Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reedycja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reedycja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Piękne, zimne, ale zupełnie niepraktyczne

Swego czasu dałem sobie spokój z pornografią. W końcu ile można? Zwyczajnie zaczęła mnie nudzić. Nudzić zaczął mnie również serialowy tasiemiec z pornografią przez duże "P", czyli czekanie na wznowienie debiutanckiej taśmy tej zasłużonej grupy. W 2014 r. Requiem Records z pompą zapowiedziało reedycję jedynego i pierwotnie wypuszczonego wyłącznie na kasecie debiutu łodzian. W zasadzie od kiedy nad Wisłą mamy powszechnie dostępny internet, chałupnicze, tj. pirackie, kopie "1989-1990" krążyły po polskiej sieci, wzbudzając sentyment za rodzimym zimnym graniem początku lat 90. Sentyment rodzący jednocześnie pytania, czy ktoś w końcu profesjonalnie pochyli się nad tym ważnym wydawnictwem. Ostatecznie pochylił się, choć na spełnienie obietnicy wydawcy czekaliśmy aż trzy lata.

Fot. Kamil Mrozkowiak
W zasadzie Łukasz Pawlak z Requiem Rec. zafundował nam nie tyle wznowienie krążka, co raczej album fotograficzny, na którego końcu znajdujemy dodatek w postaci wyczekiwanej płyty. Czarno-białych, bardzo dobrych zresztą,  zdjęć muzyków m.in. z prób, koncertów i trasy po komunistycznej jeszcze Czechosłowacji jest ok. 40. Po latach jeszcze większym smaczkiem pozostaje fakt, że ich autorem jest Wojciech Smarzowski. Tak, ten od "Domu złego", "Wesela", "Róży" czy "Drogówki". Choć osobiście polecam jeszcze debiutancką "Małżowinę" sprzed 20 lat, w której główną rolę zagrał Marcin Świetlicki. Wracając jednak do Pornografii, na zdjęciach Smarzowski świetnie pokazał również Anję Orthodox. Były to czasy sprzed debiutu Closterkeller, możemy więc mówić, że kontrowersyjny reżyser miał również wkład w uwiecznianie dorobku rodzimej sceny przełomu lat 80 i 90. A to naprawdę dobre fotografie. Miejscami zimne i ascetyczne jak muzyka Pornografii.

Fot. Kamil Mrozkowiak

Co ciekawe, najzimniejszego utworu nagranego podczas sesji "1989-1990" nie było do tej pory na taśmie. Kaseta kryła dziewięć nagrań, ale teraz na kompakcie jest dziesięć. Jako bonus słyszmy "Do prostego człowieka", czyli utwór napisany do ponadczasowego tekstu Juliana Tuwima. To zarazem kompozycja z ciekawą historią, którą 22 stycznia w Waszej obecności opowiedział mi sam Tytus de Ville. Warto poznać ten utwór i kulisy jego powstania.

Rozmowa z Tytusem de Ville, gitarzystą i wokalistą Pornografii, na temat wznowienia.



Wznowienie cieszy więc nie tylko uszy, ale i oczy. Choć nie sposób nie zwrócić uwagi na kilka jego wad. Po pierwsze, forma wydania jest szalenie niepraktyczna. Biorąc je do ręki, trzeba uważać, by nie wyrwać albumu z łączących strony zszywaczy. Papier jest bardzo wrażliwy na przewracanie kartek i zanim się obejrzycie, pierwsza strona będzie naddarta. Co więcej, niefortunnie dobrano również gatunek albumowej celulozy. Owszem, wygląda dobrze, wydrukowane na nim zdjęcia prezentują się wręcz znakomicie, ale wszędzie zostają ślady naszych palców. Szkoda.          

Fot. Kamil Mrozkowiak
Saga wznowienia "1989-1990" zapadnie mi w pamięci również z jeszcze jednego powodu. To jeden z nielicznych przypadków, gdy na temat danej premiery rozmawiałem dwa razy. Nic w tym dziwnego? A jednak. Pierwsza rozmowa z Tytusem de Ville odbyła się w grudniu 2014 r., a druga nieco ponad trzy lata później. Najpierw słyszymy podekscytowanie idące w parze z odbywającymi się już koncertami, a teraz wyraźnie przygaszony uśmiech, niemo krzyczący "szkoda, że nie wcześniej".  Mimo wszystko zachęcam do nadstawienia ucha w obu przypadkach. Tytus jest pozytywną gadułą, więc sypał anegdotami jak z rękawa, zdradzając wiele ciekawych informacji, których nie znajdziecie w notkach  o zespole i większości wywiadów. Wystarczy wspomnieć o lejach po bombach na planie teledysku do "Drzew" czy odkryciu przez Tytusa w latach 80. niejakiego basisty Krzystofa Najmana, późniejszego muzyka Closterkeller i pierwszego męża Anji Orthodox.

Pierwsza rozmowa z Tytusem de Ville dotycząca reedycji "1989-1990".


poniedziałek, 20 czerwca 2016

W cieniu nowej płyty

Jeśli ktoś mówi teraz o Thy Worshiper, tematem rozmowy są przede wszystkim "Klechdy", czyli dwupłytowy krążek niegdyś wrocławian, a obecnie przedstawicieli naszej diaspory na Zielonej Wyspie. Trudno też temu się dziwić, album to dziki, trudny w odbiorze i na tyle nieszablonowy, że budzący emocje i dający przy okazji nieco do myślenia. Jednak kilka miesięcy wcześniej, już bez takiej promocji, ukazało się szalenie ciekawe wznowienie, niejako zdmuchujące kurz z mocno zapomnianych już archiwów rzeczonej grupy. Warto o nim wspomnieć tym bardziej, że w kontekście nowego albumu zeszło zupełnie na drugi, albo i nawet dalszy, plan.

Thy Worshiper w 2015 r.  /  Fot. facebook.com/thyworshiper
Takich płyt ani demówek już nie nie nagrywa. Nawet gdyby muzycy Thy Worshiper chcieliby podjąć wyzwanie, nie udałoby im się to. Taśmy "Winter Dream" i "Tym z Krainy Cieni", wydane odpowiednio w 1994 i 1995 r., to doskonały przykład na to, jak wiele było kiedyś w graniu człowieka oraz emocji, dodatkowo potęgowanych przez wyraźnie analogowe brzmienie. Dziś, lata po epoce budek telefonicznych i komórek wielości cegieł, na próżno tego szukać. Zmieniła się technologia, zmieniła się również muzyka, dlatego wydawnictwa poprzedzające regularny debiut ówczesnych wrocławian brzmią dziś szalenie autentycznie i reprezentatywnie dla demówek, które w latach 90. wielu z nas kupowało we wrocławskiej Melissie, poznańskim Okrąglaku, warszawskiej Dziupli lub krakowskim Music Shopie. "Winter Dream" spodoba się przede wszystkim znudzonym obecnym black metalem, który skądinąd i tak ma się całkiem dobrze. Melodia, energia, charakterystyczny pogłos automatu perkusyjnego i mglisty nastrój to największe atuty tej nieco mniej znanej kasety. Z kolei w przypadku "Tym z Krainy Cieni" jest inaczej, gdyż niemal wszystkie nagrania zawarte na tej taśmie trafiły na kultowy dziś i powszechnie znany "Popiół (Introibo ad Altare Dei)". Co ciekawe, ten regularny debiut Thy Worshiper doczekał się kompaktowego wydania dopiero w 2013 r., czyli aż 17 lat po premierze. W konsekwencji drugie demo muzyków brzmi teraz raczej jak słabiej nagrana wersja rzeczonej płyty. No ale jest.

Pierwotne okładki taśm "Tym z Krainy Cieni" i "Winter Dream" 
Trochę to wszystko dla wciąż pamiętających i wspominających ortodoksów, trochę dla co bardziej niepokornej młodzieży, dopiero odkrywającej bogate archiwa rodzimej sceny. Niemniej dobrze, że komuś, czy to muzykom czy wydawcy, chciało się poświecić nieco czasu i środków na mastering oraz skromne, acz przyzwoite, wydanie. Dzięki temu w ręce zainteresowanych trafia ważna pamiątka po dawno minionych czasach i zarazem o wiele trwalszy już zapis jednego z istotnych rozdziałów historii rodzimego podziemia lat 90. Brzmi to naturalnie zupełnie inaczej od tego, co muzycy Thy Worshiper prezentują obecnie, przy okazji dość dobrze pokazując, gdzie tkwią diabelskie korzenie zespołu.  Niby dźwiękowy skansen, ale za to z jakim klimatem.

sobota, 24 października 2015

Śmiertelne czasy w Krakowie

Bart z Withing Hour zwietrzył krew. Z pewnością zdał sobie sprawę, że sentyment to zdecydowanie lepszy i łatwiejszy interes niż ciężka i mozolna praca polegająca na wypromowaniu nowego wykonawcy. Inna sprawa, że tego właśnie w większości chcemy my, fani. Szczególnie, jeśli muzycznie wychowywaliśmy się w latach 90., czasach eksplozji ówczesnego metalu i prężnie działającego rodzimego podziemia. Dlatego wszystkie dotychczasowe i planowane przez niego reedycje cieszą się niemałym zainteresowaniem, zarówno wśród młodzieży, jak i tych, których nośniki nie przetrwały próby czasu. Demówki Vader, archwiwa Xantotol, stare nagrania Sacrilegium, Mastiphal i Graveland, wznowienia Damnation oraz zapowiedziane przypomnienie fonografii Mordor - długo można by jeszcze wymieniać. A przecież 1 listopada ukaże mini album Christ Agony, a w ślad za nim dwa dema zespołu Cezarego Augustynowicza. No ale wystarczy. Spośród tych wszystkich zrealizowanych i przyszłych planów jeden ucieszył mnie szczególnie. Debiutancki album krakowskiego Holy Death znów jest dostępny. Trudno o drugą taką rodzimą płytę.

Holy Death w 1996 r.
Wydany pierwotnie 1996 r. "Triumph of Evil?" od dawna był już nieosiągalny, a jeśli nawet, to po zaporowych cenach. Trudno się dziwić, gdyż to znakomita płyta, będąca doskonałą polską odpowiedzią na nieco wcześniej płonące kościoły w Kraju Fiordów. Tę tezę niech zaś potwierdzi fakt wydania krążka przez uznaną norweską Head Not Foud. Inna sprawa, że firma z Oslo nie przyłożyła się za bardzo do jego promocji i o zespole o wiele głośniej było w rodzimym podziemiu za sprawą zaledwie kasety z ramienia Baron Records. Szkoda. Jednak szacunek, uznanie i pamieć na scenie pozostały, dlatego nawet po rozwiązaniu zespołu jego wydawnictwa cieszą się zainteresowaniem, a te najciekawsze są o wiele trudniej dostępne. Dlaczego? Można wymienić dwa powody.


Po pierwsze, muzyka. Holy Death czasu debiutu do majestat, brzmienie i nastrój. Tu nie było byle pędzenia ku uciesze diabła, tylko uważne pochylenie się nad jego ewangelią, co z kolei prowadzi do drugiego powodu. Leszek Wojnicz-Sianożęcki ma nieco oleju w głowie i potrafiłby w cztery oczy wyjaśnić, dlatego najbliższe są mu właśnie takie, a nie inne poglądy. Co więcej, prywatnie sprawia wrażenie osoby otwartej, potrafiącej uśmiechnąć się i mającej dystans do samej siebie. A to przecież nie są takie oczywiste cechy w środowisku pełnym napiętych muskułów i nad wyraz zwartych pośladków. No i jest coś jeszcze. Wokalista Holy Death to wręcz maniak metalu lat 80., aktywnie działający w podziemiu. Wydawał płyty, ziny, dość czynnie wspierając scenę. Takich rzeczy się zapomina.


To wszystko dowiodło szczerości działań popularnego Necronosferatusa i przełożyło się na darzenie go powszechnym szacunkiem. Można nie zgadzać się z jego poglądami, można uznawać je za skrajne i złe, ale po tych wszystkich latach panu Wojniczowi-Sianożęckiemu nikt nie będzie w stanie odmówić konsekwencji, zaś muzyce Holy Death tego, że wciąż potrafi się obronić. To wznowienie to doskonała lekcja dla młodzieży, a dla starszyzny bezcenne wspomnienie jakże muzycznie dobrych czasów. Na koniec dla porządku warto wspomnieć, że reedycja Withing Hour to w sumie drugie kompaktowe ponowne wypuszczenie "Triumph of Evil?". W 2003 r. stało się tak za sprawą Luciforus Art Productions, za którą stał notabene rzeczony wokalista Holy Death. 

niedziela, 28 czerwca 2015

W imię przekonań

W 2000 r. w moich rękach znalazł się egzemplarz "Concupiscence", debiutanckiego demo warszawskiego Kayzen. Wówczas po stolicy rozeszła się informacja o czterech niestroniących od pikanterii i dwuznaczności przedstawicielkach płci pięknej, które wzięły sprawy w swoje ręce, zapraszając do współpracy Kaya z Neolithic. Poszedłem na koncert. Spodobały mi się zarówno dziewczyny, jak i muzyka. Chcąc dowiedzieć się o paniach czegoś więcej, zacząłem szukać i tak napotkałem nazwę Xantotol, w którym grała gitarzystka Hiara, współzałożycielka Kayzen, wówczas znana jaka Mała. Tylko gdzie ja to wcześniej słyszałem? Jak się później okazało, kilka lat wcześniej ktoś nagrał mi na kasecie kilka utworów z dema "Cult of the Black Pentagram". Uważałem tę taśmę za czyste zło i długo nie wyjmowałem jej z walkmana. Była to muzyka wyjęta z najciemniejszych lochów i piwnic, jakże oddalona od tego, co działo się wówczas na powierzchni. Co więcej, długo nie mogłem uwierzyć, że za opętane partie wokalne odpowiada kobieta, rzeczona wcześniej Mała. Teraz zaś na swój sposób jedni z pionierów rodzimego black metalu powracają z zaświatów. Wspomniane demo Xantotol oraz jego debiutancki poprzednik "Glory for Centuries" właśnie ukazały się na płytach kompaktowych. Zestawienie uzupełniło przypomnienie albumu "Thus Spake Zarathustra".

Xantotol  /  Fot. Witching Hour Productions
Muzycy mieli swoje przekonania i od samego początku wyraźnie dawali do zrozumienia, że nie zależy im na rozgłoście. Istotą było dotarcie do ściśle określonego słuchacza, podzielającego ich nietzscheańskie poglądy. Cel osiągnęli i, co ciekawe, udało im się to nawet przy odrzuceniu oferty pewnej fińskiej wytwórni. W paradoksalnej konsekwencji nawet po dwudziestu latach nazwa Xantotol mówi dość sporo niejednemu fanowi black metalu w Meksyku i wielu krajach Ameryki Południowej. Przy okazji złośliwi mogliby zadać pytanie, gdzie w takim razie leży granica bycia "true", działania najbliżej prawdy i czystości przekonań. Czy bardziej autentyczny i szczery będzie ten, kto dzięki dużej wytwórni sprzedaje tysiące płyt, czy ten, kto postanowi samodzielnie wydawać i rozprowadzać muzykę nagraną po ciemku i we własnej piwnicy? A może jest to możliwe w obu przypadkach? Tego nie rozstrzygniemy. Nie ma tyle alkoholu, a noce są za krótkie. Nie zmienia to jednak faktu, że z ascetycznej i nagranej na setkę muzyki Xantotol bije olbrzymie zaangażowanie. Takie podejście do black metalu, dość mocno wsparte dokonaniami Hellhammer i Samael oraz subtelnym spojrzeniem na Grecję, nie dość, że uprzedziło rozwój wypadków w Norwegii, to jeszcze potem znacząco się od nich różniło. Może właśnie dlatego takie wiele osób, chyba zmęczonych już spuścizną Bergen o okolic, dość chętnie wraca do nagrań Xantotol. Inna sprawa, że zawsze przyjemnie jest posłuchać głosu przedstawicielki płci pięknej w środowisku wybitnie zdominowanym przez mężczyzn. 


Warto wspomnieć, że w parze muzyką szło coś jeszcze. Na początku lat 90. Jacek Szczepański, współzałożyciel i perkusista Xantotol, powołał do życia Fullmoon, organizację rozpowszechniającą literaturę i materiały dydaktyczne na temat filozofii satanistycznej. Działał w porozumieniu z podobnymi ruchami z całego świata, najściślej współpracując z nowozelandzkim Order Of The Left Hand Path. Wówczas o takie treści było w Polsce trudno, więc cieszyły się dużym zainteresowaniem. Ostatecznie jednak muzyk wycofał się z tej działalności. Jak przyznał po latach, zaufał niewłaściwym osobom, które wypaczyły pierwotne intencje, jakimi kierował się, powołując Fullmoon.



Skupiając się jedynie na muzyce i szukając względnie obrazowej charakterystyki dokonań Xantotol, śmiało można powiedzieć, że to najczarniejsza sadza zdrapana z samego dna diabelskiego kotła rodzimego podziemia lat 90. Minęło dwadzieścia lat, a każde z w sumie trzech wydawnictw tej kutnowskiej grupy sprawia, że widmo nieistniejącego zespołu wciąż krąży po naszej scenie. Pamięć podtrzymuje zarówno wspominanie przez wiarusów "starych, dobrych czasów" oraz podparte resentymentem swego rodzaju edukowanie co bardziej niepokornej młodzieży, by ta w końcu przestała bezmyślnie wpatrywać się w katalogi zachodnich wytwórni, tylko łaskawie zechciała poczytać o tym, jak wiele działo się w Polsce lat 90, a przecież działo się naprawdę dużo. W tym wszystkim kluczowe jest jednak to, co można wziąć do ręki, czyli reedycje. Dlatego dobrze, że "Glory for Centuries", "Cult of the Black Pentagram" oraz "Thus Spake Zarathustra" wznowiono raz jeszcze, w sumie już po raz trzeci, biorąc pod uwagę różne konfiguracje. Co będzie dalej? Nic. Xantotol pozostanie tam, gdzie spoczywa od 1996 r. Zmienią się jedynie ludzie, którzy będą sięgać po jego muzykę.

czwartek, 15 stycznia 2015

Wicher wciąż wieje

Rodzimy black metal przeżywa obecnie drugą młodość. Ma się naprawdę dobrze, biorąc pod uwagę wzbudzane zainteresowanie, zwłaszcza w porównaniu do gatunkowego zastoju przełomu wieków, będącego konsekwencją wypalenia się formuły czasu dość radykalnych latach 90. Oczywiście na usta samo ciśnie się pytanie, czym jest dzisiaj black metal? Odpowiedź zaś brzmi, że muzycznie bezsprzecznie czymś innym, choć na swój sposób równie smolistym, o czym świadczą płyty m.in. Furii, Thaw i Morowe. Ale obecna scena to nie wszystko. Jest także burzliwa historia rodzimej czarnej muzyki i jej spuścizna, o czym przypominają liczne witryny w odmętach naszego internetu oraz poczynania co poniektórych wydawców wznawiających ważne, ciekawe, a niekiedy także i kluczowe albumy. Teraz do coraz liczniejszego grona reedycji można wreszcie zaliczyć jedyną regularną płytę pozostałą po wejherowskim Sacrilegium.

Sacrilegium w 1996 r.  /  Fot. facebook.com/SacrilegiumOfficial
Trudno wyobrazić sobie zestawienie najważniejszych rodzimych blackmetalowych wydawnictw, w którym nie znalazłby się "Wicher". Dziś to płyta kultowa, wzbudzająca szacunek i sentyment, jednym tchem wymienia na obok najważniejszych krążków m.in. Christ Agony, Thy Worshiper, Taranis, Holy Death, Graveland, a także wczesnego Behemoth. Z perspektywy czasu, bo raczej nie scenicznych antagonizmów lat 90., nie ma znaczenia, komu było bliżej do Szatana, a komu do Odyna, Thora, bądź Świętowita. Z kronikarskiego punktu widzenia liczy się przede wszystkim muzyka i to, co dane wydawnictwo wniosło do dorobku rodzimej sceny. A "Wicher" wniósł dużo.



Dla wielu już na krótko po premierze w 1996 r. długogrający debiut Sacilegium stał się obiektem kultu, który niewątpliwie przetrwał do dziś i obecnie rozkwitła na nowo za sprawą reedycji z ramienia pierwotnego wydawcy, czyli Pagan Records. Pytanie zatem nasuwa się samo. Dlaczego to wydawnictwo, które przecież nie mogło porazić wtedy i nie razi też dziś ani warstwą kompozytorską, ani produkcją, stało się tak ważne? Odpowiedź ma przynajmniej kilka płaszczyzn. Niewątpliwie olbrzymią zaletą "Wichru" było jego ukazanie się w czasie, gdy znaczna część sceny wciąż pozostawała pod silnym wpływem wydarzeń z Norwegii. Sacrilegium zaproponowało jednak coś innego, coś zdecydowanie bliższego mieszkańcom krainy położonej między Odrą a Bugiem. Owszem, w jakimś stopniu muzyczne wpływy z Bergen i okolic zostały przeniesione na słowiański grunt, ale słuchając "Wichru", można było mieć uzasadnione poczucie, że to jest "nasza" muzyka i "nasza" płyta. Pomimo surowości dźwięków, złagodzonej jednak nieco przez klawisze, z muzyki Sacrilegium biła szczerość, po prostu autentyczne emocje budujące charakterystyczny klimat tego wydawnictwa. W końcu ile można było słuchać o paleniu kościołów oraz nienawiści do i tak nieżyjącego już niegdysiejszego mieszkańca Nazaretu?



Jednak przeniesienie do muzyki szczerych emocji i ducha pomorskich lasów to nie wszystko. Na niekwestionowaną pozycję "Wichra" należy także spojrzeć z bardziej pragmatycznej strony. Płyta ukazała się w 1996 r. nakładem prężnie działającej Pagan Records, za którą do dziś stoi Tomasz Krajewski, uważany za jednego z akuszerów rodzimego black metalu. W końcu to jego wytwórnia wydała dwie taśmy demo i pierwszą płytę Behemoth. Co więcej, debiut Sacrilegium, w przeciwieństwie do demówki "Sleeptime", ukazał się nie tylko ona kasecie, ale i na kompakcie, co w tamtym czasie w przypadku tej muzyki było dość dużą nobilitacją. Trudno także nie zwrócić uwagi na koncerty wejherowian m.in. u boku rzeczonego Behemoth oraz Christ Agony, i to także w Niemczech, gdzie "Wicher" doczekał się osobnego wydania. To wszystko trafiło na szalenie podatny grunt. Wówczas głód black metalu, nieważne już jakiej maści, był bardzo duży.

Okładka pierwsze go wydania "Wichru"
Wznowienie tego albumu to przede wszystkim prezent dla każdego, kto pamięta tamte czasy, a nie było mu dane pozyskać od lat wyprzedanego kompaktowego wydania. W końcu kasety żyją krócej, a i z komputera, choć nie każdy musi podzielać ten pogląd, nie słucha się tego tak przyjemnie. Pozostaje również walor czysto edukacyjny. Młodzież wychowana chociażby na późniejszych płytach Dimmu Borgir być może wsadzi nos w kroniki rodzimej sceny i zacznie przeglądać zakurzone archiwa. W końcu jest w czym wybierać. Słowem, moda na reedycje krajowych klasyków trwa w najlepsze i miejmy nadzieję, że to jeszcze nie koniec.

niedziela, 24 sierpnia 2014

Dekada zapisana na trzech płytach

W 2001 r. w moje ręce trafił split niejakiego fińskiego Nest oraz norweskiego Isafjord. Płytę wydała rodzima Thundra Records, która zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. O ile druga z tych grup usilnie chciała wypłynąć na coraz bardziej hamującej już fali black metalu z Bergen i okolic, o tyle projekt niejakiego Askala Tolonena sprawił, że trudno było mi oderwać się od głośników. W szalenie prosty, acz zarazem oryginalny wówczas, sposób połączył kantele, klawisze, szeptane wokale i nawet partie didgeridoo. To była magiczna muzyka, na którą pomysł rozwijał później wraz z Timo Saxellem, poszerzającym przyjętą formułę o partie basu i gitar. Sympatycy neofolku i ciężkiej muzyki byli zachwyceni. Ukazały się dwie regularne płyty, także m.in. split z Agalloch, a potem nastała sześcioletnia wydawnicza cisza i praktyczne rozejście się dróg wspominanych Finów. Tolonen poświecił się Syven, a o Saxellu słuch zaginął. Ale teraz coś się zmienia. Panowie znów grają razem, zaś w nasze ręce trafiło niezwykle ważne wznowienie.

Archiwalne już zdjęcie Nest, od lewej Aslak Tolonen i Timo Saxell  / Fot. Last.fm
Dla porządku należy wspomnieć, że w ubiegłym roku po bez większego rozgłosu rosyjska GS Productions wydała na jednej płycie demo "Fabled Lore" oraz nagrania ze wspominanego splitu z Isafjord. Teraz jednak w sprawa jest o tyle ciekawsza, że siłami także rosyjskiego, lecz już Infinite Fog Productions, na trzech kompaktach ukazała się kompilacja "Within a Decade", zawierająca niemal całą dyskografię Finów. Fizyczne kopie ich płyt nigdy nie były dostępne w większych nakładach i od dawna są już nieosiągalne, dlatego trudno o lepszą sposobność dotarcia do namacalnego zapisu ich niezwykłych dokonań.


Podobnie jak członkowie Tenhi, muzycy Nest, ze szczególnym wskazaniem na Askala Tolonena, to dźwiękowi czarodzieje. Potrafią stworzyć niezwykłą atmosferę, która tak bardzo kojarzy się z Krajem Tysiąca Jezior. To szalenie przestrzenna i tajemnicza muzyka, bijąca rześkim chłodem gór, lasów i zasypanych śniegiem fińskich bezdroży. W tym roku mija siedem lat od czasu ukazania się "Trail of the Unwary", ostatniej jak dotąd  regularnej płyty Nest. Niemniej istnieją pewne znaki na niebie i ziemi, że to jeszcze nie koniec. Chodzi nie tylko o wspominane wznowienia, czy nawet solowe koncerty Tolonena, ale przede wszystkim o nie tak dawno zamieszczone w sieci nowe nagranie inspirowane scenicznymi improwizacjami Ulver. Być może to początek nowego rozdziału w historii Nest. Oby. 
Okładka kompilacji "Within a Decade" 
Wątpliwe, by "Within a Decade" było dostępne w Polsce. By dotrzeć do tego wydawnictwa, trzeba będzie skorzystać z dobrodziejstw globalnej sieci i wierzyć, że przesyłka z Rosji dotrze w jednym kawałku. Jeśli teraz po raz pierwszy czytacie o Nest, a chcielibyście bliżej poznać muzykę Finów, zajrzyjcie do działu MP3, których warto posłuchać. W jego archiwalnych rejonach znajdziecie udostępnione przez samych zainteresowanych i gotowe do pobrania dwa całe pomniejsze wydawnictwa oraz po kilka utworów z dwóch dotychczasowych regularnych płyt. Warto.

niedziela, 11 maja 2014

Reaktywacja Hazael

Początek roku to zawsze nadzieje, optymizm i inne spojrzenie na nadchodzącą przyszłość. Być może właśnie dlatego w tym specyficznym okresie dwunastomiesięcznego cyklu do naszych uszu docierały informacje o wznowieniu działalności ważnych przedstawicieli rodzimej sceny lat 90. W 2012 r. był to częstochowski Mordor, rok później opolska Sirrah, a w styczniu tego roku w popularnym błękitno-białym portalu pojawiła się oficjalna witryna płockiego Hazaela. Teraz już wiemy dlaczego.    

Hazael, początek lat 90.  /  Fot. Arch. zespołu
Muzycy wystąpią na tegorocznej edycji Castle Party w ramach Metal Day. Co więcej, 19 lipca zagrają również w Warszawie u boku Possessed. Na szczęście, ktoś, kto kieruje wznowieniem działalności Hazaela, pomyślał także o tym, co dla wielu z nas jest chyba najważniejsze - o wydawnictwie będącym namacalnym dowodem powrotu, jego przypieczętowaniem. W przypadku Mordor niestety do tego nie doszło i zespół ponownie odchodzi w zapomnienie. Z kolei Sirrah uraczyła nas cyfrowym singlem, który wbrew zapowiedziom do dziś nie przełożył się fizyczną epkę. A Hazael? Wspomniane koncerty mają zbiec się w czasie z kompaktową i winylową reedycją płyty "Thor", klasykiem i niewątpliwie jednym z ważniejszych rodzimych metalowych albumów lat 90. Ta płyta otworzyła muzykom drogę do Europy. Szkoda, że ostatecznie przygoda z niemiecką Century Media zakończyła się jeszcze przed jej faktycznym rozpoczęciem. 

Hazael w 2014 r.  /  Materiały promocyjne
Hazael nie powrócił w oryginalnym składzie, co też specjalnie nie dziwi. Jedynym muzykiem pamiętającym początki zespołu jest wokalista i basista Tomasz Dobrzeniecki. Niemniej, dywagacje personalne są w tej chwili mniej istotne w kontekście nowej regularnej płyty, której teoretycznie mielibyśmy doczekać się w połowie przyszłego roku. Plany są zatem ambitne. Ich weryfikacją będą zaś najbliższe koncerty, których ma ponoć nie brakować. Na własne oczy przekonamy się, czy obecna młodzież równie ochoczo wybierze się na występ Hazaela, co weterani stęsknieni za starymi, dobrymi czasami. Poniżej znajdziecie jedno z nagarniań, które trafiło na wspominanego "Thora". Płyta pierwotnie ukazała się w 1994 r. nakładem nieistniejącej już Loud Out Records.


czwartek, 17 kwietnia 2014

W Trójmieście wciąż grają

17 grudnia 2012 r. w Waszej obecności telefonicznie rozmawiałem z Andrzejem Bucikiewiczem. Był to o tyle niecodzienny wywiad, że wokalista Medebor akurat tej nocy przemierzał Polskę pociągiem. Poruszaliśmy wiele tematów, w tym ten najważniejszy, czyli przerwanie niemal dekady wydawniczego milczenia zespołu za sprawą płyty "A Taste of Insanity". Wówczas poza anteną muzyk wspomniał mi także o planach wznowień starszych i nieosiągalnych już wydawnictw zespołu. Od wypowiedzenia tych słów upłynęło nieco czasu, ale jak się teraz okazuje, nie były one rzucone na wiatr. A co więcej, to jeszcze nie wszystko. 

Medebor  /  Fot. Materiały promocyjne
Po dość ciepło przyjętym wydawniczym powrocie i wybitnie nieudanej przygodzie z niemiecką Legacy Records, nakładem której ukazało się rzeczone "A Taste of Insanity", muzycy najwyraźniej postanowili wziąć sprawy w swoje ręce. Wykupili całość nakładu i sami zajmują się dystrybucją ostatniej jak dotąd płyty. Równolegle na jednym kompakcie zamieścili materiały demo "Stars of Oblivion" z 1999 r. oraz wydany rok później "Last Dream". Podobnie rzecz ma się z debiutancką i od nieosiągalną od niemal dziesięciolecia "Phantasmą", która, co ciekawe, pierwotnie ukazała za sprawą Apocalypse Productions, byłej inicjatywy Piotra Kozierackiego, perkusisty Riverside.

Okładka łączonego wznowienia demówek
Powrót do wydawniczej przeszłości ma swoje niewątpliwe zalety, ale jest i coś jeszcze. Wraz ze dwoma wznowieniami muzycy postanowili również wydać "Equilibrium", trzyutworową epkę zawierającą dwie niepublikowane dotąd kompozycje z sesji "A Taste of Insanity" oraz krążące po sieci od dobrej dekady opracowanie "The Sleeping Beauty" Tiamat, które de facto dopiero teraz ukaże się oficjalnie. 

Okładka epki "Equilibrium"
Poczynania muzyków Medebor z pewnością cieszą wszystkich dość chętnie powracających myślami do lat 90. i związanego z nimi klimatycznego grania. Podejrzewam również, że i co poniektórzy przedstawiciele współczesnej młodzieży znajdują w tej muzyce coś dla siebie. Obecnie w Polsce królują zupełnie inne gatunki, dlatego trudno nie mieć uznania dla gdańszczan, że po latach ciszy, mimo braku formalnego rozwiązania zespołu, znaleźli czas i siły, by podjąć ryzyko faktycznego powrotu. Jak się okazało, wciąż są chętni na ich koncerty i wydawnictwa. Swoją drogą, sami zainteresowani najwyraźniej nie mają jeszcze dość. W październiku wejdą do studia z myślą o nagraniu nowej płyty, która nota bene już jest gotowa. Kaganek doom metalu wciąż tli się w naszym kraju i na przekór wszystkiemu jakoś nie chce zgasnąć. I dobrze. Poniżej znajdziecie jedno z bardziej rozpoznawalnych nagrań z pierwszego wydania "Phantasmy". Wszystkie wspomniane płyty można nabyć bezpośrednio od zespołu.

sobota, 1 marca 2014

Pośmierty powrót Pornografii

W dobie grającego plastiku wielu z nas dość regularnie sięga po nagrania z przyszłości, by w zależności od wieku powspominać lub poznawać to, co kiedyś było niezwykłe, a dziś jest już nieco zapomniane ze względu na znikomy nakład wydawnictwa lub zwyczajnie brak jego profesjonalnej cyfrowej wersji. Wszak kasety miały to do siebie, że umierały dość szybko. Jednak to swoiste wywoływanie muzycznych duchów czasem przynosi zaskakujący efekt. Dwa lata temu, niemal co do dnia, na niniejszej witrynie padły słowa dotyczące łódzkiej Pornografii, a w nieodległy wówczas poniedziałkowy wieczór podczas naszego spotkania popłynęła również i muzyka z mocno wysłużonej taśmy magnetofonowej. To z pewnością zwykłe zrządzenie losu, ale w takiej sytuacji trudno nie uśmiechnąć się pod nosem. W tym roku ukaże się specjalny boks poświęcony zespołowi Tytusa de Ville. 

Pornografia, Tytus de Ville  / For. Arch. zespołu
Nie zdradzono jeszcze, jakie dokładnie nagrania znajdą się na płytach kompaktowych, ale siłą rzeczy musi to być m.in. cała zawartość pierwotnie wyłącznie kasetowego albumu "1989-1990". A skoro Łukasz Pawlak z Requiem Records zapowiedział boks, oznacza to, że w zanadrzu ma coś jeszcze. Prace zostały oficjalnie rozpoczęte, budząc nie małe nadzieje osób stęsknionych za polską zimną falą i jednocześnie od lat domagających się jej solidnego udokumentowania. Należy się to nie tylko nam, cierpliwym fanom, ale przede wszystkim muzykom, którzy w długiej połowie lat 80. współtworzyli coś niezwykłego, co w normalnej, a nie peerelowskiej, rzeczywistości byłoby solidnie nagrane i powszechnie dostępne.

Pornografia, koncert z udziałem Anji Orthodox  /  For. Arch. zespołu
Pornografia była zespołem działającym zaledwie kilka lat. Zagrała m.in. na festiwalu w Jarocinie, także na pierwszych edycjach Castle Party, jeszcze na zamku w Grodźcu. Jej liderem był wszędobylski Tytus de Ville, czyli Arkadiusz Sawicki, który zapisał ciekawą kartę w historii rodzimej zimnej fali. Łódzki gitarzysta grał m.in. w Bruno The Questionable, także przemianowanym następnie na dobrze znane Fading Colours, a swego czasu udzielał się również w chyba nieistniejącym już Daimonion z Piotrkowa Trybunalskiego. Słowem, do wydawniczego wskrzeszenia Pornografii dochodzi dość późno, ale przecież lepiej późno niż wcale. Poniżej znajdziecie jedyne oficjalne wideo zespołu, które promowało wspomnianą taśmę "1989-1990", na której śpiewała także Anja Orthodox.

czwartek, 12 grudnia 2013

Archiwa Agonii Chrystusa

Upór to ciekawa cecha charakteru człowieka. Dzięki niemu ten jest w stanie zrobić coś, co jeszcze przed chwilą wydawało się mało realne. Bo któż by spodziewał się, że tegoroczna jesień przyniesie wznowienie pierwszych dwóch taśm demo Christ Agony? A tak pomysłodawcy inicjatywy sprawili, że krążące po globalnej sieci cyfrowe kopie wysłużonych kaset można zamienić na przyzwoicie wydaną płytę kompaktową.

Początki Christ Agony  /  Fot. Arch. zespołu
O Cezarym Augustynowiczu mówi się dziś różnie, ale nic nie jest już stanie odebrać mu, jak i samemu Christ Agony, należnego miejsca w historii rodzimej sceny. Był to, i wciąż jest we współczesnym wydaniu, jeden z najważniejszych polskich przedstawicieli black metalu, w równym stopniu szanowany, co nienawidzony. A jak każdy zespół, miał swoje początki i w konsekwencji, ze względu na przypadające czasy, dema nagrywane na kasetach magnetofonowych. Debiutanckie "Sacronocturn" z 1990 r. i wydane dwa lata później "Epitaph of Christ" to klasyka będąca preludium do późniejszych, regularnych już wydawnictw Christ Agony. Oba, ze szczególnym wskazaniem na lepiej nagrane "Epitafium", przywołują wspomnienie najlepszych czasów rodzimego podziemia. Czasów, gdy niepohamowany głód muzyki zaspokajano słuchaniem radia, przegrywaniem kaset, giełdami płytowymi, kserowaniem fanzinów i kolejowymi podróżami na koncerty. Nie było tego wszystkiego, co jest teraz, dlatego tego typu wznowienia mają wręcz unikatowy charakter, stanowiąc zapis ułamka ówczesnej rzeczywistości.

Okładka wznowienia
Dziennikarski obowiązek nakazuje wspomnienie o czymś jeszcze. Obie taśmy demo ukazały się teraz na płycie zatytułowanej "Faithless". Co ciekawe,  te same nagrania zostały już raz wznowione i to pod tym samym tytułem. Stało się tak w 1995 r. za sprawą Baron Records. Piętnaście lat później nieżyjący już Szymon Czech poddał je ponownemu masteringowi, a muzycy sami wydali całość w niewielkim nakładzie na płycie CD-R. Obecna reedycja to w praktyce profesjonalne wydanie właśnie tej samodzielnej inicjatywy, choć w tym przypadku stoi za nią ktoś jeszcze, rodzime Seven Gates of Hell. Pomijając jednak wszystkie te zawirowania natury wydawniczo-organizacyjnej, trudno nie przyznać, że "Faithless" to bezcenne archiwalne wydawnictwo, i wcale niekoniecznie z tych przeznaczony jedynie do postawienia na półce. Poniżej znajdziecie nagranie pochodzące z pierwszego wydania "Epitah of Christ", drugiego demo Christ Agony. 

środa, 14 sierpnia 2013

Powrót "ORP Orzeł"

Piękna i romantyczna historia najsłynniejszej polskiej łodzi podwodnej wciąż budzi emocje, a liczne grono sympatyków okrętu nadal stara się rozwiązać zagadkę zaginięcia jednostki wraz z całą załogą w czerwcu 1940 r. Ta niewyjaśniona tajemnica zainspirowała wielu ludzi, a wśród nich znalazło się miejsce także dla pewnego rodzimego muzyka.

Cold Fusion  /  Fot. last.fm
W 2006 r. Marcin Bachtiak, tworzący pod dobrze znanym szyldem Cold Fusion, ukończył prace nad płytą "ORP Orzeł", wydaną wówczas przez War Office Propaganda. Posługując się rozwiązaniami z pogranicza neoklasyki, ambientu i industrialu, w niezwykle obrazowy sposób przedstawił historię legendarnej jednostki i jej załogi. To muzyka przepełniona poczuciem klaustrofobii i osamotnienia w morskich głębinach w chwili ucieczki przed śmiercią, czyhającą na choćby najmniejszy błąd człowieka. Album spotkał się z uznaniem nie tylko w Polsce, ale i za granicą, o czym świadczy wykorzystanie zawartych na nim nagrań w holenderskim filmie dokumentalnym poświęconym "Orłowi". Nakład płyty został wyczerpany kilka lat temu. Teraz jednak ukaże się jej wznowienie, które Rage in Eden zaplanowało na przełom sierpnia i września.

Okładka pierwszego wydania "ORP Orzeł" 
Takich płyt nie w naszym kraju zbyt wiele. To niezwykły hołd złożony załodze "Orła" bez pretensjonalnych oklasków, fajerwerków i wątpliwej ideologii, mądrze zastąpionymi zadumą i ciszą głębin Morza Północnego, w których tragicznie zginęło sześćdziesięciu polskich marynarzy. Nie trzeba koniecznie posiadać tego wydawnictwa, ale z pewnością warto przynajmniej o nim wiedzieć, a już na pewno należy pamiętać o historii, które opowiada.

środa, 17 lipca 2013

Muzyka sześciu strun

Każdy, kto aktywnie słucha muzyki, nabywając płyty ulubionych wykonawców, przynajmniej raz znalazł się sytuacji, gdy fizyczna kopia jednej z nich, wydanej w bardzo znikomym nakładzie, nagle stała się nieosiągalna i nawet dzięki dobrodziejstwom globalnej sieci ostatecznie nie udało mu się jej nabyć. Niby to tylko kawałek plastiku, wszak przecież samą muzykę dość łatwo dziś pozyskać. A jednak. Dlatego z niemałym entuzjazmem przyjąłem wiadomość, że 30 sierpnia za sprawą niemieckiej Auerbach ukaże się wznowienie "Forllat", debiutanckiego demo norweskiego muzyka tworzącego pod pseudonimem Vali. Co więcej, reedycja to nie wszystko. Tego samego dnia w nasze ręce trafi "Skogslandskap", regularna płyta, na którą czekano niemal dekadę. 

Fot. last.fm
To magiczna instrumentalna muzyka, w której prym wiodą gitara akustyczna, wiolonczela i flet. Owszem, brzmi to dość prosto i nieprzesadnie oryginalnie, ale wydane w 2004 r., co ciekawe przez nieistniejącą już polską Foreshadow Productions, wspomniane demo "Forlatt" odbiło się niezwykłe szerokim echem w całej Europie. Te nieco ponad pół godziny spokojnej, melancholijnej i nostalgicznej muzyki zaczęto porównywać do klasyków gatunku spod znaku "Where At Night The Wood Grouse Plays" Empyrium i "Kveldssanger" Ulver. Zresztą niebezpodstawnie. Vali, niemal anonimowy Norweg najwyraźniej wybitnie ceniący sobie prywatność, za pomocą sześciu strun i kilku wybranych instrumentów opisał to, co jest niezwykle bliskie Skandynawom. Bezkres i piękno przyrody północy Starego Kontynentu to główna inspiracja skomponowanej przez niego muzyki. W tych dźwiękach słychać niemalże wybrane pory dnia, rozciągające się po horyzont krajobrazy, a także szacunek i uznanie dla natury, która w pierwotnym kształcie zanika coraz bardziej.

Okładka pierwszego wydania "Forlatt"
Dobry muzyk wcale nie musi zabiegać o rozgłos. Jego kompozycje zrobią to za niego, a on spokojnie może usunąć się w cień, paradoksalnie zyskując w ten sposób jeszcze większe grono sympatyków. Ta prawidłowość znajdowała potwierdzenie w rzeczywistości już wiele razy. Przypadku Vali również tak jest. Co prawda, do ukazania się reedycji "Forllat", a także i premiery nowej płyty, zostało jeszcze nieco czasu, ale dzięki komuś życzliwemu wspominanej demówki możecie posłuchać już teraz. Poniżej znajdziecie ją w całości w formie playlisty. Warto sobie przypomnieć, warto poznać.

niedziela, 26 maja 2013

Taśma odrodzona z popiołów

W Polsce lat 90. ze względów czysto finansowych wiele płyt było wydawanych jedynie na kasetach magnetofonowych. A że był to czas apogeum szeroko rozumianego klimatycznego grania na tym wysłużonym nośniku ukazały się w zasadzie wszystkie kluczowe wówczas albumy, które dziś uchodzą za klasykę takiego czy innego gatunku. Niestety wiele z nich wciąż nie doczekało się oficjalnego kompaktowego wznowienia, ale od jakiegoś czasu można zaobserwować sentymentalne tendencje, które skłaniają starszych już muzyków do przypomnienia sobie i swoim sympatykom wydawniczej przeszłości. Teraz do tego grona dołączą kolejni. Po niemal 17 latach w nasze ręce trafi "Popiół (Introibo ad Altare Dei)" Thy Worshiper.

Fot. last.fm/ThyWorshiper
Zespół przez długi czas był ważnym przedstawicielem wrocławskiej sceny i liczącym się reprezentantem rodzimego pogańskiego grania. Jego muzycy zdobyli sobie szersze uznanie przede wszystkim wspomnianym długogrającym debiutem, który ukazał się 1996 r. za sprawą poznańskiej Morbid Noizz Productions. Późniejsze losy zespołu były dość zawiłe. Ostatecznie doczekaliśmy wznowienia działalności, płyty "Signum" w 2005 r. oraz wydanej pięć lat później demówki "Opowieść jednej nocy" prezentującej współczesne, jeszcze bardzie słowiańskie i momentami tradycyjne oblicze zespołu. Co ciekawe, obecnie Thy Worshiper to kolektyw emigrantów, gdyż jego muzycy osiedli w Dublinie.

Fot. facebook.com/thyworshiper
Siłą "Popiołu" była i wciąż jest niezwykła synteza black metalu, pogaństwa i spajających je w całość nostalgicznych melodii. To nieokiełznana muzyka pełna energii, spontaniczności, sprecyzowanej myśli i tekstów wykrzyczanych w ojczystym języku. Ta płyta ma w sobie jakiś ułamek soli tej ziemi. Prawdopodobnie dlatego po latach tak wiele osób wraca do tego wydawnictwa, licząc, że pewnego dnia zostanie wznowione na kompakcie. Co prawda, przygotowanie reedycji zostało już zapowiedziane przez muzyków, ale obecnie nie wiemy nic więcej. Pozostaje zatem liczyć, że nowego wydania doczekamy się jeszcze w tym roku. Chociaż z kronikarskiego obowiązku należy wspomnieć, że mimo wydania "Popiołu" jedynie na kasecie, to w sumie cztery z dziesięciu kompozycji ukazały się na dwóch kompaktowych kompilacjach. Pierwsza była dołączona do magazynu Morbid Noizz, druga zaś do również nieistniejącego już "Thrash'Em All'. Póki co ta namiastka cyfrowego nośnika musi jeszcze wystarczyć. Oby jak najkrócej.

sobota, 18 maja 2013

Bezcenne, ale raczej na półkę

Kilka razy zdarzyło mi się nieświadomie nabyć płytę, której egzemplarz już posiadałem. W takich sytuacjach zawsze zastanawiałem się, czy padałem ofiarą wątpliwej kondycji swojej pamięci, czy może raczej faktu ukazywania się nieprzebranej mnogości wydawnictw i rodzącej się tym samym zwyczajnej chęci opowiedzenia o nich przy włączonym mikrofonie. Bywało też inaczej. Niekiedy z pełną świadomością nabywałem drugi raz ten sam album. Dotyczyło to oczywiście wznowienia, jak m.in. w przypadku najnowszej reedycji "Nowej Aleksandrii" Siekiery. Miałem co do tego duże wątpliwości, ostatecznie jednak poszedłem do sklepu. Wciąż nie wiem, czy zadecydował o tym mój racjonalny argument, czy dobry marketing wydawcy.

Fot. Antoni Zdebiak
Byłem zaskoczony tą premierą. Wszak Tomasz Adamski już dawno odciął się od punkowej i zimnofalowej przeszłości. Świadczy o tym nie tylko jego klarowna i bardzo jednoznaczna postawa, ale przede wszystkim płyta "Ballady na koniec świata",  album wydany pod szyldem Siekiery jesienią 2011 r. z muzyką zbliżoną do poezji śpiewanej. Tym samym nieco trudno dziwić się złośliwym mówiącym o czysto ekonomicznych pobudkach rzeczonego muzyka. Niemniej, "Nowa Aleksandria" to niewątpliwie jedna z najważniejszych polskich płyt rockowych lat 80. i istna biblia rodzimego zimnego grania. Nie jest to oczywiście główny argument przemawiający za tym, by nabyć reedycję, posiadając już w zbiorach wcześniejsze wydanie owego albumu. Mnie ostatecznie przekonało chyba coś innego. I bynajmniej nie mam tu na myśli obecnej na płycie niepublikowanej wcześniej studyjnej wersji nagrania "Serce".

Okładka "Nowej Aleksandrii"
Najwyraźniej decydującym dla mnie okazał się fakt zagrania przez Siekierę tak niewielu koncertów, co siłą rzeczy uczyniło niezwykle cennymi dołączone do owego wydawnictwa na osobnej płycie wszystkie fragmenty występów na żywo. Tomasz Adamski otwarcie przyznał, że te prędzej czy później i tak by wyciekły, dlatego ostatecznie postanowił je opublikować. Choć nie zmienia to faktu, że ze względu a ich przeciętną jakość muzyk oficjalnie nie akceptuje wybranych kompozycji. A pośród nich znalazły się utwory zarejestrowane podczas występów na festiwalach w Jarocinie w 1985 r. i warszawskim Róbrege z tego samego roku, a także nagrania demo, których późniejsze wersje trafiły na "Nową Aleksandrię". Oprócz samej muzyki wznowienie pierwszej płyty Siekiery uzupełnia dołączona do niego książeczka z wypowiedziami muzyków oraz niepublikowanymi dotąd zdjęciami zespołu wykonanymi przez tragicznie zmarłego Antoniego Zdebiaka.

Fot. Mirosław Makowski
Nabyłem tę płytę  nieco wbrew swojej woli, ale ostatecznie nie żałuję. Najwyżej będę posiadał dwa egzemplarze "Nowej Aleksandrii", o ile jednego z nich nie postanowię wręczyć komuś, kto nie posiada żadnego. Jeśli cenicie sobie rodzimą zimną falę lat 80. i jej niestety skromny zarejestrowany dorobek, to nie przejdziecie obok tej płyty obojętnie. Jeśli jednak nie czujecie się aż tak związani z tym nurtem, to wcześniejsze wydanie debiutu Siekiery, wciąż dostępne po dość niskiej cenie, będzie zdecydowanie lepszym wyborem. To bezcenne wydawnictwo, ale dołączona do niego druga płyta po jednym, góra kilku, przesłuchaniu raczej powędruję na półkę. Częściej będziecie sięgać po solidnie nagrane i dobrze brzmiące studyjne wersje utworów niż ich koncertowego i demonstracyjne odpowiedniki. Choć oczywiście decyzja należy do Was.

Lista nagrań z płyty dołączonej do wznowienia "Nowej Aleksandrii"

1. Misiowie puszyści (Szewc zabija szewca)
2. Jest bezpiecznie
3. Ja stoję ja tańczę ja walczę
4. Serce
5. To słowa (Jarocin ‘85)
6. Misiowie puszyści (Szewc zabija szewca) (Jarocin ‘85)
7. Jest bezpiecznie (Warszawa, Róbrege ‘85)
8. Instrumentalny  (Warszawa, Róbrege ‘85)
9. Bez końca  (Warszawa, Róbrege ‘85)
10. Misiowie puszyści (Szewc zabija szewca)  (Warszawa, Róbrege ‘85)
11. Ja stoję ja tańczę ja walczę (Puławy, Dom Chemika ‘85 demo)
12. To słowa (Puławy, Dom Chemika ‘85 demo)
13. Jest bezpiecznie (Puławy, Dom Chemika ‘85 demo)
14. Idziemy na skraj (Puławy, Dom Chemika ‘85 demo)
15. Misiowie puszyści (Szewc zabija szewca) (Puławy, Dom Chemika ‘85 demo)

czwartek, 18 kwietnia 2013

Grając w ciemnościach

Na przełomie lat 80. i 90., a także w samej ostatniej dekadzie ubiegłego wieku, Łódź była bardzo ważnym miejscem na rodzime scenie. Imperator, Pandemonium i Sacriversum to nazwy, których dziś nikomu specjalnie przedstawiać nie trzeba. Każdy z tych zespołów w swoim czasie zaistniał, o każdym z nich było głośno i o każdym się pamięta. Nieco w cieniu tej trójcy działało i wciąż działa Tenebris, grupa ważna, ciekawa i niestety mocno niedoceniona, pozostająca zawsze gdzieś na obrzeżach głównych wypadków muzycznych w tym kraju. To jeden z tych kolektywów, który zawsze darzyłem olbrzymim szacunkiem za upór i konsekwencję w tworzeniu niełatwej, ale jakże charakterystycznej i oryginalnej muzyki. Teraz niektórzy sobie o nich przypomnieli, inni zaś mają okazję ich poznać. Wszystko za sprawą nowej płyty i dwóch bardzo ważnych reedycji.

Tenebris w 1994 r., za czasów "The Odious Progress"  /  Fot. Arch. zespołu
Skomplikowane, techniczne i połamane granie oparte o death metal, uzupełnione o budujące nastrój klawisze. Tak zapamiętałem łódzkie Ciemności i ta już zawsze będzie kojarzyła mi się z latami 90., z takimi też dźwiękami. Choć oczywiście na skutek upływającego czasu, licznych zmian personalnych i zmieniającego się także podejścia muzyków do muzyki samej w sobie, Tenebris wyraźnie się zmieniło. Obecnie to grupa, której najbliżej do rocka progresywnego, ale z drugiej strony to wciąż muzyka na tyle nieszablonowa, że tak prawdę trudno jednoznacznie opisać ją kilkoma słowami. Najczęściej określa się ją mianem kosmicznej, gdyż jest ona na tyle pełna pomysłów, możliwości i ich interpretacji oraz przestrzeni ukrytej między dźwiękami, że trudno znaleźć bardziej adekwatne słowo. Inna sprawa, że kosmos mniej bądź bardziej był już obecny w muzyce i na wydawnictwach Tenebris. Wystarczy wspomnieć pełną obcych okładkę "Leavings of Distortion Soul", czy chociażby tytuł dopiero co wydanej płyty "Alpha Orionis".

"Adha Pawn" - nagranie promujące płytę "Alpha Orionis"


Przyznaję jednak, że ucieszył mnie nie tylko fakt premiery nowego wydawnictwa Tenebris, i tym samym danie kolejnego znaku życia przez zespół, ale i również, a może nawet bardziej ze względu na osobisty sentyment do lat 90., jednoczesne reedycje dwóch pierwszych albumów zespołu, których pierwotne kompaktowe wydania stały się nieosiągalne, a jeśli nawet, to po niemałych kwotach. Kultowe w pewnych kręgach "The Odious Progress" i "Only Fearless Dreams" są ponownie dostępne, zarówno w formie cyfrowej jak i tradycyjnej za sprawą coraz śmielej poczynającej sobie rodzimej wytwórni Audio Cave. Zaś wyjątkowo upartym i dociekliwym sugeruję zapoznanie się z wciąż dostępnym boksem "Diib" zawierającym wszystkie wydawnictwa zespołu, z wyłączeniem nowego albumu, w tym także dwie pierwsze taśmy demo.  

Okłaka kasety "The Odious Progress"
W latach 90. nikt w Polsce tak nie grał, a nawet jeśli z wraz z upływem czasu stało się inaczej, to Tenebris zawsze można było odróżnić po niezwykle charakterystycznym stylu i wokalu Szymona, którego co starsi z pewnością doskonale pamiętają jeszcze z Pandemonium. Dobrze, że ten zespół wciąż istnieje, nawet jeśli przez tyle lat doceniało go jedynie stosunkowo niewielkie grono osób. Coś mi jednak podpowiada, że teraz sympatyków Ciemności przybędzie, a i cześć z nich z pewnością będzie chciała poznać niezwykle ciekawą przeszłość zespołu, już na zawsze wpisaną w historię rodzimej sceny. Poniżej wciąż donośne echa tego, co było kiedyś. Płyta "Only Fearless Dreams" z 1995 r.

środa, 6 marca 2013

Zeschnięta róża znów zakwitnie

Szumne zapowiedzi mają do to do siebie, że niestety nie zawsze znajdują potwierdzenie w rzeczywistości. Pech zazwyczaj chce, że dotyczą one ważnych i długo wyczekiwanych wydawnictw. Kiedy już myślimy, że niebawem będziemy mogli włożyć daną płytę do odtwarzacza, okazuje się, że jeszcze przez długi czas nie będzie to możliwe. Tak było m.in. z zapowiedzianą dwa lata temu przez Pagan Records kompaktową reedycją jedynej taśmy pozostałej po trójmiejskiej Łzie Zeschniętej Róży. "Majestat Mgieł Nocnych" nie ukazał się do dziś. Na szczęście ma to się zmienić nadchodzącej wiosny.

Łza Zeschniętej Róży w 1997 r.  /  Fot. Arch. zespołu
To jeden z kilku rodzimych zespołów, którego nagrania mimo upływu wielu lat wciąż cieszą się uznaniem sympatyków szeroko rozumianego black metalu, a zwłaszcza jego pogańskiej odmiany. Łza Zeschniętej Róży zazwyczaj jest wymienia m.in. obok Sacrilegium czy Thy Worshiper jako jeden z ciekawszych przedstawicieli gatunku, których muzycy, podobnie jak ci z rzeczonych dwóch zespołów, zasłużyli na szacunek m.in. tekstami wykrzyczanymi w ojczystym języku, co w latach 90. wcale nie było zbyt często spotykane. Pierwsze wydanie "Majestatu Mgieł Nocnych" ukazało się 16 lat temu na taśmie magnetofonowej w nieznacznym nakładzie wypuszczonym przez Midgard Records. O tym wydawnictwie pamiętałoby niewielu, gdyby nie dobrodziejstwa globalnej sieci. Zawarta na nim muzyka i fakt digitalizowania jej przez fanów w domowych warunkach, a także idąca za tym jej powszechna dostępność, sprawiły, że coraz więcej osób zaczęło wyrażać pobożne życzenia doczekania się kompaktowej reedycji tego albumu. Chodziło również o możliwość posłuchania "Majestatu Mgieł Nocnych" w znacznie lepszej jakości, gdyż kopie nagrań krążących po internecie najwyraźniej powstały z przegrania mocno wysłużonego już egzemplarza kasety i momentami ich odbiór stawał się dość wymagający. Teraz można powiedzieć, że wspomniane głosy zostały wysłuchane. Wszystko wskazuje na to, że reedycja płyty ukaże się już niebawem i co ważne,  została bardzo starannie przygotowana.

Okładka reedycji "Majestatu Mgieł Nocnych"
Zmianie ma ulec wszystko. Począwszy na masteringu nagrań, a na poprawie szaty graficznej wydawnictwa skończywszy. Biorąc pod uwagę, że płyta ma ukazać się w formie digi packa rozkładanego w kształcie różo-krzyża, co z pewnością będzie miało wpływ na jej cenę, to trudno zaprzeczyć, że jej wznowienie o mocno kolekcjonerskich znamionach jest przeznaczone przede wszystkim dla osób, które naprawdę będą chciały go posiadać. Ale estetyka to nie wszystko. Ta płyta ma przyciągać uwagę nie tylko kolorami, ale i zawartymi na niej dźwiękami. Te zaś, spośród których jedno zrewitalizowane nagranie znajdziecie poniżej, to wściekłość, energia, nastrój i duch słowiańskiej przeszłości, który na szczęście nie przekroczył granic, za jakimi leży już pretensjonalność. Dzięki temu "Majestat Mgieł Nocnych" brzmi autentycznie i niewykluczone, że po jego wznowienie sięgną także ci, którzy nie wiedzą, bądź ze względu na wiek nie mogą pamiętać, o pierwszym wydaniu tej płyty. Co ciekawe, rzeczone wznowienie ukaże się w 20. rocznicę powstania zespołu, który, co warto przypomnieć, przez kilka lat działał pod nazwą Bathuel, i z którego to repertuaru pochodzi cześć nagrań umieszczonych na "Majestacie Mgieł Nocnych". Oficjalnie nie mówi się, że płyta zostanie wydana przez Pagan Records, ale skoro w jej kontekście pada nazwisko Tomasza Krajewskiego, a dwa lata temu rzeczona wytwórnia sama zapowiedziała wznowienie albumu, to trudno, by teraz było inaczej. Miejmy zatem nadzieję, że w tym przypadku naszą cierpliwość wystawiono na próbę po raz drugi i ostatni.

P.S. Płyta miała ukazać się w maju nakładem Sacrilege Records. Ostatecznie do tego nie doszło.

P.S. 2 Ostatecznie reedycja ukazała się pod koniec czerwca 2013 r. wspólnymi siłami rodzimych wydawnictw Eastside i Mort.

piątek, 1 lutego 2013

Szwedzki miód z Krakowa

To zadziwiające, jak wiele są w stanie zrobić wytwórnie płytowe, byle tylko raz jeszcze sprzedać nam to samo. Uciekają się do najróżniejszych sztuczek, by po reedycję sięgnął nawet ten, kto w swoich zbiorach posiada już pierwsze wydanie danego albumu. Sposobów jest wiele i skutecznych na tyle, że czasem naprawdę trudno oprzeć się pokusie. Teraz też nie będzie to proste. Nakładem Century Media ukazało się kolejne wznowienie "Wildhoney" Tiamat. Na dołączonej drugiej płycie znajdziemy koncert, jaki Szwedzi zagrali w Krakowie 13 stycznia 2005 r.

Tiamat z czasów "Wildhoney"  /  Fot. Century Media
"Dziki miód" to bezsprzecznie największy artystyczny i zarazem komercyjny sukces Tiamat. Wydany w 1994 r. krążek przeszedł do klasyki klimatycznego grania i wciąż cieszy się niesłabnącym uznaniem. Zawarte na nim połączenie ciężkich gitar, klawiszy, rockowych, miejscami progresywnych, rozwiązań i przełożenie się tak powstałej muzyki na iście psychodeliczno-narkotyczny nastrój zaowocowało czymś niezwykłym. Olbrzymi wpływ na finalny efekt pracy Szwedów miał produkujący ten album Waldemar Sorychta. Gdyby nie on, "Wildhoney" nie brzmiałoby tak, jak brzmi. To właśnie m.in. dlatego czwarty album Tiamat był bodajże aż dwukrotnie wznawiany. Niegdyś ponownie ukazywał się w standardowym wydaniu. Innym razem  dołączono do niego epkę "Gaia" oraz swego czasu wydany na kompakcie w ścisłym nakładzie, a w Polsce jedynie na kasecie, koncert "Wild-Live in Stockholm". Teraz zaś Centry Media jeszcze raz postanowiło zarobić na tym wydawnictwie kilka euro. Do najnowszego wznowienia "Wildhoney" dołączono płytę z koncertem, jaki Szwedzi zagrali w Krakowie w 2005 r. Ściślej rzecz ujmując, jest to ścieżka dźwiękowa z wydanego rok później dvd "Church of Tiamat" zawierającego nagranie tegoż występu. Co prawda, był on już dostępny w wersji audio, ale jedynie w specjalnym limitowanym kilkunastopłytowym boksie. Teraz jest osiągalny bez większych ograniczeń. Pytanie tylko, czy warto?

Okładka "Wildhoney", 1994 r.
Trudno, by ktoś cenił sobie Tiamat i nie posiadał fizycznej kopii "Wildhoney", ale jeśli jakimś cudem tak jest, to śmiało powinien sięgnąć po najnowsze wznowienie tego albumu. Nie tylko ze względu na zawartość samej płyty, bo przecież przyjemnie słucha się zarejestrowanego w naszym kraju koncertu uznanej zagranicznej grupy. Zdecydowanie większy dylemat będą mieli ci, których jest zdecydowanie więcej. Czy ma sens kupować tę płytę raz jeszcze ze względu na dołączony do niej koncert? Na to pytanie każdy musi już odpowiedzieć sobie sam. I to niezależnie od tego, czy w styczniu 2005 r. był Krakowie, czy też nie. Przyznam, że osobiście jeszcze nie podjąłem decyzji. Poniżej znajdziecie fragment wspomnianego koncertu.

środa, 30 maja 2012

26 lat później w Bydgoszczy

Im robi się cieplej, jak z pewnością zauważyliście tutaj lub usłyszeliście podczas naszych spotkań, tym chętniej sięgam po wszelkie chłodne dźwięki, na elektronice począwszy, a na zimnej fali skończywszy. To właśnie dlatego ostatnimi czasy tak intensywnie przeszukuję archiwa rodzimej sceny, zabierając do radia pożyczone lub odnalezione w domu nagrania. Wówczas często żałuję, że do fizycznych kopii niektórych z nich nie udało mi się dotrzeć i nie posiadam ich w swoich zbiorach. Jednym z takich wydawnictw jest "Bydgoszcz", legendarny debiut Variete i zarazem klasyka polskiej zimnej fali. Dlatego z tym większą przyjemnością przekazuję Wam informację, według której ta płyta, dodajmy o wybitnie zawiłej historii, doczeka się profesjonalnego wznowienia i to za nieco ponad dwa tygodnie. 

Fot. Arch. zespołu
W 1986 r. muzycy nagrali dziesięć utworów z myślą o debiutanckim albumie. Niestety taśma-matka została skradziona z samochodu menedżera zespołu i nigdy jej nie odnaleziono. "Bydgoszcz" przez lata krążyła wśród fanów na nieoficjalnych kasetach magnetofonowych, które jedni kopiowali od drugich, tworząc tym samym legendę debiutu Variete. Album po raz pierwszy ukazał się na kompakcie w 2002 r. gdy wznowiła go grupa entuzjastów działających pod szyldem Furia Musica. Nakład jednak nie był zbyt duży i błyskawicznie się rozszedł, osiągając później zawrotne sumy w antykwariatach i serwisach aukcyjnych. Teraz "Bydgoszcz" została poddana masteringowi i ukaże się nie tylko na srebrnym krążku, ale i płycie winylowej. Zadania podjęła się wytwórnia Noise Annoys, znana chociażby z wydania drugiego albumu Miquel And The Living Dead i debiutu One Milion Bulgarians. 

Fot. Arch. zespołu
Muzycy Variete nigdy później nie nagrali takiej płyty jak "Bydgoszcz". To najzimniejsze i zarazem najmroczniejsze z ich wszystkich wydawnictw. Muzyka jest ambitna, a teksty, tak jak z resztą do dziś, to po prostu poezja charakteryzująca się niezwykłą siłą ekspresji. Obecnie to raczej zamknięty rozdział w muzycznej historii zespołu, ale zarazem taki, który bezsprzecznie przeszedł do historii polskiego rocka. Debiut Variete to jedno z największych osiągnięć rodzimej sceny drugiej połowy lat 80. Reedycja "Bydgoszczy" ukaże się 15 czerwca. Podobnie jak na wcześniejszym kompaktowym wydaniu, oprócz studyjnych nagrań na krążku znajdą się również te zarejestrowane podczas występu w poznańskiej Arenie w 1989 r. Warto posłuchać, wstyd nie znać.