z debiutanckiego albumu, w tym jedno w nowej wersji. Muzyka nie była już aż tak mroczna. Nagrania okazały się bardziej melancholijne i nostalgiczne, przede wszystkim inspirowane stratą bliskiej osoby. Był to znakomity kawałek klimatycznego grania, w głębi mający znacznie więcej do zaoferowania niż najbardziej dopieszczone albumy wydawane wówczas przez duże wytwórnie. Wciąż bije od niego szczerość.



Ten album był zmierzchem Themgoroth. Po licznych zmianach składu zespół rozwiązano w 2002 r. Co prawda dwa lata później muzycy powrócili w kolejnym zestawieniu personalnym i ponoć nawet nagrali epkę "Post Mortem", ale niewiele z tego wyszło. Zespół zakończył działalność równie szybko, jak ją wznowił, a rzeczone wydawnictwo mało kto w ogóle słyszał. Ostatni znak życia to ogłoszenie reaktywacji w 2006 r., jednak również bez powodzenia. Szkoda, gdyż potencjalny powrót Themgoroth ciekawie korespondowałby z szumną, choć nieudaną, próbą wskrzeszenia Sirrah, o wiele bardziej obiecującą w przypadku Mordor, czy chociażby bardzo udaną w kontekście obecnych poczynań Thy Worhiper. To już niestety raczej zamknięty rozdział. Zaintrygowanych odsyłam do działu MP3 warte posłuchania, w którym znajdziecie udostępnione przez zespół niemal wszystkie nagrania z "Highway Into The Unknown".

piątek, 17 lipca 2015

Pogrzeb po fińsku

11 lat to w życiu człowieka bardzo dużo czasu. A czy dużo w przypadku muzyki? I tak i nie. Kalendarz jest nieubłagany i pokazuje coś, z czym trudno polemizować. Na co dzień jednak przecież nie wpatrujemy się bez przerwy w półkę z płytami i nie spoglądamy na zegarek, oczekując natychmiastowej premiery nowego wydawnictwa danego wykonawcy. Nie. To działa inaczej. Co jakiś czas sięgamy po starsze nagrania, mając nadzieję, że to nie ostatnie, a w ciągu tych mijających dni, tygodni, miesięcy i w końcu lat muzycy sami odpowiadają sobie na pytanie, czy znajdują w sobie energię i na tyle ciekawe pomysły, by nagrać coś dobrego. Oczywiście to nie sprawdzi się przypadku taśmowych i kontraktowych zespołów, ale gdy mowa o inicjatywach pokroju Shape of Despair, ta reguła ma już rację bytu. Finowie niezbyt często dają znak życia, na co dzień skupiając się na własnych zespołach, ale kiedy już tak czynią, to bardzo konkretnie. Minęła ponad dekada i oto jest. Nowa płyta Finów stałą się faktem.

Shape of Despair  /  Fot. facebook.com/shapeofdespairofficial
Tu nie ma i nie mogło być jakiejkolwiek rewolucji. Shape of Despair to doom metal i tak pozostało. Jedyna różnica w stosunku do starszych płyt mogła co najwyżej polegać na aranżacjach i kompozytorskich pomysłach, dzięki którym w nasze ręce trafiłoby coś, co z jednej strony będzie brzmiało znajomo, ale z drugiej nie powieli któregoś z wcześniejszych wydawnictw. Tak też się stało. "Monotony Fields" w pełni spełniło pokładane w niej nadzieje, przede wszystkim za sprawą produkcji. Mimo że Finowie zawsze poruszali się w pogrzebowych tempach i przy artykulacji wydobywanej z najgłębszych zakamarków gardła, to wszystko brzmi bardzo plastycznie, jak zawsze melodyjnie, ale i o dziwo zaskakująco ciepło. Nie ma duchoty i toporności, które miejscami niegdyś można było usłyszeć. Udało się uzyskać coś, co nie jest takie proste - ciężar brzmienia przy jednoczesnym braku wyczuwania użycia siły. Efektem jest dość hermetyczna muzyka, która wcale hermetycznie nie brzmi.




To pierwsza płyta Shape of Despair z Henrim Koivulą, który zastąpił Pasiego Koskinena. Wokalista Throes of Dawn stanął na wysokości zadania, ale chwilami aż chciałoby się, by śpiewał nieco rzadziej. Nie chodzi tu o jego warsztat, a o obecną muzykę, do której teraz jeszcze bardziej pasuje delikatny głos Natalie Koskinen, zaś dominujący growl Koivuli miejscami zwyczajnie dominuje za bardzo. No ale czym że też byłoby Shape of Despair bez głębokiego głosu prowadzącego całą muzykę? Pozostając jeszcze przy kwestiach personalnych, warto zwrócić uwagę na nie pierwszy już polski wątek w dyskografii Finów. Za szatę graficzną "Monotony Fields" odpowiadał Mariusz Krystew, o którym więcej informacji znajdziecie tutaj. 


Ten album to znaczący krok naprzód, o ile w ogóle w takich kategoriach można rozpatrywać dokonania Shade of Despair. Finowie grają w swoim stylu, czyli depresyjnie, melodyjnie i ciężko, ale obecnie także z gracją i wyraźną świeżością. Jarmo Salomaa raz jeszcze udowodnił, że ma duży talent do pisania muzyki pod klawisze i partie gitar. Inna sprawa, że "Monotony Fields" to płyta przede wszystkim dla wiecznie wątpiących i stałych mentalnych bywalców okolic egzystencjalnych rozterek i poczucia braku nadziei. Optymiści nie mają tu czego szukać. Zresztą w przypadku Shape of Despair nigdy nie mieli. No chyba że przekonają się do samej muzyki, gdyż ta wbrew pozorom po 11 latach oferuje dość dużo.

piątek, 10 kwietnia 2015

Taśma prawdy

Czasem trudno zachować obiektywizm. Każdy piszący lub mówiący o muzyce, czy czymkolwiek innym, ma swoje preferencje i one prędzej czy później dają o sobie znać, nawet w najbardziej subtelny sposób. Pewnych, nazwijmy to szumnie, tekstów (pop)kultury po prostu się nie toleruje, uważając, że są one złe, plastikowe, bez wartości i wyrazu lub stworzone w odstręczającym stylu. Zwyczajnie nie przepadamy za określonymi twórcami, choć oczywiście nie wyklucza to możliwości docenienia ich przez jakiś inny pryzmat. Za przykład niech posłuży chociażby Within Temptation. Począwszy od drugiej płyty, Holendrzy obrali drogę pseudosymfoniczno-przebojowych, w zasadzie ocierających się o pop, piosenek, których grupą docelową stały się zagubione w blasku księżyca i zamkowych labiryntach "gotyckie" zapłakane duszyczki. Odnieśli komercyjny sukces? Owszem, i to znaczny. Produkt doskonale się sprzedał i wciąż są na niego chętni. Ja zaś nie zaliczam się do kupujących, niemniej istnieje pewne wydawnictwo niderlandzkich muzyków, do którego mam duży sentyment i które pozostaje doskonałym przykładem tego, co działo się w muzyce lat 90. 

Początki Within Temptation, najpewniej 1996 r.  /  Fot. Arch. zespołu
W ubiegłym roku ukazała się reedycja "Enter", debiutanckiej płyty Within Temptation, do której nawet dziś wzdycha wielu sympatyków klimatycznego grania, niemogących jednocześnie pogodzić się z tym, co muzycy uprawiają teraz. Z jednej strony ten wydany niespełna 18 lat temu album pozostaje typowym reprezentantem szalenie popularnego wówczas kontrastowego wokalnego zestawienia ponurego niedźwiedzia i filigranowej sarenki, przy akompaniamencie melodyjnych, melancholijnych i ciężkich partiach gitar oraz wtórujących im klawiszach. Wystarczy przypomnieć sobie liczne podobne zespoły, chociażby Sins of Thy Beloved czy pierwsze wydawnictwa Theatre of Tragedy, Tristanii, a także białostockiej Via Mistica. Jednakże w tych ramach owej typowości Holendrzy poruszali się bardzo sprawnie. Zaś tym, co dało początek ich wydanego na całym świecie debiutu, była na swój sposób jeszcze ciekawsza taśma demo, również zatytułowana "Enter"  

Booklet dema "Enter"
Na skromną wydaną 1996 r. kasetę trafiły cztery nagrania. Były one na tyle interesujące, że prężnie wówczas działająca holenderska DFSA Records, która nota bene wypuściła także płyty naszych Tenebris i Corruption, natychmiast wzięła muzyków pod swoje skrzydła. Trudno się dziwić. Pierwsze oficjalne nagrania Within Temptation miały w sobie olbrzymią dawkę klimatu, a taka muzyka była wówczas u szczytu popularności. Owszem, też w jakiś sposób adresowano ją do wspominanych wcześniej umęczonych dusz, ale wówczas bynajmniej nie można było zarzucić jej tego, co obecnie dominuje w pokłosiu takiego grania. Nie było plastikowej, aż do przesady cukierkowej, produkcji i całej tej ciągniętej za uszy "gotyckości". W nasze ręce i do naszych uszu trafiało o wiele więcej autentyczności, a znacznie mniej produktu. W końcu umowna piwnica zawsze zabrzmi szczerzej.


Inna sprawa, że na pierwszą wersję "Enter" trafiły dobre utwory. Było w nich wszystko, na co wówczas zwracano uwagę w tej muzyce i co siłą rzeczy przyciągało uwagę jej sympatyków. Nie wspominając już o głosie Sharon den Adel. Co więcej, wszystkie cztery nagrania trafiły ostatecznie na debiutancką płytę. Jedyną różnicą była modyfikacja tytułu jednego z nich - "Pearls" zmieniono na "Pearls of Light". Dla porządku należy jednak wspomnieć, że przed ukazaniem się taśmy "Enter", także w 1996 r., Holendrzy na własny użytek nagrali na roboczej kasecie również cztery kompozycje. Dwie z nich, "Grace" i "Blooded", trafiły na regularny album. O pozostałych dwóch muzycy już pewnie zapomnieli. Nigdy nie zostały wydane.


To prawda, że to wszystko można napisać o każdym zespole, którego muzycy grali kiedyś ciężej, a teraz komponują proste, singlowe piosenki, bo zwyczajnie z tego żyją, a lata 90. przecież już dawno się skończyły. Inne czasy, panie Mrozkowiak. Zapomnij więc pan o tych wszystkich kasetach i płytach, za którymi 20 lat temu jeździłeś po całym mieście lub wypatrywałeś w antykwariatach na byle jakim dworcu, wydając na nie ostatnie pieniądze. Albo sprzedaj, rozdaj, bądź znieś do piwnicy, albo przestań marudzić i trzymaj wszystkie na porządnych regałach i regularnie zanoś je do radia, by ktoś mógł uśmiechnąć się, wspominając czasy młodości, a ktoś z obecnego pokolenia miał sposobność je poznać i dowiedzieć się, dlaczego kiedyś taka muzyka brzmiała inaczej. Niby odpowiedź jest prosta, tylko kogo ja chcę oszukać?

poniedziałek, 23 marca 2015

Kości zostały rzucone

Przypatrując się ostatnim poczynaniom Pandemonium, każdy złośliwy, a tych przecież wśród pokaźnego grona użytkowników rodzimej sieci nie brakuje, zwróci uwagę, że ostatnio częściej mamy do czynienia raczej z nowymi wydawnictwami łodzian niż ich nowymi utworami. Jak to możliwe? Niemal co do dnia trzy lata temu ukazało się "Misantrophy", ostatnia jak dotąd regularna płyta Pandemonium, a od tamtej pory w nasze ręce trafiły kolejne już reedycje demo "Deviliri" oraz debiutanckiej płyty "The Ancient Catatonia". Co więcej, obie pozycje zostały poszerzone o to, co starsi sympatycy zespołu pamiętają z ich drugich wydań, jakie ukazały się za sprawą nieistniejącej już Apocalypse Productions. Były one wówczas poszerzone o zapis występu z ciechanowskiego festiwalu S'thrash'ydlo z 1991 r. oraz nagranej rok wcześniej na próbie taśmy demo. Słowem, pod względem zawartości to w praktyce reedycje reedycji. Ale to nie koniec. W ubiegłym roku ukazał się skromny premierowy singiel "Przyjdź królestwo twoje", zaś teraz w nasze ręce trafia nie wyczekiwana płyta, a kompilacja, na której pojawia się również zaledwie jedna nowa autorska kompozycja oraz premierowy cover. Zdecydowanie za mało. Są jednak pewne zalety, a w zasadzie jedna.

Pandemonium  /  Fot. facebook.com/pandemoniumpl
"Bones Will Rise From The Ground" to niespełna godzina muzyki, na którą składa się w sumie czternaście nagrań. Kluczowe dla całego wydawnictwa pozostaje pięć z nich. Tworzą je premierowe "In Lord We Trust", cover Bathory "Equimanthorn", a także alternatywne miksy trzech utworów z płyt "Hellspawn" i "Misanthropy w postaci nagrań tytułowych oraz "Only The Dead Will See The End Of War". Zestawienie zamyka zapis koncertu Pandemonium, który odbył się 2005 r. w łódzkim klubie Lokomotywa. Szkoda, że jego jakość to odpowiednik bootlegu. W zasadzie łodzianie nigdy nie mieli szczęścia do nagrań koncertowych. Jak dotąd żadne z tych, jakie znajdziemy na ich oficjalnych wydawnictwach, nie miało produkcji z prawdziwego zdarzenia. Szkoda.



Zaś co do zalet, to bezsprzecznie najjaśniejszym punktem "Bones Will Rise From The Ground" pozostaje premierowe "In Lord We Trust". To kolejny po singlu "Przyjdź królestwo twoje" przykład kierunku, który obrał Paweł Mazur. Jest ciężko, dostojnie, nie za szybko i z odpowiednim nastrojem. Takie Pandemonium sprawdza się najlepiej i takiego słucha się najprzyjemniej. Można jedynie żałować, że nowe utwory ograniczono zaledwie do jednego. Owszem, jest jeszcze wspominane opracowanie "Equimanthorn" Bathory, ale to nie to samo. A co z nowymi miksami starszych nagrań?  Dobrze, że są. Wszak nikomu nie powinny zawadzać, jednak niewątpliwie pozostają w tyle za premierową kompozycją. Nie dlatego, że nie są udane. To poczucie wynika raczej z głodu nowych utworów. Czekamy dość długo, ale niestety nie ma ich za wiele. A przecież potencjał i pomysły najwyraźniej wciąż są.



Podążając za tytułem "Bones Will Rise From The Ground", trzeba przyznać, że ta kompilacja to faktycznie w jakiejś mierze coś, co powstało samo lub sprawnym ruchem zostało wyciągnięte spod ziemi. Owszem, sprawia przyzwoite wrażenie, ale dobrze wiemy, że pociągających za sznurki stać na znacznie więcej. Trudno powiedzieć, na ile ta premiera jest podtrzymaniem wydawniczego cyklu w obliczu braku materiału na regularny album, a w jakiej mierze mamy tu do czynienia z ukłonem w stronę fanów i świadomym zaostrzaniem ich apetytów. Teraz tego nie rozstrzygniemy, ale czas rozwieje wszelkie wątpliwości. Pandemonium to legenda, ale i wielka odpowiedzialność, która z biegiem kolejnych lat działalności wywiera coraz większy nacisk na barki muzyków. Oby nie zabrakło im siły.

niedziela, 8 marca 2015

Kielich wspomnień

W 1999 r. za pośrednictwem popularnego serwisu aukcyjnego nabyłem płytę "The Time of Knight's Return" niejakiej krakowskiej Lacrimy. Przypadkiem okazało się, że to skromne wydawnictwo cd-r, jakością zdecydowanie bardziej przypominające demo niż pełnoprawny album, pozyskałem bezpośrednio od Kuby Morawskiego, czyli gitarzysty i wokalisty rzeczonej grupy. Przyjemne dla ucha melancholijne doomowe dźwięki przypadły mi do gustu i od tamtej pory zacząłem obserwować poczynania krakowian. Śledziłem niezliczone zmiany składu, przerywanie i wznawianie działalności oraz rodzące się w bólach kolejne samodzielnie wydawane krążki. W tym wszystkim największe wrażenie robiła na mnie może nie tyle sama muzyka, choć zawsze miałem do niej sentyment, co raczej upór i potencjalne wyrzeczenia jednego człowieka. Tym razem doprowadziło to do ukazania się "A Story from Limbo", specjalnego wydawnictwa podsumowującego umowne 18 lat istnienia Łzy. Umowne, bo rzeczywiste początki Lacrimy to połowa lat 90.

Kuba Morawski  /  Fot. facebook.com/lacrimapl
To wydawnictwo w znacznej mierze ucieszy wszystkich dobrze pamiętających rozwój muzycznych wypadków ostatniej dekady XX w. oraz młodszych, poszukujących czegoś, czego obecnie raczej się nie gra. Na "A Story from Limbo" składa się jedenaście na nowo nagranych kompozycji, w znacznej mierze pochodzących z debiutanckiego demo "Prisoners of Time", które nota bene mało kto w ogóle miał w rękach, oraz wspominanej wcześniej płyty "The Time of Knight's Return". Zestawienie uzupełniają nagrania z epki "Innocent Incarnations" oraz zamykające całość "Alar Shadows" z wydanego w 2011 r. albumu "Old Man's Hands".


Wszystkie te kompozycje, głównie fakt ponownego ich nagrania, to wyraz czystego sentymentu oraz tkwiącej gdzieś w środku tęsknoty za ostatnią dekadą ubiegłego stulecia, gdy nie liczyło się pędzenie w ku uciesze diabła, lecz prym wiodły melodia, nastrój i refleksja. Z pewnością w jakiejś mierze to także spełnienie dla Kuby Morawskiego i poukładanie dość zagmatwanej przeszłości zespołu, pełnej przeciwności losu i zawirowań personalnych. Ostatecznie zaś za sprawą "A story from Limbo" udało się również ocalić nieco starszych nagrań, które przepadłyby bez wieści na nienadających się już o użytku płytach cd-r i dla większości osób pozostałyby jedynie wzmianką w biografii zespołu. Szczęśliwie stało się inaczej. 



Z dzisiejszego punktu widzenia Lacrima gra wręcz archiwalno-muzealną muzykę, ale wątpię by krakowianie chcieli grać inną. Trudno nie odnieść wrażenia, że w istocie to kolektyw fanów klimatycznego grania grających dla fanów takich dźwięków. Co w tym złego? Nic. Są konkretni nadawcy i konkretni odbiorcy. Inna sprawa, że tak już się nie gra, zatem paradoksalnie w jakiejś mierze "A Story from Limbo" mocno zyskuje. Idąc za tytułem jednego z utworów Lacrimy, można by powiedzieć, że to wydawnictwo pozostaje kielichem wspomnień. Wystarczy się z niego napić, a przeszłość wróci sama. Odsłuch całej kompilacji znajdziecie tutaj. A co więcej, obecnie dzięki decyzji muzyków możecie ją pobrać bez finansowych zobowiązań. Z kolei co bardziej dociekliwi mogą również rozejrzeć się za fizycznymi egzemplarzami.

wtorek, 3 marca 2015

Iskra jeszcze się tli

Ostatnimi czasy reaktywacje rodzimych legend lat 90. niestety wzbudzają znacznie więcej zawodu i rozczarowań niż przyjemności z powrotu do starych, dobrych czasów. Muzycy Sirrah narobili wokół siebie dużego medialnego zamieszania, budząc olbrzymi sentyment i nadzieje. Od tamtej chwili mijają teraz dwa lata. Skończyło się na cyfrowym singlu i zamilknięciu na dobre. Nieco więcej muzycznych wrażeń dostarczyli nam płocczanie z Hazaela, ale ostatecznie po koncertach, reedycji płyty "Thor" i jednym nowym nagraniu ogłosili zakończenie działalności, by następnie skorygować je do zawieszenia. Zatem ostatnia nadzieja w częstochowskim Mordorze. Dzięki premierze nowego nagrania jest jeszcze szansa.


Od czasu wznowienia działalności mijają teraz trzy lata, przez które muzycy zbytnio nas nie rozpieszczali. Owszem, tu i ówdzie nadarzała się sporadyczna sposobność zobaczenia zespołu na żywo, ale w zasadzie to wszystko. Teraz jednak nadzieje odżywają na nowo, gdyż częstochowianie udostępnili pierwsze nagranie z bliżej niekreślonego wydawnictwa "Promo 2015". Kompozycja "Darkness Falls" to niewątpliwe odejście od progresywnego grania, pamiętanego z czasów "The Earth", i powrót do korzeni, w nieco uwspółcześnionej formule. Słowem, ciężko, mrocznie i posępnie. Oby przełożyło się to na regularną płytę wypełnioną premierowymi nagraniami. Wszyscy wspominający kultowe "Prayer to..." powinni być zadowoleni. Czas pokaże, pokaże, czy wyniknie z tego coś więcej. Oby.

wtorek, 24 lutego 2015

Nieco zapomniana przeszłość

Fakt zbliżania się wielkimi krokami daty premiery nowej studyjnej płyty Neolith przypomniał mi o zerwanej i mocno już zakurzonej taśmie "Trips Through Time and Loneliness", wydanej jedynie na kasecie kompilacji demówek muzyków z Leska. Mimo że posiadam również zdigitalizowaną po latach wersję tego wydawnictwa, to w żaden sposób nie potrafiłbym pozbyć się tego bezużytecznego już kawałka plastiku. Ostatecznie w jakiejś mierze to fragment historii rodzimej sceny, i to tym bardziej, że obecnie, a w praktyce od już wielu lat, Neolith gra zupełnie inaczej. Mierząc czas samymi wydawnictwami, można powiedzieć, że od 2004 r. muzycy bezlitośnie hałasują na deathmetalową nutę. Na mającej ukazać się 2 marca "Izi.Im.Kurnu-Ki" nie będzie inaczej, a nawet jeszcze szybciej i ciężej. Jednak śpieszenie się ku uciesze diabła nie zawsze było domeną Neolith.

Neolith w 1993 r.  /  Fot.facebook.com/neolith
Początki zespołu to 1991 r., a zatem czas, gdy w rodzimym podziemiu niepodzielnie królowały death i thrash metal. Jednak lada moment fala klimatycznego grania miała dotrzeć także do Polski. I dotarła, co w jakiejś mierze dało się usłyszeć również na surowym "Death Comes Slow", debiutanckim demo Neolith. Stało się tak w znacznej mierze dzięki licznym zwolnieniom, melodyjnym partiom gitar oraz skromnym śladom klawiszy i wokalom niejakiej Moniki. Te nastrojowe fragmenty były jednak zaledwie uzupełnieniem wspomnianego deathowo-thrashowego punktu wyjścia. Niemniej taśma spodobała się na tyle, że o zespole zrobiło się głośniej, a rzeczone proporcje niebawem miały ulec zmianie. Nadchodził rok 1995, tak kluczowy także dla rodzimego klimatycznego grania.


Dokładnie połowa ostatniej dekady XX w. to czas ukazania się kultowych dziś wśród sympatyków polskiego doom metalu materiałów demo Sirrah, Atrophia Red Sun, Unnnamed, Melancholy Cry i Nightly Gale. Wówczas wydano również debiutanckie płyty Cemetery of Scream oraz Corruption. Na tej samej fali zwolennikom melancholijnego grania dało się także poznać rzeczone Neolith. Demo "Journeys Inside the Maze of Time" było wyraźnym zwrotem ku atmosferze, która wówczas świeciła największe triumfy. Jeszcze więcej gitarowych melodii i klawiszy oraz wolnych i średnich temp, uzupełnionych szeptanymi wokalami. Słowem, kwintesencja dziś coraz rzadziej praktykowanego gatunku.


Jak się okazało, ta kaseta nie była jedynie incydentem. W 1996 r. muzycy nagrali jeszcze bardziej nastrojowy pięcioutworowy materiał promocyjny, który na tyle spodobał się Ceremony Records, że został wydany na kasecie wraz z niejako wznowieniem "Journeys Inside the Maze of Time". Co ciekawe, partie klawiszy na "Promo '96" nagrywał U.Reck, muzyk doskonale znany z Lux Occulty. Zespół był wówczas na fali wznoszącej. Kaseta wypuszczona przez Ceremony zbierała bardzo dobre recenzje i dobrze się sprzedawała. Jednak czas klimatycznego grania powoli dobiegał końca i siłą rzeczy także zwieńczenie najbardziej nastrojowego rozdziału w historii Neolith.


Paradoksalnie coś kończyło się wraz z debiutanckim "Igne Natura Renovabitur Integra". Wydanej w 1998 r., wreszcie na kompakcie, pierwszej regularnej płycie Neolith bliżej było do black metalu w stylu Lux Occulty niż mocno doomowej przeszłości zespołu. Owszem, wciąż melodyjnie, bardzo klawiszowo, z dużą dawką nastroju, ale jednak agresywniejsze partie wokalne i bardziej surowe brzmienie zwiastowały zmianę. Dobre recenzje w kraju i za granicą nie mogły dziwić. Nawet dziś przyjemnie słucha się tego wydawnictwa, wspominając schyłek lat 90. Niemniej to był koniec. Bardzo liczne zmiany w składzie nie mogły nie odcisnąć piętna na stylistyce grupy. Począwszy na wydanym w 2004 r. "Immortal", a na nadchodzącej premierze "Izi.Im.Kurnu-Ki" skończywszy, mamy do czynienia z muzyką śmierci,  miejscami mniej bądź bardziej kojarząca się z black metalem. Trudno się dziwić. W Polsce muzyczna ekstrema zawsze cieszyła się dużą dozą sympatii, natomiast szeroko rozumiane klimatyczne granie co najwyżej stanowiło margines, a teraz nawet zeszło nie tyle do Hadesu, co wręcz Tartaru. Odsuwając jednak te rozważania gdzieś na bok, trzeba przyznać, że Neolith miało swój niezaprzeczalny udział w współtworzeniu muzycznej rodzimej historii lat 90. Czy szkoda, że już tak nie gra? Bynajmniej. To definitywnie zamknięty rozdział, ale przyjemnie byłoby posiadać kompaktowe wznowienie chociażby "Trips Through Time and Loneliness". Mało realne, choć nie niemożliwe.

wtorek, 11 listopada 2014

Z dalekiego Uralu do Kijowa

W grudniu 2007 r. po raz pierwszy zaprezentowałem Wam skromnie wydaną płytę "Lumikuuro" niejakiego rosyjskiego Kauan, mówiąc, że w tych surowych dźwiękach, o jednoznacznie doom-blackmetalowm rodowodzie, drzemią olbrzymie możliwości. Rok później ukazał się odnotowany już przez zachodnią prasę album "Tietajan laulu". Wówczas coraz więcej osób dostrzegało kompozytorskie umiejętności Antona Belova, które dość gładko przełożyły się na trzy kolejne znakomite płyty, w tym jedną nota bene wydaną przez włoską Avangarde Music. Zespół nigdy nie osiągnął sukcesu komercyjnego, ale jego artystyczny wymiar udanie przełożył się na dużą popularność. Bo jak tu nie zwrócić uwagi na śpiewającego po fińsku rosyjskiego multiinstrumentalistę, który tworzy zarówno piękną jak i ciężką muzykę z pogranicza doom metalu i post rocka? Trudno przejść obok niego obojętnie. Teraz zresztą będzie to jeszcze trudniejsze, zwłaszcza dla starszych fanów zespołu.

Anton Belov w środku  /  facebook.com/kauanmusic
Po przeprowadzce z dalekiego Czelabińska do Kijowa Belov wyraźnie odżył. Jeszcze bardziej rozwinął się jako muzyk, a każda kolejna płyta Kauan wydaje się być lepsza od poprzedniej. Teraz rzecz ma się podobnie, choć zarazem jest i nieco inaczej. Wydana na dniach kompilacja "Muistumia" zawiera siedem na nowo nagranych kompozycji z czasów pierwszej i drugie płyty, z czego jedna z nich w żadnej wersji nie była wcześniej publikowana. Można być sceptykiem wobec takich wydawnictw, sam się do niech zaliczam, ale w tym przypadku warto zapomnieć o uprzedzeniach. 



Co ciekawe, początkowo ta płyta miała trafić w ręce niespełna sześćdziesięciu osób, które prywatnie wspomogły ponowne zarejestrowanie starszych utworów na zasadzie crowdfundingu. Ostatecznie jednak fizyczny nakład "Muistumia" wyniósł tysiąc kopii. Ta kompilacja ma dwa ciekawe oblicza. Po pierwsze, ponowne wejście do studia i profesjonalna produkcja umożliwiły wydobycie całego potencjału drzemiącego w starszych nagraniach. Po drugie zaś, teraz możemy przypomnieć sobie Kauan brzmiący ciężej i mroczniej. Obecnie Anton Belov już nie tak często jak kiedyś korzysta z growlu, skupiając się raczej na czystych wokalach w języku Kraju Tysiąca Jezior. Oczywiście wychodzi mu to znakomicie, niemniej bardzo przyjemnie słucha się dźwiękowego kontrastu, powstałego przez przypominanie sobie minionych czasów tej teraz już rosyjsko-ukraińskiej grupy.



Kauan nigdy nie nagrywał słabych lub przeciętnych płyt. Pierwsza, w najgorszym razie bardzo dobrze się zapowiadała, a od drugiej aż do piątej, czyli wydanego roku temu "Pirut", za każdym razem było już tylko lepiej. Ten zespół ma szalenie charakterystyczny styl. Wymieszanie doom metalu z post rockiem, a także poszerzenie tej syntezy o bogate i bardzo przyjemne dla ucha partie skrzypiec oraz klawiszy, przysporzyło mu sympatyków wszędzie tam, gdzie jest w stanie dotrzeć internet. W kontekście muzyki Antona Belova zawsze powtarzałem, że czasem warto obejrzeć się na Wschód i uważnie nadstawić ucha. W brew pozorom efekty dość często okazują się zaskakujące. Także i tym razem.

wtorek, 21 października 2014

Podziemna bezpretensjonalność

Premiera debiutanckiej epki niemieckiego Crone, o której więcej znajdziecie poniżej, przypomniała mi o co najmniej dwóch innych zespołach o tej samej nazwie, choć z pewnością wyliczać można by zdecydowanie dłużej. Co prawda żadnej z tych grup z nich nie udało się dotrzeć do szerszego grona odbiorców, ale przynajmniej jedna, z tych wciąż istniejących, zasłużyła na to, by zwrócić na nią uwagę. I to bynajmniej nie z powodu wirtuozerii, kompozytorskiego geniuszu, czy prezencji. W tym przypadku liczy się coś więcej, co w gruncie rzeczy jest najważniejsze.

Crone podczas koncertu w 2013 r.  /  Fot. YouTube
Australijski Crone to przykład jakże rzadko spotykanej dziś autentyczności w muzyce. Bezpretensjonalne podejście do doom metalu, wykonywanie go w piwniczny wręcz sposób oraz działalność w podziemiu skupiona wokół najbardziej zagorzałych i de facto również mocno ortodoksyjnych fanów to tylko nieliczne cechy aktywności tej muzycznej efemerydy z antypodów. Trudno dokładnie powiedzieć, kiedy powstał ten zespół, i to tym bardziej, że w praktyce jest on raczej pobocznym projektem niż regularną grupą. Crone  tworzą muzycy znani m.in. z The Slow Death i Innsmouth, spośród których uwagę przykuwa przede wszystkim Mandy Andresen. Ta filigranowa wokalista i basistka o twarzy dziecka, potrafiąca zagrać także na innych instrumentach, dała się poznać przede wszystkim za sprawą działalności w Murkrat, co uczyniło z niej jedną z najbardziej rozpoznawalnych przedstawicielek płci pięknej w całym australijskim podziemiu. Los chciał, że kiedyś upodobała sobie doom metal i do dziś pozostaje mu wierna.



Jak dotąd ukazało się zaledwie jedno wydawnictwo Crone. W 2013 r. Abysmal Sounds, skromna inicjatywa nie od wczoraj wspierająca australijskie podziemie, wydała w stu egzemplarzach kasetę zatytułowaną po prostu "Crone". Trafiły na nią cztery nagrania, choć w sumie to niespełna aż 50 minut muzyki. Jakiej? Zazwyczaj, choć nie zawsze, powolnej, melodyjnej, pełnej zawodzących wokali wiedźmy w wykonaniu rzeczonej Mandy oraz elementów czegoś pierwotnego. Ta pierwotność to przede wszystkim brzmienie. Tu nie ma miejsca na przesadną poprawność, kalkulację, czy sterylność produkcji. Są za to prawda i szczerość. Zespół brzmi tak jak w sali prób, dlatego dzięki temu paradoksalnie łatwiej zwrócić na niego uwagę i zapomnieć na chwilę o wymuskanych płytach, które najwięksi wydawcy za wszelką cenę chcą nam wcisnąć na każdym kroku. A muzyka sama w sobie? Owszem, bez wirtuozerii, wybitnego polotu i oryginalności, ale to nie ma tu znaczenia. W przypadku Crone chodzi o coś innego.


Biorąc pod uwagę charakter Crone oraz zaangażowanie muzyków w inne, bardziej regularne przedsięwzięcia, trudno powiedzieć, czy zespół nagra coś jeszcze. Obecnie priorytetem dwójki jego członków z pewnością jest promocja nowego wydawnictwa The Slow Death, którym pozostaje split z meksykańskim Majestic Downfall. Ale jeśli nawet wszystko miałoby zakończyć się na "Crone", to i tak po sięgnięciu po ten materiał za rok, dwa, czy nawet kilka lat, wciąż będziemy słyszeli piwnicę, podzmienie i opozycję wobec mainstreamu. I dobrze. Warto zachować równowagę i pokopać w ziemi nieco głębiej. Takich zespołów jest więcej niż mogłoby się wydawać.