środa, 26 grudnia 2012

Jeszcze w tym roku

Nawet gdy wydaje się, że do końca roku pozostało już niewiele czasu i jesteśmy wręcz przekonani, że równie niewiele, jak nie mniej, będzie jeszcze w stanie się wydarzyć, to jednak czasem los udowadnia nam, że wówczas bardzo się mylimy. Dotyczy to wielu aspektów życia, w tym również muzyki, w przypadku której, przyznam szczerze, nie liczyłem już na zbyt wiele przed 31 grudnia. A jednak wszystko dość gwałtownie się zmieniło, gdy posłuchałem dopiero co wydanego nowego wydawnictwa Alcest. 

Fot. Maria Louceiro
Jak wskazuje sam tytuł "BBC Live Session", na krążku znalazły się kompozycje nagrane na żywo specjalnie dla brytyjskiego publicznego nadawcy. To zaledwie trzy nagrania znane już z regularnych wydawnictw, ale mimo wszystko niosące ze sobą tyle nastroju, namiastki magii i estetyki z pogranicza dźwiękowego piękna, że nadal nie sposób przejść obok nich obojętnie. To zadziwiające, dokąd potrafi zaprowadzić muzyka pasja tworzenia. I to tym bardziej, jeśli jego przygoda z komponowaniem zaczynała się od black metalu. Obecnie o czarnej przeszłości Alcest od czasu do czasu przypomina jedynie charakterystyczna surowość brzmienia gitar. Reszta zaś to shoegaze, choć oczywiście zagrany a nieco inna nutę, niż zwykli to czynić klasycy gatunku. I dobrze. Dzięki tej fuzji kilka lat temu na naszych oczach i uszach powstało coś bardzo ciekawego.


Jeśli dobrze znacie i cenicie sobie twórczość Neige'a, "BBC Live Session" z pewnością na długo zagości w Waszych odtwarzaczach. A właściwie adapterach, gdyż jedynym fizycznym nośnikiem tego wydawnictwa jest winyl. Jeśli zaś, czytając te słowa, z muzyką rzeczonego Francuza spotykacie się po raz pierwszy, istnieje naprawdę duże prawdopodobieństwo, że nie po raz ostatni. Posłuchajcie sami. Warto. Poniżej jedno z trzech nagrań, które trafiło na najnowsze wydawnictwo Alcest. Obiecuję, że jak tylko ten winyl znajdzie się w moich rękach, zabiorę go na nasze spotkanie.

sobota, 22 grudnia 2012

Do usłyszenia w styczniu

Kalendarz jest nieubłagany i nasze minione spotkanie było ostatnim w tym roku. W najbliższy poniedziałek przypada 24 grudnia, a kolejny pierwszy dzień tygodnia kończy tegoroczny kalendarz. W związku z tym w czasie Melodii usłyszycie odpowiednio świąteczną i noworoczną ramówkę. Dlatego teraz pozostaje mi jedynie życzyć Wam, byście pod choinką znaleźli niejedną dobrą płytę. Nie powinno to być szczególnie trudne, gdyż tych w tym roku przecież nie brakowało. Spotkamy się w nocy z 7 na 8 stycznia. A już teraz mogę zapowiedzieć, że wówczas będę miał dla Was pewną niespodziankę. Mam nadzieję, że miłą. Do usłyszenia.

Fot. Wojtek Dobrogojski

wtorek, 18 grudnia 2012

Pytanie bez odpowiedzi

Będąc nastolatkiem, bez raczkującego jeszcze wówczas dostępu do internetu, miałem zwyczaj regularnego czytania prasy muzycznej i słuchania radia. W tym drugim przypadku dość szybko sam odbiór  fal radiowych już nie wystarczał. Dlatego zacząłem dzwonić do różnych audycji, przede wszystkim tych w pamiętnej Rozgłośni Harcerskiej i późniejszej Radiostacji, by porozmawiać na antenie bezpośrednio z twórcami danych nagrań. W zdecydowanej większości były to zespoły jeszcze bez regularnej płyty, których dyskografię zazwyczaj tworzyło jedynie debiutanckie demo. Niekiedy zdarzało się, że po takiej rozmowie muzycy bądź prowadzący dany program wręczali mi jeden z egzemplarzy tego materiału, którym przeważnie była płyta cd-r z kserowaną okładką. W ten sposób udało mi się dotrzeć do muzyki mało znanych i przeważnie zapomnianych już grup, których członkowie ostatecznie niestety nie doczekali profesjonalnego debiutu. A szkoda, gdyż kilka z tych zespołów mogło stworzyć coś ciekawego, jak chociażby krakowskie Eulogy.

Fot. Arch. zespołu
Zespół powstał w 1998 r. i przez kilka kolejnych lat dał się poznać jako ciekawa hybryda różnych stylów, której ostateczne ramy określiły grunge i fascynacja dokonaniami grupy Tool, niezmiernie popularnej w naszym kraju, zwłaszcza na przypadający wówczas przełom wieków. Słychać to przede wszystkim w brzmieniu, choć na szczęście nie zostało ono oparte wyłącznie na sześciostrunowych instrumentach. Nie bez znaczenia były również instrumenty smyczkowe. Skrzypce dość ciekawie uzupełniły zarówno surowe brzmienie wspominanych gitar, jak i bardzo charakterystyczny głos wokalisty. To wszystko przełożyło się na stworzenie dość melancholijnego i refleksyjnego nastroju pełnego czegoś, co miało skłonić słuchacza do przemyśleń na wiele tematów. Przede wszystkim tych egzystencjalnych.



Słuch o zespole zaginął ok. 2003 r. Potem nie docierały już do mnie żadne informacje na jego temat. O grupie co jakiś czas przypominają mi jedynie stojące na półce dwie niepozorne płyty cd-r. Choć tak naprawdę wszystkie nagrania z tych krążków to sumie jeden materiał demo. To był jeden z tych zespołów, który w razie otrzymania szansy być może nie osiągnąłby jakiegoś spektakularnego sukcesu, ale gdyby jego muzycy doczekali się regularnej i przede wszystkim profesjonalnie nagranej płyty, to w nasze ręce mogłoby trafić coś ciekawego. Oni potrafili zagrać, i nie tylko dlatego, że każdy z członków Eulogy był dyplomowanym muzykiem. W tych dźwiękach po prostu słyszało się pomysł.



Dziś trudno dotrzeć do nagrań Eulogy i dowiedzieć się o zespole czegoś więcej poza coraz bardziej blednącą notką biograficzną. Na szczęście kilka z nich zostało zamieszczonych w sieci i wciąż można ich posłuchać. A kto wie, być może co bardziej uparci z Was poznają pozostałe kompozycje, których to niestety nie było przesadnie wiele. Zaintrygowanych zachęcam do odwiedzenia działu MP3, których warto posłuchać.

sobota, 15 grudnia 2012

Medebor w Melodiach Mgieł Nocnych

W najbliższy poniedziałek o północy będę miał przyjemność porozmawiać w Waszej obecności z Andrzejem Bucikiewiczem, wokalistą trójmiejskiego Medebor, o którym wielu niestety zdążyło już zapomnieć. Zespół po latach wydawniczego milczenia dość niespodziewanie raz jeszcze dał znak życia, nagrywając płytę "A Taste of Insanity", która to pod koniec listopada ukazała się nakładem niemieckiej Legacy Records.
Fot. Arch. zespołu
Z pewnością nie zabraknie również tematów dotyczących szeroko rozumianego rodzimego klimatycznego grania, jego obecnej kondycji i bardzo bogatej przeszłosci, w którą niewątpliwie wpisują się również dokonania Medebor. Włączcie radio o stałej porze, jeśli chcielibyście przypomnieć sobie o tej grupie, bądź po prostu ją poznać, i posłuchać obszernych fragmentów jej nowej płyty. Do usłyszenia.

Okładka płyty "A Taste of Insanity"

środa, 12 grudnia 2012

Maksimum treści przy minimum środków

Nowych, sztucznie wymyślnych i nadmiernie dmuchanych, wydawnictw ukazuje się aż tyle, że czasem człowiek ma ochotę odciąć się od wszystkiego, zapomnieć o całej tej "wyszukanej" muzyce i zwyczajnie od niej uciec. Nie jest to łatwe, ale możliwe. Jako że siłą rzeczy w moich odtwarzaczu gości wiele albumów, sam co jakiś czas borykam się z tym problemem. Wówczas najlepiej jest sięgnąć po klasykę, to z czego wywodzi się nasza ulubiona muzyka lub poszukać dźwięków najprostszych, minimalistycznych, gdzie kluczowa jest treść, a środki wyrazu wydają się ograniczone do minimum. Ostatnimi czasy coraz częściej bliżej mi do tego drugiego rozwiązania. Wówczas sięgam m.in. po dokonania szwedzkiego Lustre.

Lustre  /  Fot. Arch. zespołu 
To jednoosobowy projekt powołany do życia w 2008 r. przez chyba jeszcze wówczas nastolatka. O tym muzyku nie wiemy przesadnie dużo. Pochodzi z Östersund i komponuje pod pseudonimem Nachtzeit. Pisana przez niego muzyka to black metal, momentami wręcz ascetyczny, ale w tym minimalizmie potrafił znaleźć miejsce na wyraźnie zarysowaną linię melodyczną, której największą zaletą jest prostota. Te dźwięki po prostu zostają w głowie. Wściekłość gitar, tak często eksponowana w czarnej sztuce, nie jest tutaj na pierwszmy miejscu. Te zamują klawisze. One prowadzą wszystko. Za nimi podążą pozostałe instrumenty, a wspomniane sześć strun, odpowiednio stłumionych, to zaledwie tło. Oczywiście nie zawsze tak było. Im wcześniejsze wydawnictwa Luster, tym więcej na nich gitar i surowości, ale i tak w obu przypadkach wspomniany minimalizm bardzo udanie przełożył się na ekspresję zawartą w tej muzyce, skrzekliwych wokalach, co z kolei owocuje poczuciem słuchania czegoś autentycznego, czegoś, w co twórca po prostu włożył serce.

Do tej pory na dyskografię Lustre składają się trzy regularne płyty, trzy epki, jedno demo oraz split. Na każdym z tych wydawnictw znajdziecie coś na swój sposób pierwotnego. Ale nie oczekujcie przebojowości i krótkich utworów. Jedno nagranie to niekiedy dobre dwadzieścia minut średnich temp ściany surowych gitar i prowadzących je klawiszy. Wydawnictw Luster rzadko słucha się od początku do końca, ale wystarczy jeden utwór, by nieco inaczej spojrzeć na jakże przesadzoną, przekombinowaną i rozdmuchaną do granic możliwości muzykę, jaka otacza nas na co dzień. Dla ortodoksyjnych fanów gatunku i dla tych, którzy chcieliby poznać coś, co jest dalekie od dużych wytwórni, pism muzycznych, czy nawet serwisów internetowych. W tej muzyce zawarto szczere emocję, dlatego warto przynajmniej ją poznać.

sobota, 8 grudnia 2012

Praca u podstaw

Zanim o jakimś zespole, szumnie mówiąc, usłyszy cała Polska, zazwyczaj jego muzycy stawiają pierwsze kroki w małych klubach, domach kultury i wszelkich miejscach, w których przyjdzie im pomysł na zorganizowanie koncertu. Dlatego tak ważne jest wspieranie nie tylko uznanych już wykonawców, ale przede wszystkim tych, którzy są zdecydowanie bliżej nas, a których to, np. mieszkając w dużych miastach, nie zawsze dostrzegamy. Wszystko zaczyna się w garażu, piwnicy i zwykłej sali prób. Dopiero potem przychodzi czas na coś więcej. Choć i to nie zawsze to się udaje. Przykłady można by mnożyć, a jednym z nich z pewnością pozostaje dorobek stołecznej sceny, którego kolejna część zostanie zaprezentowana podczas zbliżajacej się czwartej już edycji festiwalu Warszawa Brzmi Ciężko.


16 grudnia w warszawskiej Proximie zagrają Hate, Lostbone, Hellectrisity, Thesis, Magnificent Muttley, The Stray, Checkpint oraz zespól wyłoniony w drodze konkursu. Tradycyjnie oprócz występów zaproszonych gości organizatorzy przewidzieli giełdę płytową oraz multimedialną prezentację fotografii koncertowej. Muzycy pierwszego zespołu wyjdą na scenę o godzinie 16. Ceny biletów wynoszą 25 zł w przedsprzedaży i 35 zł w dniu koncertu. Wszystko wskazuje na to, że podczas naszego spotkania, które przypadnie 10 grudnia, będę mógł wręczyć Wam kilka zaproszeń na to wydarzenie. Zatem zainteresowani niech uważnie nadstawiają uszu. Wspierajcie lokalnych wykonawców. Od tego wszystko się zaczyna.


środa, 5 grudnia 2012

Zdjęcia z koncertu Moonspell

Mimo że od warszawskiego występu Portugalczyków minęły już dwa tygodnie, to z pewnością wielu z Was wciąż wspomina to, co wydarzyło się w klubie Progresja, gdy na scenie stanęli również muzycy Pain, Swallow The Sun, Lake of  Tears i Scar of The Sun. Mnie niestety nie było dane tego zobaczyć, ale na niewielkie pocieszenie, zarówno dla mnie jak i wszystkich nieobecnych, pozostają zdjęcia z rzeczonego wieczoru.

fot. Wojtek Dobrogojski
Autorem fotografii jest Wojtek Dobrogojski, którego głos, co ciekawe, zawsze możecie usłyszeć bezpośrednio przed Melodiami Mgieł Nocnych. Wówczas przy dźwiękach znajomych partii gitar informuje Was, jakiego radia słuchacie. Wszystkie zdjęcia znajdziecie tutaj.

niedziela, 2 grudnia 2012

Spłacony kret zaufania

Cierpliwość pozostaje domeną mało którego człowieka. Zwłaszcza, gdy czeka na coś, co jest mu szczególnie bliskie. Ale mimo wszystko, popłaca. Przekonuję się o tym za każdym razem, gdy w moje ręce trafia płyta, której to premiery od dawna wypatrywałem w kalendarzu. Kilka tegorocznych wydawnictw potwierdziło tę tezę, w tym również nowy krążek Antimatter.

Fot. Materiały promocyjne
Gdy w miniony poniedziałek prezentowałem Wam fragmenty rozmowy przeprowadzonej z Mickiem Mossem cztery lata temu po koncercie w poznańskim Eskulapie, jeszcze bardziej doceniłem konsekwencję i upór Brytyjczyka. Już wówczas opowiadał, że chce skupić się na problematyczne społecznej, widząc to, co dzieje się w jego rodzinnym Liverpoolu i innych angielskich miastach. Postanowił więc porzucić pisanie o depresji, gdyż tą pozostawił już za sobą, i tak narodził się pomysł na "Fear of A Unique Identity", które, co ciekawe, pierwotnie miało nosić tytuł "Wide Awake In The Concrete Asylum".

Okładka płyty "Fear of A Unique Identity
Po raz kolejny Mickowi Mossowi, i zarazem po raz drugi już bez Duncana Pattersona, udało się nagrać płytę, jakiej wcześniej pod szyldem Antimatter nie było. Tak jak wszystkie poprzednie cztery studyjne albumy, ten również zdecydowanie wyróżnia się na tle poprzednich wydawnictw, udanie spłacając niemały kredyt zaufania wobec licznych sympatyków i ich oczekiwań. Muzyka wciąż jest melancholijna, pełna refleksji i smutku, ale jeszcze bardziej dopracowana i po prostu ciekawa. Taka, jakiej chce się słuchać. To wszystko za sprawą udanego połączenia tego, z czego dobrze znamy Antimatter, czyli gitar akustycznych, ich elektrycznych odpowiedników, tak bardzo charakteryzujących poprzedni album, oraz skutecznie uzupełniającej całość elektroniki. Te utwory to zwyczajnie dobrze napisane piosenki. Przy czym pod ich pojęciem należy rozumieć zamkniętą i jak najbardziej kompletną strukturę utworów. Tu wszystko się zgadza.



Względy marketingowe sprawiły, że "Fear of A Unique Identity" to nie tylko dziewięć premierowych nagrań składających się na podstawową wersję płyty. To również w sumie sześć kolejnych kompozycji, z których dwie trafiły na wydanie albumu w digipacku, a cztere kolejne wydawca dołożył do digibooka, który uzupełnia dvd ze znajdującym się poniżej teledyskiem do utworu "Uniformed&Black". Trzeba jednak zaznaczyć, że te dodatki to wersje demo nagrań z podstawowej wersji płyty oraz ich alternawtyne miksy i remiksy, które jednoznacznie kojarzą sięz krążkami 'Lights Out" i "Planetary Confinement". Czy warto zatem głębiej sięgnąć do kieszeni? Owszem, ale tylko wtedy, gdy koniecznie będziecie chcieli je posiadać. Można bez nich żyć. Inna sprawa, że rozszerzone edycje to znacznie większy wydatek. Dlatego niebawem podczas naszego spotkania zaprezentuję Wam wszystkie te kompozycje, byście samodzielnie i w pełni świadomie mogli podjąć decyzję, dobrze wiedząc, na co się decydujecie.



Piąty studyjny album Antimatter to jedna z najbardziej wyczekiwanych premier tej jesieni. Dodajmy, premier niezwykle udanych. "Fear of A Unique Identity" to płyta, która udowadnia, że są jeszcze muzycy, którym warto zwyczajnie ufać. Zupełnie tak, jak  drugiemu człowiekowi. Im wcześniej zdecydowaliście się na to przed premierą, tym większa będzie teraz Wasza radość ze słuchania tej muzyki.

środa, 28 listopada 2012

Z tęksnoty za przeszłością

Nadchodzący grudzień już teraz przypomniał mi o kilku ciekawych i niespecjalnie powszechnie znanych wydawnictwach. Jednym z nich jest kompilacja będąca hołdem złożonym niedawno ponownie goszczącej w Polsce szwedzkiej Katatonii. A cóż do tego albumu ma wspomniany miesiąc? Otóż na tworzących go dwóch płytach znalazło się łącznie dwadzieścia sześć nagrań okraszonych tytułem "December Songs".

Katatonia ok. 1991 r.  /  Fot. Arch. zespołu
Ten album ukazał się w grudniu 2006 r. nakładem niemieckiej Northern Silence Productions. Jej włodarzom udało się zebrać wspomniane dwadzieścia sześć opracowań utworów Katatonii w wykonaniu siedemnastu różnych grup. To zespoły znane, ale tylko tym, którzy nieco szerszym łukiem omijają scenę oficjalną, zdominowaną przez najbardziej rozpoznawalnych wykonawców, i chętnie sięgają po przedstawicieli black i doom metalu, którym zdecydowanie bliżej do podziemia. Taki dobór zespołów nie mógł być przypadkowy z dwóch powodów. Po pierwsze, Northern Sielnce Productions zazwyczaj wydaje dźwięki powiązane z czarną sztuką, zaś po drugie samo "December Songs" zostało poświęcone wyłącznie wczesnej twórczości Katatonii, którą uznaniowo zwykł zamykać wydany w 1998 r. album "Discouraged Ones".

Stare logo Katatonii
Wbrew temu, co obecnie grają Szwedzi, ich wczesne dokonania miały i wciąż mają olbrzymi wpływ na wielu muzyków związanych ze szeroko rozumianą sceną klimatyczną, ze szczególnym uwzględnieniem black i doom metalu, czyli gatunków, które charakteryzowały nagrania Katatonii na jej pierwszych wydawnictwach. Wśród tych, którzy oddali hołd wspomnianym muzykom, znalazły się zespoły m.in z Niemiec, USA, Finlandii, Włoch, Hiszpanii i naturalnie Szwecji. W zdecydowanej większości przygotowanych kompozycji, głównie dzięki odpowiedniemu doboru grup przez wydawcę, słychać wielki sentyment do przeszłości Katatonii. Słychać ducha sceny niezależnej. I wreszcie, słychać, że to wszystko nagrywali autentyczni sympatycy Katatonii, którzy przynajmniej przez pewien czas pozostawali pod jej niemałym wpływem.

Okładka płyty "December Songs"
Sięgnijcie po "December Songs", jeśli tęsknicie za dobrą, starą Katatonią i bliskie są Wam takie wydawnictwa, jak "Dance of  December Souls", "For Funerls To Come", "Brave Murder Day", czy "Sounds of Decay", nie mówiąc już o pamiętnym materiale demo "Jhva Elohim Meth". Co jakiś czas sam wracam do tej kompilacji, gdyż nigdy nie udało mi się przekonać do współczesnej rockowej stylistyki Szwedów. Choć oczywiście próbowałem. Wbrew pozorom to wydawnictwo nie tylko dla ortodoksów. I co więcej, o wiele bardziej udane niż podobne mu albumy będące wyrazem hołdu dla Paradise Lost czy Type O Negative. To dwa kompakty z charakterem, a to nie zdarza się przesadnie często.

Pełna lista wykonawców

CD 1

1. Foscor - Midwinter Gates
2. Foscor - Gateways Of Bereavement
3. Beatrik - The Northern Silence   
4. Forest Stream - Without God
5. Aeveron - Shades Of Emerald Fields
6. Xasthur - Palace Of Frost
7. Wyrd - In Silence Enshrined
8. Geist - Love Of The Swan
9. Dark Fortress - Endtime

CD 2

1. Loss - Brave
2. Forest Of Shadows - Rainroom
3. Helevorn - 12
4. Forgotten Tomb - Nowhere
5. Hel feat. Winterheart - Cold Ways
6. Farsot - I Break
7. Fragile Hollow - Saw You Drown
8. Geist - Love Of The Swan
9. October Falls - For Funerals To Come...

niedziela, 25 listopada 2012

Zapomniana płyta z Breslau

Jako nastolatek regularnie kupowałem prasę muzyczną, zarówno tą oficjalną jak i podziemną, gdyż wówczas były to jedyne powszechnie dostępne źródła informacji dotyczące muzyki ekstremalnej. Internet w Polsce raczkował, więc znacznie więcej osób czytało, chodziło na koncerty i wymieniało się fizycznymi egzemplarzami płyt. W tamtych latach pośród  muzycznych periodyków nie sposób było nie znać i nie czytać magazynu Morbid Noizz. Jednym z jego ostatnich numerów było niezwykle okazałe jubileuszowe wydanie z okazji dziesięciu lat tego poznańskiego pisma. Pod twardą czarno-białą okładką formatu 4 znalazły się aż cztery płyty. Były to trzy kompilacje z nagraniami grup dystrybuowanych lub wydawanych przez Morbid Noizz Productions. Zaś czwarty krążek był regularnym albumem nieistniejącej już i w znacznej mierze zapomnianej wrocławskiej grupy Raincarnation.

Jubileuszowe wydanie "Morbid Noizz"  /  Fot. Fan.pl
Płyta "At The Bottomless Lake" była pierwszym i zarazem ostatnim wydawnictwo zespołu, które i tak ukazało się dopiero trzy długie lata po jego nagraniu. Album zarejestrowano na przełomie 1996 i 1997 r., a wśród muzyków uczestniczących w sesji nagraniowej byli m.in. członkowie równie zapomnianego Elysium, reaktywowanego jakiś czas temu Thy Worshiper, czy chociażby wciąż aktywnego Lost Soul. Gdy sięga się po to wydawnictwo, słyszy się wszystko to, co stanowiło o klimatycznym graniu, tak charakterystycznym dla połowy lat 90. Są skrzypce, growle przeplatane czystymi męskimi i żeńskimi wokalami, melodyjne partie gitar i klawisze. Nawet szata graficzna wyraźnie daje do zrozumienia, co znalazło się na płycie. Fotografie "płonących" horyzontów i przyrody nie pozostawiają wątpliwości. A gdy do tego wszystkiego doda się inspirację prozą Tolkiena, trudno nie uśmiechnąć się pod nosem na myśl o wspomnianych czasach, gdy taka muzyka święciła największe triumfy, zarówno w podziemiu jak i na scenie oficjalnej. Zatem, czy warto sięgnąć po jedną płytę pozostałą po Raincarnation? Jak najbardziej, ale pod określonymi warunkami.



Trzeba chcieć wspomnieć przeszłość. A jeżeli należy się do młodszego pokolenia, to nieodzowna będzie ciekawość rodzimej ceny tamtych czasów i powszechnie panujących wówczas trendów. Mimo że "At The Bottomless Lake" to wydawnictwo posiadające wszystkie typowe i przewidywalne cechy wspomnianej muzyki, to i tak z perspektywy czasu wciąż zasługuje na uwagę. W tych dźwiękach jest po prostu klimat. Co więcej, w Poslce tak już się nie nagrywa i tak już się nie gra. A jeśli nawet, to rzadko kiedy takie nagrania docierają do naszych uszu. To nie jest płyta, bez której dziś trudno byłoby wyobrazić sobie dorobek rodzimego klimatycznego grania, ale dzięki temu albumowi muzycy Raincarnation z pewnością zasłużyli, by jednym tchem wymienić ich u boku Sirrah, Asgaard, Cold Passion, Nightly Gale, Themgoroth czy Sacriversum. Posłuchajcie ich jedynej płyty. Jeśli Wam się spodoba, fizyczne kopie "At The Bottomless Lake" znajdziecie w antykwariatach i na aukcjach internetowych. Czasem sam je widuje.


Okładka płyty "At The Bottomless Lake"

środa, 21 listopada 2012

Zanim nadejdzie zima

Niemal od zawsze pory roku wyznaczały rytm życia człowieka, tym samym wpływając na jego stany emocjonalne. A te zaś bardzo często przekładały się na wszelkiego rodzaju twórczość, w tym także komponowanie muzyki. Dlatego swego czasu z czystej ciekawości poszukiwałem nagrań, w których znalazłbym w choćby najmniejszym stopniu coś na wzór "Czterech pór roku" Vivaldiego. I zazwyczaj znajdywałem. A jako że wielkim krokami zbliża się zima, przypomniałem sobie o Ice Ages, solowym projekcie Protectora z Summonig.

Fot. Arch. zespołu
Pod tym szyldem Richard Lederer nagrał do tej pory trzy płyty, a każda z nich to zimno w najczystszej dźwiękowej postaci. Można odnieść wrażenie, że ta muzyka to lodowy oddech, który zamraża wszystko, z czym tylko się zetknie. To zaś austriacki muzyk uzyskał dzięki syntezatorom i efektom nałożonym na partie wokalne, co razem udanie przełożyło się na niebanalną syntezę melodii spod znaku darkwave'u, industrialu i elektro. Te dźwięki budują niezwykły nastrój, szczególnie za sprawą wolniejszych i zarazem bardzo przestrzenne brzmiących nagrań, które, co ciekawe, momentami nie bez przyczyny mogą kojarzyć się z wspomnianym wcześniej Summoning. Choć oczywiście muzyka Ice Ages ma również drugie, zgoła odmienne i zdecydowanie szybsze, agresywniejsze oblicze, w którym wykorzystane bity to po prostu EBM. 

Druga płyta Ice Ages. Na okładce obraz Zdzisława Beksińskiego
Trzy wydawnictwa to nie dużo jak na osiemnaście lat działalności, ale należy pamiętać, że Ice Ages od zawsze było jednym z wielu projektów, w które angażował się Protector. Z drugiej jednak strony to właśnie wyczekiwanie na odpowiedni moment i brak pośpiechu zaowocowały taką a nie inną zawartością kolejno wydanych "Strike The Ground", "Killing Emptiness" oraz "Buried Silence". Na każdym z tych albumów słychać niepokorność muzyka i obraną przez niego opozycję w stosunku do powszechnie panujących trendów. Ale jest coś jeszcze. W tym wszystkim nie bez znaczenia pozostają teksty dotyczące bezradności człowieka, osamotnienia, wewnętrznej pustki i wszelkich negatywnych emocji, które czasem ktoś musi wyrazić za nas. To sprawia, że podczas słuchania tej muzyki do naszych uszu dociera coś więcej niż tylko zimne brzmienie syntezatorów. Posłuchajcie sami. A jeśli te dźwięki Was zaciekawią, zajrzyjcie do działu MP3, których warto posłuchać, w którego archiwach znajdziecie jedno udostępnione nagranie.

niedziela, 18 listopada 2012

Po pierwsze oryginalność

Zawsze gdy na nasze spotkanie zabierałem jedyną płytę pozostałą po bielskim Psychotropic Transcedental, w mniej bądź bardziej bezpośredni sposób wylewałem gorzkie żale, rozwodząc się nad wielkim i zarazem niewykorzystanym potencjałem, jaki w tkwił w tym nieodżałowanym zespole. Podejrzewam, że wciąż będę tak czynił, ale z tą różnicą, że narkotyczny porno metal, jak przewrotnie nazwali swoją muzykę członkowie popularnych Psychotropów, powrócił. W jaki sposób? Za sprawą grupy Uipolar Manic-Depressive Psychosis. 

Fot. Arch. zespołu
Pod tą rozbudowaną nazwą kryje się bardzo eklektyczna muzyka, za którą odpowiadają osobowości znane z wspomnianego Psychotropic Transcendetnal oraz również nieistniejącego już, a także uznanego, Blind Smile. Ów eklektyzm to efekt poszukiwań gdzieś pomiędzy post metalem, muzyką progresywną, a matematycznie kontrolowanym dźwiękowym chaosem. Choć tak naprawdę trudno jest w kilku słowach zamknąć to, co znalazło się na płycie "Psychodelicus Decibeli". W tym niewątpliwie tkwi największa zaleta tych dźwięków, objawiająca się po prostu tym, co zwykliśmy rozumieć pod pojęciem oryginalności.



Nie bez znaczenia w przypadku muzyki Uipolar Manic-Depressive Psychosis jest obecność dwóch basistów. Oczywiście, zabieg sam sobie nie jest niczym nadzwyczajnym, ale doświadczony muzyk, bądź sprawny realizator, doskonale będzie wiedział, jak zrobić z tego użytek. Jednak bas to zaledwie jeden z elementów tej muzycznej łamigłówki. Wymienić należy również bardzo zróżnicowane partie wokalne Kvassa, który potrafi zarówno zaśpiewać czystym głosem, jak i wykrzyczeć z siebie wszystko w wysokich lub niskich rejestrach. Całość zaś uzupełnia jedyna w zespole gitara, momentami zupełnie zmarginalizowana, by po chwili bardzo wyraźnie dać o sobie znać.



Wydawniczy debiut Uipolar Manic-Depressive Psychosis to chaos, spontaniczność, nieokrzesanie, dzikość przeplatające się z melodią i nastrojem przypominającym chwilami psychotropowe opary kadzideł poszerzające wyobraźnie nie tylko kompozytorską wyobraźnię. Całej płyty możecie posłuchać pod tym adresm. Zaś w przypadku chęci pobrania jednego z udostępnionych utworów zajrzyjcie do działu MP3, których warto posłuchać.

środa, 14 listopada 2012

Polska płyta Antimatter

23 listopada nakładem niemieckiej Prophecy Productions ukaże się "Fear of a Unique Identity", piąty studyjny album Antimatter. Zanim jednak będziemy mogli posłuchać tego, co przez pięć lat komponował Mick Moss, pozostaje nam cierpliwie zaczekać. Na szczęście nie musi to być oczekiwanie z założonymi rękami. W tym czasie możemy sięgnąć po niezwykłą płytę koncertową z zapisem tego, co wydarzyło się podczas jednego z polskich występów Micka Mossa.

Fot. Arch. zespołu
Antimatter Live Band był specjalnym projektem, który powstał na okoliczność czterech koncertów, jakie  Mick Moss w towarzystwie Lisy Cuthbert zagrał w naszym kraju jesienią ubiegłego roku. Do wspomnianej pary dołączyło pięcioro polskich muzyków, dzięki którym możliwe stało się zagranie na żywo niektórych utworów. Przede wszystkim tych z płyty "Leaving Eden", gdzie gitara elektryczna zdominowała zazwyczaj wykorzystywany przez Micka jej akustyczny odpowiednik. Tak zaimprowizowany zespół wystąpił w Piekarach Śląskich, Warszawie, Wrocławiu i Poznaniu. Koncert w tym ostatnim mieście został zarejestrowany i w tym roku doczekał się wydania na płycie kompaktowej.

Okładka płyty Antimatter Live Band
To trzeci koncertowy album Antimatter, ale w przeciwieństwie do dwóch pozostałych ma raczej fanowski charakter. Oczywiście bez zgody Micka Mossa płyta nie mogłaby się ukazać, choć jak dotąd próżno szukać jej w oficjalnej dyskografii Antymaterii. Nie zmienia to jednak faktu, że to wydawnictwo pozostaje piękną pamiątką dla każdego, kto był na którymś z czterech wspomnianych koncertów. A nawet jeśli nie miał takiej sposobności, przy jednoczesnej sympatii dla dokonań Micka Mossa, to sięgając po tę płytę, w żadnej mierze nie będzie rozczarowany. "Planetary Confinement Is The Suffering We Chose by Leaving Eden" w pełni oddaje to, co można było zobaczyć i usłyszeć na każdym z trzynastu dotychczasowych koncertów Antimatter w Polsce. A nawet więcej, gdyż wcześniej Mick śpiewał i grał wyłącznie na gitarze akustycznej, której od czasu do czasu towarzyszyły skrzypce, mandolina lub druga gitara. 

Mick Moss podczas koncertu w Poznaniu w 2008 r.  /  Fot. Kamil Mrozkowiak
Płyta Antimatter Live Band to profesjonalnie wydane i nagrane wydawnictwo, które ukazało się z inicjatywy poznańskiej agencji Gothart Music organizującej dotychczasowe koncerty Antimatter w naszym kraju. W tradycyjnych sklepach płytowych nie znajdziecie tego albumu, ale bez większych problemów powinniście dotrzeć do niego za pośrednictwem ich internetowych odpowiedników. Warto, i to tym bardziej, że taka płyta raczej już się nie ukaże. Wszak jaki byłby sens drugiego wydawnictwa, dzięki któremu moglibyśmy posłuchać m.in. zagranych na żywo wszystkich utworów z "Planetary Confinement"? Poniżej znajdziecie fragment koncertu z poznańskiego klubu Johnny Rocker, podczas którego zarejestrowano ten album.

niedziela, 11 listopada 2012

Stąd do wieczności

Nieco ponad cztery lata temu, 20 października 2008 r., miałem okazję pracować przy koncercie Anathemy, której muzycy tego wieczoru zagrali w warszawskiej Proximie. Zanim jednak wyszli na scenę, upłynęło dużo czasu. Sam występ rozpoczął się z niemal trzygodzinnym opóźnieniem spowodowanym zbyt późnym dotarciem zespołu do klubu. Gdy krążyłem po sali, oczekując na Brytyjczyków, ktoś zapytał mnie, czy mówię po angielsku. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że był to Duncan Patterson, były basista Anathemy, który przyjechał z Krakowa, by spotkać się z kolegami. Poinformowałem go o opóźnieniu, a następnie zapytałem, czy w międzyczasie zgodziłby się na krótką rozmowę. Po chwili usiedliśmy przy jednym ze stolików. Na pamiątkę tego spotkania muzyk podpisał się na książeczce dołączonej do płyty "Eternity", jaką to akurat tego wieczoru miałem przy sobie. Od tamtej pory zawsze, gdy słucham tego albumu, wspominam tę sytuację oraz rozmowę dotycząca m.in. tego właśnie wydawnictwa. Zaś teraz wspomnienia są tym żywsze, że dokładnie dziś mija 16. rocznica ukazania się wspomnianego "Eternity".

Okładka dvd "A vision of a dying embrace" zarejestrowanym w Krakowie w 1996 r.
To była niezwykle ważna płyta. Wówczas muzycy postanowili odejść od doom metalowej stylistyki i zmienić w swojej muzyce bardzo dużo, jeśli nie niemal wszystko. To zaś wymagało wiele odwagi i determinacji, i to tym bardziej, że każde z wcześniejszych wydawnictw Anathemy już wówczas uznawane było za niezwykle ważne dla gatunku, a dziś przecież wszystkie są niemalże otoczone kultem przez sympatyków muzycznej zagłady. Co więcej, "Eternity" nie powstawało łatwo i tak naprawdę rodziło się w bólach. Tego nie słychać, ale trudy pracy tyczyły się nie tylko samej muzyki, ale i partii wokalnych.

Okładka płyty "Eternity"
Vincent Cavanagh bardzo udanie zastąpił Darrena White'a podczas nagrywania płyty "The Silent Enigma". Jednak po wydaniu albumu i serii koncertów zaczął wątpić, czy będzie w stanie zaśpiewać czystym głosem. Wcześniejsza muzyka Brytyjczyków zawsze szła w parze z growlem. Teraz miało być inaczej. Vincet uwierzył w swoje możliwości dopiero po intensywnych lekcjach śpiewu, czego efekty słychać do dziś. A muzyka? Ta była przede wszystkim efektem starcia dwóch kompozytorskich osobowości, czyli Duncana Pattersona i Danny'ego Cavanagha. Obaj napisali całą płytą oraz wszystkie bardzo refleksyjne teksty. Czasem tworzyli razem, czasem oddzielnie, w efekcie dochodząc do niełatwego kompromisu. To dzięki nim poznaliśmy zupełnie nowe oblicze Anathemy. Była to muzyka przepełniona melancholią, melodią i pełnymi ekspresji partiami wokalnymi, której najbliższej pozostawało do nastrojowej odmiany rocka. Ciekawe jest jednak to, że w wielu miejscach wciąż mogliśmy usłyszeć echa doomowej przeszłości Brytyjczyków. Wiąże się to przede wszystkim cięższymi i wolniejszymi partiami gitar, jak chociażby w "Suicide Veil", "Radiance", czy "Eternity part III". Ta płyta to także przykład na to, jak udane opracowanie cudzej kompozycji może żyć własnym życiem i być niemal utożsamiane z tymi, którzy nagrali je na nowo. "Etenity" promował teledysk powstały na kompozycji "Hope", pierwotnie napisanej przez Roya Harpera i Davida Gilmoura. Obraz najdziecie poniżej.


Czas biegnie bardzo szybko i trudno uwierzyć, że dziś przypada już 16. rocznica ukazania się tej niezwykłej płyty. Wszak takim czy innym muzykom rzadko udaje się połączenie przeszłości z wyznaczonym sobie nowym kierunkiem rozwoju. I to właśnie dzięki temu po "Etenity", czy nawet późniejsze, jeszcze bardziej rockowe, "Alternative 4", sięgają nie tylko sympatycy starszych dokonań Brytyjczyków, ale również  ci, którzy bardziej cenią sobie współczesne oblicze zespołu. Szkoda tylko, że na koncertach muzycy Anathemy coraz rzadziej sięgają po jakiekolwiek nagranie z "wiecznego" repertuaru. Cóż, może podczas kolejnej wizyty w naszym kraju. Do tego czasu zawsze przecież możemy sięgnąć po płytę.

czwartek, 8 listopada 2012

Najzimniejszy koncert tej jesieni

Mimo że w naszym kraju nie brakuje sympatyków zimnej fali, to koncertów, na które mogliby się udać, wciąż jest niezwykle mało. Dlatego tym bardziej cieszy każda niezależna inicjatywa mająca na celu zmienić ten stan rzeczy. Tą najbliższą będzie Cold Wave Night, które odbędzie się 16 listopada w warszawskim klubie Radio Luksemburg.  


Tego wieczoru zagrają Hatestory, Cabaret Grey oraz Już Nie Żyjesz. Pierwsza z tych tych grup to warszawski projekt byłych muzyków nieodżałowanej Evy i dobrze znanego, niestety również już nieistniejącego, Miquel And The Living Dead, którzy niedawno wreszcie doczekali się debiutanckiej płyty. Z kolei legnicki Cabaret Grey to jedno z najciekawszych ostatnimi czasy rodzimych odkryć zimnej, post punkowej fali. Zaś pod nazwą Już Nie Żyjesz kryje się stosunkowo mało znana jeszcze, również muzycznie zimna, inicjatywa łódzkich muzyków, którzy rok temu debiutowali singlem "Ty". Początek o godz. 20. Wstęp 15 zł. Po koncercie rozpocznie się impreza z szeroko rozumianą zimną muzyką.


poniedziałek, 5 listopada 2012

Szymon Czech nie żyje

Jeśli uważnie przeglądaliście książeczki dołączone do ponad pięćdziesięciu płyt rodzimych rockowych i metalowych wykonawców, mogliście natrafić tam na imię i nazwisko Szymona Czecha. Był muzykiem i inżynierem dźwięku związanym ze Studiem Selani, a następnie Studiem X, ważnymi miejscami na muzycznej mapie Polski. Zmarł po ponad rocznej walce z chorobą nowotworową.

Szymon Czech  /  Fot. Facebook
To on sprawił, że wydawnictwa Riverside, Blindead, Vasanii, Yattering, Tower, Antigamy, Rootwater, Sceptic i wielu innych zespołów brzmiały tak dobrze. Nagrywał, miksował, podejmował się masteringu i komponował. Jako muzyk dał się poznać m.in. w grupach Third Degree i Nyia. Cierpiał na złośliwy nowotwór mózgu. Po operacji jego stan polepszył się, ale po pewnym czasie choroba wróciła. Odszedł zdecydowanie za szybko. Wspomnijcie go czasem, słuchając płyt, przy powstawaniu których pracował.

niedziela, 4 listopada 2012

Thesis w Melodiach Mgieł Nocnych

O muzyce można pisać i mówić bez końca. Wszak łatwo przychodzi nam oceniać innych, zwłaszcza gdy nie patrzymy im prosto w oczy. Jednak znacznie lepiej jest bronić swoje spostrzeżenia, przede wszystkim te krytyczne, w bezpośredniej rozmowie. Dlatego z tym większą przyjemnością zapraszam Was na nasze najbliższe spotkanie. Moimi gośćmi będą muzycy warszawskiego Thesis. 

Fot. Cruel Pixel
Nie będzie to ich pierwsza wizyta w Melodiach. Rozmawiałem z nimi w Waszej obecności dokładnie trzy lata temu. Od tamtej pory Thesis zmieniło się wręcz nie do poznania,  w znacznej mierze również za sprawą dopiero co wydanej epki "Fates", która pozostanie jednym z tematów rozmowy, jaką przeprowadzę z Jankiem Rajkow-Krzywickim i Pawłem Stanikowskim, odpowiednio gitarzystą i perkusistą Thesis. Co więcej, muzycy zapowiedzieli, że wręczą kilkorgu z Was płyty oraz zaproszenia na koncert w warszawskim klubie Mechanik, który odbędzie się 10 listopada. Do usłyszenia w poniedziałek o północy.

czwartek, 1 listopada 2012

Poruszony śmiercią Polaka

Wyobraźcie sobie młodego brytyjskiego muzyka uznanej zagranicznej grupy, który przez przypadek poznaje sędziwego już emigranta z Polski i zaprzyjaźnia się z nim. Mieszkają obok siebie. Od czasu do czasu Brytyjczyk odwiedza nowo poznanego sąsiada.  Ta znajomość nie trwa jednak zbyt długo. Polak umiera. To wbrew pozorom nie jest fikcja, lecz historia, która wydarzyła się naprawdę. Brytyjskim muzykiem był Simon Hinkler, gitarzysta The Mission, a Polakiem nasz rodak, o którym wiadomo tylko, że miał na imię Tadeusz.

The Mission w 1986 r., Simon Hinkler drugi z lewej  /  Fot. Arch. zespołu
W 1988 r. muzycy The Mission nagrywali płytę "Children". To podczas sesji nagraniowej tego wydawnictwa Simon Hinkler poznał Tadeusza. Przez krótki okres znajomości zdążył polubić Polaka i jego śmierć poruszyła go tak bardzo, że skomponował przejmujący, instrumentalny utwór zatytułowany po prostu "Tadeusz 1912-1988". Co prawda nagranie nie znalazło się na płycie, ale ostatecznie lider The Mission Wayne Hussey, i zarazem były muzyk The Sisters of Mercy, zgodził się, by trafiło na stronę B jednego z singli promujących "Children". W 2007 r. kompozycja została dołączona do reedycji albumu. Poniżej znajdziecie muzyczne wspomnienie anonimowego Polaka okraszone amatorskim wideo skompilowanym przez jednego z fanów zespołu, który nota bene chyba nie znał historii tych dźwięków. Wszak obraz nijak ma się to nut.

wtorek, 30 października 2012

Nadchodzi Trzynaste Stulecie

Zaledwie trzy dni temu muzycy XIII Stoleti raz jeszcze przyjechali do Polski, grając tego wieczoru koncert w zabrzańskim Centrum Kultury Wiatrak. Teraz już wiemy, że Czesi ponownie przekroczą naszą granicę i po raz trzeci w swojej historii wystąpią w Warszawie.

XIII Stoleti podczas koncertu w Zabrzu w 2008 r.  /  Fot. Arch.zespołu
Koncert odbędzie się 30 listopada w klubie Proxima. Oprócz Trzynastego Stulecia zagrają również trzy rodzime zespoły, wrocławskie Digital Angel oraz warszawskie Batstab i At The Lake. Cena biletów wynosi 45 zł w przedsprzedaży i 55 zł w dniu koncertu. Po występach rozpocznie się Vampiriada, impreza z szeroko rozumianą muzyką gotycką. Będę miał przyjemność rozdać Wam kilka zaproszeń na to wydarzenie, zatem zainteresowani niech uważnie nadstawiają uszu.

sobota, 27 października 2012

Nowe nagranie Antimatter

23 listopada nakładem niemieckiej Prophecy Productions ukaże się "Fear of A Unique Identity", piąta studyjna płyta Antimatter. Jakiś czas temu Mick Moss zapowiedział, że jej premiera zostanie poprzedzona internatowym singlem, który każdy chętny będzie mógł zapisać na dysku twardym swojego komputera. Teraz możemy powiedzieć, że muzyk dotrzymał słowa.

Fot. Arch. zespołu
"Paranova" będzie jedną z dziewięciu kompozycji, jakie trafią na podstawową wersję płyty. "Fear of A Unique Identity" ukaże się również w dwóch, odpowiednio mniej i bardziej, rozszerzonych edycjach, na które trafi w sumie sześć dodatkowych nagrań. Fragmentu zapowiedzi albumu możecie posłuchać poniżej. Zaś by pobrać singiel w całości, należy podać adres email na stronie antimatter.prophecy.de.

czwartek, 25 października 2012

Zdjęcia z koncertu Paradise Lost

W miniony czwartek Anglicy ponownie przyjechali do Polski, by tego dnia zagrać w katowickim Mega Clubie, a dzień później w warszawskiej Progresji. Nie było mi dane wybrać się na żaden z tych koncertów i nie wiem, czy tym razem Nick Holmes zaśpiewał tak, jak powinien. Mam nadzieję, że tak, gdyż niestety wspomniany muzyk w przeszłości wielokrotnie rozczarowywał, a przecież wydana niedawno płyta "Tragic Idol" okazała się bardzo przyjemnym zaskoczeniem, zwłaszcza dla sympatyków starszych dokonań Paradise Lost. Na pocieszenie dla wszystkich nieobecnych na wspomnianych koncertach pozostają zdjęcia z tego, co wydarzyło się w Warszawie.

Fot. Wojtek Dobrogojski
Wszystkie fotografie znajdziecie tutaj. Jeśli zaś w ubiegłym tygodniu mieliście możliwość zobaczenia Anglików na scenie, napiszcie proszę kilka zdań w komentarzu. Z przyjemnością dowiem się, jak zagrali podczas kolejnej wizyty w naszym kraju.

niedziela, 21 października 2012

Nowe lepszego początki?

Gdy byłem w szkole średniej, a później na studiach, mogłem pozwolić sobie na regularną obecność niemal w każdym warszawskim klubie lub domu kultury, gdzie działo się coś wartego uwagi. Dziś niestety jest już to niemożliwe, ale niektórzy z zapoznanych lub zaobserwowanych wówczas muzyków nie przerwali swojej przygody z graniem i wciąż mogę śledzić ich poczynania, jeśli nawet nie w ówczesnych, to przynajmniej w nowych zespołach. Tak też jest z Thesis, grupą tworzoną przez byłych członków Licorei, April Ethereal czy Archangeliki, którzy 19 października uraczyli swoich sympatyków nowym wydawnictwem. I jak się okazuje, owo novum tyczy się nie tylko kolejnej pozycji w dyskografii samej w sobie, ale przede wszystkim tego, co na nie trafiło.

Fot. Arch. zespołu
Epka "Fates" to trzy premierowe kompozycje oraz dwa remiksy jednej z nich. To także dowód na to, że doświadczeni muzycy znaleźli sposób, dzięki któremu postawili kolejny i bardzo znaczący krok na drodze dalszego rozwoju stylistyki, w której postanowili się poruszać. A ta to szeroko rozumiany emocjonalny rock z nutą psychodeli i wyraźnie słyszanymi wpływami Toola. Teraz do tych elementów należy dodać jeszcze rozwiązania spod znaku post rocka, które znacząco urozmaiciły całość, nadając kompozycjom świeżości i tym samym wyróżniając Thesis spośród licznej grupy podobnych zespołów. Nie bez znaczenia jest także o wiele lepsza produkcja niż w przypadku poprzednich wydawnictw. Dzięki niej w muzyce i partiach wokalnych słychać jeszcze więcej emocji, energii i zarazem czegoś zgoła przeciwnego, czyli odrobiny melancholii i nastroju. Nowa epka to chyba początki czegoś lepszego, dzięki czemu zespół powinien wyjść z cienia i dotrzeć do szerszego niż dotychczas grona odbiorców.

Fot. Arch. zespołu
To nie jest przesadnie wybitna muzyka, ale z pewnością z każdym kolejnym wydawnictwem coraz ciekawsza i solidniejsza. Taka, która pokazuje, że mamy prawo oczekiwać od muzyków jeszcze więcej, gdyż jeszcze lepsze pomysły wydają się w nich drzemać i aż wołać o to, by je zrealizować. Poniżej znajdziecie tytułowe nagranie z epki "Fades". Chętnych do poznania pozostałych nagrań z tego wydawnictwa odsyłam do strony facebook.com/thesisband, gdzie znajdują się informacje o możliwości nabycia płyty.

Jesienna trasa koncertowa Thesis

26.10.2012 - Zgierz, Agrafka [ Eleventh Horizon]
27.10.2012 - Wrocław, Alive [+ Ctrl-Alt-Del, Idiothead]
28.10.2012 - Kraków, Lizard King [+ Animators, New Century Classics]
10.11.2012 - Warszawa, Klub Mechanik [+ Asthray, Inside Again]
23.11.2012 - Piotrków Trybunalski, Spirala
24.11.2012 - Toruń, Od Nowa [+ G.A.R.S., Vidian]
25.11.2012 - Włocławek, WCK Włocławek [+ Killing Nullity]

środa, 17 października 2012

Inaczej niż zazwyczaj

Trudno byłoby zliczyć, ileż to grup zostało założonych w wyniku mniej bądź bardziej przypadkowych, zazwyczaj towarzyskich, nieformalnych spotkań. Gdy odpowiedni ludzie trafiają na siebie w odpowiednim miejscu i czasie, dochodzi do reakcji chemicznych, udzielania się emocji i dzięki temu powstaje coś, co później trafia do naszych odtwarzaczy. Tak jest od lat i tak wciąż się dzieje. Z tą różnicą, że obecnie wszystko ułatwia wynalazek, jakim jest globalna sieć. Wystarczy się spotkać, nagrać coś i zamieścić to w internecie, a każdy będzie mógł tego posłuchać. I tak też się stało w przypadku brytyjskiego SPC ECO, które jakiś czas temu przyciągnęło moją uwagę, tym samym skutecznie odrywając mnie od codziennych muzycznych przyzwyczajeń. 

Fot. Arch. zespołu
Cały pomysł polega na tym, że trzy osoby stanowiące trzon projektu, w tym obdarzona niezwykłą barwą głosu Rose Berlin, zaprasza do współpracy napotkanych muzyków. Część z nich została zapoznana osobiście, zaś kontakt z częścią nawiązano za pośrednictwem internetu. I w ten oto sposób na przestrzeni niespełna trzech lat w zasobach globalnej sieci ukazało się dziesięć mniej bądź bardziej regularnych wydawnictw SPC ECO, z których szczególnie zainteresowałem się tym ostatnim, czyli płytą "Dark Notes", na jakiej to można usłyszeć m.in. Jarka Leśkiewicza, byłego muzyka opolskiego Echoes of Yul, obecne znanego przede wszystkim z swojego solowego projektu Naked On My Own.



Gdyby chcieć zamknąć tę muzykę w jednym słowie, byłoby nim elektronika. Choć tak naprawdę ta prowizoryczna definicja pozostawałaby tyleż precyzyjna co niejasna. Dlatego że w tych dźwiękach słychać o wiele więcej. Nie tylko oniryczny trip hop, który urzekł mnie najbardziej, ale też to, co wiąże się z shoegaze'em, dream popem, indie, a nawet muzyką klubową. Wszystko zależy od danego wydawnictwa, a w zasadzie od nastroju samych muzyków.



Nie zdziwiłbym się, gdyby część z Was przyznała, że te dźwięki pozostają mocno oddalone od tego, do czego przywykliście, włączając radio, czy zaglądając na tę stronę. To prawda, po taką muzykę zwykłem sięgać rzadziej, ale to zdarzało się i co jakiś czas wciąż będzie się zdarzać, gdyż liczy się atmosfera, nastrój i klimat, a nie etykieta zdobiąca taką czy inną muzyczną szufladę. Dlatego szczerze zachęcam Was do posłuchania nie tylko zaproponowanych przeze mnie nagrań SPC ECO, ale i także tych z licznych pozostałych wydawnictw. Wszystkie znajdziecie na spceco.bandcamp.com.

sobota, 13 października 2012

Niedokończona trylogia

To zadziwiające, jak wiele ciekawych wydawnictw pozostało po rodzimym podziemiu lat 90. Przeważająca większość z nich ukazała się wyłącznie na kasetach magnetofonowych i to najczęściej w stosunkowo niewielkich, by nie powiedzieć znikomych, nakładach. Dlatego przeglądając dziś własne, i nie tylko własne, zakurzone i niemalże zapomniane archiwa, można natrafić na niezwykłe nagrania. To prawda, że niektóre z nich nie przetrwały próby czasu, ale są też i takie, które wciąż budzą w słuchaczu emocje, niezależnie od tego, czy ten dane dźwięki wspomina po latach, czy słyszy je po raz pierwszy. Własne odczucia podpowiadają mi, że z tym drugim przypadkiem spotykam się, sięgając po wydawnictwa pozostałe po sosnowieckim Nirnaeth.

Piotr Wójcik  /  Fot. Arch. zespołu
Piotr Wójcik, tworzący zazwyczaj pod pseudonimem Smrtan, kojarzony jest jako muzyk m.in. nieistniejących już grup Eblis i Themgoroth, ale niewątpliwie najbardziej zapisał się w pamięci co bardziej dociekliwych, komponując pod szyldem Nirnaeth. Po tym projekcie pozostały, nie licząc kasety nagranej pod inną nazwą, w sumie trzy wydawnictwa, z czego na kompakcie ukazało się tylko jedno.



To bardzo posępna i niezwykle dekadencka muzyka. A tak naprawdę jeszcze bardziej posępne i dekadenckie słowa, wyrecytowane, wykrzyczane i miejscami zaśpiewane w ojczystym języku. W zdecydowanej większości to poezja inspirowana dokonaniami największych twórców okresu Młodej Polski, ze szczególnym uwzględnieniem, czemu też trudno się dziwić, Tadeusza Micińskiego. Ten romatyczno-nostalgiczny nastrój to przemijanie, śmierć, pustka, żal i wszystko, co kryje się pod pojęciem wspomnianej dekadencji. Pozbawiona nadziei wszechobecna jesień, dla której muzycznym tłem stały się klawisze, syntezatory i symfoniczne stylizacje. Z jakim skutkiem? Różnym, gdyż muzyka Nirnaeth musiała dojrzeć z czasem. Podobnie jak słowa. Dlatego najciekawszym wydawnictwem pozostałym po projekcie Piotra Wójcika jest to ostatnie, kaseta "Nirnaeth Arnoediad" z 1999 r., będąca drugą częścią niestety niedokończonej trylogii, jaką rozpoczął album "Haudh’en’Nirnaeth", jedyny który ukazał się się na płycie kompaktowej.

Okładka płyty "Nirnaeth Arnoediad" 
Piotrowi Wójcikowi można by zarzucić wiele. Że lepszy z niego muzyk niż literat i zarazem literat niż wokalista. Że momentami jego słowa brzmią infantylnie i naiwnie. Że zostały z mozołem napisane, by spróbować oddać to, co w liceum na lekcjach języka polskiego odkrywało się w wierszach młodopolskich klasyków. Ale nie można odmówić mu jednego. Stworzonego nastroju. Ten niezwykły klimat sprawia, że che się wierzyć w autentyczność usłyszanych słów, że wszystkie te wiersze, wydane m.in. w tomiku "Jesień", to przelane na papier czyjeś prawdziwe odczucia i przemyślenia. Dlatego tym bardziej można żałować, że Nirnaeth, mimo zapowiedzianej kilka lat temu reaktywacji, już nie istnieje i niewiele wskazuje na to, byśmy doczekali się kolejnego wydawnictwa, czy chociażby jakiejś kompaktowej reedycji lub kompilacji. To prawdopodobnie już  tylko przeszłość. Na szczęście ta ma to do siebie, że zawsze można do niej wrócić.



Trudno jest nagrać taką płytę, by budziła uznanie, a nie uśmieszek na twarzach anglofonów, którzy w obliczu współczesnej kultury popularnej odwykli od ojczystego języka, nie mówiąc już nawet o spisanej w nim poezji. Ale nie jest to niemożliwe. Nawet jeśli dana twórczość miałaby przekonać nas dopiero po latach. W dziale MP3, których warto posłuchać znajdziecie dwa udostępnione nagrania Nirnaeth.

poniedziałek, 8 października 2012

Zaproszenia na koncert The Eden House

W dniach 26-28 października w Łodzi odbędzie się zapowiadana już przeze mnie czwarta edycja festiwalu Soundedit poświęcona sztuce realizacji dźwięku. Zgodnie z obietnicą mam przyjemność rozdać Wam zaproszenia na koncert The Eden House, które będzie gwiazdą pierwszego dnia imprezy. Tradycyjnie wystarczy odpowiedzieć na jedno pytanie.

Fot. Arch. zespołu

Po raz który muzycy The Eden House zagrają w Polsce?

Odpowiedzi kierujcie na adres melodie@radiokampus.waw.pl. Termin nadsyłania listów upływa 17 października o północy. Każdy z uczestników konkursu zostanie poinformowany o wyniku losowania. Szczegółowe informacje oraz program czwartej edycji festiwalu Soundedit znajdziecie tutaj.

niedziela, 30 września 2012

Do usłyszenia, do przeczytania

Nie chcąc oszaleć pod wpływem otaczającej nas rzeczywistości, czasem staramy się jej unikać. Sposobów jest wiele. Niektóre mniej, inne bardziej wyszukane. Jest też i kilka sprawdzonych, w tym podróż do miejsca położonego możliwie jak najdalej od tego, w którym przebywamy na co dzień. I tak też jest w moim przypadku. Jednakże pod moją nieobecność Melodie będą rozbrzmiewały nadal. Nic się nie zmieni. Jedyną zauważalną różnicą będzie rzadsza aktualizacja niniejszej strony. Nie powinno to jednak potrwać przesadnie długo. Do usłyszenia, do przeczytania wkrótce.

Fot. Wojtek Dobrogojski

wtorek, 25 września 2012

Niewykorzystany potencjał

W swojej przygodzie z mówieniem i pisaniem o muzyce napotykałem różnych wykonawców. Jeszcze za czasów działalności w internetowym Radiu Net jedni chętnie ze mną rozmawiali, inni zaś zupełnie nie traktowali mnie poważnie, później dowodząc swojej hipokryzji, gdy nagle za wszelką cenę chcieli skontaktować się ze mną po usłyszeniu mnie w eterze. Spośród tych wszystkich doświadczeń kilka utkwiło w mojej pomięci w sposób szczególny. A jednym z nich było spotkanie z Chrzańcem, basistą bielskiego Psychotropic Transcendental. Zamieniliśmy dosłownie kilka zdań przed koncertem, który odbył się 31 stycznia 2004 r. w starej siedzibie warszawskiego klubu Progresja. Nie pytał o nic. Po prostu wręczył mi płytę, uśmiechnął się i poszedł na zaplecze. Jak się później okazało, w moje ręce trafiło niezwykłe wydawnictwo. Śmiem nawet twierdzić, że to jeden z najciekawszych polskich niezależnych albumów minionego dziesięciolecia. Szkoda tylko, że drzemiący w nim wielki potencjał nie został wykorzystany.

Fot. Arch. zespołu
Paradoks polega na tym, że o popularnych Psychotropach zrobiło się zdecydowanie głośniej nie tyle za sprawą ciekawych i pełnych wizualizacji koncertów, czy w związku z debiutancką płytą wydaną w 2002 r. przez samych muzyków, lecz gdy Mariusz Kumala został gitarzystą Closterkeller, a następnie mężem Anji Orthodox. To trochę smutne, ale niestety widać taka jest naturalna kolej rzeczy. Gdy kilka lat temu Mariusz był moim gościem, z resztą w Waszej obecności, zdradził, że osoby tworzące Psychotropic Trandcendental, w tym także on, były o wiele lepszymi muzykami niż biznesmenami. Dlatego jego zdaniem historia zespołu potoczyła się tak, a nie inaczej. Szkoda, i to tym bardziej, że do dziś trudno znaleźć krytyczne oceny "Ax libereld", pierwszej i ostatniej jak dotąd płyty tej grupy.



Był to jeden z niewielu albumów, który w tamtych czasach, czyli już dobre dziesięć lat temu, tak udanie wymykał się jakimkolwiek jednoznacznym klasyfikacjom. Ta muzyka w mgnieniu oka przyciągała uwagę słuchacza, gdyż już od pierwszych dźwięków porażała oryginalnością, zostawiając daleko w tyle wszelkie utarte schematy. Sami muzycy żartobliwie określali ją mianem narkotycznego porno metalu. O ile samej tradycyjne rozumianej pornografii nie ma w niej zbyt wiele, o ile w ogóle, o tyle aura substancji psychoaktywnych jest wyczuwalna bardzo wyraźnie. Wszystko przez ogromne pobudzenie, skupienie uwagi, mieniące się barwy i coś niezrozumiałego, ale wciągającego na tyle, że zawsze chce się sięgnąć po więcej. Jak muzykom udało się osiągnąć taki efekt? Może to kwestia samej wyobraźni twórców, może  języka wymyślonego przez perkusistę, w którym wykonano wszystkie partie wokalne, a może zwyczajnie chemii, do której doszło między czterema osobami. Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa i nie zdziwiłbym się, gdyby sami zainteresowani nie potrafili udzielić na nie jednoznacznej odpowiedzi.



Zawsze gdy spotykam Mariusza Kumalę, zadaję mu pytanie o Psychotropic Transcendetal. Zespół co prawda nigdy nie został oficjalnie rozwiązany, ale już dobrych kilka lat temu o muzykach, jako kolektywie, wszelki słuch zaginął. Miała powstać druga płyta i nawet została nagrana, ale z różnych powodów sprawa utknęła w martwym punkcie i sympatykom zespołu wciąż pozostaje jedynie sięgnąć po znaną już na pamieć "Ax libereld" lub wydaną na kompilacji "Ovo Art 2006" kompozycję "Lun Yolina", która pozostaje ostatnim wydawniczym przejawem działalności Psychotropic Transcendental i którą to też znajdziecie w dziale MP3, których warto posłuchać.

Fot. Arch. zepsołu
Fizyczne egzemplarze "Ax libereld" są już nieosiągalne. Muzycy własnym sumptem wydali 500 sztuk i nie planują wznowienia. Jeśli zatem posiadacie jeden z nich, to wiedzcie, że w Waszych rękach znajduje się prawdziwi skarb, który być może wyprzedził nieco swoje czasy, przynajmniej w przypadku polskiej rzeczywistości. Gdyby ta płyta ukazała się za granicą, to kto wie, czy wiele rzeczy nie potoczyłoby się inaczej. Choć może wystarczyłaby jedynie profesjonalna promocja albumu w naszym kraju. Niestety tego nie dowiemy się już nigdy. Jeśli chcielibyście posłuchać "Ax libereld" w całości lub nabyć cyfrową wersję albumu, zajrzyjcie tutaj. W Polsce nie znajdziecie drugiej takiej płyty.

piątek, 21 września 2012

Od czegoś trzeba zacząć

Wbrew pozorom Mława to uznane miejsce na muzycznej mapie Polski. To w tym niewielkim mazowieckim mieście powstały takie zasłużone dla rodzimej sceny grupy jak chociażby Groan czy Neolithic, których muzycy wciąż grają rozsiani po po różnych zakątkach naszego kraju, a niekiedy także i Europy. Ale muzyczne oblicze Mławy to nie tylko przeszłość. To również teraźniejszość, do której należy zaliczyć m.in. jednoosobowy projekt o nazwie Suffering Astrid.  

Fot. Arch. zespołu
Za wszystko, od początku do końca, odpowiedzialny jest niejaki Bruno Janiszewski. To młody muzyk, który postanowił tworzyć coś, co śmiało można by określić mianem szeroko pojętego shoegaze'u. Nie oczekujcie jednak przyjemnych dla ucha melodii pokroju Slowdive, a czegoś zdecydowanie bardziej surowego, o brudnym i szorstkim brzmieniu dla ucha. Dużo tu eksperymentów, poszukiwań i dźwiękowej przestrzeni, chwilami ocierającej się o drone i noise, które sugerują, niewykluczone, że całkiem słusznie, powstawanie utworów w znacznej mierze w oparciu o improwizacje.



"Netheriser" to wydana wyłącznie w postaci cyfrowej debiutancka płyta Suffering Astrid będąca następcą dwóch wcześniejszych epek. Za sprawą tego wydawnictwa wyraźnie słychać, jak rozwija się i dojrzewa muzyka Brunona Janiszewskiego. I mimo że miejscami brakuje jej ogłady i należytej produkcji, to nie zdziwiłbym się, gdyby wraz z upływem czasu w nasze ręce trafił album, choćby miejscami, porównywalny z np. z dokonaniami Thisquietarmy czy Nadja. Jest potencjał i wydawnictwo, które warto odnotować. Nawet jeśli nie przypadnie Wam ono do gustu, a cenicie sobie takie dźwięki, zapamiętajcie nazwę tego projektu. I to tym bardziej, że takich eksperymentatorów w naszym kraju wciąż nie ma przesadnie wielu. Całej płyty możecie posłuchać tutaj

Fot. Arch. zespołu

wtorek, 18 września 2012

Czekając na fale

Jak mogliście dostrzec, spośród wszystkich płyt, które ostatnio trafiają w moje ręce bądź na skrzynkę mailową, duża cześć to rodzime wydawnictwa oscylujące wokół szeroko rozumianych okolic post rocka i post metalu, czyli gatunków, o których od jakiegoś czasu zdarza mi się pisać i mówić więcej. Nie inaczej jest i tym razem. Na fali wciąż rosnącej popularności rzeczonej muzyki ukazało się kolejne wydawnictwo, debiutancka epka łódzkiego Hunted By The Waves.

Fot. Arch. zespołu
"The Anchor" to trzy nagrania zarejestrowane przez trzech muzyków. A ściślej rzecz ujmując, dwie niespełna dziesięciominutowe instrumentalne kompozycje uzupełnione introdukcją. Łodzianie podkreślają, że poprzez takie podejście do muzyki chcą nawet nie tyle pobudzić, co wręcz uwolnić wyobraźnię słuchacza. Czy im się to udaje? Jeśli nie w pełni, to sądzę, że przynajmniej częściowo.

 
To nie jest przesadnie wybitna muzyka, ale za to taka, w której słychać, że samym zainteresowanym po prostu zależy. Od czegoś zwyczajnie trzeba zacząć, a najlepiej od początku. I taki też jest debiut Hunted By The Waves. Tu wszystko się zaczyna, dlatego nie słychać jakiegoś olśnienia, przesadnej produkcji, smaczków i ozdobników. Są za to pomysły, chęci i zaangażowanie, bez których przecież nie można zrobić nic. A czy będzie coś więcej? Oby. Obecnie polski post rock wciąż się rozwija i daleko nam jeszcze do stanu przesytu, w którym co bardziej wybredni mogliby pozwolić sobie na nonszalancję wobec młodych rodzimych przedstawicieli gatunku. Dlatego tym bardziej zachęcam Was do zapoznania się z muzyką łodzian i nawet jeśli ta teraz Was nie zachwyci, to zapamiętajcie nazwę zespołu, gdyż niewykluczone, że ich przyszłe wydawnictwa pokażą drzemiący w nich potencjał.
 
Fot. Arch. zespołu
Możliwość posłuchania kompletnej zawartość epki "The Anchor" znajdziecie pod tym adresem. Jeśli zaś chcielibyście wspomóc młodych muzyków, możecie nabyć fizyczne egzemplarze debiutu Hunted By The Waves, gdyż te lada dzień będą osiągalne za sprawą wydawnictwa Niemasówka. Wszystkiego dowiecie się, zaglądając na stronę huntedbythewaves.com.

sobota, 15 września 2012

Niezależnie od preferencji

Pamiętam jak w 1996 r. w moje ręce trafiła wydana przez S.P. Records niepozorna kaseta magnetofonowa będącą kompilacją w przeważającej większości nieznanych rodzimych hip-hopowych grup. Na tej taśmie znalazły się m.in. nagrania powszechnie znanego Kazika, rozpoznawalnego już Wzgórza Ya-Pa 3 i debiutującego na profesjonalnym wydawnictwie niejakiego Kalibra 44. W tym ostatnim przypadku była to kompozycja "Do boju Zakon Marii", która zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie. Było to o tyle ciekawe, że byłem wówczas nastolatkiem zasłuchanym przede wszystkim, a w zasadzie wyłącznie, w ekstremalnej muzyce i trzymałem się jak najdalej od rymów i skreczów. Ale coś mnie urzekło, a była to w znacznej mierze wokalna siła ekspresji Piotra Łuszcza, powszechnie znanego jako Magik. Teraz wspomniana kaseta magnetofonowa przypomniała mi się raz jeszcze. Wszystko za sprawą filmu "Jesteś Bogiem", który 21 września wejdzie do kin, a który to miałem możliwość zobaczyć już w minioną środę w trójkowym studiu im. Agnieszki Osieckiej. Czy warto go obejrzeć? Tak, i to niezależnie od muzycznych preferencji. Trzeba jednak pamiętać o jednym.

Plakat filmu "Jesteś Bogiem"
Obraz Leszka Dawida, podobnie jak "Skazany na bluesa" czy "Control", w żadnym wypadku nie jest filmem muzycznym. Owszem, na swój sposób dokumentuje pewne muzyczne zjawisko, ale tak naprawdę to biografia okazująca dramat jednego z głównych bohaterów, czyli wspomnianego wcześniej Magika. Wszelkie inne zdarzenia, jak np. zmiany w składzie Kaliber 44 i powstanie Paktofoniki, stanowią jedynie tło całej historii. Nie oczekujcie zatem standardowego dokumentu przepełnionego muzyką, teledyskami i wypowiedziami samych zainteresowanych, takowy już swego czasu powstał, ale za to niemal dwugodzinnej fabuły poprzez którą opowiedziano ciekawą historię, jaka to w rzeczywistości mogłaby przydarzyć się każdemu, nie tylko osobie zafascynowanej muzyką i tworzącą ją na co dzień. Bardzo łatwo było to wszystko zepsuć. Na szczęście aktorom, scenarzyście oraz reżyserowi udało się tego uniknąć i dziś możemy obejrzeć całkiem przyzwoity film, który powinien dotrzeć do Was niezależnie od tego, jakiej muzyki słuchacie na co dzień. Słowem, przejdźcie się do kina.