Pokazywanie postów oznaczonych etykietą belgia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą belgia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 czerwca 2017

Zimno, głośno, syntetycznie

Na warszawskie imprezy i koncerty z cyklu Old Skull można chodzić w ciemno. Wiadomo, na jakich ludzi się trafi. Wiadomo też, że muzycznie na pewno będzie zimno. A że dźwiękowy chłód niejedno ma imię, pozostaje co prawda odrobina niepewności, ale za to tej w najlepszym możliwym wydaniu. Zupełnie jak przy beztroskim kupowaniu płyty bez uprzedniego odsłuchania. Dlatego znając jedynie termin, w miniony piątek zjawiłem się w klubie Pogłos. O mającym grać tam duecie nie wiedziałem nic. Dopiero na miejscu powiedziano mi, że panowie są z Belgii i nazywają się Le Prince Harry.  

Le Prince Harry  /  Fot. facebook.com/Le-Prince-Harry
Nie grali przesadnie długo, niespełna godzinę. To jednak wystarczyło, by jednoznacznie dali do zrozumienia, że nie oglądają się na nikogo. Ich absolutnie bezpretensjonalna mieszkanka punka, death rocka, syntezatorów i wszystkiego co szybkie i zimne błyskawicznie przemawia do słuchacza. Ten od razu wie, czego się spodziewać. Żadnych niedomówień, tylko konkret prosto w oczy. Tak zresztą było na wszystkich dotychczasowych wydawnictwach Belgów, i tak jest na wydanej w maju płycie "Synthetic Love". Na jedenaście utworów tylko dwa przekraczają cztery minuty i można pół żartem uznać, że był to zbieg okoliczności lub wypadek przy pracy. Mocne bity, zimna, bezduszna wręcz, elektronika, gitara, bas i psychodeliczne klawisze. Po prostu syntetyczna miłość.


Przy okazji warto wspomnieć, że Książę Harry był niegdyś tercetem z żywymi bębnami, co dobrze słychać na debiutanckim "It's Getting Worse" z 2012 r. Jednak na przekór tytułowi tej płyty ograniczenie składu do duetu wcale nie wyszło Belgom na złe. Jest po prostu inaczej. Na "Synthetic Love" mamy więcej przetworników, kabli, elektroniki i w efekcie także dźwiękowego chłodu. Punkowe zacięcie i wynikająca z niej wspomniana bezpretensjonalność pozostały jednak takie same. Taki sam pozostał także poziom decybeli. Belgowie nie oszczędzają swoich uszu. Tym bardziej tych należących do osób zgromadzonych na koncertach, o czym sam się przekonałem.

wtorek, 8 lipca 2014

Zmarła Annik Honore

Dla wielu fanów Joy Division była jedną z głównych przyczyn samobójstwa Iana Curstisa, który rozdarty wewnętrznie miotał się między nią, żoną, niedawno wówczas narodzoną córką, permanentnie koncertującym zespołem i przede wszystkim pogłębiającą się epilepsją. Mało kto nie zadaje sobie dziś pytania, co by się stało, gdyby nie doszło do romansu między nią a mężem Deborah Curtis. Czy wokalista wciąż by żył? Czy zespół nagrałby kolejne płyty? Tego nie dowiemy się nigdy. Nie poznamy również wielu sekretów, które Belgijka zabrała ze sobą do grobu. Annik Honore przegrała długa walkę z chorobą. Miała 56 lat. 

Annik Honore w 2007 r., kadr z dokumentu "Joy Division"
Sylwetkę sekretarki z belgijskiej ambasady w Wielkiej Brytanii spopularyzował przede wszystkim film "Control" z 2007 r., który z powodzeniem dotarł do szerszego widza i sprawił, że legenda Joy Division odżyła na nowo, choć z pewnością już w nieporównywalnie bardziej mainstreamowej formule. Po samobójczej śmierci Iana Curtisa z 18 maja 1980 r. Honore wróciła do Belgii, porzucając dobrze płatną pracę w Londynie. Jej rodzina nie znała ani zespołu, ani tragicznej historii jego wokalisty. Wszystko zmieniło się w 1995 r., gdy opublikowano książkę "Przejmujący z oddali" Deborah Curtis, która stała się podstawą scenariusza do wspominanego "Control". Sama Honore zarzucała wdowie po Ianie wiele nieścisłości, wyrażając żal z powodu sposobu, w jaki ją przedstawiono. Podobnie odnosiła się do filmu Antona Corbijna, w którym, jej zdaniem, przedstawiono nie ją, lecz zupełnie fikcyjną postać. Pytanie tylko, kto wówczas uwierzył kobiecie romansującej z żonatym mężczyzną? Jeśli były takie osoby, to z pewnością nie przyszło im to łatwo. Z perspektywy czasu można zaryzykować stwierdzenie, że Annik Honore postąpiła źle, decydując się na romans, ale z drugiej strony padła też ofiarą zbiegu wielu niesprzyjających okoliczności. Nie bez winy w tym wszystkim pozostaje również sam Ian Curtis. Co ciekawe, jak mówiło się od dawna, co w tym roku potwierdził Peter Hook w książce "Nieznane przyjemności. Joy Division od środka", związek Honore i Curtisa był czysto platoniczny i nie został skonsumowany. W znacznej mierze, o ile nawet nie przede wszystkim, wynikało to efektów obocznych leków przeciwpadaczkowych, które zażywał wokalista Joy Division.

Annik w latach 80. /  Fot. twitter.com/twilightdisques
Annik Honore jest kolejną, mimo wszystko, ważną postacią w historii Joy Division, która odeszła zbyt wcześnie. Poza nią i Ianem Curtisem nie żyją również Tony Wilson, wydawca płyt zespołu pod szyldem Factory Records, menedżer Robert Gretton oraz Martin Hannett, genialny realizator dźwięku, który wykreował brzmienie grupy. Wilson przegrał z rakiem w wieku 57 lat, Gretton zmarł na atak serca, gdy miał 46, zaś Hannett nie poradził sobie z heroinowym nałogiem, nie mając nawet 43.Wydaje się, że o Joy Division powiedziano już wszystko. Tyle że ludzi, którzy mogliby zdradzić jeszcze więcej, jest już coraz mniej.

środa, 9 listopada 2011

Sztuka empatii

Marzyciele są zazwyczaj uważani za osoby naiwne i słabe, nie potrafiące przystosować się do rygorów narzucanych im przez rzeczywistość. Fakt zamykania się przez nich, lub długotrwałego przebywania, w  świecie własnej wyobraźni często spotyka się z silną krytyką. Jednak niekiedy ta swoista alienacja idzie w parze z nieprzeciętną twórczością, która powinna uciszyć nawet najbardziej zagorzałych racjonalistów. A jednym z takich kompozytorów jest Jef Janssen, tworzący pod szyldem Art of Emphaty.

Fot. Arch. zespołu
Muzyka wrażliwego i skromnego Belga daje nam szansę na to, by choć na chwilę przerwać codzienną pogoń, zatrzymać się, rozejrzeć dookoła, dostrzec otaczające nas piękno i wreszcie, docenić je. A to piękno to nie tylko przyroda. To przede wszystkim relacje międzyludzkie i ludzie sami w sobie, którzy budują ten świat, choć i zarazem go niszczą, nieuchronnie zmierzając ku końcowi. Paradoksalnie jednak ta dźwiękowa apokaliptyczna aura nie budzi strachu. Jest nad wyraz spokojna, przesycona melancholią, romantyzmem i afirmacją. Ten charakterystyczny nastrój budują melodie z pogranicza neofolku i darkwave, uzupełnione szeptanymi partiami wokalnymi i nastrojowymi klawiszami.


Sztuka empatii do łatwych nie należy, ale jeśli szukacie czegoś autentycznego, szczerego, czegoś, co nie jest plastikowym produktem, lecz rzeczywistym zwierciadłem ukazującym wnętrze człowieka, to wiedzcie, że znajdziecie to właśnie w muzyce Jefa Janssena. Wystarczy tylko chcieć. Wszystko jest na wyciągnięcie ręki, gdyż wspomniany muzyk ma rzadką przypadłość dzielenia się swoimi dokonaniami z każdym chętnym użytkownikiem globalnej sieci. Obie z jego dwóch dotychczasowych płyt zostały w pełni udostępnione. Znajdziecie je w dziale MP3, których warto posłuchać.