Norweski Wilk może teraz nagrać i wydać wszystko. Nie ma znaczenia, czy byłby to obskurny black metal, czy umowna dyskoteka. Owszem, panowie nigdy nie zadowolą każdego fana, ale w końcu Ulver to Ulver. Warto poszperać w ich mocno zróżnicowanej dyskografii, bo ta kryje wiele skarbów. Podobnie jest z koncertami. To prawda, że bywają one nierówne, niemniej choć raz należy zobaczyć Norwegów na własne oczy. Na przykład teraz.
Ulver / Fot. Ingrid Aas / facebook.com/ulverofficial
Sytuacja bez precedensu. Raz, że jak dotąd Ulver zagrał w Polsce zaledwie dwukrotnie, dwa, że tej jesieni panowie odwiedzą aż trzy nasze miasta. Zaś dzięki uprzejmości włodarzy warszawskiego klubu Progresja mam dla Was dwa pojedyncze zaproszenia na stołeczny występ Skandynawów.
By zdobyć któreś z nich, wystarczy wysłać kartkę pocztową, na adres:
Akademickie Radio Kampus (Melodie Mgieł Nocnych)
ul. Bednarska 2/4
00-310 Warszawa
W miejscu na treść podajcie imię i nazwisko, numer telefonu oraz jednozdaniową odpowiedź na pytanie:
Dlaczego chcę wybrać się na warszawski koncert Ulver?
Rozwiązanie konkursu w nocy z 20 na 21 listopada w Melodiach.
Mijający rok obfitował w bardzo ważne, okrągłe muzyczne rocznice, gdyż w 1995 r. ukazało się wiele kluczowych albumów, i to nie tylko dla tamtego okresu, ale i dla danego gatunku samego w sobie. W związku z tym poniżej znajdziecie subiektywne zestawienie płyt, które w ręce wielu z nas trafiły dokładnie dwie dekady temu. Każdy oczywiście ma swoje preferencje, ale przytoczone poniżej tytuły były wówczas bardzo ważne lub stały się takimi po latach. Uwzględnieniu podlegały jedynie regularne krążki. Podziemie to osobna historia. No może z jednym drobnym wyjątkiem. O zaskoczenie raczej trudno.
Celestial Season - Solar Lovers
Kraj: Holandia
Stoner doom metal z dwoma wiolonczelistkami. Wtedy mało kto tak grał, o ile w ogóle istnieje szansa na doszukanie się podobnych zespołów. Tym albumem uprzedzili wielu muzyków myślących o takiej odmianie klimatycznego grania.
Decoryah - Wisdom Floats
Kraj: Finlandia
Muzyczni czarodzieje z Kraju Tysiąca Jezior. Nie pierwsi i nie ostatni, ale ważni, gdyż potrafiący stworzyć niezwykłą atmosferę nawet przy dość umiarkowanych środkach wyrazu. Dziś nieco zapomniani. Co prawda "Wisdom Floats" ukazało się na kasecie 1994 r., ale to rok później amerykańska Metal Blade wypuściła debiut Finów na bardziej medialnym kompakcie. Dlatego znaleźli się w tym zestawieniu.
Dissection - Storm of the Light's Bane
Kraj: Szwecja
Promujące płytę "Where Dead Angles Lie" stało się hymnem porównywalnym chociażby z "Mother North" Satyricon, które nota bene uprzedziło o dobry rok. Nigdy wcześniej i nigdy później Jon Nödtveidt nie nagrał czegoś takiego. I już nie nagra. Odebrał sobie życie w 2006 r.
Anatema - The Silent Enigma
Kraj: Wielka Brytania
Dla wielu kwintesencja klimatycznego grania lat 90. i jeden z najlepszych doomowych albumów wszech czasów. Był to ostatni metalowy album Anathemy i zarazem pierwszy, na którym zaśpiewał Vincent Cavanagh. Muzycy promowali go także w Polsce, czego zapisem jest nagrane w Krakowie koncertowe dvd "Vision of a Dying Embrace".
Opeth - Orchid
Kraj: Szwecja
Na najlepsze płyty miał jeszcze nadejść czas, ale to debiut Opeth zwiastował, że Szwedzi będą mieli dużo do powiedzenia. W tle za dominującymi wówczas pomysłami słychać bardzo dużo nieokreślonej jeszcze przestrzeni. Następne lata pokazały, co się w niej kryło.
Vader - De Profundis
Kraj: Polska
Gdyby Vader rozpadł się po tej płycie, byłby legendą, do której wzdychaliby wszyscy. Nie byłoby podziałów, niesnasek i internetowych złośliwości. Dziś jeden z najlepszych deathmetalowych albumów nie tylko tamtych czasów, ale i gatunku. Dla wielu szczytowe osiągniecie zespołu, którego grupa Piotra Wiwczarka już nigdy nie powtórzyła.
Death - Symbolic
Kraj: USA
Na tym albumie death metal wspiął się na wyższy poziom i zmierzał ku wirtuozerii, którą trzy lata później usłyszeliśmy na "The Sound of Perseverance". Technicznie, ekspresyjnie, a tekstowo bardzo na temat.
My Dying Bride - The Angel and the Dark River
Kraj: Wielka Brytania
Nie ma fana doom metalu, który nie znałby tej płyty. Kwintesencja melancholii i cierpienia. Smutna muzyka nagrana przez prywatnie zabawnych ludzi, obdarzonych dużym dystansem do siebie i poczuciem humoru. Jedna z bezsprzecznie najważniejszych płyt gatunku.
The Gathering - Mandylion
Kraj: Holandia
Dołączenie do zespołu Anneke van Giersbergen zmieniło wszystko. Doomowe granie zostało na dwóch poprzednich albumach, a w nasze ręce trafiło coś zupełnie nowego i przełomowego, nie tylko dla Holendrów, ale i dla całego gatunku. Znakomity głos i nastrojowa muzyka na pograniczu rocka i metalu zainspirowały wiele osób. Sukces komercyjny i artystyczny.
Cemetery of Scream - Melancholy
Kraj: Polska
Jeden z kamieni milowych rodzimego doom metalu, choć nad Wisłą ten gatunek jakoś nigdy nie przekonał do siebie przesadnych tłumów. Co ciekawe, debiut krakowian mógł ukazać się nakładem Nuclear Blast, ale Marcin Piwowarczyk był już po słowie z niemiecką Serenades Records i odmówił. Płyta ukazała się w małej wytwórni, która przestała istnieć kilka lat później. Szkoda. Wiele rzeczy mogłoby potoczyć się inaczej. Taka widać jest cena uczciwości.
In The Woods - Heart of The Ages
Kraj: Norwegia
Muzycy z Kristiansand wyprzedzili nieco swoje czasy. Gdy wszystkie oczy były zwrócone na Bergen, zaproponowali coś, co wymykało się wszelkim dominującym wówczas trendom. Owszem, debiut In The Woods to także black metal, ale jedynie w sferze korzeni. Album krył w sobie także to, co niekiedy słyszymy nawet dziś.
Dimmu Borgir - For All Tid
Kraj: Norwegia
Tak nadchodziła druga fala norweskiego black metalu. Debiut popularnej grupy wydany siłami niewielkiej, choć wciąż działającej, niemieckiej No Colours Records. W zestawieniu z powodu symbolizowania nadchodzących zmian w gatunku i późniejszego dość spektakularnego sukcesu.
Moosnpell - Wolfheart
Kraj: Portugalia
Jeden z najbardziej rozpoznawalnych metalowych albumów lat 90. Wielki sukces komercyjny i artystyczny, którego echa błyskawicznie odbiły się także w Polsce. Dziś już nikt nie wyobraża sobie koncertu Portugalczyków bez nagrań z tej płyty. Siła debiutu była tak wielka, że muzycy korzystają z niej do dziś.
Summoning - Minas Morgul
Kraj: Austria
Tak rodził się tolkienowski Summoning. Zadziwiające, że ten album ukazał się jeszcze w tym samym roku, co debiutancki surowy "Lugburz". Najzimniejsza ze wszystkich płyt Austriaków, która jednocześnie nakreśliła ich charakterystyczny styl, tak chętnie kopiowany przez licznych naśladowców.
Paradise Lost - Draconian Times
Kraj: Wielka Brytania
Dla wielu punkt graniczny w momencie używania określenia "stary Paradise Lost". Muzycy żegnali się z metalowym graniem, ale zrobili to w na tyle przebojowy sposób, że tym albumem zyskali rzesze nowych fanów, a wielu z tych starszych ostatecznie go zaakceptowało. Dziś już klasyk.
Illusion - 3
Kraj: Polska
Album, który ugruntował pozycję zespołu. Słucha się go od początku do końca. Dla wielu do dziś pozostaje kwintesencją stylu Illusion i największym artystycznym osiągnięciem grupy. Muzyka może nieco się zestarzała, a teksty nadal pozostają aktualne.
Każdy, kto aktywnie słucha muzyki, nabywając płyty ulubionych wykonawców, przynajmniej raz znalazł się sytuacji, gdy fizyczna kopia jednej z nich, wydanej w bardzo znikomym nakładzie, nagle stała się nieosiągalna i nawet dzięki dobrodziejstwom globalnej sieci ostatecznie nie udało mu się jej nabyć. Niby to tylko kawałek plastiku, wszak przecież samą muzykę dość łatwo dziś pozyskać. A jednak. Dlatego z niemałym entuzjazmem przyjąłem wiadomość, że 30 sierpnia za sprawą niemieckiej Auerbach ukaże się wznowienie "Forllat", debiutanckiego demo norweskiego muzyka tworzącego pod pseudonimem Vali. Co więcej, reedycja to nie wszystko. Tego samego dnia w nasze ręce trafi "Skogslandskap", regularna płyta, na którą czekano niemal dekadę.
Fot. last.fm
To magiczna instrumentalna muzyka, w której prym wiodą gitara akustyczna, wiolonczela i flet. Owszem, brzmi to dość prosto i nieprzesadnie oryginalnie, ale wydane w 2004 r., co ciekawe przez nieistniejącą już polską Foreshadow Productions, wspomniane demo "Forlatt" odbiło się niezwykłe szerokim echem w całej Europie. Te nieco ponad pół godziny spokojnej, melancholijnej i nostalgicznej muzyki zaczęto porównywać do klasyków gatunku spod znaku "Where At Night The Wood Grouse Plays" Empyrium i "Kveldssanger" Ulver. Zresztą niebezpodstawnie. Vali, niemal anonimowy Norweg najwyraźniej wybitnie ceniący sobie prywatność, za pomocą sześciu strun i kilku wybranych instrumentów opisał to, co jest niezwykle bliskie Skandynawom. Bezkres i piękno przyrody północy Starego Kontynentu to główna inspiracja skomponowanej przez niego muzyki. W tych dźwiękach słychać niemalże wybrane pory dnia, rozciągające się po horyzont krajobrazy, a także szacunek i uznanie dla natury, która w pierwotnym kształcie zanika coraz bardziej.
Okładka pierwszego wydania "Forlatt"
Dobry muzyk wcale nie musi zabiegać o rozgłos. Jego kompozycje zrobią to za niego, a on spokojnie może usunąć się w cień, paradoksalnie zyskując w ten sposób jeszcze większe grono sympatyków. Ta prawidłowość znajdowała potwierdzenie w rzeczywistości już wiele razy. Przypadku Vali również tak jest. Co prawda, do ukazania się reedycji "Forllat", a także i premiery nowej płyty, zostało jeszcze nieco czasu, ale dzięki komuś życzliwemu wspominanej demówki możecie posłuchać już teraz. Poniżej znajdziecie ją w całości w formie playlisty. Warto sobie przypomnieć, warto poznać.
Prowadzenie audycji autorskiej na antenie takiej czy innej rozgłośni radiowej wiąże się z pewnymi dogodnościami. Jedną z nich jest niewątpliwie otrzymywanie płyt kompaktowych, zarówno tych samodzielnie wydanych przez początkujących wykonawców, jak i ich profesjonalnych odpowiedników nadsyłanych przez rodzime wytwórnie. Dlatego czasem zdarza się, że z różnych powodów wchodzę w posiadanie kilku egzemplarzy danego wydawnictwa. W takich sytuacjach jeden lub więcej z nich wręczam Wam. I tym razem będzie podobnie.
Wydany w 2006 r. "Essensual" to drugi album, który Andrea Haugen nagrała pod szyldem Nebelhexe. Odchodząc od dotychczasowej szeroko rozumianej folkowej stylistyki, skupiła się na dalszych muzycznych poszukiwaniach, tym razem sięgając po rozwiązania spod znaku elektroniki. Poniżej znajdziecie oficjalny teledysk promujący rzeczoną płytę. Jeśli chcielibyście wejść w posiadanie egzemplarza tego wydawnictwa, wystarczy, że odpowiecie na pytanie.
Co łączy Andreę Haugen i muzyków Satyricon?
Odpowiedzi kierujcie na adres melodie@radiokampus.waw.pl. Termin nadsyłania listów upływa w poniedziałek o północy.
Prawidłowa odpowiedź: Gościnny udział Andrei na płycie "Nemesis Divina"
Gdy w 1995 r. ukazała się pierwsza i zarazem ostatnia płyta norweskiego Aghast, zdano sobie sprawę, że wbrew obiegowym opiniom można jeszcze nagrać muzykę tak bardzo złą, zimną i przerażającą, że wiele osób nie będzie miało odwagi, by wysłuchać jej do samego końca. "Hexerei im Zweilicht der Finsternis" było jedną z tych płyt, którą muzycy tworzą w karierze tylko raz. Dlatego tym bardziej ciekawi mnie, co przyniesie ze sobą szumnie zapowiadany album Aghast Manor, bezpośredniej kontynuacji wspominanego projektu.
Fot. Arch. zespołu
Decyzję o wznowieniu działalności podjęła Andrea Haugen, lecz uczyniła to bez Tanji Stene, z którą współtworzyła Aghast, dlatego reaktywowanie projektu wiązało się z przyjęciem nowej nazwy oraz zaproszeniem do współpracy pewnych muzyków. O nowej płycie wiadomo stosunkowo niewiele. Będzie nosiła tytuł "Gaslights", zaś termin jej ukazania się za sprawą Dreamside Productions zazwyczaj określa się mianem "wkrótce". Na szczęście informacje na temat samej muzyki są nieco bardziej klarowne. Według zapowiedzi Andrei powinniśmy spodziewać się czegoś na wzór ścieżki dźwiękowej do wyobrażeń z pogranicza dekadencji, przerażenia i okultyzmu. Sądząc po poniższym zwiastunie, "Gaslight Lullabies" nie będzie płytą tak opętaną i bezduszną jak wspominane wydawnictwo Aghast, ale album i tak zapowiada się obiecująco. Posłuchajcie sami.
25 sierpnia 2007 r. wszedłem do nieistniejącego już poznańskiego klubu Piwnica 21, by zobaczyć koncerty mające odbyć się w ramach imprezy Dark Ambient Tropical Night, spośród których najbardziej liczyłem na pierwszy i zarazem ostatni jak dotąd w naszym kraju występ norweskiego Northaunt. Hærleif Langas nie zawiódł, choć do pełni szczęścia brakowało mi jeszcze możliwości nabycia jego dawno wyprzedanego debiutu, czyli płyty "The Omnius Silence". Na szczęście teraz jest to możliwe.
Album wydany pierwotnie w 2001 r. siłami rodzimej wytwórni Fluttering Dragon został wznowiony 17 stycznia za sprawą kanadyjskiej Cyclic Law. Jest to wydawnictwo o tyle ciekawe, że na jego następcach ze świecą można szukać muzyki opartej na rozpływających się gdzieś we mgle dźwiękach pianina, gitary, muzyki tak bardzo przepełnionej melancholią i wszechogarniającą atmosferą przygnębienia, która kojarzy się przede wszystkim z czarno-białymi fotografiami, pozostającymi ostatnią ostoją pamięci o ludziach i wydarzeniach.
Gdy ogłoszono datę pierwszego w Polsce koncertu Ulver, jaki to odbył się 22 lutego br. w krakowskim klubie Studio, wraz z przyjacielem, z którym wówczas pracowałem, rzuciliśmy monetą, by wyjaśnić, kto pojedzie do Krakowa, a kto zostanie w Warszawie i będzie musiał podołać obowiązkom narzuconym przez pracodawcę. Ślepy los zdecydował, że nie wybrałem się do Grodu Kraka. Jednak szczęśliwie wczoraj w klubie Palladium mogłem zobaczyć to, o czym wielokrotnie opowiadano mi na przestrzeni minionych miesięcy.
Fot. Archiwum zespołu
Nieco ponad godzinny występ udowodnił, że w przypadku Norwegów koncert może co najwyżej być skromnym uzupełnieniem tego, co znajdziemy na ich płytach. Dlatego jeśli ktoś, urzeczony magią dźwięków np. z "Blood Inside" czy "Shadows of The Sun", liczył na coś więcej, mógł czuć się rozczarowany na niemal każdym kroku. Poza studiem Garm nie jest niestety najlepszym wokalistą, a przy graniu na żywo tak specyficznej muzyki ta traci niezwykle dużo. Co prawda kilka momentów było iście magicznych, ale tylko dlatego, że mniej bądź bardziej przypominały to, co znamy z płyt. To jednak wszystko.
W takim razie czy warto było wybrać się do Palladium? Tak, przede wszystkim po to, by zobaczyć Norwegów, porównać muzykę zagraną na żywo z tą znaną z dotychczasowych albumów Ulver i zrozumieć, dlaczego zdaniem wielu ta nagrana w studiu ociera się o geniusz.
"Po siedemnastu latach istnienia Theatre Of Tragedy postanowiliśmy zakończyć działalność zespołu. Nie była to łatwa decyzja i myśleliśmy nad nią od bardzo, bardzo dawna. Ostatecznie podczas prac nad ostatnią płytą "Forever Is The World" zadecydowaliśmy, że Theatre Of Tragedy zakończy działalność 2 października 2010 r., dokładnie w 17. rocznicę początku naszego wspólnego grania".
Wygłoszone 1 marca oświadczenie nie mogło zaskoczyć nikogo, kto pamięta czasy największej świetności zespołu, jakie minęły po wyczerpaniu się formuły przejętej przez muzyków na początku obranej przez nich drogi. I o ile sympatycy twóczosci Norwegów mogli łudzić się, że po nagraniu przepełnionych przeciętną elektroniką płyt "Musique" i "Assembly" Theatre of Tragedy nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa, o tyle po odejściu Liv Kristine mieli prawo stracić wszelką nadzieję.
Jednak o zmarłych przyjęło się mówić dobrze lub wcale. Dlatego w nocy z poniedziałku na wtorek wspomnimy najlepsze lata zespołu, sięgając do płyt, które zasłużenie przeszły do historii szeroko rozumianego klimatycznego grania.
Raz na jakiś czas ktoś nagrywa muzykę, która wykracza daleko poza horyzonty umysłów pozostałych kompozytów i każdej osoby, która uważa, że w życiu słyszała już wszystko. Takie płyty uświadamiają nam, że jest jeszcze coś, czego do tej pory nikt nie napisał, nie powiedział i w tym konkretnym przypadku nie zagrał. Coś takiego zdarzyło się m.in. w 1995 r.
"Hexerei im Zweilicht der Finsternis" to pierwsza i jedyna płyta norweskiego Aghast, który tworzyły Andrea "Nebelhexë" Haugen i Tanja "Nachthexe" Stene. Tym dwóm damom, choć raczej należałyby powiedzieć wiedźmom, udało się zrobić coś, czego nikt jeszcze powtórzył. Przynajmniej nie z takim skutkiem. Żaden muzyk nie nagrał do tej pory płyty tak bardzo przepełnionej złem, ciemnością, zimnem, opętaniem, koszmarem i wszystkim, co może przerazić człowieka. To bezduszna muzyka, której wielu nie będzie miało odwagi wysłuchać od początku do końca.