niedziela, 28 grudnia 2014

Zaduch spod nagrobnej płyty

Gdzie przebiega granica, po przekroczeniu której muzyka staje tak bardzo w opozycji do kompozytorskich schematów, a muzycy do otaczającej ich rzeczywistości? Kiedy dźwięki nazywane muzyką stają się antymuzyką? To pytania, które powracają zawsze, gdy przypomnę sobie chociażby wrocławski koncert Merzbow lub włożę do odtwarzacza płytę ze starszymi dokonania brytyjskiego Moss. Zresztą przykładów można by podać znacznie więcej. Kluczowe jest jednak to, że do grona tego typu wydawnictw, przynajmniej w jakiejś mierze, trzeba będzie zaliczyć kolejne, i to polskie. 

Sigihl  /  Fot. facebook.com/Sigihl
Śląskie Sigihl powstało dwa lata temu bez większego rozgłosu, jak i pośpiechu samych muzyków, którzy najwyraźniej przez ten czas nadawali pomysłowi formę i realizowali obrane założenia. Oczywiście nie była to też żadna tajemnica. Ktoś o nich słyszał, ktoś coś wiedział, ale dopiero teraz zespół dał o sobie znać w bardziej jednoznaczny sposób, czyli za sprawą debiutanckiej płyty "Trauermärsche (and a tango upon the world's grave)". Ciekawe, kto miał tu więcej odwagi? Muzycy będący w pełni świadomi, że z takim albumem dotrą do garstki osób, a może wydawca, który sięgnął do kieszeni?


To płyta pełna diabolicznego opętania, zgnilizny i zatęchłego powietrza wydostającego się spod ciężkiej nagrobnej płyty. Ma w sobie coś przerażającego i zarazem odpychającego. Mało kto będzie w stanie wysłuchać jej w całości. Większość śmiałków poczuje ból i niechęć, które w linii prostej wywołują przesterowany bas, pogrzebowe tempa, wysokie rejestry wszechobecnego saksofonu i obłąkanych partii wokalnych Rafała Kwaśnego, owszem, muzyka pamiętanego z Psychotropic Transdenccetal, a obecnie kojarzonego głównie z Moanaą. A gdzie w tym wszystkim gitary? Otóż nie ma ich. Rzeczony bas poczynił takie spustoszenie, że najwyraźniej okazały się niepotrzebne. Choć nie zdziwiłbym się, gdyby w tej szalonej inicjatywie od początku nie było dla nich miejsca. A na co było? Na drone, doom, post metal, jazz i kubeł czarnej jak noc smoły.



Jeśli cenicie sobie przekraczanie granic, jeśli chcielibyście zbliżyć się do umownej ściany, bądź zamierzacie zrobić komuś na złość, wyraźnie przekręcając potencjometr, to jest to płyta dla Was. Pozostają jeszcze sympatycy autodestrukcji, masochiści i w końcu wszyscy ci, do których sam się zaliczam, będący po porostu pod wrażeniem nie tyle samego pomysłu muzyków, co raczej jego bardzo udanej realizacji. Jeśli Sigihl przetrwa próbę czasu i okaże się czymś więcej niż jednorazowym projektem, to aż strach pomyśleć, co miałoby trafić na drugą płytę. A może po prostu panowie zaczną wyburzać ścianę, do której tak bardzo się zbliżyli?

wtorek, 23 grudnia 2014

Nie ma już diabła, nie ma i zaufania

Tajemniczy łódzki producent o pseudonimie K. intryguje coraz bardziej. Po genialnym dekadenckim, pełnym stylistyki noir "There's The Devil Waiting Outside Your Door", zaśmiał się wszystkim w twarz i sam rzucił sobie wyzwanie w postaci ambientowego "Lord Said Go to The Devil". Ten swoisty drugi debiut wzbudził może mniej zachwytów niż poprzednik, ale z pewnością spotkał się z uznaniem za bezkompromisową zmianę stylistyki. A co stało się teraz? Diametralnej zmiany już nie ma, tytularnego diabła również. Jest za to swoisty manifest zamknięty w słowach "No Longer Trust These Eyes of Mine". 

Instrumentarium K.  /  Fot. facebook.com/untitled777
Trzecia płyta K. to rozwinięcie pomysłów z drugiego albumu. Ponownie w nasze ręce muzyk oddał pełen ciemności ambient, ale tym razem w tej muzyce dzieje się znacznie więcej. Jest o wiele bogatsza i bardziej dopracowana. Zupełnie jakby po ukazaniu się "Lord Said Go to The Devil" samemu zainteresowanemu brakowało spełnienia i poczucia, że teraz może rozpocząć coś zupełnie nowego, gdyż każde kolejne podobne wydawnictwa byłyby jedynie ubogimi krewnymi dopiero co nagranych utworów. Swoją drogą, być może tak właśnie było po ukazaniu się "There's The Devil Waiting Outside Your Door", czego efektem stała się wspominana wcześniej diametralna zmiana stylistyki. Być może.


"No Longer Trust These Eyes of Mine" zyskuje najbardziej, gdy ambientowe tło prowadzi jeden dźwiękowy szczegół. Spośród wszystkich wykorzystanych zabiegów najlepiej wypada trąbka, jakże diaboliczna za czasów pierwszej płyty. Tutaj ten instrument, a w zasadzie jego echo, dochodzi jakby z głębi tunelu lub bardzo długiego korytarza, co budzi przyjemne konotacje z obrazową muzyką, napisaną np. z myślą o filmie. Aż chciałoby się, by w tej dźwiękowej otchłani było jej znacznie więcej. Na szczęście są też inne pomysły, luźno powiązane m.in. z trip hopem i industrialem. Autor zadbał o urozmaicenie, operując w ramach typowo monotonnego gatunku.



Tu nic nie jest podane na tacy. Mimo że tym razem K. nie wymaga od słuchaczy aż tak wiele skupienia jak w przypadku "wysyłania nas do diabła", to jednak każdy sam musi wyłuskać z tej muzyki to, czego poszukuje i znaleźć sposób interpretacji tego, co słyszy. Owszem, obecnie te dźwięki są o wiele przystępniejsze, ale i tak wciąż dość wymagające. Co więcej,  ze względu na tytuł "No Longer Trust These Eyes of Mine" wydaje się kolejnym etapem gry, którą prowadzi z nami rzeczony łodzianin. Tajemniczy producent dobrze wie, że to on dyktuje warunki, a my możemy jedynie uważnie nadstawiać ucha. Mamy jednak prawo wymagać i oceniać, co zaledwie trzy tygodnie po premierze budzi pytania o to, czym K. zaskoczy nas w przyszłości. Oby nie trzecią ambientową płytą. To byłoby zbyt proste i zbyt oczywiste na tak ciekawego muzyka.

sobota, 20 grudnia 2014

Rigor Mortiss w Melodiach Mgieł Nocnych

To nieco dziwne uczucie poznawać po latach muzyków, których teledyski jako nastolatek oglądałem w nieodżałowanym "Clipolu" bądź "Luzie". Dlaczego dziwne? Otóż wówczas nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że kiedykolwiek do tego dojdzie, a już z pewnością nie w radiowym studiu. Los bywa jednak przewrotny i niekiedy zapewnia nam podróże w czasie. Tak było wielokrotnie podczas naszych spotkań. Tak też będzie w najbliższy poniedziałek. Waszymi i moimi gośćmi będą muzycy reaktywowanego po dwóch dekadach płockiego Rigor Mortiss.

Rigor Mortiss 2014  / Fot. Cantaramusic.pl
Nie zabraknie oczywiście tematu powrotu samego w sobie, także kwestii kompaktowej reedycji jednego albumu grupy, ale niech to pozostanie zaledwie punktem wyjścia do powiedzenia czegoś więcej, zarówno w formie pytań, jak i, mam nadzieję, także odpowiedzi. W końcu jest o czym opowiadać. I to tym bardziej, że dla wielu to już niestety zapomniany zespół. Do usłyszenia.

wtorek, 16 grudnia 2014

Wpatrzeni w słońce

Pamiętając pierwsze lata pogrzebowej działalności wodzisławskiego Gallileous, obserwując reaktywację grupy, następnie nieco zmodyfikowany powrót do korzeni i w końcu stonerową metamorfozę, zawsze ciekawiło mnie, co będzie dalej. Zastanawiałem się, w jaki dokładnie sposób panowie wyjmą słupy graniczne i w którym kierunku, bynajmniej nie cichaczem po nocy, przesuną je, by w dniu premiery podstawić nas przed faktem dokonanym. Teraz jeszcze bardziej pewne jest to, że kierunek pozostaje jeden. Muzyczna wyprawa na południe trwa w najlepsze, a stylistycznie wodzisławianie mają coraz dłuższe brody, w ich żyłach płynie coraz więcej psychodelików, zaś z ich butów wysypuje się odpowiednio więcej piasku.

Cebul z Gallileous  / fot. facebook.com/gallileous 
Wydany na początku 2013 r. "Necrocosmos" otworzył nowy rozdział w historii zespołu. Płytę wypełniło stonerowe granie o wyraźnie zarysowanych doomowych korzeniach. Teraz zaś muzycy postawili kolejny krok w stronę słońca, bardzo klarownie zapowiedziany zresztą tegorocznym singlem "Yeti Scalp". "Voodoom Protonauts" to wyraźne odejście od doomowego stonera na rzecz pustynnego rocka przepełnionego psychodelą. Muzyka jest lżejsza, jeszcze bardziej kosmiczna i oddalająca słuchacza od domyślnego stanu świadomości. Nie oznacza to jednak, że wszystko pozostaje tu miłe, lekkie i przyjemne. Owszem, rock zawsze pozostanie rockiem, niemniej decyzja muzyków skutkuje jeszcze większą hermetycznością ich grania.


A kto miałby potencjalnie na tym stracić? Raczej ci, którzy dotychczas pozostali nieprzekonani. Jeszcze głębsza penetracja wodzisławskiej pustyni nie sprawi, że nagle pobiegną do sklepów. Co zaś z pozostałymi? Nawet jeśli komuś bardziej odpowiada nieco cięższa stylistyka "Necrocosmos", to raczej nie odrzuci "Voodoom Protonauts". Najpewniej spojrzy na nią z nieco innej perspektywy i pozostanie przynajmniej przy wybranych utworach. Największym skarbem tego wydawnictwa są organy Hammonda. Czasem słyszymy je z przodu, czasem z tyłu, ale to one budują psychodeliczny nastrój i mieszają w wyobraźni słuchacza. Najpewniej najlepsze partie samych gitar nie przyciągałyby uwagi tak bardzo, a nawet jeśli, to aż prosiłoby się, by spectrum całości poszerzyć o ten jeden instrument. I tu jesteśmy świadkami paradoksu. Niejaki organista Boogie nie jest stałym członkiem Gallileous.


"Voodoom Protonauts" to jedna z tych płyt, która przypada do gustu z czasem. Musi dojrzeć, zwłaszcza gdy na co dzień nie sięgamy po takie dźwięki. Można porównać ją do wybranego mocniejszego trunku. Pierwszy łyk rzadko kiedy dobrze smakuje, ale później zazwyczaj jest już przyjemniej. Im więcej transu w tej muzyce i szalonego wirowania wokół własnej osi, tym lepiej. Dzięki temu psychodela zaczyna ocierać się o kosmos, i to nie ten ponad błękitem nieba, lecz ten, który mamy w głowach. Wodzisławianie wciąż uparcie podnoszą wzrok i patrzą prosto w słońce. Owszem, są coraz bardziej opaleni, ale muzyka świadczy o tym, że żaden z nich jeszcze się nie poparzył.

niedziela, 14 grudnia 2014

Zaproszenia na Moonspell, Deicide i Morgoth

20 grudnia w warszawskiej Progresja Music Zone odbędzie się trzecia edycja Metalowej Wigilii. W tym roku w gronie kolędników zobaczymy Moonspell, Deicide, Morgoth oraz towarzyszące im holenderskie Hail of Bullets, francuski Svart Crown i włoskie Sawthis. Już jutro podczas naszego spotkania będę miał przyjemność rozdania Wam zaproszeń na to wydarzenie. Zainteresowanym zalecam uważne nadstawienie ucha i przypomnienie sobie co istotniejszych faktów z historii pierwszych trzech z wymienionych grup. Refleks również się przyda. Do usłyszenia punktualnie północy.   

Moonspell w warszawskiej Progresji 18.11.2012  /  Fot. Wojtek Dobrogojski 

środa, 10 grudnia 2014

Praca przyniosła efekty

Los chciał, że nie dojechałem na żaden z koncertów Blindead promujących "Absence". Szkoda, gdyż wówczas gdańszczanie mile wszystkich zaskoczyli odejściem od postmetalowej stylistyki. Ta muzyczna metamorfoza wzniosła dużo ożywienia, tym samym przysparzając zespołowi wielu nowych fanów i z pewnością w jakimś wymiarze zachęciła co poniektórych, by wreszcie z uwagą zaczęli śledzić nie tylko to, czym chcą karmić nas landy zza Odry i Wielkiej Wody, ale i do poświęcenia nieco uwagi zjawiskom, do których dosłownie dochodzi tuż pod ich nosami.  Tak było z rzeczonym "Absence", tak też jest w przypadku "Live at Radio Gdańsk", dopiero co wydanej pierwszej koncertowej płyty Blidnead. 

Blindnead  /  Fot  Oskar Szramka
Wybierając się 30 listopada do warszawskiej Progresji, nie znałem jeszcze zawartości nowego albumu. Zatem przyszło mi najpierw zobaczyć koncert, a dopiero następnego dnia posłuchać zapisu tego, co 29 czerwca tego roku wydarzyło się w studiu Radia Gdańsk. Może i stało się lepiej, gdyż przyjemniej jest, gdy o dobrym występie z naszym uczestnictwem przypomina solidna płyta koncertowa, a nie odwrotnie. To o tyle istotne, że obecne sceniczne dokonania gdańszczan w znacznej mierze pokrywają się z zwartością "Live at Radio Gdańsk". Nie jest to bynajmniej wada. W przypadku tak udanej metamorfozy i muzycznego rozwoju tym przyjemniej słucha się nowego albumu. Wszak to kolejny krok w stosunku do "Abscence". Wykonane utwory zostały przearanżowane, a saksofon, skądinąd znany już ze studia, klarnet oraz gitary akustyczne dodały ich pierwowzorom olbrzymiej dawki nastroju. Z drugiej strony na szczęście muzycy Blindead umiejętnie wyważyli proporcje i nie odcięli się od korzeni. W przeciwnym razie stracilibyśmy na tym wszyscy. Ta synteza daje muzykom o wiele większe możliwości niż popadanie z jednej skrajności w drugą. Niech świadczy o tym chociażby zamykające płytę "So It Feels Like Misunderstanding When..." z czasów "Affliction XXIX II MXMVI".


Można zaryzykować stwierdzenie, że "Live at Radio Gdańsk" to wyznacznik kolejnego etapu rozwoju Blindead i jakaś wskazówka w kontekście potencjalnej nowej studyjnej płyty. Na naszych oczach wysiłek włożony w zmianę stylistyki przynosi wymierne artystyczne korzyści. Czas pokazał, że "Absence" nie było przypadkiem. Przypadkiem nie jest również zapis tego, co w jeden z tegorocznych czerwcowych wieczorów wydarzyło się w Gdańsku. Trudno o tym wydawnictwie napisać coś krytycznego. I niech już tak pozostanie, także w perspektywie przyszłości Blindead.

czwartek, 4 grudnia 2014

Tytus de Ville w Melodiach Mgieł Nocnych

Niemal trzy lata temu na niniejszej stronie pojawiło się pośmiertne wspomnienie nieco zapomnianej już łódzkiej Pornografii. Z kolei rok temu Requiem Records ogłosiło rozpoczęcie prac nad specjalnym boksem poświęconym tej rodzimej legendzie zimnego i gotyckiego grania. Żeby tego było mało, tej jesieni zespół oficjalnie ogłosił reaktywację, grając też pierwsze koncerty. Dlatego w związku z tym wszystkim w najbliższy poniedziałek będę miał przyjemność w Waszej obecności porozmawiać z Tytusem de Ville, gitarzystą i wokalistą rzeczonej grupy.  

Pornografia, Tytus de Ville  / For. Arch. zespołu
Ta rozmowna byłaby zbyt przewidująca i zbyt prosta, gdyby pojawił się w niej jedynie wątek wznowienia działalności, zatem nie zabraknie także pytań o znacznie szerszym kontekście. W końcu na rodzimej scenie był taki czas, że Tytus de Ville mógł uchodzić za niemal wszędobylskiego muzyka. Co więcej, podczas naszego spotkania pojawią się również inne zakurzone nagrania z rodzimych archiwów, nie tylko w charakterze zwykłego wspomnienia. Do usłyszenia.

piątek, 28 listopada 2014

Czekając na odpowiedzi

W przypadku każdego wykonawcy, którego płyta trafiała w ręce większości z nas, musiał kiedyś nadejść moment, gdy na swój sposób odchodził od nagrywania oraz koncertowania dla wąskiego grona odbiorców, nierzadko po prostu znajomych, i wypływał na szersze wody, niekoniecznie tracąc przy tym kontakt ze sceną niezależną. Taka historia zazwyczaj wiązała się z jakąś płytą, w którą jakiś większy wydawca postanowił zwyczajnie zainwestować. Owszem,  tego typu finansowa przygoda nie zawsze kończyła się dobrze i wszyscy znamy wiele takich przypadków. Niemniej za każdym razem, gdy obserwuję podobny bieg wydarzeń, zadaję sobie pytanie, co ostatecznie z tego wyniknie. Teraz jest podobnie.

     Jayn Hanna Wissenberg  /  Fot. Shay Rowan / facebook/darkhermusic 
Jayn Hanna Wissenberg to w Polsce postać zupełnie anonimowa. Jej poczynania z The Steals kojarzą co najwyżej najbardziej zagorzali sympatycy shoegaze'u i mroczniejszych okolic neofolku oraz nasi rodacy, których exodus pognał na Wyspy Brytyjskie, gdzie mogli natrafić na nagrania wokalistki z West Yorkshire. Teraz jednak o ognistowłosej damie dowiaduje się coraz więcej osób, a wszystko za sprawą debiutanckiej epki Darkher, jej solowego projektu. To skromne wydawnictwo potwierdza, że dla wielu Jayn może i będzie osobą znikąd, ale z pewnością to, gdzie teraz się znalazła, nie było dziełem przypadku.



Czteroutworowa epka "The Kingdom Field" to tak naprawdę profesjonalne wznowienie tego, co Jayn H. Wissenberg wydała sama pod szyldem Faun Records w 2013 r. Różnica poleca zaledwie na jednym dodatkowym utworze. Zaś rzeczona cyfra cztery okazuje się znamienna. Debiut Darkher to w rzeczywistości  dwa dość odmienne oblicza Brytyjki. Dwie kompozycje pozostają istną oazą spokoju, pełną przestrzeni, melancholii, delikatności i onirycznej atmosfery budowanej przede wszystkim pierwszoplanowym głosem, za którym podążają m.in. pojedyncze dźwięki gitary i wiolonczela. Skojarzenia z ethereal i jego okolicami są tu jak najbardziej na miejscu. Z kolei druga para utworów to coś, na czym Darkher zyskuje najwięcej, tym samym o wiele skuteczniej zwracając na siebie uwagę. Pełne rockowe instrumentarium brzmi silniej i bardziej zdecydowanie, a połączone ze wspomnianą wiolonczelą, rozmytym shoegaze'owym brzmieniem i czystym, miłym, dla ucha głosem Jayn daje słuchaczowi poczucie wymykania się tej muzyki utartym, szczególnie gotyckim, schematom i mocno budzi oczekiwania względem regularnej płyty.



W końcu Jayn H. Wissenberg będzie musiała zdecydować się na którąś stylistykę i tym samym zachwiać te wyrównane proporcje. Niewykluczone jednak, że wybór już został dokonany, biorąc pod uwagę poniższy teledysk promujący rzeczone "The Kingdom Field". Na swój skromny jeszcze sposób Darkher odbiera od typowych rozwiązań, ale by móc powiedzieć to z pełnym przekonaniem, potrzeba czegoś więcej. Tym czymś będzie oczywiście pełna płyta. W dniu jej premiery okaże się również, czy niedawna decyzja niemieckiej Prophecy Productions o zainwestowaniu w wydanie tej epki była dobrym posunięciem. Wszystkiego najpewniej dowiemy się w przyszłym roku.

sobota, 22 listopada 2014

Odsłuch archiwalnych audycji

Przez niemal dekadę wielu z Was zadawało mi pytanie, czy istnieje możliwość posłuchania Melodii Mgieł Nocnych po ich cotygodniowej nocnej emisji na antenie warszawskiego Radia Kampus. Owszem, swego czasu było to możliwe, gdy ktoś nagrywał i udostępniał tę audycję na jednym z serwisów poświęconych wymianie plików. Jednak  po kilku miesiącach najwyraźniej zrezygnował, a i ja sam nikomu nie mówiłem, że znalazłem taką witrynę. Jednak w maju tego roku temat powrócił przy okazji nowej wersji niniejszej strony. Wówczas obiecałem, że wkrótce postaram się rozwiązać ten problem. Teraz w końcu udało mi się dotrzymać danego słowa.

Fot. Wojtek Dobrogojski
W nowo powstałym dziane Odsłuch archiwalnych audycji znajdziecie ostatnie trzy z minionych programów. Systematycznie będę starał się uzupełniać tę podstronę o kolejne odsłony Melodii, ale w sumie jest ich niemal 500, zatem nie wiem jeszcze, ile z tych z najstarszych zostanie opublikowanych. W każdym razie postaram się, by dzień, najdalej dwa, po emisji audycji można było posłuchać jej za pośrednictwem niniejszej witryny. Mam nadzieję, że tym samym spełnią się oczekiwania wszystkich, którzy mnie o to prosili. W celu lepszej przejrzystości podstron postanowiłem nie łączyć działu playlist z publikowanymi audycjami. Każdy odsłuch będzie odpowiednio otagowany, zatem w wybranym przez Was momencie programu wyświetli się wykonawca oraz tytuł prezentowanego utworu. Niemniej oczywiście zachęcam do nadstawiania ucha w poniedziałki o północy, wszak zaproszenia na koncerty lub płyty mogę rozdać jedynie na żywo. Przyjemnego słuchania i do usłyszenia.  

niedziela, 16 listopada 2014

Prędzej w Niemczech niż w Polsce

Muzycy powstałego w Szczecinie God's Bow nigdy nie byli w centrum uwagi. Nie miało znaczenia, że ich płyty oraz pojedyncze nagrania ukazywały się na Zachodzie, że koncertowali u boku uznanych i jak najbardziej kojarzonych w naszym kraju grup. Zazwyczaj rozpoznawalność ich nazwy ograniczała się do wąskiego grona tych, którzy choć raz byli na Castle Party w Bolkowie lub jakimś cudem pamiętają jeszcze drugą edycję tegoż festiwalu na zamku w Grodźcu, gdzie zespół stawiał pierwsze kroki. Czy nowa płyta to zmieni? Raczej nie, a jeśli już to w niewielkim stopniu. Nie dlatego, że dopiero co wydany "Tranqualizer" to słaby album. Wręcz przeciwnie. Sęk w tym, że ta muzyka to u nas wciąż margines. A szkoda.

Koncert God's Bow w Niemczech  /  Fot. Dea / facebook.com/pages/Gods-Bow 
Czwarta studyjna płyta God's Bow nie jest bynajmniej powrotem muzyków, choć trzeba przyznać, że siedem lat to długi okres czasu. Tyle bowiem minęło od ukazania się "Follow" i co poniektórzy z pewnością zdążyli już zapomnieć o tej grupie. Jak się jednak okazało, Agnieszka Kornet i Krzysztof Pieczarka nie próżnowali. "Tranqualizer" to bez wątpienia najdojrzalsze i najciekawsze wydawnictwo będące efektem pracy rzeczonej pary. Wszystkie muzyczne tropy, z których znamy God's Bow, czyli dark wave, elektro, ambient i ethno przeplatają się raz jeszcze, jednak tym razem w nieco innych proporcjach, co w przypadku tego wydawnictwa jest kluczowe.


Poza nielicznymi wyjątkami dominują wolne i średnie tempa oraz wynikające z tego zabiegu spokój i przestrzeń. Z drugiej jednak strony nie ma tu mowy o przesadnej subtelności, mogącej ocierać się o gotycki pop, do czego czasem w przeszłości dochodziło. Jest za to solidna szkoła w postaci standardów wytwórni 4AD, zarówno w warstwie kompozytorskiej jak i produkcyjnej. Właśnie m.in. z tego wynika wspomniane poczucie dojrzałości wszystkiego, co trafiło na "Tranqualizer". Niemniej to przekonanie jest znacznie silniejsze w najbardziej onirycznych utworach. Wówczas głos Agnieszki Kornet wręcz wtapia się w spokojną, niemalże ambientową elektronikę i ma w sobie coś kojącego, czego nie można znaleźć w nieco żwawszych kompozycjach. Jednak na szczęście dla całości tych drugich jest zdecydowanie mniej.


Gdyby muzycy God's Bow nadal mieszkali i działali w Szczecinie, byłoby im znacznie trudniej dotrzeć do szerszego grona odbiorców. Biorąc jednak po uwagę, że obecnie żyją i tworzą w Niemczech, mają zupełnie inne możliwości. Tam ta muzyka po prostu się sprzedaje. Ludzie chodzą na koncerty i kupują płyty. Zatem w tym kontekście niedawna trasa u boku Deine Lakaien nie może dziwić. Nad Wisłą byłoby to o wiele trudniejsze. Co prawda "Tranqualizer" nie jest płytą przełomową, która z miejsca pobiłaby silną niemiecką konkurencję, ale to na tyle solidne wydawnictwo, że z pewnością zostanie odnotowane po drugiej stronie Odry i być może, nawet brew moim słowom, przysporzy zespołowi w Polsce więcej niż garstkę nowych fanów. Latem przyszłego roku God's Bow wystąpi na Castle Party w Bolkowie. 

wtorek, 11 listopada 2014

Z dalekiego Uralu do Kijowa

W grudniu 2007 r. po raz pierwszy zaprezentowałem Wam skromnie wydaną płytę "Lumikuuro" niejakiego rosyjskiego Kauan, mówiąc, że w tych surowych dźwiękach, o jednoznacznie doom-blackmetalowm rodowodzie, drzemią olbrzymie możliwości. Rok później ukazał się odnotowany już przez zachodnią prasę album "Tietajan laulu". Wówczas coraz więcej osób dostrzegało kompozytorskie umiejętności Antona Belova, które dość gładko przełożyły się na trzy kolejne znakomite płyty, w tym jedną nota bene wydaną przez włoską Avangarde Music. Zespół nigdy nie osiągnął sukcesu komercyjnego, ale jego artystyczny wymiar udanie przełożył się na dużą popularność. Bo jak tu nie zwrócić uwagi na śpiewającego po fińsku rosyjskiego multiinstrumentalistę, który tworzy zarówno piękną jak i ciężką muzykę z pogranicza doom metalu i post rocka? Trudno przejść obok niego obojętnie. Teraz zresztą będzie to jeszcze trudniejsze, zwłaszcza dla starszych fanów zespołu.

Anton Belov w środku  /  facebook.com/kauanmusic
Po przeprowadzce z dalekiego Czelabińska do Kijowa Belov wyraźnie odżył. Jeszcze bardziej rozwinął się jako muzyk, a każda kolejna płyta Kauan wydaje się być lepsza od poprzedniej. Teraz rzecz ma się podobnie, choć zarazem jest i nieco inaczej. Wydana na dniach kompilacja "Muistumia" zawiera siedem na nowo nagranych kompozycji z czasów pierwszej i drugie płyty, z czego jedna z nich w żadnej wersji nie była wcześniej publikowana. Można być sceptykiem wobec takich wydawnictw, sam się do niech zaliczam, ale w tym przypadku warto zapomnieć o uprzedzeniach. 



Co ciekawe, początkowo ta płyta miała trafić w ręce niespełna sześćdziesięciu osób, które prywatnie wspomogły ponowne zarejestrowanie starszych utworów na zasadzie crowdfundingu. Ostatecznie jednak fizyczny nakład "Muistumia" wyniósł tysiąc kopii. Ta kompilacja ma dwa ciekawe oblicza. Po pierwsze, ponowne wejście do studia i profesjonalna produkcja umożliwiły wydobycie całego potencjału drzemiącego w starszych nagraniach. Po drugie zaś, teraz możemy przypomnieć sobie Kauan brzmiący ciężej i mroczniej. Obecnie Anton Belov już nie tak często jak kiedyś korzysta z growlu, skupiając się raczej na czystych wokalach w języku Kraju Tysiąca Jezior. Oczywiście wychodzi mu to znakomicie, niemniej bardzo przyjemnie słucha się dźwiękowego kontrastu, powstałego przez przypominanie sobie minionych czasów tej teraz już rosyjsko-ukraińskiej grupy.



Kauan nigdy nie nagrywał słabych lub przeciętnych płyt. Pierwsza, w najgorszym razie bardzo dobrze się zapowiadała, a od drugiej aż do piątej, czyli wydanego roku temu "Pirut", za każdym razem było już tylko lepiej. Ten zespół ma szalenie charakterystyczny styl. Wymieszanie doom metalu z post rockiem, a także poszerzenie tej syntezy o bogate i bardzo przyjemne dla ucha partie skrzypiec oraz klawiszy, przysporzyło mu sympatyków wszędzie tam, gdzie jest w stanie dotrzeć internet. W kontekście muzyki Antona Belova zawsze powtarzałem, że czasem warto obejrzeć się na Wschód i uważnie nadstawić ucha. W brew pozorom efekty dość często okazują się zaskakujące. Także i tym razem.

czwartek, 6 listopada 2014

Sprowadzenie na ziemię

Gdy cztery lata temu po raz pierwszy słuchałem debiutu bielskiej Moany, byłem bardzo ciekaw, co wyniknie z dalszej działalności tego zespołu. Mimo że trzyutworowa cyfrowa epka bardziej przypominała zapis próby niż profesjonalne wydawnictwo, to mimo wszystko zwróciła na zespoł uwagę, w pełni wpisując się w ówcześnie wciąż duże zainteresowanie post metalem i jego okolicami. Pójścia za ciosem jednak nie było. Zespół koncertował zazwyczaj w rodzinnej Bielsku-Białej, niezbyt często pojawiając się w innych miastach i zwyczajnie powoli zaczęto o nim zapominać. Teraz jednak muzycy przypominają o sobie, i to w najbardziej właściwy sposób, czyli za sprawą regularnej płyty. Pytanie tylko, czy aby nie odrobinę za późno?
 
Moanaa, koncert w bielskim Rudeboy  /  facebook.com/Moanaaband
Post metal w czystej postaci już dawno nie wzbudza szerszego zainteresowania. Po prostu się wypalił. Był taki czas, że w Polsce słuchało się wszystkiego, co miało taką etykietę, zwłaszcza gdy dotyczyło to rodzimych wykonawców, krzepnących pod wpływem zachodnich przedstawicieli gatunku. A teraz? Obecnie największe zainteresowanie wzbudzają hybrydy pokoju Thaw. Muzyka z czasów epki Moany nie miałaby dziś szansy przebicia, dlatego dobrze, że bielszczanie zaproponowali coś więcej. Pytań i wątpliwości jest jednak dużo, gdyż "Descent", mimo że to bardzo udane wydawnictwo z dużym potencjałem, to nie przełoży się na coś więcej. Piszę o tym tuż po premierze, gdyż jestem pewien, że w najbliższej przyszłości wiele rzeczy w kontekście tej płyty nie potoczy się tak dobrze, jakby mogło.



Chodzi przede wszystkim o to, co ciągnie tę płytę w dół i nie pozwala na maksymalnie zaprezentowanie drzemiącego w niej instrumentalnego potencjału. To przede wszystkim partie wokalne. Owszem, zarówno pamiętany z Psychotropic Transcedental Rafał Kwaśny jak i Maciej Proficz wszystko wykonali i nagrali właściwie. Sęk w tym, że gdy słyszymy growle, a za nimi riffową ścianę dźwięku, jesteśmy ściągani do typowych rozwiązań gatunku, a przecież jeszcze przed chwilą napięcie rosło, pojawiały się nieszablonowe ciekawe i nastrojowe pomysły, jakże oddalające muzykę Moany od gatunkowej sztampy. Oczywiście siła werbalnej ekspresji ma swoją wymowę, ale w wielu miejscach aż oprosi się o czyste partie, które mogą być przecież równie silne. Nie mówię tu o konformizmie, mającym ułatwić muzykom trafienie na pierwsze miejsce wybranej listy przebojów, ale o czymś, co jeszcze bardziej oddaliłoby "Descent" od standardowych skojarzeń. A tak bogactwo solidnej produkcji, gitarowej i ambientowej przestrzeni, akustycznych dźwięków oraz nastroju zwyczajnie ucieka. Na szczęście nie jest tak od początku do końca, ale miejsc, w których to słyszymy, pozostaje zdecydowanie za mało.



Mimo wszystko w tej stylistyce Moanaa przypomina o sobie nieco za późno. Gdyby ta płyta ukazała się wcześniej, np. niebawem po debiutanckiej epce, z pewnością mówiono by o niej znacznie więcej. Dziś oczywiście ucieszy wiele osób, na co zespół w pełni zasłużył, ale niestety nie wpłynie to jakoś znacząco na poprawę jego pozycji. A szkoda, gdyż "Descent" to naprawdę kawałek dobrej muzyki i zarazem dowód na to, że bielszczanie odnaleźli swój styl i mogą nagrywać jeszcze lepsze rzeczy. Jest i jednak druga strona medalu. Może ten album to początek tego, czego subiektywnie tutaj zabrakło? Może nagrane utwory są po prostu starsze, a muzycy nie chcieli z nich rezygnować, by zamknąć pewien etap w historii zespołu? Może. W każdym razie taki debiut, nawet miejscami tak bliski typowym rozwiązaniem, z pewnością otworzy im więcej drzwi niż zamknie. 

sobota, 1 listopada 2014

Zimne refleksje

Wydany w ubiegłym roku debiut wejherowskiego Bruna Światłocienia był bardzo miłym zaskoczeniem. Chłodna muzyka, balansująca gdzieś na granicy dark wave, zimnej fali i niemalże post rocka, spotkała się z bardzo ciepłym przyjęciem. Dla większości osób zespół pojawił się w zasadzie znikąd, ale i szczęśliwie dla rodzimej alternatywy jego muzycy bynajmniej donikąd nie zwędrowali, co potwierdza ich nowa płyta. 

Bruno Światłocień  /  Fot. Materiały promocyjne 
Tytuł "Czerń i cień II" pozornie podpowiada, że to kontynuacja debiutu. Owszem, będzie w tym nieco prawy, ale tylko nieco. W rzeczywistości w nasze ręce trafia inne wydawnictwo. Muzycy odeszli od cięższych kompozycji, oczywiście jak na swoje standardy, i rozwinęli spokojniejsze wątki pamiętane z debiutu. Jest tu o wiele mniej emocji i ekspresji, które zastąpiły przemyślenia, refleksje i odczucia. Gitara jeszcze bardziej chowa się za sekcją rytmiczną i jedynie w wybranych momentach stanowi coś więcej niż tło dla pozostałych instrumentów. Wyczuwalny niemal w każdej nucie refleksyjno-melancholijny nastrój uzupełniają także klawisze i niemała gama efektów, które umownie nazwijmy elektroniką. Tym samym muzycy Bruna jeszcze bardziej zbliżyli się na umownego dark wave, wyraźnie pozostawiając za plecami zimne gitarowe granie. Ono oczywiście jest, ale w znacznie mniejszym wymiarze niż na poprzedniej płycie. Ten zabieg sprawia, że "Czerń i cień II" to dość wymagający album. Tu nie ma niezobowiązujących piosenek, których można posłuchać o każdej porze dnia i nocy. Tu są spokojne utwory. Paradoksalnie jednak, sądząc po tym, co można zobaczyć w sieci, na koncertach Bruna energetyczne proporcje pozostają zgoła odwrotnie.

Okładka płyty "Czerń i cień II"
W kontekście tego wydawnictwa warto także nieco miejsca poświęcić osobie, wokół której skupia się cały zespół. Bronisław Ehrlich, stojący przy mikrofonie główny kompozytor muzyki oraz autor wszystkich tekstów, ma w sobie coś z barda i poety. W praktyce broni się przede wszystkim słowem, a nie śpiewem. Podobnie jak za czasu debiutu wokalista Bruna Światłocienia po prostu recytuje i mówi. Nie jest stworzony do prowadzenia głosem całego zespołu, ale w ten konwencji nie ma to większego znaczenia. Wszak który z chociażby rodzimych zimnofalowych wokalistów naprawdę potrafił zaśpiewać? Wtedy chodziło o coś innego, a że gatunek w zasadzie ten sam, tu jest podobnie. Zaś co do tekstów, trudno nie zwrócić uwagi na wiele przemyśleń i spostrzeżeń autora, a także wyłaniającego się z nich subtelnego, acz dość wyraźnego, wyznaniowego manifestu. To, jakie będzie to miało dla Was znaczenie, musicie już ocenić sami.



Dobrze, że taki zespół powstał, dobrze, że jego muzycy nagrywają płyty i co jakiś czas wychodzą na scenę. Dzięki takim twórcom i wspierającym ich wydawcom jest po prostu ciekawiej. Udaje się zapełnić miejsce między rozrywkową miernotą serwowaną przez największe media a głębokim, bezdusznym i najbardziej ortodoksyjnym podziemiem. I bynajmniej nie jest to coś przeciętnego, coś pomiędzy, czy coś w środku. Jest to coś, przy czym można się zatrzymać na chwilę i zastanowić. Nad czym? Nie tylko nad czernią i cieniem.

niedziela, 26 października 2014

Muzyka z krainy deszczowców

Do rodzimych wykonawców, tym bardziej dopiero co dających o sobie znać, zawsze podchodziłem z nieco większą dozą życzliwości niż w przypadku ich zagranicznych odpowiedników. Nawet jeśli w ich muzyce nie było tego "czegoś", a inspiracje okazywały się aż nadto słyszalne, szukałem innych walorów, które dawałyby podstawy uwierzenia w młodych muzyków i zaufania im przez poświęcenie czasu oraz nierzadko także środków. W większości przypadków nie zawiodłem się i później w moje ręce trafiały prezentowane w Melodiach ich kolejne i zarazem coraz ciekawsze wydawnictwa. Czy w przypadku Rainy Summer będzie podobnie? Coś mi podpowiada, że nie można tego wykluczyć, gdyż potencjał w zespole jest wyraźnie słyszalny. Muzycy pochodzą ze Stargardu Szczecińskiego i w tym roku zadebiutowali skromną dwuutworową epką.

Rainy Summer  /  Fot. facebook.com/rainysummerz
To dwie osoby, których przejawy wspólnej aktywności zaczęły pojawiać się w globalnej sieci na początku tego roku. Korzenie i chęć grania określonej muzyki są jasne. Zaczęło się od surowych postrockowo-shoegaze'owych mariaży z wyraźnie blackmetalową nutą i wszystko nadal zmierza w tym kierunku. Sęk w tym, że taka muzyka już nie zrobi na nikim wrażenia, chyba że dany wykonawca będzie miał oryginalny bądź przynajmniej w jakiejś mierze charakterystyczny sposób na jej wykonanie. A jak jest tutaj? Co najmniej deszczowo.


Epka "Forestate of summer" dowodzi, że młodzi muzycy mają jakiś pomysł na ten zespół. To skromne cyfrowe wydawnictwo wyraźnie różni się od ich początkowych nagrań demo, jakże typowych dla wspomnianej wypadkowej gatunków. Jest surowo, ale i nie brakuje wyraźniej melodii oraz nastroju. Na szczęście muzyka nie została uzupełniona typowym blackmetalowym skrzekiem. Zastąpiły go przestery nałożone także na słowa wypowiedziane lub wykrzyczane po polsku, co zdecydowanie sprawdziło się w powyższym nagraniu "Ciągle padał deszcz". Znalazło się także nie co miejsca przestrzenne brzmienie oraz senne partie gitar. 


A czego brakuje? Przyjmijmy, że na tym etapie niczego. Za wcześnie jeszcze, by wymagać więcej. Tu wszystko się rozwija i ma przed sobą jakąś perspektywę. Można jedynie zasugerować, że kierunek obrany na "Forestate summer", zwłaszcza w przypadku "Ciągle padał deszcz", wyróżniłby ten zespół spośród innych. A gdyby dopracować nieco produkcję, to byłoby jeszcze bardziej obiecująco. Niebawem przekonamy się, co wyjdzie z tych rozbudzonych nadziei. W 2015 r. muzycy Rainy Summer wydadzą debiutancką płytę. A tymczasem w dziale MP3, których warto posłuchać znajdzie rzeczoną epkę "Forestate summer", w całości udostępnioną przez samych zainteresowanych.

wtorek, 21 października 2014

Podziemna bezpretensjonalność

Premiera debiutanckiej epki niemieckiego Crone, o której więcej znajdziecie poniżej, przypomniała mi o co najmniej dwóch innych zespołach o tej samej nazwie, choć z pewnością wyliczać można by zdecydowanie dłużej. Co prawda żadnej z tych grup z nich nie udało się dotrzeć do szerszego grona odbiorców, ale przynajmniej jedna, z tych wciąż istniejących, zasłużyła na to, by zwrócić na nią uwagę. I to bynajmniej nie z powodu wirtuozerii, kompozytorskiego geniuszu, czy prezencji. W tym przypadku liczy się coś więcej, co w gruncie rzeczy jest najważniejsze.

Crone podczas koncertu w 2013 r.  /  Fot. YouTube
Australijski Crone to przykład jakże rzadko spotykanej dziś autentyczności w muzyce. Bezpretensjonalne podejście do doom metalu, wykonywanie go w piwniczny wręcz sposób oraz działalność w podziemiu skupiona wokół najbardziej zagorzałych i de facto również mocno ortodoksyjnych fanów to tylko nieliczne cechy aktywności tej muzycznej efemerydy z antypodów. Trudno dokładnie powiedzieć, kiedy powstał ten zespół, i to tym bardziej, że w praktyce jest on raczej pobocznym projektem niż regularną grupą. Crone  tworzą muzycy znani m.in. z The Slow Death i Innsmouth, spośród których uwagę przykuwa przede wszystkim Mandy Andresen. Ta filigranowa wokalista i basistka o twarzy dziecka, potrafiąca zagrać także na innych instrumentach, dała się poznać przede wszystkim za sprawą działalności w Murkrat, co uczyniło z niej jedną z najbardziej rozpoznawalnych przedstawicielek płci pięknej w całym australijskim podziemiu. Los chciał, że kiedyś upodobała sobie doom metal i do dziś pozostaje mu wierna.



Jak dotąd ukazało się zaledwie jedno wydawnictwo Crone. W 2013 r. Abysmal Sounds, skromna inicjatywa nie od wczoraj wspierająca australijskie podziemie, wydała w stu egzemplarzach kasetę zatytułowaną po prostu "Crone". Trafiły na nią cztery nagrania, choć w sumie to niespełna aż 50 minut muzyki. Jakiej? Zazwyczaj, choć nie zawsze, powolnej, melodyjnej, pełnej zawodzących wokali wiedźmy w wykonaniu rzeczonej Mandy oraz elementów czegoś pierwotnego. Ta pierwotność to przede wszystkim brzmienie. Tu nie ma miejsca na przesadną poprawność, kalkulację, czy sterylność produkcji. Są za to prawda i szczerość. Zespół brzmi tak jak w sali prób, dlatego dzięki temu paradoksalnie łatwiej zwrócić na niego uwagę i zapomnieć na chwilę o wymuskanych płytach, które najwięksi wydawcy za wszelką cenę chcą nam wcisnąć na każdym kroku. A muzyka sama w sobie? Owszem, bez wirtuozerii, wybitnego polotu i oryginalności, ale to nie ma tu znaczenia. W przypadku Crone chodzi o coś innego.


Biorąc pod uwagę charakter Crone oraz zaangażowanie muzyków w inne, bardziej regularne przedsięwzięcia, trudno powiedzieć, czy zespół nagra coś jeszcze. Obecnie priorytetem dwójki jego członków z pewnością jest promocja nowego wydawnictwa The Slow Death, którym pozostaje split z meksykańskim Majestic Downfall. Ale jeśli nawet wszystko miałoby zakończyć się na "Crone", to i tak po sięgnięciu po ten materiał za rok, dwa, czy nawet kilka lat, wciąż będziemy słyszeli piwnicę, podzmienie i opozycję wobec mainstreamu. I dobrze. Warto zachować równowagę i pokopać w ziemi nieco głębiej. Takich zespołów jest więcej niż mogłoby się wydawać.

czwartek, 16 października 2014

Echoes of Yul w Melodiach Mgieł Nocnych

W zasadzie od początku wydawniczej działalności opolskie Echeos Of Yul skutecznie przyciąga uwagę nie tylko rodzimych sympatyków eksperymentalnego i umownie około postmetalowego grania, ale i wielu otwartych umysłów w różnych zakątkach świata. Trudno znaleźć w naszym kraju drugi taki projekt. Być może dlatego, że mowa tu o instrumentalnej i dość wymagającej muzyce. Chociaż paradoksalnie, tym bardziej w obliczu braku wydawnictw Echoes of Yul w tradycyjnych sklepach, zainteresowanie tymi dźwiękami jest dość duże, zwłaszcza w środowisku sympatyków rodzimej sceny niezależnej. Skąd to się bierze i dokąd zmierza? Między innymi o to w najbliższy poniedziałek zapytam Machała Śliwę, serce i mózg rzeczonego projektu.

Michał Śliwa  /  Fot. Arch. zespołu
Nie zabraknie również wątku najnowszego wydawnictwa - splitu Echeos of Yul oraz Thaw. A co i więcej, nadarzy się także sposobność poszerzenia domowej płytoteki o jeden z krążków opolskiego muzyka. Zatem zainteresowanym zalecam czujność. Do usłyszenia.

poniedziałek, 13 października 2014

Rockowa odskocznia

W muzyce coraz trudniej o coś nowego, przełomowego, niezwykłego, od czego nie będziemy mogli się oderwać. A jeśli nawet coś zbliża się do takiej oceny, to zazwyczaj mamy do czynienia z ciekawym wykorzystaniem tego, co już znamy. Dlatego nie pozostaje nic innego, jak zwracać uwagę na wszystkie te wydawnictwa, na których muzycy starają się grać inaczej niż dotychczas, czy to w rodzimym zespole, czy w specjalnie założonym w tym celu pobocznym projekcie. Właśnie, w epoce postmodernizmu pojęcie "inaczej" najwyraźniej zaczyna doganiać "coś nowego". Skutki tego zjawiska są różne, niemniej gdybym nie podzielał tego stwierdzenia, pewnie nie zwróciłbym uwagi na debiut niemieckiego Crone. Ten dwuosobowy projekt właśnie dał o sobie znać za sprawą epki "Gehenna".

Od lewej Markus Renzenbrink i Philipp Jonas  /  Fot. Prophecy Productions
Mamy tu do czynienia z czymś, co powstało gdzieś z boku, nieco przy okazji, najwyraźniej jako potrzeba zmiany w odniesieniu do macierzystych zespołów. Crone został założony dwa lata temu z inicjatywy  Markusa Renzenbrinka, perkusisty Embedded, oraz Philippa Jonasa, wokalisty, gitarzysty i klawiszowca bardziej zdecydowanie bardziej rozpoznawanego Secrets of The Moon. Obaj muzycy znają się od lat, nie raz wspólnie grali na koncertach. W nawiązaniu do ich muzycznych rodowodów można powiedzieć, że pod nazwą Crone spotkały się death i black metal. Niemniej musiało z tego wyniknąć coś zgoła odmiennego. W przeciwnym razie mało kto by się nimi zainteresował.


Ekpa "Gehenna" to cztery utwory przepełnione rockowymi pomysłami. Miejscami można odnieść wrażenie, że na tym wydawnictwie spotkały się surowa muzyczna codzienność wspomnianych Niemców oraz gitarowe emocje wydawane przez angielską Kscope, chociażby te spod znaku Anathemy. Nie mogło zatem zabraknąć refleksji, balladowych solówek i ewidentnych, z pewnością ku własnej uciesze samych zainteresowanych, śladów czerpnia garściami z rockowej spuścizny. Dużo tu spokoju i stonowanych emocji, zwłaszcza tych kojarzących się z mocno jesienną aurą. Nie lada niespodzianką okazał się również gościnny udział Jarboe. Aż szkoda, że była wokalista Swans pojawiła się tylko w jednym nagraniu. Czyni to zdecydowanie zbyt krótko i zbyt subtelnie, by móc nacieszyć się jej głosem. No ale skoro "Gehenna" to epka zapowiadająca regularną płytę, być może muzykom chodziło o nieco bezczelne zaostrzenie naszych apetytów. Oby.

Fot. Prophecy Productions
Na to skromne wydawnictwo składają się nieco nieszablonowo przypomniane szablonowe rockowe standardy. Te wszystkie zwolnienia, gitary akustyczne i skądinąd przebojowe sola brzmią jednak oryginalniej dzięki wspomnianej surowości dość chłodnego brzmienia. Co więcej, "Gehenna" nie okazała się kolejnym shoegazowo-blackowym tworem. Tych jest już wystarczająco dużo. Ale czy to wystarczy, by Niemcy zwrócili na siebie uwagę? O tym przekonamy się po premierze zapowiadanej regularnej płyty. Trzeba jednak pamiętać, że Crone to poboczny projekt, odskocznia mająca sprawiać przyjemność przede wszystkim samym zainteresowanym. A co z nami? Jeśli przypadnie do gustu to panowie Renzenbrink i Jonas z pewnością się ucieszą, a jeśli nie, żaden z nich nawet nie machnie ręką. Trudno, żeby było inaczej.

wtorek, 7 października 2014

Upiór w operze

Ileż to kaset rodzimych zespołów można dziś znaleźć w kartonach schowanych w piwnicy lub na strychu? I zarazem jak wiele z nich będzie pozostałością po wydawniczej działalności, podczas której tworzącym je muzykom nie było dane doczekać się kompaktowego wydania jakichkolwiek nagrań? Dużo, zdecydowanie za dużo. Ale takie to były czasy. Jeszcze nawet na początku drugiej połowy lat 90. kaseta magnetofonowa była w Polsce podstawowym nośnikiem muzyki. Dlatego zdecydowana większość kończących wówczas działalność grup nie doczekała się możliwości samodzielnego wydawania swoich płyt i demówek na mających wkrótce rozpowszechnić się płytach cd-r. Owszem, po latach część z nich wznowiono w profesjonalny sposób, ale to i tak wciąż promil tego, co zostało po rodzimej scenie ostatniej dekady ubiegłego wieku. Za przykład niech posłuży łódzka Dark Opera, po której pozostały zaledwie dwie kasety. To zespół, o którym z każdym rokiem pamięta coraz mniej osób. A szkoda.

Dark Opera w 1994 r., czasy "Calling The Legend"
Powstałe również w Łodzi Pandemonium i Tenebris wciąż istnieją, dlatego nadal podtrzymują zainteresowanie starszych fanów i starają się przyciągnąć nowych. Z kolei pamięć o Imperator jest nieustannie żywa za sprawą niemal każdej publikacji dotyczącej rodzimej sceny przełomu lat 80. i 90. Nie zapomniano także o Sacriversum, mimo że od przerwania jego działalności minęła niemal dekada. Z Dark Opera jest już inaczej. Wszystko dlatego, że o zespole słuch zaginął w okolicach 1995 r., niedługo przed eksplozją dostępu do internetu i rozpowszechnieniem się cyfrowych nośników dźwięku oraz informacji. Wielu do dziś twierdzi, że jedną z głównych krajowych inspiracji łodzian było Pandemonium. Być może, ale warto również przypomnieć, że na początku działalności zespół Pawła Mazura wręcz garściami czerpał z dorobku Samaela. Zatem wnioski można wyciągnąć samemu. 


Z dzisiejszej perspektywy Dark Opera pozostaje jak najbardziej reprezentatywnym przedstawicielem swoich czasów. Początek lat 90. to przenikanie się death i doom metalu, a w zasadzie wolniejsze granie pomysłów rodem z pierwszego gatunku, co w konsekwencji zaowocowało bardziej klimatyczną odmianą muzyki zagłady. Takie też są taśmy "The Day of Pariah" oraz "Calling The Legend". Pierwszą z nich, będącą jeszcze kaseta demo, zespół wydał sam, skutecznie przyciągając uwagę Carnage Records Mariusza Kmiołka, który dość szybko wznowił ją jeszcze w 1992 r. Drugi materiał ukazał się dwa lata później za sprawą również zasłużonej dla krajowej ceny Baron Records. W obu przypadkach to surowe, acz nierzadko melodyjne granie, z przewagą wolnych i średnich temp. Lepiej próbę czasu zniosło "Calling The Legend", co w linii prostej wynika ze znaczniej lepszej produkcji. Dużo w tym majestatu, ciężaru, ciemności i nastroju budowanego przede wszystkim przez głębokie i podbite basem growle. To prawda, że na początku lat 90. wielu rodzimych muzyków, wpatrzonych w dopiero co rozpoczęte wówczas na Zachodzie apogeum muzyki metalowej, wyraźnie naśladowało pomysły tych najlepszych. Zazwyczaj miało być mrocznie, ciężko i śmiertelnie poważnie. Muzykom Dark Opera w pełni to się udało, choć z drugiej strony nie można też powiedzieć, by bezmyślnie kopiowali zawartość swoich domowych zbiorów kaset. To byłaby gruba przesada.
"The Day of Pariah", debiutanckie demo Dark Opera
Skoro 20 lat temu takich zespołów w Polsce nie brakowało, to dlaczego dziś warto zwrócić uwagę akurat Dark Opera? Powodów jest kilka, a kluczowym pozostaje szacunek, którym kiedyś cieszył się zespół oraz uznanie, z jakim jest dziś wspominany przez cyfrowych archiwistów rodzimej sceny. Co więcej, takiej syntezy death i doom metalu już się nie gra. Nad Wisłą od zawsze panowało pędzenie po gryfach ku uciesze diabła, a tu było inaczej. Liczył się nie tylko ciężar, ale i majestat oraz nastrój. Owszem, miejscami nagrania łodzian brzmią topornie i surowo, niemniej w pełni pozostają znakiem tamtych czasów - czasów  kaset, kserowanych zinów, prężnie działającego podziemia i wypełnionych po brzegi wszelkich możliwych miejsc, w których organizowano koncerty. Szkoda, że zespół nigdy nie doczekał się kompaktowego wydawnictwa, nawet po latach. Zremasterowane poniższe "Calling The Legend" mogłoby zabrzmieć o wiele lepiej niż niejeden tego typu wznowiony album. Cóż, może kiedyś?

czwartek, 2 października 2014

Obiecujące początki

Wbrew pozorom, by przyciągnąć uwagę, może nie od razu tłumu, ale przynajmniej wąskiego i konkretnego grona odbiorców, nie trzeba aż tak wiele, przynajmniej na samym początku. Oczywiście utrzymanie tej atencji jest o wiele większym wyznaniem, niemniej od czegoś trzeba zacząć. A jak w stolicy nie zwrócić uwagi na zespół założony przez Irlandczyka do spółki z dwoma naszymi skrzypaczkami, do którego dołączył jeszcze Szkot oraz dwóch kolejnych naszych rodaków? To już na starcie budzi ciekawość i rodzi pytania o samą muzykę. Nazywają się The Frozen North. Dla szerszej publiczności wciąż pozostają anonimowi, ale niewykluczone, że to się wkrótce zmieni.

The Frozen North  /  Fot. facebook.com/abandfromthefrozennorth
Muzykom najbliżej do post rocka i co do tego nie ma żadnych wątpliwości. To właśnie ten gatunek gitarowego grania stanowi podstawę ich pomysłu na zespół. Niemniej w ciągu kilku ostatnich lat nad Wisłą do tej szuflady włożono tak wiele płyt, że w dalszej perspektywie ten polsko-brytyjski kolektyw musiał zaoferować coś więcej. I póki co zaoferował. Wszystko za sprawą rzeczonych skrzypaczek. Oczywiście sam zabieg nie należy do specjalnie oryginalnych, w końcu post rock i smyczki spotykały się już nie raz, by daleko nie szukać, chociażby w dokonaniach krakowskiego New Century Classics. Ale tutaj różnica polega na tym, że to właśnie skrzypce, a nie gitary, prowadzą całą muzykę. Oczywiście panowie, zarówno w utworach jak i na koncertach, nie pełnią jedynie funkcji statystów, ale nie da się ukryć, że świadomie stoją krok za paniami. I bardzo dobrze. Dzięki temu nawet na początku wydawniczej działalności The Frozen North brzmi inaczej, po prostu ciekawiej, w porównaniu do innych postrockowych grup, nierzadko ślepo skoncentrowanych przede wszystkim na gitarach. Instrumentalnie jest zatem interesująco, ale za tym muszą pójść jeszcze zabiegi studyjne, by jako całość zespół wyróżniał się na tle grup o podobnym pomyśle nagranie. 


The Frozen North istnieje w zasadzie od roku i jego muzyka oraz styl wciąż się kształtują. Nie tak dawno zespół zadebiutował cyfrową dwuutworową epką "Origin / Electric Mistress", a przy odrobinie szczęścia w przyszłym roku w nasze ręce powinno trafić coś więcej. Ukazanie się tego potencjalnego długogrającego debiutu przyniesie wiele odpowiedzi, w tym m.in. na pytanie, czy ta stylistyka będzie w stanie przyciągnąć naszą uwagę w wymiarze całej płyty. Oby, gdyż trudno nie życzyć muzykom powodzenia. Wszak nieprzesadnie nieczęsto w naszym kraju  mamy możliwość obserwowania początków działalności grup o takim zestawieniu narodowościowym.


Warto jeszcze wspomnieć o rzeczonym Szkocie, który na początku tego roku jako ostatni dołączył do obecnego składu The Frozen North. Jest nim Neil Milton, prywatnie komponujący w obszarach, gdzie shoegaze spotyka się z neoklasyką. To on stoi za wytwórnią Too Many Fireworks i zdarza mu się promować polskie zespoły poza naszymi granicami. Co ciekawe, jedną z wydanych przez niego płyt jest kompilacja współczesnych wariacji na temat muzyki Chopina. Słowem, nie tylko w kontekście Miltona i The Frozen North, ale i wszystkich tego typu inicjatyw, od czasu do czasu warto porzucić pierwsze strony gazet, największe portale oraz modne kluby, by wybrać się na koncert do miejsca przypominającego magazyn lub piwnicę. To tam dzieją się najciekawsze rzeczy, o których dopiero później piszą media. Czyż nie jest przyjemniej  wiedzieć o nich znacznie wcześniej?

sobota, 27 września 2014

Druga alternatywa

Gdy cztery lata temu rozeszła się wieść, że Duncan Patterson powołał do życia projekt Alternative 4 i wraz z zaproszonymi muzykami pracuje nad debiutancką płytą, siłą rzeczy umyślna zbieżność nazw zrobiła swoje i wielu oczekiwało powrotu do nastroju z ostatniej płyty Anathemy, którą rzeczony basista nagrywał wraz z braćmi Cavanagh. Stało się jednak nieco inaczej i "alternatywny" nastrój bardziej czuło się na koncertach Alternative 4 niż za sprawą debiutanckiej płyty "The Brink". W przeważającej części album okazał się jednym wielkim interludium, dźwiękami niekiedy do tego stopnia schowanymi między nutami na pięciolinii, że w zasadzie ginęły we własnym echu. Teraz jest inaczej i zarazem o wiele ciekawiej. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że na dopiero co wydanym "The Obscurants" Duncan Patterson powrócił do przeszłości, ze szczególnym uwzględnieniem pewnego kompozytorskiego rozdziału.
Od lewej: Duncan Patterson, Mauro Frison i Simom Flatley  /  Fot. Prophecy Productions
Ta płyta ucieszy wiele osób. Jest nieporównywalnie bardziej interesująca od debiutu, wypełniona przede wszystkim konkretnymi pomysłami, a nie ciągnącymi się paraambientowymi łącznikami co lepszych fraz, których niestety na "The Brink" było aż nadto. Ze swoją poprzedniczką łączy ją co najwyżej oniryczny nastrój. Kluczowym pomysłem okazał się powrót byłego basisty Anathemy do czasów "Lights Out", najbardziej posępnej i najmroczniejszej płyty Antimatter. Płynnie pracująca sekcja rytmiczna przypomina najlepsze triphopowe momenty drugiego studyjnego wydawnictwa duetu Patterson & Moss. Takie nagrania jak "Dina", "Lifeline" czy "Mr Black" śmiało mogłyby na nią trafić. Nie oznacza to jednak, że mamy tu do czynienia z byle kopią. Bynajmniej. Spojrzenie na przeszłość pozwoliło wspomnianemu Brytyjczykowi stworzyć coś nowego, co niewątpliwie należy do grona najciekawszych przejawów jego działalności od czasu opuszczenia Anathemy.


Nie bez znaczenia dla całości okazał się również wpływ nowego muzyka. W zasadzie anonimowy Simon Flatley zastąpił nieporównywalnie bardziej rozpoznawalnego Marka Kelsona, australijskiego wokalistę znanego m.in. z Cryptal Darkess, dziś działającego jako The Eternal. Jego głos doskonale wpasował się w nowe oblicze Alternative 4 i podąża za spokojną, oniryczną muzyką. Równie dobrze sprawdza się w momentach, gdy zespół odchodzi od ponurego nastroju "Lights Out" na rzecz nieco "jaśniejszych" i żwawszych melodii. Owszem, nie ma ich przesadnie wiele, ale przynajmniej teraz wiemy, że jak trzeba, to Simon Flatley potrafi zaśpiewać coś więcej.

Okładka "The Obscurants"
Nowe "Alternatywy 4" to coś, do czego sympatycy Duncana Pattersona, jak i współczesnego Antimatter, długo jeszcze będą wracać. To nie jest ani wybitna, ani sensacyjnie przełomowa płyta, ale z drugiej strony na tyle solidna i z mądrze wyważonymi kompozytorskimi pomysłami, że w żaden sposób nie nudzi. I to nawet, gdy tak wiele na niej wyciszenia oraz refleksji. "The Brink" nie posiadało tej zalety, dlatego po latach bliżej jej będzie raczej do wzmianki w biografii niż faktycznego włożenia kompaktu do odtwarzacza i sumiennego przesłuchania od początku do końca. "The Obscurants" to nie grozi. Wystarczy nadstawić ucha.


niedziela, 21 września 2014

Warto posłuchać do końca

Coraz bardziej obecna  jesień to zawsze spadające liście i nowe płyty na naszych półkach. Ostatnie miesiące bieżącego roku zapowiadają się niezwykle ciekawie, zarówno w przypadku rodzimych jak i zagranicznych wykonawców. Pierwsze z tych wydawnictw zdążyły już się ukazać, a do ich grona niewątpliwie należy zaliczyć split dobrze nam znanych i uznanych Thaw oraz Echoes of Yul. 
Okładka splitu Echoes of Yul i Thaw
Obie nazwy mówią już dużo każdemu, kto śledzi rozwój wypadków na rodzimej scenie, ze szczególnym uwzględnieniem eksperymentów z okolic post i black metalu. Dlatego zestawienie ich razem po raz pierwszy okazało się ciekawym zabiegiem, zarówno pod względem artystycznym, jak i marketingowym. Michał Śliwa z Echoes of Yul od dobrych sześciu lat konsekwentnie stara się tchnąć nieco życia w wspomniany post metal, natomiast muzycy Thaw szturmem zdobyli dusze wyznawców poszukujących czegoś nieszablonowego w przyjętych granicach czarnej ekstremy. Co zatem z tego wniknęło? Z pewnością tyle dobrego, że każdy, kto przejdzie obojętnie obok tego wydawnictwa, uznając, że doskonale wie, czego się spodziewać, będzie potem bardzo żałował. Szczególnie jeśli nagle zapragnie posiadania jednej z jego zaledwie dwustu fizycznych kopii. Choć z drugiej strony, nikt też nie przyzna, że ten split to płyta łatwa, lekka i przyjemna. Wręcz przeciwnie. Wymaga od słuchacza cech mocno deficytowych w dzisiejszych czasach, czyli skupienia i cierpliwości. Wszak to zaledwie dwie kompozycje przy niemal czterdziestu minutach muzyki.



Trzeba otwarcie przyznać, że to wydawnictwo broni się samo. W przypadku Thaw dzieje się tak za sprawą połowicznej muzycznej niespodzianki. Nagranie "Earth Grounded" to niespełna kwadrans niepokoju zdominowanego przez sekcję rytmiczną, ze szczególnym wskazaniem na bębny. Nieco na przekór dotychczasowym dokonaniom muzyków nie znajdziemy tu dźwięków zakorzenionych w black metalu. I bardzo dobrze. Tym razem sosnowiczanie zwolnili i pozwolili sobie na eksperymenty na tle ciężkiego brzmienia uderzeń w werble. W efekcie wszyscy na tym zyskali, my mamy prawo być miło zaskoczeni, a zespół poszerzył repertuar o solidny, majestatyczny i ciężki utwór, momentami ocierający się o sceny z umysłu schizofrenika.



Zaś w przypadku Echoes of Yul trudno mówić o jakiejś przesadnej niespodziance, jednak Michał Śliwa udowodnił, że jeszcze nie powiedział wszystkiego w przyjętej przez siebie stylistyce. Przez dwadzieścia pięć minut ponury i szalenie obrazowy "Asemic" płynie z głośników, zaś autor doskonale wyczuwa granice pomiędzy ciężarem, transem, psychodelą i wręcz kosmiczną przestrzenią. Utwór ma swoje określone fazy i mimo że broni się jako całość, to momentami aż chciałoby się podzielić go na części i wracać do tej, która podoba się najbardziej. Raz jeszcze, ale bynajmniej nie w rutynowy sposób, opolanin udanie zagląda w duszne i rzadko odwiedzane zakamarki ludzkiej wyobraźni, zresztą nie tylko swoje, także nasze.


Ten split ucieszy przede wszystkim dotychczasowych sympatyków Thaw i Echoes of Yul oraz już zdecydowanie mniej liczne grono osób, które pod jego wpływem postanowią sięgnąć po nieznane im wcześniejsze dokonania obu grup. Stojąc z boku, wydawałoby się, że to co najwyżej muzyczna ciekawostka, ale po otwarciu pudełka i włożeniu płyty do odtwarzacza w naszej głowie może zmienić się naprawdę wiele. Wystarczy jedynie na to pozwolić.

poniedziałek, 8 września 2014

Na żywo, ale w studio

W ciągu ponad dziewięciu już lat naszych poniedziałkowych spotkań do studia przy ulicy Bednarskiej w Warszawie zajrzałem niemal pięćset razy. Przez ten czas szalenie rzadko korzystałem z możliwości wcześniejszego nagrywania audycji. Nie stało się tak więcej niż kilkanaście razy. Jednak raz do roku trzeba znaleźć się w innym miejscu, by zwyczajnie w tym kraju nie oszaleć. Dlatego wyjątkowo dwie najbliższe audycje zostały już przygotowane i usłyszycie je o stałej porze. Pozwoliłem sobie oprzeć je o coś, na co zazwyczaj podczas jednej godziny w skali tygodnia jest szalenie mało czasu. Na wszelką nadesłaną korespondencję odpowiem po powrocie. Wówczas uzupełnię także listy zaprezentowanych wykonawców. Siłą rzeczy niniejsza witryna także nie będzie aktualizowana do czasu naszego bardziej rzeczywistego spotkania. Mam nadzieję, że przygotowane muzyczne niespodzianki przypadną Wam do gustu. Do usłyszenia wkrótce.

Fot. Wojtek Dobrogojski

czwartek, 4 września 2014

Trzymając rękę na pulsie

Ostatnimi czasy powszechnie ceniony i lubiany w naszym kraju Mick Moss nie zwykł zasypiać gruszek w popiele. Niespełna dwa lata temu ukazała się "Fear Of A Unique Identity", bardzo dobrze przyjęta płyta Antimatter, którą muzyk systematycznie promował koncertami w całej Europie, odwiedzając także Polskę. W tym roku ponownie zawitał do naszego kraju, co zbiegło się z cyfrową premierą nowego nagrania. Obecnie najwyraźniej Anglik postanowił, że Antymateria to nie wszystko i równolegle poświęcił się czemuś nowemu. Po cichu, bez specjalnego rozgłosu, rozpoczął współpracę z Luisem Fazendeirem, Portugalczykiem kojarzonym przez co poniektórych z grupą Painted Black. Obaj powołali do życia Sleeping Pulse, którego debiutancka płyta ukaże się nadchodzącej jesieni.

Od lewej Mick Moss i Luis Fazendeir  /  Fot. Prochecy Produtions
Podobieństwa, nawiązania i skojarzenia z Antimatter są nieuniknione. Nie oznacza to jednak, że album "Under The Same Sky" to zwykła kopia tego, co już doskonale znamy z dokonań Micka Moss, licząc od chwili, gdy Duncan Patterson odszedł z zespołu. Jak sugeruje zamieszczona poniżej pięciominutowa zapowiedź albumu, będzie to nieco żwawsza i jeszcze bardziej gitarowa dawka melancholijnego rocka w porównaniu do tej, do jakiej ostatnio przyzwyczaiła nas Antymateria. Owszem, dźwiękowej melancholii nie zabraknie, niemniej mimo wszystko jest to coś nowego. W każdym razie gdyby ten album ukazał się pod szyldem Antimatter, nie moglibyśmy zarzucić Mossowi ponownego nagrania tej samej muzyki. Dzieje się tak także za sprawą produkcji, choć z drugiej strony słychać tu wiele rozwiązań wpisujących się w doskonale znany w naszym kraju kompozytorsko-towarzyski krąg Antimatter-Anathema-Alternative 4. Data premiery "Under The Same Sky" nie jest jeszcze znana. Wiemy jedynie, że debiut Sleeping Pulse ukaże się jesienią za sprawą niemieckiej Prophecy Productions, a to oznacza, że będzie oficjalnie dystrybuowany także w Polsce. 

niedziela, 31 sierpnia 2014

Muzyka czterech ścian

Obecnie technologia umożliwiająca profesjonalne nagrywanie muzyki jest na tyle dostępna, że w zasadzie każdy może stworzyć własne studio lub chociażby jego namiastkę. Wystarczą wolny pokój i nieco zasobów na podstawowy sprzęt. Największą zaletą takiego rozwiązania jest brak pośpiechu, presji i konfliktów personalnych, szczególnie jeśli zdecydujemy się komponować i nagrywać sami. Spokój sprzyja umysłowi i kreatywności człowieka. Nie ma znaczenia, że cała sesja może ciągnąć miesiącami lub latami. Liczy się efekt końcowy. Takich muzyków jest coraz więcej, a do ich grona dołączył ostatnio Jérémie Godet.

Jérémie Godet  /  Fot. snowshards.bandcamp.com
To multiinstrumentalista pochodzący z Wandei w zachodniej Francji. Niewiele osób o nim słyszało, nawet w jego ojczyźnie, nie mówiąc już o tych, którzy mieli potencjalnie tę sposobność nad Wisłą. Ale to się zmienia. Wszystko za sprawą tradycyjnej i przede wszystkim elektronicznej poczty pantoflowej. Wynika to przede wszystkim z faktu, że Jérémie udostępnił swoją płytę w całości, dając możliwość pobrania jej każdemu, kto będzie miał na to ochotę. Tworzony przeze niego projekt nosi nazwę Snow Shards, a owy album to "Blind", pozostający zarazem pierwszym regularnym wydawnictwem w dorobku rzeczonego Francuza.


To muzyka czterech ścian, komponowana i nagrywana długo, bo aż 18 miesięcy. Zdecydowaną większość tego czasu Jérémie spędził zamknięty w swoim pokoju, lawirując gdzieś pomiędzy gitarową improwizacją a tym, co doskonale znamy pod hasłami post rocka, ambientu, noise'u, shoegaze'u i wszystkiego związanego klimatycznym graniem pozostającym w cieniu sześciu strun. To zadziwiająco dojrzała płyta jak na muzycznego debiutanta, ale z drugiej strony najwyraźniej odzwierciedlająca stan umysłu człowieka już doświadczonego życiowo. To szalenie refleksyjne dźwięki, pełne pożegnania z przeszłością, zwłaszcza w kontekście utraty niewinności, poczucia pustki i braku odpowiedzi na wiele elementarnych pytań. W tych dźwiękach zawarto wielki ładunek emocji, ale nie tyle tych wyrażanych krzykiem i złością, co raczej milczeniem, szeptem i wyrazem twarzy. Tu wszystko zwalania i skłania do przemyślenia kilka życiowych tematów. A dzięki temu, że ten album powstawał tak długo i na niewielkiej przestrzeni, na której człowiek zostawał sam na z instrumentami, możemy wierzyć w jego autentyczność. Wszak szczerość i prawda to dziś towary wybitnie deficytowe.



Olbrzymią zaletą tej płyty jest jej różnorodność, oczywiście w granicach wspomnianych gatunków przyjętych przez samego muzyka. Chwilami słychać nieco elektorniki, czasem dźwięki rodem z Orientu, jest i gitarowy ambient, są i klawisze przeplatane szeptanymi partiami wokalnymi, a miejscami po prostu surowa dominacja gitary i perkusji. Każdemu debiutantowi należy się nieco dyspensy na swego rodzaju muzyczne niekrzesanie, ale tutaj o dziwo jest go stosunkowo niewiele. Jérémie Godet ma coś do powiedzenia nie tylko o sobie, ale i otaczającej go rzeczywistości. Najlepszym tego przykładem niech będzie wykorzystanie przez Francuza słynnych słów amerykańskiego dziennikarza Edwarda R. Murrowa, którego sylwetkę kulturze masowej przybliżył film "Good night and good luck".


Warto poświęcić nieco czasu tej płycie. I to zwłaszcza teraz, gdy Jérémie Godet w zasadzie jest jeszcze anonimowym muzykiem. Z taką świadomością będziecie czerpali więcej przyjemności ze słuchania "Blind", niż w przypadku chociażby nowego wydawnictwa powszechnie rozpoznawalnego twórcy. A to przecież rzecz bezcenna. Jak wspominałem wcześniej, debiut Snow Shards został udostępniony w całości przez samego zainteresowanego. Płytę możecie pobrać tutaj. Rzadko nadarza się taka okazja.

niedziela, 24 sierpnia 2014

Dekada zapisana na trzech płytach

W 2001 r. w moje ręce trafił split niejakiego fińskiego Nest oraz norweskiego Isafjord. Płytę wydała rodzima Thundra Records, która zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. O ile druga z tych grup usilnie chciała wypłynąć na coraz bardziej hamującej już fali black metalu z Bergen i okolic, o tyle projekt niejakiego Askala Tolonena sprawił, że trudno było mi oderwać się od głośników. W szalenie prosty, acz zarazem oryginalny wówczas, sposób połączył kantele, klawisze, szeptane wokale i nawet partie didgeridoo. To była magiczna muzyka, na którą pomysł rozwijał później wraz z Timo Saxellem, poszerzającym przyjętą formułę o partie basu i gitar. Sympatycy neofolku i ciężkiej muzyki byli zachwyceni. Ukazały się dwie regularne płyty, także m.in. split z Agalloch, a potem nastała sześcioletnia wydawnicza cisza i praktyczne rozejście się dróg wspominanych Finów. Tolonen poświecił się Syven, a o Saxellu słuch zaginął. Ale teraz coś się zmienia. Panowie znów grają razem, zaś w nasze ręce trafiło niezwykle ważne wznowienie.

Archiwalne już zdjęcie Nest, od lewej Aslak Tolonen i Timo Saxell  / Fot. Last.fm
Dla porządku należy wspomnieć, że w ubiegłym roku po bez większego rozgłosu rosyjska GS Productions wydała na jednej płycie demo "Fabled Lore" oraz nagrania ze wspominanego splitu z Isafjord. Teraz jednak w sprawa jest o tyle ciekawsza, że siłami także rosyjskiego, lecz już Infinite Fog Productions, na trzech kompaktach ukazała się kompilacja "Within a Decade", zawierająca niemal całą dyskografię Finów. Fizyczne kopie ich płyt nigdy nie były dostępne w większych nakładach i od dawna są już nieosiągalne, dlatego trudno o lepszą sposobność dotarcia do namacalnego zapisu ich niezwykłych dokonań.


Podobnie jak członkowie Tenhi, muzycy Nest, ze szczególnym wskazaniem na Askala Tolonena, to dźwiękowi czarodzieje. Potrafią stworzyć niezwykłą atmosferę, która tak bardzo kojarzy się z Krajem Tysiąca Jezior. To szalenie przestrzenna i tajemnicza muzyka, bijąca rześkim chłodem gór, lasów i zasypanych śniegiem fińskich bezdroży. W tym roku mija siedem lat od czasu ukazania się "Trail of the Unwary", ostatniej jak dotąd  regularnej płyty Nest. Niemniej istnieją pewne znaki na niebie i ziemi, że to jeszcze nie koniec. Chodzi nie tylko o wspominane wznowienia, czy nawet solowe koncerty Tolonena, ale przede wszystkim o nie tak dawno zamieszczone w sieci nowe nagranie inspirowane scenicznymi improwizacjami Ulver. Być może to początek nowego rozdziału w historii Nest. Oby. 
Okładka kompilacji "Within a Decade" 
Wątpliwe, by "Within a Decade" było dostępne w Polsce. By dotrzeć do tego wydawnictwa, trzeba będzie skorzystać z dobrodziejstw globalnej sieci i wierzyć, że przesyłka z Rosji dotrze w jednym kawałku. Jeśli teraz po raz pierwszy czytacie o Nest, a chcielibyście bliżej poznać muzykę Finów, zajrzyjcie do działu MP3, których warto posłuchać. W jego archiwalnych rejonach znajdziecie udostępnione przez samych zainteresowanych i gotowe do pobrania dwa całe pomniejsze wydawnictwa oraz po kilka utworów z dwóch dotychczasowych regularnych płyt. Warto.