Pokazywanie postów oznaczonych etykietą audio. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą audio. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 stycznia 2020

Pełnia w Lublinie

Bardzo żałuję, że w ubiegłym roku nie udało mi się zobaczyć ich w warszawskim Pogłosie, ale z drugiej strony debiut owej lubelskiej młodzieży był na tyle intrygujący, że ponowne wystosowanie zaproszenia pozostawało jedynie kwestią czasu. I tak też się stało. 14 lutego Moonlight Meadow, o którym tutaj mowa, w towarzyskie Marty Rayi (eks Monowelt) zagra w stołecznym CH25. To dobra okazja, by poświęcić panom kilka linijek tekstu.


Nie co dzień brazylijska wytwórnia wypuszcza na kompakcie debiut nikomu nieznanej grupy z Lublina. Owszem, to nie jest początek lat 90. i żadna z tego sensacja, ale trzeba przyznać, że sam fakt budzi ciekawość. Obudził także moją, dlatego posłuchałem krążka "Moonlight Meadow" i ubiegłej jesieni zaprezentowałem jego fragmenty w Melodiach. Wnioski? Cztery lata wspólnych prób wystarczyły, by rozbudzić nasze nadzieje. Nadzieje na niewstydzenie się po włożeniu do odtwarzacza płyty "polskiego zespołu grającego rock gotycki". Jasne, to i dużo i mało, ale wystarczy, by uczciwie, z zaciekawieniem i bez bólu głowy wysłuchać wszystkich nagrań.



Żeby była jasność. Tu nie ma żadnego zaskoczenia, objawienia, czy sensacji. Nic z tych rzeczy. Panowie grają w otwarte karty, a inspiracji nie trzeba nawet wymieniać. I tak każdy rozpozna je w mig. Największą zaletą są tutaj pomysł, spójność, rodzący się własny styl i klimat. Lublinianom udało się stworzyć prostą muzykę, ale za to muzykę pełną nastroju i przyjemne dla ucha, siłą rzeczy, mocno osadzoną w latach 80. 


Produkcja jest przeciętna, braków warsztatowych niemało, powtarzania i rozwijania kilku opanowanych rozwiązań dość dużo, ale w ogólnym rozrachunku wrażenie jest dobre i ma pełne prawo budzić życzliwość fana 4AD i okolic. Słuchać tu potencjał na coś o wiele lepszego i ciekawszego, ale na to musi przyjść również czas, nomen omen, wespół z uporem i żelazną konsekwencją bardzo młodych jeszcze muzyków. Zaczekajmy. Za sprawą takiego debiutu Moonlight Meadow zasłużyło, by uczciwie dać mu szansę.

poniedziałek, 30 grudnia 2019

Śmierć radiowca

Nigdy nie byłem wyznawcą Tomasza Beksińskiego. Nigdy nie słuchałem jego audycji na kolanach. Nigdy też nie byłbym skłonny zakrzyczeć każdego, kto choćby pod nosem pisnąłby teraz o nim pół słowa krytyki. Ale mimo to ceniłem go. Za tłumaczenia odcinków i filmów Latającego Cyrku Monty Pythona i "Bondy". Za muzyczną wiedzę. Za to, że twórcza wolność była dla niego ważniejsza, dlatego nigdy nie podpisał umowy o pracę z Polskim Radiem, pozostając wiecznym współpracownikiem. W końcu, za pomysł na prezentowanie muzyki i opowiadanie o niej. Otóż to, opowiadanie. Nie mówienie. Dlatego właśnie nie mogłem przejść obojętnienie obok 20. rocznicy jego samobójczej śmierci. Dlatego, gdy wybiła północ i radiowy kalendarz pokazał 24 grudnia, Wigilię Bożego Narodzenia, Melodie Mgieł Nocnych nie mogły być inne.


Tomasza Beksińskiego postanowiłem wspomnieć przede wszystkim prezentowaną przez niego muzyką. Bo ona nie dzieli, w przeciwieństwie do opinii na temat jego życia, charakteru czy relacji z innymi. Zwłaszcza po ukazaniu się książek Magdaleny Grzebałkowskiej i Wiesława Weissa oraz premierze filmu "Ostatnia rodzina". Słowem, ukłon radiowca w stronę radiowca.

niedziela, 4 listopada 2018

Muzyka zamiast słów

Ambitne plany reanimacji tej strony można porównać do mokrej plamy na ścianie. Energia, pomysły i zapał zderzyły się z twardą rzeczywistością. Niemniej skoro nie starcza czasu na pisanie o muzyce, to, chcąc oszukać nieco wskazówki zegara, trzeba posłużyć się pomysłem. Podaję Wam na tacy płyty, których sami twórcy postanowili udostępnić je każdemu, kto zechce poświęcić im chwilę. Udostępnić i nie wziąć za to złamanego grosza. No chyba że sami postanowicie sięgnąć do mieszka. Wówczas na pewno się nie obrażą.

Fot. Kamil Mrozkowiak
W dziale MP3, których warto posłuchać znajdziecie cztery świeżo dodane krążki. Pierwsze dwa to kompilacje demo i koncertowych nagrań Islandek z Kælan Mikla. Trzeci to kasetowy split niemieckiego, zimnego Bleib Modern i DYN. Czwartym zaś jest instrumentalna wersja ostatniej płyty progresywno-doomowego geniusza z rosyjsko-ukraińskiego Kauan. Słowem, nadstawiajcie ucha, bo naprawdę warto. Inna rzecz, że kradzione co prawda ponoć nie tuczy, ale darmowe i legalne też jest dobre. 










niedziela, 26 listopada 2017

Teraz na Ciebie zagłada

Do pewnych rzeczy trzeba mięć po prostu sentyment. Bez niego, szczególnie w towarzystwie uporu i serca, nie stworzy się niczego sensownego, co z założenia stoi w opozycji niemal do wszystkiego. Bo jak inaczej wytłumaczyć odkurzanie muzyki, która w Polsce i tak nigdy zyskała szerokiego grona zwolenników? W końcu nad Wisłą doom zawsze stał w głębokim cieniu rodzeństwa - death czy black metalu. Niczym umowny daleki, ubogi krewny, na którego reszta rodziny nie ma w zwyczaju się oglądać. Nie oznacza to jednak, że pięść muzycznej zagłady nie zwykła uderzać w stół, wymuszając na nożycach niemalże wigilijne wydanie z siebie dźwięku. Zwykła. Rzadko, ale zwykła. Zupełnie tak jak teraz za sprawą pięciu upartych warszawiaków.

Painthing, Fot. / facebook.com/painthingband
Painthing to nowa nazwa, ale w żyłach jej muzyków nie znajdziecie ani kropli świeżej krwi. To dobrze znane twarze na scenie stolicy, w linii prostej kojarzone m.in. z Eternal Tear i Oktor. A jeśli padają te dwie nazwy, wszystko jest jasne - doom metal. Ale żaden tam obecnie modny, choć przecież dobry, zaprzyjaźniony ze stonerem, tylko ten ciężki, duszny, aż po szyję zanurzony w latach 90. Wtórne, powiecie. Bez sensu, dodacie. Dajcie spokój, zamkniecie dyskusję, machając ręką. Owszem, wtórne, ale nie bez sensu. Nic nie jest bez sensu, jeśli gra się to szczerze. Nawet jeśli mowa o czymś bez świetlanej przyszłości i uprawianym na przekór wszelkim modom. Painthing to muzyka fanów dla fanów. Fanów przede wszystkim Nieświętej Trójcy za jej najlepszych lat - Anathemy, My Dying Bride i Paradise Lost. Stara Katatonia też się znajdzie. Ma być ciężko, pogrzebowo i z klimatem. Ma być i jest.



To początek. Trwa produkcja kolejnych nagrań, które najpewniej w przyszłym roku przełożą się na, oby nie tylko cyfrowe, debiutanckie wydawnictwo. Wszystko wskazuje jednak, że w praktyce Painthing pozostanie reinkarnacją Eternal Tear. W każdym razie tak obecnie brzmi. W końcu z gitarą i przy mikrofonie stoi Kuba Grobelny, za klawisze odpowiada Darek Ojdana, a i na drugich sześciu strunach jest jeszcze Michał Świdnicki. Z kolei bracia Krzywiccy z Oktor chwycili na sekcję rytmiczną, co też jest ciekawostką. W końcu obaj zazwyczaj grają na gitarach.


Painthing, Fot. / facebook.com/painthingband

Nie ma co dalej pisać. Panowie zwyczajnie uderzyli w nutę moich sentymentów i życzę im powodzenia. Tak po ludzku. Trochę ze względu na inspiracje. Trochę za sprawą pamiętania ich koncertów z dawnych lat. Trochę za upór i porwanie się na coś całkowicie karkołomnego. Wszystkiego po trochu. A na ile starczy im sił w tej walce z wiatrakami, najpewniej przekonamy się dopiero za kilka miesięcy. Rękawica została rzucona.

niedziela, 27 sierpnia 2017

Nagle i znikąd

Niedawno w skrzynce mailowej znalazłem wiadomość, której fragment brzmiał:

"Father Kong powstał w 2015 r. w Olsztynie jako projekt solowy. Dziś jest to już zespół, który przygotowuje się do pierwszych koncertów. Materiał na debiutancką płytę został nagrany latem 2015 r. To elektronika okraszona dźwiękami instrumentów dętych i perkusyjnych. Dominuje jazzowy, postrockowy klimat."

Zaintrygował mnie ten opis. Posłuchałem w sieci i spodobało mi się. Na tyle, że poprosiłem o fizyczny egzemplarz z myślą zabrania go do radia. Tak też się stało, o czym nie dawno mogliście przekonać się na własne uszy. Słowem, muzyka, która przyszła nagle, znikąd i została w głowie. A co cieszy jeszcze bardziej, polska muzyka.

Father Kong / Fot. facebook.com/fatherkongmusic

Nie ma sensu za każdym razem rozkładać na czynniki pierwsze czegoś, co po prostu nam się podoba. Inna sprawa, że niekiedy daną muzykę chłoniemy, zwyczajnie ją czując i nie zamierzając definiować za pomocą werbalnych szufladek. Po co, skoro słowa nie są potrzebne? I to jest właśnie jeden z tych takich momentów. Te dźwięki wpadają w ucho. Pozwalają słuchaczowi beztrosko dryfować między poszczególnymi wyspami wyobraźni. Przenoszą go do innego czasu i innej przestrzeni. Jakich? Każdy ma swoje.


"The Sunny, Dirty Days" to dwa odmienne oblicza. Mnie zdecydowanie bardziej uwiodło to transowe, w którym powolne i średnie tempa bitów uzupełniają leniwe i przestrzenne brzmienie instrumentów, m.in. trąbki i saksofonu. Dzięki nim można poczuć się gdzieś indziej. Gdzie? Na pewno z dala od rzeczywistości. Trochę w tym dźwiękowego narkotyku, trochę skojarzeń i siłą rzeczy niemało eskapizmu. Z drugiej jednak strony chwilami robi się wręcz klubowo, co uatrakcyjnia zawartość krążka, dając słuchaczowi wybór. Mnie jednak zdecydowanie bardziej przekonał ten nie tyle jazzowy, co raczej jazzawy, oniryczny nastrój.


No dobrze, ale czy faktycznie Father Kong przybył znikąd? I tak i nie. Mocno zaangażowanym w krajową muzykę nazwa olsztyńskiego przedsięwzięcia powinna już coś mówić. Muszą jednak mieć dobrą pamięć i faktycznie śledzić rozwój wypadków nie tylko w sieci, ale i na scenie, o której wzmianek próżno szukać na pierwszych stronach gazet. Jednak zdecydowana większość z nas dopiero teraz dowiaduje się o Father Kong. W końcu epka z 2015 r. nie przebiła się do szerszej publiczności, czego nie można powiedzieć o niedawno wydanym regularnym już albumie. Z kolei osób poznających "The Sunny, Dirty Days" przybywa. Może nie w zastraszającym tempie, ale mimo wszystko. To cieszy, bo ciekawych i mało znanych muzyków mamy więcej, niż mogłoby się wydawać. Trzeba tylko nieco uporu, by do nich dotrzeć. Niemniej warto, jak chociażby w przypadku Father Kong.

niedziela, 18 czerwca 2017

Zimno, głośno, syntetycznie

Na warszawskie imprezy i koncerty z cyklu Old Skull można chodzić w ciemno. Wiadomo, na jakich ludzi się trafi. Wiadomo też, że muzycznie na pewno będzie zimno. A że dźwiękowy chłód niejedno ma imię, pozostaje co prawda odrobina niepewności, ale za to tej w najlepszym możliwym wydaniu. Zupełnie jak przy beztroskim kupowaniu płyty bez uprzedniego odsłuchania. Dlatego znając jedynie termin, w miniony piątek zjawiłem się w klubie Pogłos. O mającym grać tam duecie nie wiedziałem nic. Dopiero na miejscu powiedziano mi, że panowie są z Belgii i nazywają się Le Prince Harry.  

Le Prince Harry  /  Fot. facebook.com/Le-Prince-Harry
Nie grali przesadnie długo, niespełna godzinę. To jednak wystarczyło, by jednoznacznie dali do zrozumienia, że nie oglądają się na nikogo. Ich absolutnie bezpretensjonalna mieszkanka punka, death rocka, syntezatorów i wszystkiego co szybkie i zimne błyskawicznie przemawia do słuchacza. Ten od razu wie, czego się spodziewać. Żadnych niedomówień, tylko konkret prosto w oczy. Tak zresztą było na wszystkich dotychczasowych wydawnictwach Belgów, i tak jest na wydanej w maju płycie "Synthetic Love". Na jedenaście utworów tylko dwa przekraczają cztery minuty i można pół żartem uznać, że był to zbieg okoliczności lub wypadek przy pracy. Mocne bity, zimna, bezduszna wręcz, elektronika, gitara, bas i psychodeliczne klawisze. Po prostu syntetyczna miłość.


Przy okazji warto wspomnieć, że Książę Harry był niegdyś tercetem z żywymi bębnami, co dobrze słychać na debiutanckim "It's Getting Worse" z 2012 r. Jednak na przekór tytułowi tej płyty ograniczenie składu do duetu wcale nie wyszło Belgom na złe. Jest po prostu inaczej. Na "Synthetic Love" mamy więcej przetworników, kabli, elektroniki i w efekcie także dźwiękowego chłodu. Punkowe zacięcie i wynikająca z niej wspomniana bezpretensjonalność pozostały jednak takie same. Taki sam pozostał także poziom decybeli. Belgowie nie oszczędzają swoich uszu. Tym bardziej tych należących do osób zgromadzonych na koncertach, o czym sam się przekonałem.

sobota, 3 czerwca 2017

Prosto z głębi

Zawsze zazdrościłem muzykom wyobraźni, przede wszystkim tej twórczej. Słuchać muzyki, interpretować ją, znajdować rzeczy na pozór ukryte jest zdecydowanie łatwiej. Choć i tak wielu ma z tym problemy, zupełnie jak z wierszem na lekcji j. polskiego. Z kolei tworzenie od podstaw to już zupełnie coś innego. Coś zasługującego na o wiele wyższe uznanie. Dlatego gdy w moje ręce trafiają wydawnictwa pokroju nowego albumu Paranoia Inducta, budzi się we mnie zarówno szacunek, pewna zazdrość oraz satysfakcja. Skąd to ostatnie? Ponieważ to, co przed laty narodziło się w Skarżysku-Kamiennej, od równie dawna cieszy się dużym poważaniem pod wieloma szerokościami geograficznymi i wszystko wskazuje, że za sprawą "From the Depths" wciąż tak będzie.




To duszna i wymagająca muzyka, jak zawsze w przypadku tego, co tworzy Anthony Armageddon Destroyer. Przepełniają ją ciemność, brak nadziei, samotność i niemalże namacalna obecność śmierci. Najbardziej ponure wizje zrodzone w głowie kompozytora tworzą równie pesymistyczne obrazy w umyśle słuchacza. Równie, a nie takie same, bo każdy sięgający po muzykę Paranoia Inducta zareaguje na nią inaczej. Wiele zależy od jego, co przeżyliśmy, czego doświadczyły bliskie nam osoby, a czego byliśmy świadkami. Wiele zależy od tego, ile śmierci i ciemności pojawiło się w naszym życiu. I w końcu wiele zależy od tego, w co wierzymy, bo to definiuje sposób postrzegania końca. A "From the Depths" to jeden wielki koniec.

Szepty, krzyki, opętane, demoniczne wręcz, recytacje, pojedyncze dźwięki, a do tego ambient wymieszany z industrialem - taka jest nowa Paranoia Inducta. Taka też jest, zgodnie z tytułem, muzyka z głębi. Tym krążkiem Anthony Armageddon nie zaskoczy nikogo, kto zna jego wcześniejsze dokonania, ale to bez znaczenia. Znający temat sięgają po jego kolejne albumy, oczekując przekroczenia uprzednio wyznaczonych granic. Znajdą to tutaj? Tak, ale każdy w innym momencie. Z kolei ci dopiero poznający jego dokonania... No cóż. Tym można jedynie zazdrościć. W końcu żaden wypalony papieros nie będzie nam smakował tak dobrze, jak ten pierwszy. W razie potrzeby "From the Depths" znajdziecie w katalogu rodzimego Rage in Eden.

sobota, 27 maja 2017

Minimalizm w cieniu Ślęży

Nad Wisłą lubimy neofolk i jego pochodne. Chętnie sięgamy po płyty chociażby Rome, Death in June, Kratong, Ordo Rosarius Equilibrio, Neutral, Of Wand And The Moon, Death in Rome czy Spiritual Front. Dlaczego więc tak mało jest polskich przedstawicieli gatunku? Poznańskie Outofsight niestety już nie istnieje, a Wojciech Zięba z militarnego Krępulca ma teraz inne sprawy na głowie. Nie słychać również o zakorzenionej w dźwiękowych tradycjach Fonofobii. I może właśnie dlatego najbardziej zainteresowani tak szybko zwrócili uwagę na By The Spirits. Inna sprawa, że mieli ku temu dobrą okazję. Ten jednoosobowy projekt z Dolnego Śląska koncertował dokładnie tam, gdzie w danym momencie powinien.

Photo courtesy of aleksandra burska - photography & visual arts
Opublikowany przez By The Spirits na 14 października 2016


O muzyku stojącym za tym pomysłem nieprzesadnie niewiele wiadomo. Podpisuje się jako Michał K. i niech już tak zostanie. W końcu tutaj znacznie bardziej od personaliów i zawartości teczki interesuje nas muzyka. A ta aspiruje do poziomu kompozycji wymienionych wcześniej grup. Trudno jednak oczekiwać, by nagle jeden człowiek z gitarą i loopami wymyślił więcej niż największe tuzy gatunku, dlatego oryginalności By The The Spirits musiało poszukiwać przede wszystkim przy mikrofonie. I tak też zrobiło. Michał K. potrafi zaśpiewać i choć jeszcze daleko mu do ideału, to barwa jego głosu zapada w pamięci. W końcu to ona wszystko prowadzi. Gitara jest jedynie uzupełnieniem.


Demo, siedmiocalowa epka i split z warszawskimi Skalpami z Drzew - tak wygląda dotychczasowy dorobek By The Spirits. Wbrew pozorom to nie mało, skoro projekt istnieje od nieco ponad roku i dość intensywnie koncertuje. A co z ich zawartością? Wypełnia je przede wszystkim sześciostrunowy minimalizm inspirowany przyrodą, ze szczególnym wskazaniem na Ślężę wymienianą przez samego zainteresowanego. Nazwa również zobowiązuje, dlatego w parze z lasami Dolnego Śląska idzie niemała dawka duchowości. Dźwiękowe emocje, jak to w przypadku takiej odmiany folku, są jednak mocno stonowane. Sednem pozostają przede wszystkim w słowa. Warto więc szeroko otworzyć nie tylko oczy, ale i uszy. 



Rodzi nam się tutaj coś ciekawego, ale nikt, i chyba nawet sam Michał K., nie wie jeszcze, co z tego wyniknie. By The Spirits to wciąż poszukiwania, choć niewątpliwie z dość szybko obranym azymutem. Musimy po prostu zaczekać i wierzyć, że Ślązak wykorzysta dość dużą przychylność i niemały kredyt zaufania, jakimi go obdarzono. Nie zrobiono tego jednak, bo gra oryginalną muzykę. Bynajmniej. Zrobiono tak, bo słychać w nim potencjał do stworzenia takiej muzyki. Przede wszystkim jednak chodzi o zaspokojenie głodu rodzimych przedstawicieli gatunku. W końcu jeśli mamy do wyboru dwóch równorzędnych wykonawców, to mimo wszystko przyjemniej będzie słuchało się tego krajowego.

niedziela, 21 maja 2017

"Masz. Spodoba ci się."

Los bywa przewrotny. Z powodu zapchanej skrzynki mailowej nie dowiedziałem się o warszawskim koncercie nieznanego mi jeszcze wówczas kanadyjskiego Traitrs. Z drugiej jednak strony, gdy nieco później trafiłem do Hydrozagadki na wieczór z Times New Roman, mocno rozrywkowym wcieleniem m.in. z byłym wokalistą Blindead i Neolithic Patrykiem Zwolińskim, wpadłem na szefa warszawskiej wytwórni Alchera Visions, czyli Marcina Krupę. Wymieniliśmy uprzejmości, a po chwili w mojej ręce znalazła się niepozorna płyta z czarno-białą okładką. "Masz. Spodoba ci się." - usłyszałem. Jak się okazało, były to prorocze słowa.

Traitrs / Fot. facebook.com/traitrs

Jeszcze do niedawna mało kto nad Wisłą o nich słyszał. Teraz z pewnością to się zmieni. Nie tylko za sprawą rzeczonego koncertu w klubie Pogłos, ale przede wszystkim dzięki ukazaniu się płyty "Rites and Ritual". Latem 2016 r. album pierwotnie trafił jedynie na kasetę, w praktyce funkcjonując jako cyfrowe wydawnictwo. Alchera Visions zmieniła to, wydając na początku maja pełnowartościowy kompakt. Ukazało się jedynie 250 egzemplarzy, dlatego zaintrygowanym już teraz sugeruję pośpiech. Traitrs to kawałek solidnej, zimnej i w wielu momentach dość energetycznej muzyki. 


Skojarzenia i inspiracje są dość oczywiste, ale trudno by było inaczej, jeśli ktoś decyduje się dziś na takie granie. Pochodzący z Toronto Sean-Patrick Nolan i Shawn Tucker zafascynowali się zimnym, postpunkowym rozdziałem muzyki i postanowili chwycić za instrumenty. Mieli nieco szczęścia, trafiając na dobrze zorientowanego w klimacie lokalnego producenta. W ten sposób nagrali pół godziny pomysłów, które poznaliśmy jako "Rites and Ritual". Przypomina to nieco wyważone zderzenie The Cure (wokale) i A Place To Bury Strangers (muzyka), czyli szanowanej przeszłości z współczesnym podejściem do tematu. To oczywiście uproszczenie, np. na potrzeby rozmowy z kimś, kto nigdy nie słyszał o Kanadyjczykach, ale w jakiejś mierze oddaje to, co słyszymy na płycie. Jest głośno, melodyjnie, momentami nawet piosenkowo i oczywiście przyjemnie zimno.


Wbrew pozorom "Rites and Ritual" to nie wszystko. W tym roku kanadyjski duet wypuścił jeszcze dwie winylowe epki. Jeśli jednak zainteresujecie się o wiele łatwiej dostępnym rzeczonym kompaktem, wystarczy, że sięgniecie po "Speak In Tongues". Nagrania z "Heretic" znajdziecie na krążku w edycji Alchera Visions. Warto poznać, posłuchać i liczyć, że panowie jeszcze kiedyś nas odwiedzą. 

niedziela, 30 kwietnia 2017

Kwestia mordu i płyty

Ich zwolennicy powiedzą, że nagrali  zdecydowanie najciekawszy album w całej dyskografii. Złośliwy zaś orzekną, że być może to nawet prawda, ale efekt końcowy sprowadza się co najwyżej do dobrego wykonania pomysłów wyjętych z bieżących trendów. Komu przyznać rację? Nikomu. Każdy i tak będzie obstawiał przy swoim. Pewne natomiast jest, że nowy album Mord’A’Stigmata to faktycznie kawałek bardzo dobrze zagranej i wyprodukowanej muzyki. A ile zaś w tej stylistycznej zmianie koniunktury, a ile naturalnej ewolucji, to już wiedzą sami zainteresowani. My możemy jedynie domyślać się, choć niewątpliwie pogratulować trzeba. Płyta "Hope" faktycznie daje nadzieję i nam, i muzykom.


Mord'A'Stigmata, fot. facebook.com/pg/mordastigmata
Nieco przekornie można powiedzieć, że panowie z Bochni w końcu przestali hałasować i zaczęli grać. Nareszcie wyciągnęli na pierwszy plan to, co w ich muzyce było słychać od dawna, ale co zazwyczaj ginęło za bardziej standardowym, jak na obecne czasy, blackmetalowym graniem. Jest o wiele ciekawiej, przystępniej i bez gatunkowego betonu. Komercja? To wyjaśniliśmy sobie wcześniej. Idźmy dalej. Obecna Mord’A’Stigmata nie śpieszy się już, by uradować diabła. Dominują dość nastrojowe średnie tempa, w których ciężar dodaje muzyce majestatu. Ten ostatni podkreślają również mocno ekspresyjne wokale. Co ważne,  nie ma ich więcej niż powinno. Utwory są długie, od 8 do 12 minut, więc dobrze również móc posłuchać samej muzyki. A jest czego słuchać, i to nie tylko dobrych riffów. Bębny wcale nie pozostają dłużne gitarom.



Za sprawą "Hope" Mord’A’Stigmata raczej nie zamorduje słuchaczy, ale z pewnością przyciągnie uwagę o wielu więcej osób niż do tej pory. Ten album to olbrzymi skok jakościowy. To również muzyka o niemałym potencjalne koncertowym, co było doskonale widać po reakcjach publiczności na tegorocznej Metalmanii. Muzycy w pełni wykorzystali skromne możliwości oferowane przez małą scenę. A gdzie ta tytułowana nadzieja? W ich sprawnych rękach oraz przytomnych kompozytorskich głowach. Jest potencjał na jeszcze więcej. Nie tylko w skali samego zespołu, ale i całej sceny.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Czas i wolna głowa

Na rodzimej scenie dzieje się dużo ciekawych rzeczy. I to na tyle dużo, że każdy mający nieco oleju w głowie i szeroko otwarte oczy może mieć wręcz problem z wybraniem się na wszystkie interesujące go koncerty i nabyciem każdej intrygującej go płyty. Dotyczy to w zasadzie wszystkich gatunków oraz szuflad. Dowód? Bardzo proszę, i to pierwszy z brzegu. Wystarczy wymienić chociażby poniższy split ARRM i Lonker See. Swoje znaczenie niech ma także dość późna w kontekście lutowej premiery data powstania tego tekstu. Po prostu wcześniej trzeba było poświęcić nieco uwagi innym ciekawym krajowym twórcom. To źle? Bynajmniej. Cieszmy się z tego.

Okładka splitu ARRM i Lonker See

Krakowskie Instant Classic raz jeszcze wykonało kawał dobrej roboty. Zestawienie trójmiejskich eksperymentatorów i sosnowieckich podróżników przemierzających kosmiczną pustynię to strzał w dziesiątkę. A co więcej, wydawca podszedł do tematu w sposób relatywnie rzadko spotykany w przypadku takich wydawnictw. Muzycy ARRM przygotowali aż 20-minutowe nagranie, zaś tworzący Lonker Sea zgotowali niemal równie długą dźwiękową psychodelę, więc wszystko zmieściłoby się na jedne płycie. Jest jednak inaczej. Możemy cieszyć oczy elegancko wydaną repliką podwójnego winylowego gatefoldu. Wydawca nie oszczędzał i za to należy mu się uchylenie kapelusza. 



No dobrze, ale co tak naprawdę zawiera to ładne wydanie? To, do czego już przyzwyczaiło nas ARRM i dźwięki, za sprawą których nie tak dawno dało się poznać Lonker Sea. Nie ma więc zaskoczenia, ale nie o to tutaj chodziło. Ten split to kawałek świetnej, nieskrępowanej czasowymi ograniczeniami muzyki, pełnej przy tym improwizacji i przestrzeni. Miejscami to wręcz mentalny bilet na drugą stronę. A że wykonawców jest dwóch, możemy wybierać. ARRM w swoim stylu proponuje przemierzenie spalonej słońcem pustyni, natomiast Lonker Sea to już trip w oparach wszelkich zabronionych przez polskie prawo substancji. Jednak niezależenie od dokonanego wyboru, na każdą z tych podróży trzeba przygotować się w ten sam sposób. Konieczna jest wolna głowa i czas. Bez tego słuchanie choćby fragmentu tej muzyki, nie mówiąc już o obu nagraniach, po prostu mija się z celem. Te de facto dwa krążki wiele oferują, ale i wiele wymagają.



Zapomnijcie o analizowaniu tej muzyki, o zastanawianiu się, co w niej wykorzystano i do jakich szuflad i dyskografii sięgnęli twórcy. Po prostu jej posłuchajcie i pozwólcie sobie odpłynąć. Tylko tyle i aż tyle. Nie będziecie żałować.

sobota, 11 marca 2017

Nieoczekiwany powrót po latach

Za każdym razem, gdy spotykałem Mariusza Kumalę, zadawałem mu dwa proste i niezmiennie te same pytania: "Co z Psychotropic Transcendental?" i "Co z Brain Story?". Poruszając te kwestie byłem tym bardziej uparty, bo dobrze wiedziałem, że wiele gotowych do wydania pomysłów leży odłogiem. I o ile drugi, w pełni ukończony, album Psychotropic kolejny rok będzie pokrywał się mentalnym kurzem na czyimś dysku, o tyle nagle doczekaliśmy się informacji o powrocie Brain Story. Następca debiutanckiego "Colours in my head" ukaże się dokładnie za miesiąc.

Brain Story  /  Fot. facebook.com/brainstoryband
Ten poboczy projekt byłego gitarzysty m.in. Closterkeller to podręcznikowy wręcz przykład przepadnięcia znakomitej muzyki bez odpowiedniej promocji. Mimo że od ukazania się jego pierwszej płyty minie w tym roku 12 lat, będziecie musieli naprawdę mocno się napocić, by na rodzimej scenie znaleźć coś podobnego. Te 70 minut strumienia świadomości wciąż potrafi przenieść słuchacza do zupełnie innego świata. Psychodela? Rock Progresywny? Post Rock? Wszystko wymieszane razem z muzyczną chemią, a nawet pewnie i czymś jeszcze. Dlatego trudno nie szczerzyć zębów aż po same ósemki, gdy słucha się zapowiedzi kontynuacji tego, co przed laty Mariusz nagrał z Gnatem, perkusistą Psychotropic, oraz Gosią, kojarzoną przede wszystkim z Diachronią.


O samym albumie nie wiadomo jeszcze zbyt wiele. Ale przy takiej zapowiedzi nie ma to większego znaczenia. Na razie wystarczy tytuł - "Madeinside" - oraz data premiery, czyli 11 kwietnia. Dopiero z biegiem czasu dowiemy się, czy za tą muzyką stoi ktoś jeszcze i w jaki sposób będzie można ją pozyskać. Fizyczny nośnik byłby tu bardzo mile widziany. Szkoda tych pomysłów jedynie na zwykłe, bezimienne cyfrowe pliki. A przy okazji. Kompaktowe wydanie debiutu Brain Story jest już nieosiągalne, ale muzycy udostępnili je w całości. Zajrzyjcie do archiwów działu MP3 warte posłuchania. Warto.

niedziela, 5 marca 2017

Gdy Polka spotyka Australijkę

Odchodząc już praktycznie od stoiska z płytami pod koncercie Pink Turns Blue oraz naszych Aviaries i Hände, kątem oka zauważyłem płytę winylową. Gdy wziąłem ją do ręki, okazało się, że to coś więcej niż ładnie wydane i znane mi już demo ostatniej z tych grup. Był to split, na którego drugą stronę trafiło pięć nagrań niejakiego Fallow Ground. Jak dowiedziałem się jeszcze w klubie, za tą nic niemówiącą mi wówczas nazwą stoją dwie damy - Polka i Australijka. Dziewczyny najwyraźniej stwierdziły, że będą grały cold wave, ale nieco inaczej niż wiele podobnych zespołów. Chciały to zrobić po swojemu i udało im się to.

Fallow Ground  /  Fot. facebook.com/Fallow-Ground
"Demo 2015" to w sumie niespełna 21 minut dość zróżnicowanego podejścia do zimnego grania. Raz słyszymy wiolonczelę i oniryczny nastrój, tak bardzo kojarzący się z również wyłącznie damskim składem Amber Asylum, by po chwili trafić w samo oko cyklonu dźwiękowego obłędu i psychodeli. Jest wolno, jest szybko, jest bardzo chłodno. To właśnie największa zaleta tych pięciu utworów - zróżnicowanie. Co więcej, ta muzyka, choć dość prosta w formule, brzmi naprawdę szczerze i naturalnie. Tu nikt się nie silił, dzięki czemu mamy prawdziwe emocje, do których słuchacz wróci zdecydowanie chętniej niż do dopieszczonej w każdym detalu plastikowej produkcji.  


Muzyka to jednak nie wszystko. Zoś oraz Eli, jak podpisują się dziewczyny, zadedykowały nagrania ofiarom przemocy seksualnej, wyrażając również sprzeciw wobec społecznego uprzywilejowania mężczyzn. Słowem, te pięć nagrań to feministyczne podejście do życia z mocno zarysowaną współczesną interpretacją pojęcia punk. Można się nie zgadzać, można nie lubić, ale trzeba przyznać, że dziewczyny znalazły swoją niszę i z powodzeniem ją wypełniły. Inna sprawa, że nie wzięły się też znikąd. Jeśli kojarzycie dość jednoznaczne w przekazie Edelweiss Piraten, to, przynajmniej w przypadku Zosi, wszystko jest jasne.


Szkoda, że od jakiegoś czasu Fallow Ground nie daje znaku życia. Aż chciałoby się posłuchać więcej tej zimnej muzyki. Tym bardziej, że obecnie polski cold wave to jednak podziemie, w którym nie można przebierać bez końca. Wbrew pozorom zespołów nie ma zbyt wiele i w zasadzie każde nowe odkrycie cieszy. Nieważne czy bieżące, czy nieco spóźnione. Jeśli muzyka jest dobra lub przynajmniej szczera, obroni się zawsze. Tak jak w tym przypadku. Na koniec zajrzyjcie jeszcze do działu MP3 warte posłuchania. Znajdziecie w nim m.in. w całości udostępniony debiut Fallow Ground.

niedziela, 5 lutego 2017

Tworząc na zgliszczach

Rozpad Agalloch po 20 latach działalności był przykrą wiadomością. Szkoda wielka, gdyż wewnętrzne spory i odmienne wizje przyszłości zespołu postawiły po przeciwnych stronach barykady lidera Johna Haughma i pozostałych muzyków - Jasona Williama Waltona, Aesopa Dekkera i Dona Andersona. W efekcie pierwszy powołał do życia Pillorian, a pozostali skrzyknęli się pod nazwą Khôrada. Haughm ma tę przewagę, że niedawno zamieścił w sieci singiel zapowiadający debiutancki "A Stygian Pyre", dlatego to jemu poświęcimy teraz nieco miejsca.

Pillorian, John Haughm pierwszy z prawej  /  Fot. facebook.com/Pillorian
Były wokalista i gitarzysta Agalloch nie szukał daleko. Zaprosił do współpracy dobrych znajomych z ojczystego Oregonu - Stephena Parkera z Maestus i Trevora Matthewsa z Uada. Obaj panowie chętnie parali się dość standardową wypadkową death, black i doom metalu, dlatego efekt jest taki, że w nasze ręce nie oddano niczego przesadnie zaskakującego. Co więcej, każdy, kto oczekiwał kontynuacji Agalloch, srogo się rozczaruje. Przede wszystkim ma być szybko, wściekle i diabelsko. Iskierką nadziei dla niepocieszonych jest jednak druga część utworu - miejscami spokojniejsza, bardziej melodyjna i zagrana z większym polotem. Inna sprawa, że Haughm mógł mieć też ochotę zwyczajnego odreagowania, powrotu do czarnych korzeni i poszukania natchnienia, przypominając sobie młodzieńczą potrzebę buntu.


Ocenianie płyty jedynie po singlu to błąd. A ocenianie w ten sposób wydawnictwa, którego jeszcze nie ma, to już zbrodnia. Dlatego trzeba uzbroić się w cierpliwość i poczekać do 10 marca. Wówczas przyjdzie czas na premierę "A Stygian Pyre" i wydanie wyroku. Co ciekawe, będziemy mogli również skonfrontować zawartość krążka ze scenicznymi wersjami utworów. W ramach europejskiej trasy Amerykanie zagrają w poznańskim klubie U Bazyla. Koncert odbędzie się 9 kwietnia.

niedziela, 29 stycznia 2017

Puszczając dymka

Taki z nas naród, że lubimy się mądrzyć. Każdy zna się na kinie, literaturze, fotografii, sporcie i oczywiście muzyce. Zawsze jest przyjemnie wytknąć komuś błąd i w ten sposób zrekompensować sobie chwilę, dzień, albo i nawet dłuższy czas życiowych niepowodzeń i frustracji. Przychodzi jednak moment, gdy nawet najbardziej trafna trollowa pisanina nie ma szans przełożenia się na jakąkolwiek sensowną i konstruktywną krytykę. Dlaczego? Bo to, co trafia w nasze ręce, jest po prostu dobre. Zatem gdybym bardzo chciał sięgnąć do swojej natury malkontenta, i pomarudzić na temat nowej płyty Dopelord, od razu wyczulibyście, że robię to na siłę. Ten zespół wciąż trzyma poziom, a najlepsze jest to, że zaproponował nam coś nowego.
Fot. Dopelord  /  Fot. Facebook.com/Dopelord666
Pierwszy wniosek po przesłuchaniu "Children of the Haze" nasuwa się sam - panowie dojrzeli, i to bardzo. Inna sprawa, o czym warto przypomnieć, że założyciele Dopelord wcale nie zaliczali się do debiutantów. Teraz to wszystko procentuje. Nawet jeszcze bardziej niż w przypadku debiutanckiego "Magick Rites" i bardzo udanego "Black Arts, Riff Worship & Weed Cult". No dobrze, ale gdzie ta wspomniana nowość? A może powinienem był napisać odmienność? Zespół odrobinę wyhamował, bardziej skupiając się na detalach. W końcu nie muszą już nikomu niczego udowadniać, bo tylko szaleniec kwestionowałby ich pozycję na naszej scenie. Zatem najpewniej to sprawiło, że muzycy rozejrzeli się za innym brzmieniem, wybierając studyjną współpracę z doświadczonym Piotrem Gruenpeterem (Thaw, Mentor). Co więcej, na "Children of the Haze" słyszymy teraz dwóch wokalistów. Oprócz wyciągającego riffy Pawła Mioduchowskiego do mikrofonu zaczął podchodzić także basista Piotr Zin. A to w połączeniu z rzeczonym doświadczeniem i nowymi kompozytorskimi pomysłami musiało dać efekt. I dało. 


Owszem, z przekory mógłbym również napisać, że muzycy dorośli i odstawili nieco na bok bongosy, które na pierwszej i drugiej płycie wręcz płonęły, by teraz móc bardziej skupić się i stworzyć najdojrzalszy i najlepszy do tej pory album. A to z kolei, w naturalny sposób, odsunęłoby na znacznie dalszy plan spontaniczność i młodzieńcze szaleństwa, tak bardzo stanowiące o sile szczególnie debiutanckiego "Magick Rites". Miałbym rację? Prawda z pewnością leży gdzieś po środku, ale w żadnej mierze nie jest to ujmą dla zespołu, ani tym bardziej dla "Children of the Haze", którego tytuł nomen omen, w zależności od tłumaczenia, pozostaje w ścisłym związku z poprzednimi albumami. Zatem nowości nowościami, ale Dopelord to wciąż Dopelord. Chociaż teraz może odrobinę bardziej Lord niż Dope, ale mimo wszystko to wciąż kawałek znakomitej muzyki z dymkiem. 

środa, 11 stycznia 2017

Między drzewami

Na dłuższą metę nie ma większego znaczenia, kto stoi z danym nagraniem lub całą płytą. Imię, nazwisko, czy miasto zawiązania działalności to tylko suche fakty w tzw. biografii. Dla nas, odbiorców, kluczowa jest w końcu muzyka i w praktyce tylko ona ma znaczenie. Owszem, z biegiem czasu ma się niekiedy ochotę poznać kilka dodatkowych informacji, by wiedzieć, skąd to wszystko się wzięło, ale czy jest to aż tak konieczne? Bynajmniej. Niedomówienie i szerszy margines do interpretacji mają niewątpliwie swoje zalety, a niekiedy są rzeczy, których zwyczajnie lepiej nie wiedzieć. Dlatego, gdy w moje ręce wpadły debiutanckie nagrania rodzimego Ols, po prostu ich posłuchałem, jakby było to coś absolutnie anonimowego. Wam radzę to samo.        

Ols  /  Fot. Agnieszka Kowalska
Za projektem stoi jedna osoba. Dziewczyna pisze teksty, komponuje i śpiewa. Ma ładny głos, którego bardzo przyjemnie się słucha. Wybrała przyrodę - jedną z najbardziej powszechnych i zarazem najstarszych inspiracji człowieka. Trudno się jednak dziwić. Dla twórców każdej maści ta była, jest i będzie nieskończonym źródłem pomysłów. Szczególnie w przypadku gatunkowych ram, w których porusza się Ols. Zatem jak zwrócić na siebie uwagę? Przede wszystkim formułą, by ludzie doszli do wniosku, że słyszą coś nowego, albo przynajmniej ciekawie wykonanego. Tutaj zdecydowanie więcej jest tego drugiego.  


Olbrzymią zaletą debiutanckiej epki Ols jest całkiem przyzwoita produkcja. To dzięki niej dobrze słychać pomysł na ten projekt. A ten zaś to przede wszystkim coś pierwotnego, słowiańskiego i przyjemnie kojarzącego się m.in. z bezkresnymi pasmami gór czy lasów. Po prostu przestrzeń, spokój i majestat natury. Muzyka jest zdecydowanie na drugim planie, wypełniając jedynie przestrzeń za prowadzącym całość głosem. Być może kiedyś będzie jej o wiele więcej i w nie aż tak ascetycznej formule, ale nie wymagajmy jeszcze zbyt wiele. Skoro Ols powstało zaledwie w ubiegłym roku, tę malkontencką uwagę można przypomnieć przy okazji kolejnego wydawnictwa.


Anonimowa dama relatywnie poradziła sobie z tym, na czym już na starcie legnie większość rodzimych wokalistek, próbujących sił w szeroko rozumianej klimatycznej muzyce, także neofolku. To, o czym śpiewa, nie brzmi infantylnie, a w przypadku naszego języka to wcale nie jest takie proste. Niezatytułowany i jak na razie jedynie cyfrowy debiut Ols to przede wszystkim intrygujący nastrój. Te dziewięć utworów, w tym covery Katatonii i Agalloch, brzmią na tyle obiecująco, że ciekawi mnie, co z tego wyniknie. Warto mieć oko na tę dziewczynę. Ucho tym bardziej.

czwartek, 5 stycznia 2017

A nie mówiłem?

Przyjemnie, nawet po roku, dostrzec namacalne dowody na to, że swego czasu miało się rację. Nie pierwszy to i oby nie ostatni raz, gdy w Melodiach wspólnie poświęcaliśmy uwagę grupom, które dopiero docierały do szerszego grona odbiorców, a o których później nagle zaczęło robić się naprawdę głośno. Teraz do tego nie tak krótkiego zestawienia tych wykonawców zasłużenie dołącza King Woman. 24 lutego ukaże się pierwsza regularna płyta Amerykanów.

King Woman  /  Fot. Rob Williamson
Słuchając wydanej w 2015 r. winylowej epki "Doubt", taki rozwój wypadków można było poczuć w kościach, a w zasadzie w uszach. Ta szalenie przejmująca wypadkowa shoegaze'u i doom metalu błyskawicznie urzekła niemal wszystkich śledzących rozwój wypadków na niezależnej scenie nie tylko San Francisco, ale i całych Stanów Zjednoczonych. Dlaczego? Bo historie i emocje zawarte w tekstach Kristiny Esfandiari są prawdziwe aż do bólu. Amerykanka porzuciła mocno religijne środowisko, w którym przez lata uczono ją postrzegania świata wyłącznie przez odwieczną walkę między Bogiem a Szatanem. W ten sposób zakwestionowała cały dotychczasowy światopogląd, a muzyka, jak widać, była dla niej terapią. Inna sprawa, że King Woman to nie pierwszy i nie jedyny jej zespół. Ale to już osobna historia. Więcej o skomplikowanej przeszłości i równie trudnej teraźniejszości wokalistki dowiedziecie się, zaglądając tutaj. 


Kalifornijczykami zainteresowała się uznana Relapse Records, w której katalogu znajdziemy m.in. nagrania naszej Antigamy. Singiel, na który wybrano "Utopię", prezentuje się naprawdę interesująco, tym samym dając nadzieję, że "Created In the Image Of Suffering" będzie nie tylko długogrającym i profesjonalnym debiutem King Woman, ale i udaną próbą wydobycia z muzyków całego drzemiącego w nich potencjału. A przynajmniej tego utrzymanego w konwencji, w której grają od początku, tj. od 2009 r. To wszystko pachnie nowym i przede wszystkim autentycznym spojrzeniem na to, co już znamy i w tym należy upatrywać największej zalety zapowiadanego wydawnictwa. Zatem 24 lutego nadstawcie ucha i posłuchajcie całego albumu. Wszystko wskazuje na to, że będzie to dobrze inwestowany czas.

niedziela, 1 stycznia 2017

Nowe nadzieje

Nie ma co się oszukiwać. Płyty tańsze nie będą, tym bardziej bilety na koncerty. Jedyne z czym możemy wiązać muzyczne nadzieje w 2017 r. to jakość wydawnictw, mnogość scenicznej oferty oraz przede wszystkim rodzime i dobrze zapowiadające się debiuty. Te ostatnie szczególnie przyciągają moją uwagę, dlatego wierzę, że nagrania demo, które docierają do moich uszu, przełożą się na albumy, do których będziemy chcieli wracać podczas naszych poniedziałkowo-wtorkowych spotkań. Inna sprawa, że będzie to dwunasty już kalendarzowy rok nadawania Melodii Mgieł Nocnych.  

Fot. Wojtek Dobrogojski
Dziękuję Wam zatem za minione dwanaście miesięcy włączania radia w środku nocy i zaglądania do odsłuchów audycji na Mixcloud. Gdyby nie Wy, już dawno bym tego nie robił, a Melodie ucichłyby wraz ze skończeniem przeze mnie studiów. Mam nadzieję, że w nowym roku czeka nas dużo muzycznych wrażeń i że nadal nie będziecie żałowali czasu poświęcanego na ten program. Dziękuję raz jeszcze i do usłyszenia o stałej porze.

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Czyszczenie magazynów

Z perspektywy czasu nie sposób nie zauważyć, że muzycy The Gathering mieli nosa do zawieszenia działalności. Zrobili to w 2013 r. po całkiem dobrze przyjętej płycie "Afterwords", o wiele ciekawszej od poprzednich nagranych z Silje Wergeland na wokalu. Co więcej, już wówczas musieli mieć ściśle określony plan na wydawniczą przyszłość zespołu oraz pomysł na zajęcie się czymś nowym. I tak bracia Hans i Rene Rutten realizują się teraz w niebawem mającym zadebiutować projekcie Habitants, a w nasze ręce systematycznie wpadają kolejne wydawnictwa. Było trzypłytowe retrospektywne "TG25: Diving into the Unknown" z okazji 25 lat działalności zespołu, podwójny koncertowy album "TG25: Live at Doornroosje", na którym słychać niemal wszystkich byłych i obecnych muzyków The Gathering, jest i winylowe wydanie "In Motion", pierwotnie dvd m.in. z występem z katowickiej Metalmanii z 1997 r. A żeby tego było mało, zapowiada się coś jeszcze. W praktyce więc przypomina to wielkie czyszczenie magazynów w myśl zasady "spoko, ludzie kupią".

The Gathering w 2006 r.  /  Fot. Wikipedia
Na wiosnę na sklepowe półki trafi kompilacja "Blueprints". Na dwóch płytach mamy znaleźć 24 utwory z czasów "Souvenirs" i "Home", czyli ostatnich studyjnych albumów The Gathering z Anneke van Giersbergen. Będą to wersje demo oraz odrzuty, które nie trafiły na finalne wersje tych krążków. Trudno będzie nie podejść sceptycznie do tego wydawnictwa, ale historia pokazała, że po odejściu Anneke w 2007 r. coś definitywnie się skończyło i zespół już nigdy nie powtórzył artystycznych i komercyjnych sukcesów. Dlatego ta retrospektywa z miejsca ma gwarancję atencji starszych fanów. Pytane tylko, czy jej zawartość będzie warta ich czasu. Inna sprawa, że zespół całkiem sprytnie zapowiedział "Blueprints" dość obiecująco brzmiącym i niepublikowanym wcześniej "Blister".


Na pewno warto będzie zapoznać się z tym wydawnictwem. W przypadku takich krążków dość szybko wiadomo, czy ktoś zaoferował nam coś naprawdę sensownego, czy raczej rozpaczliwie przejrzał zawartość piwnicy lub rzeczonego magazynu w poszukiwaniu pierwszych lepszych staroci, by zarobić parę dodatkowych euro. Z drugiej jednak strony koncertowo-studyjne kompilacje ukazujące się po zawieszeniu działalności The Gathering są bardzo porządnie wydane i wyprodukowane, zatem daje to nieco nadziei, że "Blueprints" będzie potrafiło obronić się samo. Poczekamy, posłuchamy, ocenimy.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Granie na sentymentach

Bracia Soellner w końcu poszli po rozum do głowy. Po latach pseudo rockowego i pseudo alternatywnego grania zaproponowali całkiem przyzwoitą niespodziankę. W nasze ręce trafiło podwójne wydawnictwo z aż dziewiętnastoma premierowymi nagraniami, o wiele bardziej przemawiającymi do słuchacza niż wszystko, co Włosi nagrali do tej pory. Widać, siedem lat wydawniczego milczenia i osiem w przypadku odstępów między regularnymi płytami nie poszło na marne. Ale spokojnie. Nie popadajmy od razu w przesadny zachwyt. "Sentimentale Jugend" ma niewątpliwie nieco zalet, choć nie odkrywa przed nami niczego nowego. Przekornie zacznijmy więc bynajmniej nie po dobroci.

Okładka "Sentimentale" Klimt 1918
Ilość rzadko idzie w parze z jakością i tutaj jest podobnie. Oprócz naprawdę bardzo dobrych utworów są również mniejsze bądź lepsze, ale mimo wszystko, klasyczne wypełniacze. W zasadzie śmiało mogłyby trafić na odrębny album, który relatywnie szybko poszedłby w zapomnienie, gdyby zestawić go z najlepszymi momentami "Sentimentale Jugend". Inna sprawa, że to wydawnictwo to w praktyce właśnie dwa krążki - "Sentimentale" i "Jugend". Ich tytuły miały wspólnie nawiązywać do słynnego projektu Alexandera Hacke z Einstürzende Neubauten. No i nawiązują, choć wyłącznie zamysłem i nazwą. Noise'u i eksperymentów tu nie ma. A co jest? 


"Sentymentalna młodzież" to przede wszystkim współczesne podejście do lat 80., początku 90. i zarazem hołd złożony ówczesnym muzycznym i kulturowym protagonistom. W pierwszym przypadku Włosi wręcz garściami czerpią z dorobku Cocteau Twins i The Jesus And Mary Chain, którego działalność de facto również dotyczy kolejnej dekady. A ta zaś, zwłaszcza na początku, to oczywiście gitarowe gapienie się w buty, czyli shoegaze. I taka jest ta płyta. Pełna piosenkowych melodii, miejscami może o wręcz przesadnym potencjale komercyjnym, co niekiedy jeszcze bardziej nie licuje z i tak kiepską próbą przynależności do tzw. alternatywy. Niech cover "Take My Breathe Away" Berlin, znanego ze ścieżki dźwiękowej "Top Gun", mówi sam za siebie. Gdzie w takim razie te zalety, o których wspomniałem wcześniej? Spokojnie, są. Trzeba je tylko wyłuskać.

Okładka "Jugend" Klimt 1918
Im dalej od piosenek, a bliżej utworów, tym lepiej. Za każdym razem, gdy Włosi dają ponieść się gitarom, nawiązując chociażby do Sigur Rós czy I Like Trains, zyskujemy na tym wszyscy. Przy tak dobrej produkcji "Sentimentale Jugend" aż chciałoby się posłuchać więcej zawartych na niej przestrzennych, shoegae'owo-indie-postrockowych odpływów. To zaledwie uchylona furtka, po przejściu przez którą Włosi mogliby poważnie myśleć o własnym stylu i wyrwać się z nieco pozorowanego, sentymentalnego doła, który i tak nie brzmi przesadnie przekonująco. A przy okazji mogłaby wyjść z tego całkiem ciekawa alternatywa względem najlepszych czasów ich rodaków z Canaan. Wydaje się, że to nie wiele, ale gdy zebrać te momenty i słuchać ich z pominięciem reszty, "Sentimentale" oraz "Jugend" robią się naprawdę ciekawe. Szkoda, że nie ma tego więcej. Widać, panowie myśleli o innym targecie i to przede wszystkim pod niego przygotowali to podwójne wydawnictwo. Może kiedyś zrozumieją, co maruda z Polski miał na myśli.


Warto poświecić nieco czasu, by wyciągnąć z tych płyt to, co najlepsze. Niezależnie jednak od wspomnianych proporcji panowie z Klimt 1918 zasłużyli na uznanie. Postawili wyraźny krok naprzód. Owszem, bardziej komercyjnie niż artystycznie, ale potencjał na więcej jest, i to zdecydowanie duży. Pytanie tylko, w którą stronę teraz pójdą. Obyśmy przekonali się o tym szybciej niż za kolejne osiem lat. Warto mieć ich na oku.