Pokazywanie postów oznaczonych etykietą agalloch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą agalloch. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 lutego 2017

Tworząc na zgliszczach

Rozpad Agalloch po 20 latach działalności był przykrą wiadomością. Szkoda wielka, gdyż wewnętrzne spory i odmienne wizje przyszłości zespołu postawiły po przeciwnych stronach barykady lidera Johna Haughma i pozostałych muzyków - Jasona Williama Waltona, Aesopa Dekkera i Dona Andersona. W efekcie pierwszy powołał do życia Pillorian, a pozostali skrzyknęli się pod nazwą Khôrada. Haughm ma tę przewagę, że niedawno zamieścił w sieci singiel zapowiadający debiutancki "A Stygian Pyre", dlatego to jemu poświęcimy teraz nieco miejsca.

Pillorian, John Haughm pierwszy z prawej  /  Fot. facebook.com/Pillorian
Były wokalista i gitarzysta Agalloch nie szukał daleko. Zaprosił do współpracy dobrych znajomych z ojczystego Oregonu - Stephena Parkera z Maestus i Trevora Matthewsa z Uada. Obaj panowie chętnie parali się dość standardową wypadkową death, black i doom metalu, dlatego efekt jest taki, że w nasze ręce nie oddano niczego przesadnie zaskakującego. Co więcej, każdy, kto oczekiwał kontynuacji Agalloch, srogo się rozczaruje. Przede wszystkim ma być szybko, wściekle i diabelsko. Iskierką nadziei dla niepocieszonych jest jednak druga część utworu - miejscami spokojniejsza, bardziej melodyjna i zagrana z większym polotem. Inna sprawa, że Haughm mógł mieć też ochotę zwyczajnego odreagowania, powrotu do czarnych korzeni i poszukania natchnienia, przypominając sobie młodzieńczą potrzebę buntu.


Ocenianie płyty jedynie po singlu to błąd. A ocenianie w ten sposób wydawnictwa, którego jeszcze nie ma, to już zbrodnia. Dlatego trzeba uzbroić się w cierpliwość i poczekać do 10 marca. Wówczas przyjdzie czas na premierę "A Stygian Pyre" i wydanie wyroku. Co ciekawe, będziemy mogli również skonfrontować zawartość krążka ze scenicznymi wersjami utworów. W ramach europejskiej trasy Amerykanie zagrają w poznańskim klubie U Bazyla. Koncert odbędzie się 9 kwietnia.

czwartek, 29 maja 2014

Nowe po staremu

Cztery lata temu John Haughm szumnie zapowiedział, że jemu i towarzyszącym mu muzykom udało się nagrać coś nowego. Jednak czas pokazał, że wydane wówczas "Marrow of The Spirit" niezbyt przekonująco prezentowało się na tle dwóch największych osiągnięć Agalloch, czyli krążków "Ashes Against The Grain" i "The Mantle". Można było odnieść wrażenie, że Amerykanie co najwyżej wybrali kilka własnych sprawdzonych już rozwiązań i urozmaicili nimi surowe pomysły pokroju debiutanckiego "Pale Folklore". W konsekwencji ze strony wielu fanów oraz krytyki powiało wyraźnym chłodem i rozczarowaniem, poczuciem kroku w tył. A jak będzie teraz? Z pewnością inaczej. Muzycy wyciągnęli konsekwencje. "The Serpent & the Sphere" ma zdecydowanie więcej zalet, choć nie brakuje mu również i wad, szczególnie jednej.

Agalloch  /  Fot. Veleda Thorsson
Podobnie jak w przypadku każdej z poprzednich płyt Agalloch, na tej dopiero co wydanej również łączą się się rozmaite muzyczne płaszczyzny. Skonfrontowane razem black i doom metal, melodia, nastrój, gitary akustyczne spod znaku neofolku oraz niemalże postrockowe zagrywki to znak firmowy Amerykanów, którym zyskali sobie uznanie zdecydowanie dalej niż jedynie po swojej stronie Wielkiej Wody. Zawsze starali się urozmaicać własne pomysły i to nie uległo zmianie. Wszystko jest tu przemyślane i pasuje do siebie, dając słuchaczowi poczucie, że "Serpent & The Sphere" to zamknięta całość. Słuchając tej muzyki, nie można się nudzić. W tych dźwiękach wyraźnie wyczuwa się dobrze nam znanego ducha lasów Oregonu oraz potęgę i siłę przyrody postrzeganą przez pryzmat pogaństwa. Obecnie mało kto tak gra, a jeśli już, to dość szybko jest kojarzony właśnie z Agalloch. A gdzie w tym wszystkim ta wspomniana wada? 


Obecnie trudno nie odnieść wrażenia, że ten zespół niestety już się nie rozwija, że to wszystko już słyszeliśmy, że, obym tutaj się mylił, apogeum swoich możliwości Amerykanie mają za sobą. "Serpent & The Sphere" brakuje przede wszystkim kunsztu i polotu czasów "Ashes Against The Grain" oraz "The Mantle". Nie chodzi o to, by muzycy nagrywali jeszcze raz to samo, wszak obie te płyty różniły się przecież od siebie, ale by potrafili tak zaskoczyć swobodą poruszania się po wąskich granicach obranej stylistyki, jak czynili to właśnie w ich przypadku i zarazem w swoim najlepszym okresie, czyli w latach 2001-2008. W tym momencie świadomość i wiedza przeszłości Agalloch działa mocno na niekorzyść słuchacza. A szkoda, gdyż ten album sam w sobie nie jest zły. W konfrontacji jednak przegrywa.


"Serpent & The Sphere" zrobi dobre lub bardzo dobre wrażenie wrażenie przede wszystkim na tych, którzy dopiero teraz spotykają się z dokonaniami Agalloch. I nieco im nawet tego zazdroszczę, gdyż na początku swojej działalności muzycy z Portland dali mi nadzieję na usłyszenie czegoś nietuzinkowego ze Stanów w czasach wszechobecności amerykańskiego plastiku. Przez lata skutecznie utrzymywali mnie w poczuciu, że odnalazłem to, czego wówczas szukałem. Czy zatem formuła uległa wyczerpaniu? Nie sądzę. Ale jeśli już, to przekonamy się o tym dopiero przy kolejnym regularnym wydawnictwie Amerykanów. Wciąż mają coś do powiedzenia, tyle że już nie z taką siłą jak niegdyś.

poniedziałek, 4 października 2010

Nowy album Agalloch

Gdyby oceniać przedstawicieli amerykańskiej sceny wyłącznie na podstawie tego, co w środku dnia słyszymy w radiu lub, o zgrozo, widzimy w telewizji, to oczom naszej wyobraźni ukazałaby się wizja nieprzebranego oceanu kiczu, tandety i komercji. Na szczęście jednak, również za Wielką Wodą, istnienie prężnie działające podziemie i szeroko rozumiana scena niezależna, której jednym z ciekawszych przedstawicieli jest niewątpliwie Agalloch.

Muzykom z Portland, jak mało komu, z powodzeniem udało się stworzyć własny styl, łącząc elementy black i doom metalu wraz z charakterystycznym brzmieniem gitary akustycznej oraz tym, co zwykliśmy określać mianem post rocka. Tak przynajmniej było do tej pory. A jak będzie na nowej, czwartej już studyjnej płycie? Przekonamy się 23 listopada, gdyż to tego dnia ukaże się "Marrow of the Spirit". Oczekawania są spore, ale Amerykanie jeszcze nigdy nie zawiedli swoich sympatyków, zatem mamy podstawy, by być dobrej myśli.

1. They Escaped The Weight Of Darkness [3:41]
2. Into The Painted Grey [12:25]
3. The Watcher’s Monolith [11:46]
4. Black Lake Nidstang [17:34]
5. Ghosts Of The Midwinter Fires [9:40]
6. To Drown [10:27]

niedziela, 4 lipca 2010

Wszędzie dobrze, ale w radiu najlepiej

Przesłuchując płyty, które zabiorę na nasze najbliższe spotkanie, już teraz wiem, że dobrze będzie móc znowu zasiąść na wysłużonym radiowym fotelu, za konsoletą i przy mikrofonie, by poprowadzić dla Was Melodie Mgieł Nocnych. Wierzcie mi, że trzy tygodnie to wystarczająco dużo czasu, by zatęsknić za studiem.

Podczas stu dwudziestu za minut  naszych cotygodniowych podróży wspólnie przemierzymy wzdłuż i wszerz muzyczną mapę Starego Kotynentu. Zajrzymy także za Wielką Wodę, skąd do moich uszu dotarły niezwykle interesujące wieści. Wreszcie, nie zabraknie muzycznych premier, w tym bardzo dobrze zapowiadającego się pewnego rodzimego wydawnictwa.