poniedziałek, 13 lutego 2017

Do odwołania

Ta strona zawsze żyła swoim życiem, co jakiś czas nawiązując do naszych nocnych spotkań w eterze. I żyć będzie nadal, tyle że przez jakiś czas bez aktualizacji. Może potrwa to tydzień, może miesiąc. Trudno powiedzieć. Sprawy osobiste i zawodowe wzięły górę. Niemniej po każdej audycji w dziale "Playlisty" zawsze znajdziecie wszystkich zaprezentowanych wykonawców. Pisanie czegokolwiek więcej muszę niestety wstrzymać do odwołania. Oby nie trwało to zbyt długo. Oby.

Fot. Kamil Mrozkowiak

niedziela, 5 lutego 2017

Tworząc na zgliszczach

Rozpad Agalloch po 20 latach działalności był przykrą wiadomością. Szkoda wielka, gdyż wewnętrzne spory i odmienne wizje przyszłości zespołu postawiły po przeciwnych stronach barykady lidera Johna Haughma i pozostałych muzyków - Jasona Williama Waltona, Aesopa Dekkera i Dona Andersona. W efekcie pierwszy powołał do życia Pillorian, a pozostali skrzyknęli się pod nazwą Khôrada. Haughm ma tę przewagę, że niedawno zamieścił w sieci singiel zapowiadający debiutancki "A Stygian Pyre", dlatego to jemu poświęcimy teraz nieco miejsca.

Pillorian, John Haughm pierwszy z prawej  /  Fot. facebook.com/Pillorian
Były wokalista i gitarzysta Agalloch nie szukał daleko. Zaprosił do współpracy dobrych znajomych z ojczystego Oregonu - Stephena Parkera z Maestus i Trevora Matthewsa z Uada. Obaj panowie chętnie parali się dość standardową wypadkową death, black i doom metalu, dlatego efekt jest taki, że w nasze ręce nie oddano niczego przesadnie zaskakującego. Co więcej, każdy, kto oczekiwał kontynuacji Agalloch, srogo się rozczaruje. Przede wszystkim ma być szybko, wściekle i diabelsko. Iskierką nadziei dla niepocieszonych jest jednak druga część utworu - miejscami spokojniejsza, bardziej melodyjna i zagrana z większym polotem. Inna sprawa, że Haughm mógł mieć też ochotę zwyczajnego odreagowania, powrotu do czarnych korzeni i poszukania natchnienia, przypominając sobie młodzieńczą potrzebę buntu.


Ocenianie płyty jedynie po singlu to błąd. A ocenianie w ten sposób wydawnictwa, którego jeszcze nie ma, to już zbrodnia. Dlatego trzeba uzbroić się w cierpliwość i poczekać do 10 marca. Wówczas przyjdzie czas na premierę "A Stygian Pyre" i wydanie wyroku. Co ciekawe, będziemy mogli również skonfrontować zawartość krążka ze scenicznymi wersjami utworów. W ramach europejskiej trasy Amerykanie zagrają w poznańskim klubie U Bazyla. Koncert odbędzie się 9 kwietnia.

niedziela, 29 stycznia 2017

Puszczając dymka

Taki z nas naród, że lubimy się mądrzyć. Każdy zna się na kinie, literaturze, fotografii, sporcie i oczywiście muzyce. Zawsze jest przyjemnie wytknąć komuś błąd i w ten sposób zrekompensować sobie chwilę, dzień, albo i nawet dłuższy czas życiowych niepowodzeń i frustracji. Przychodzi jednak moment, gdy nawet najbardziej trafna trollowa pisanina nie ma szans przełożenia się na jakąkolwiek sensowną i konstruktywną krytykę. Dlaczego? Bo to, co trafia w nasze ręce, jest po prostu dobre. Zatem gdybym bardzo chciał sięgnąć do swojej natury malkontenta, i pomarudzić na temat nowej płyty Dopelord, od razu wyczulibyście, że robię to na siłę. Ten zespół wciąż trzyma poziom, a najlepsze jest to, że zaproponował nam coś nowego.
Fot. Dopelord  /  Fot. Facebook.com/Dopelord666
Pierwszy wniosek po przesłuchaniu "Children of the Haze" nasuwa się sam - panowie dojrzeli, i to bardzo. Inna sprawa, o czym warto przypomnieć, że założyciele Dopelord wcale nie zaliczali się do debiutantów. Teraz to wszystko procentuje. Nawet jeszcze bardziej niż w przypadku debiutanckiego "Magick Rites" i bardzo udanego "Black Arts, Riff Worship & Weed Cult". No dobrze, ale gdzie ta wspomniana nowość? A może powinienem był napisać odmienność? Zespół odrobinę wyhamował, bardziej skupiając się na detalach. W końcu nie muszą już nikomu niczego udowadniać, bo tylko szaleniec kwestionowałby ich pozycję na naszej scenie. Zatem najpewniej to sprawiło, że muzycy rozejrzeli się za innym brzmieniem, wybierając studyjną współpracę z doświadczonym Piotrem Gruenpeterem (Thaw, Mentor). Co więcej, na "Children of the Haze" słyszymy teraz dwóch wokalistów. Oprócz wyciągającego riffy Pawła Mioduchowskiego do mikrofonu zaczął podchodzić także basista Piotr Zin. A to w połączeniu z rzeczonym doświadczeniem i nowymi kompozytorskimi pomysłami musiało dać efekt. I dało. 


Owszem, z przekory mógłbym również napisać, że muzycy dorośli i odstawili nieco na bok bongosy, które na pierwszej i drugiej płycie wręcz płonęły, by teraz móc bardziej skupić się i stworzyć najdojrzalszy i najlepszy do tej pory album. A to z kolei, w naturalny sposób, odsunęłoby na znacznie dalszy plan spontaniczność i młodzieńcze szaleństwa, tak bardzo stanowiące o sile szczególnie debiutanckiego "Magick Rites". Miałbym rację? Prawda z pewnością leży gdzieś po środku, ale w żadnej mierze nie jest to ujmą dla zespołu, ani tym bardziej dla "Children of the Haze", którego tytuł nomen omen, w zależności od tłumaczenia, pozostaje w ścisłym związku z poprzednimi albumami. Zatem nowości nowościami, ale Dopelord to wciąż Dopelord. Chociaż teraz może odrobinę bardziej Lord niż Dope, ale mimo wszystko to wciąż kawałek znakomitej muzyki z dymkiem. 

piątek, 20 stycznia 2017

Informacyjnie, kulturalnie, niezależnie

Szanuję upartych ludzi, szczególnie tych z pasją. W czasie gdy większość populacji gania po galeriach handlowych, szczerząc pyszczki do selfie, oni po codziennej walce o opłacenie rachunków malują, rysują, piszą, fotografują, nagrywają, komponują lub wydają płyty. Po prostu tworzą, robiąc coś sensownego. Kosztuje ich to bardzo dużo czasu, środków, cierpliwości i wyrzeczeń. W pośredni sposób również ich bliskich. Dlatego gdy 14 stycznia w łódzkiej Scenografii przed koncertem Ordo Rosarius Equilibrio zauważyłem na stoisku nowy numer "HARD Art", uśmiechnąłem się pod nosem i nabyłem egzemplarz owego "informatora kultury niezależnej".   

Okładka "HARD Art", nr 01 / 2017 
Z biegiem czasu ten ukazujący się trzy do czterech razy w roku periodyk wygląda lepiej. W zasadzie wszystkie z dwunastu dotychczasowych numerów przypadały do gustu bardziej lub mniej, głównie ze względu na dołączoną płytę lub decyzję zespołu redakcyjnego co do doboru treści. Niby właśnie o to chodzi, ale niezależnie od dźwiękowych preferencji czytelnik musiał i wciąż musi przyznać jedno. "HARD Art" jest naprawdę blisko tego, co dzieje się w podziemiu. To zawsze było czuć. Piszący mają pojęcie o recenzowanych płytach i przepytywanych muzykach. Jeżdżą też po Polsce na wszelkie niszowe imprezy wpisujące się w gatunkowe ramy pisma. A że nie są to profesjonaliści, to czasem nie wszystko jest idealnie. Ale chwileczkę, w końcu to podziemię. Nie bądźmy małostkowi. Ostatecznie to tacy ludzie jak ci tworzący "HARD Art" i ich czytelnicy budują i podtrzymują przy życiu scenę. Warto o tym pamiętać i przymknąć czasem oko. Również na to, że za tym mniej bądź bardziej regularnym umownym kwartalnikiem stoją dwa wydawnictwa płytowe, czyli Beast of Prey i Zoharum Records. To oczywiście wyjaśnia dobór opisywanych twórców, ale na szczęście w nasze ręce nie trafia typowy katalog wydawniczy.

Ordo Rosarius Equilibrio w Łodzi  /  Fot. Kamil Mrozkowiak
W najnowszym numerze szczególnie zachęcam Was do lektury rozmowy z Bartoszem Gogusiem. Ten niezwykle utalentowany rzeźbiarz z podkarpackiej prowincji robi po prostu coś, co odbiera mowę. Co więcej, jego rzeźby budzą tyleż strachu co fascynacji. Dobrze, że w tym kraju są jeszcze tacy artyści i chwała wszystkim starającym się zwrócić na nich uwagę ogółu. Warto również zajrzeć do wywiadów z grupami dobrze znanymi z Melodii - chociażby rodzimym Rigor Mortiss, bezkresnym Expo 70 zza Wielkiej Wody, czy jak zawsze perwersyjnie niepoprawnym Ordo Rosarius Equilibrio. Co ważne, oprócz czarnego jak smoła podziemia znalazł się również solidny tekst o Sydzie Barrecie. Dużym i miłym zaskoczeniem było także dostrzeżenie Zofii Bernard. Jeśli cenicie sobie rodzimy folklor, koniecznie zainteresujcie się tą damą. Co jeszcze? To co zawsze musi się pojawić, czyli recenzje i relacje z koncertów. Mnie przyjemnie wspominało się darkambientowy dzień w byłym kościele ewangelickim, który odbył się w ramach ubiegłorocznej edycji Castle Party w Bolkowie. W końcu możliwość zobaczenia jednego popołudnia In Slaughter Natives, Desiderii Marginis czy Phurpy nie zdarza się zbyt często. O ile w ogóle kiedykolwiek się zdarzyła.

Rzeźby Bartosza Gogusia w "HARD Art"  /  Fot. Kamil Mrozkowiak
Dobrze są jeszcze te takie tytuły i ludzie, którzy mają siłę tworzyć publikowane w nich treści. Żyjemy w świecie bezwzględnej digitalizacji i technologicznej konwergencji, dlatego zepchnięte na margines obiegu informacji słowo drukowane wydaje się mieć jeszcze większą moc niż kiedykolwiek. O ile oczywiście ktoś będzie chciał to dostrzec i docenić. Przyjemnej lektury i nadstawiania ucha na dołączony do nowego "HARD Art" krążek Brandkommando. Choć w tym drugim przypadku przyjemność będzie mocno osobliwa. 

środa, 11 stycznia 2017

Między drzewami

Na dłuższą metę nie ma większego znaczenia, kto stoi z danym nagraniem lub całą płytą. Imię, nazwisko, czy miasto zawiązania działalności to tylko suche fakty w tzw. biografii. Dla nas, odbiorców, kluczowa jest w końcu muzyka i w praktyce tylko ona ma znaczenie. Owszem, z biegiem czasu ma się niekiedy ochotę poznać kilka dodatkowych informacji, by wiedzieć, skąd to wszystko się wzięło, ale czy jest to aż tak konieczne? Bynajmniej. Niedomówienie i szerszy margines do interpretacji mają niewątpliwie swoje zalety, a niekiedy są rzeczy, których zwyczajnie lepiej nie wiedzieć. Dlatego, gdy w moje ręce wpadły debiutanckie nagrania rodzimego Ols, po prostu ich posłuchałem, jakby było to coś absolutnie anonimowego. Wam radzę to samo.        

Ols  /  Fot. Agnieszka Kowalska
Za projektem stoi jedna osoba. Dziewczyna pisze teksty, komponuje i śpiewa. Ma ładny głos, którego bardzo przyjemnie się słucha. Wybrała przyrodę - jedną z najbardziej powszechnych i zarazem najstarszych inspiracji człowieka. Trudno się jednak dziwić. Dla twórców każdej maści ta była, jest i będzie nieskończonym źródłem pomysłów. Szczególnie w przypadku gatunkowych ram, w których porusza się Ols. Zatem jak zwrócić na siebie uwagę? Przede wszystkim formułą, by ludzie doszli do wniosku, że słyszą coś nowego, albo przynajmniej ciekawie wykonanego. Tutaj zdecydowanie więcej jest tego drugiego.  


Olbrzymią zaletą debiutanckiej epki Ols jest całkiem przyzwoita produkcja. To dzięki niej dobrze słychać pomysł na ten projekt. A ten zaś to przede wszystkim coś pierwotnego, słowiańskiego i przyjemnie kojarzącego się m.in. z bezkresnymi pasmami gór czy lasów. Po prostu przestrzeń, spokój i majestat natury. Muzyka jest zdecydowanie na drugim planie, wypełniając jedynie przestrzeń za prowadzącym całość głosem. Być może kiedyś będzie jej o wiele więcej i w nie aż tak ascetycznej formule, ale nie wymagajmy jeszcze zbyt wiele. Skoro Ols powstało zaledwie w ubiegłym roku, tę malkontencką uwagę można przypomnieć przy okazji kolejnego wydawnictwa.


Anonimowa dama relatywnie poradziła sobie z tym, na czym już na starcie legnie większość rodzimych wokalistek, próbujących sił w szeroko rozumianej klimatycznej muzyce, także neofolku. To, o czym śpiewa, nie brzmi infantylnie, a w przypadku naszego języka to wcale nie jest takie proste. Niezatytułowany i jak na razie jedynie cyfrowy debiut Ols to przede wszystkim intrygujący nastrój. Te dziewięć utworów, w tym covery Katatonii i Agalloch, brzmią na tyle obiecująco, że ciekawi mnie, co z tego wyniknie. Warto mieć oko na tę dziewczynę. Ucho tym bardziej.

czwartek, 5 stycznia 2017

A nie mówiłem?

Przyjemnie, nawet po roku, dostrzec namacalne dowody na to, że swego czasu miało się rację. Nie pierwszy to i oby nie ostatni raz, gdy w Melodiach wspólnie poświęcaliśmy uwagę grupom, które dopiero docierały do szerszego grona odbiorców, a o których później nagle zaczęło robić się naprawdę głośno. Teraz do tego nie tak krótkiego zestawienia tych wykonawców zasłużenie dołącza King Woman. 24 lutego ukaże się pierwsza regularna płyta Amerykanów.

King Woman  /  Fot. Rob Williamson
Słuchając wydanej w 2015 r. winylowej epki "Doubt", taki rozwój wypadków można było poczuć w kościach, a w zasadzie w uszach. Ta szalenie przejmująca wypadkowa shoegaze'u i doom metalu błyskawicznie urzekła niemal wszystkich śledzących rozwój wypadków na niezależnej scenie nie tylko San Francisco, ale i całych Stanów Zjednoczonych. Dlaczego? Bo historie i emocje zawarte w tekstach Kristiny Esfandiari są prawdziwe aż do bólu. Amerykanka porzuciła mocno religijne środowisko, w którym przez lata uczono ją postrzegania świata wyłącznie przez odwieczną walkę między Bogiem a Szatanem. W ten sposób zakwestionowała cały dotychczasowy światopogląd, a muzyka, jak widać, była dla niej terapią. Inna sprawa, że King Woman to nie pierwszy i nie jedyny jej zespół. Ale to już osobna historia. Więcej o skomplikowanej przeszłości i równie trudnej teraźniejszości wokalistki dowiedziecie się, zaglądając tutaj


Kalifornijczykami zainteresowała się uznana Relapse Records, w której katalogu znajdziemy m.in. nagrania naszej Antigamy. Singiel, na który wybrano "Utopię", prezentuje się naprawdę interesująco, tym samym dając nadzieję, że "Created In the Image Of Suffering" będzie nie tylko długogrającym i profesjonalnym debiutem King Woman, ale i udaną próbą wydobycia z muzyków całego drzemiącego w nich potencjału. A przynajmniej tego utrzymanego w konwencji, w której grają od początku, tj. od 2009 r. To wszystko pachnie nowym i przede wszystkim autentycznym spojrzeniem na to, co już znamy i w tym należy upatrywać największej zalety zapowiadanego wydawnictwa. Zatem 24 lutego nadstawcie ucha i posłuchajcie całego albumu. Wszystko wskazuje na to, że będzie to dobrze inwestowany czas.

niedziela, 1 stycznia 2017

Nowe nadzieje

Nie ma co się oszukiwać. Płyty tańsze nie będą, tym bardziej bilety na koncerty. Jedyne z czym możemy wiązać muzyczne nadzieje w 2017 r. to jakość wydawnictw, mnogość scenicznej oferty oraz przede wszystkim rodzime i dobrze zapowiadające się debiuty. Te ostatnie szczególnie przyciągają moją uwagę, dlatego wierzę, że nagrania demo, które docierają do moich uszu, przełożą się na albumy, do których będziemy chcieli wracać podczas naszych poniedziałkowo-wtorkowych spotkań. Inna sprawa, że będzie to dwunasty już kalendarzowy rok nadawania Melodii Mgieł Nocnych.  

Fot. Wojtek Dobrogojski
Dziękuję Wam zatem za minione dwanaście miesięcy włączania radia w środku nocy i zaglądania do odsłuchów audycji na Mixcloud. Gdyby nie Wy, już dawno bym tego nie robił, a Melodie ucichłyby wraz ze skończeniem przeze mnie studiów. Mam nadzieję, że w nowym roku czeka nas dużo muzycznych wrażeń i że nadal nie będziecie żałowali czasu poświęcanego na ten program. Dziękuję raz jeszcze i do usłyszenia o stałej porze.

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Czyszczenie magazynów

Z perspektywy czasu nie sposób nie zauważyć, że muzycy The Gathering mieli nosa do zawieszenia działalności. Zrobili to w 2013 r. po całkiem dobrze przyjętej płycie "Afterwords", o wiele ciekawszej od poprzednich nagranych z Silje Wergeland na wokalu. Co więcej, już wówczas musieli mieć ściśle określony plan na wydawniczą przyszłość zespołu oraz pomysł na zajęcie się czymś nowym. I tak bracia Hans i Rene Rutten realizują się teraz w niebawem mającym zadebiutować projekcie Habitants, a w nasze ręce systematycznie wpadają kolejne wydawnictwa. Było trzypłytowe retrospektywne "TG25: Diving into the Unknown" z okazji 25 lat działalności zespołu, podwójny koncertowy album "TG25: Live at Doornroosje", na którym słychać niemal wszystkich byłych i obecnych muzyków The Gathering, jest i winylowe wydanie "In Motion", pierwotnie dvd m.in. z występem z katowickiej Metalmanii z 1997 r. A żeby tego było mało, zapowiada się coś jeszcze. W praktyce więc przypomina to wielkie czyszczenie magazynów w myśl zasady "spoko, ludzie kupią".

The Gathering w 2006 r.  /  Fot. Wikipedia
Na wiosnę na sklepowe półki trafi kompilacja "Blueprints". Na dwóch płytach mamy znaleźć 24 utwory z czasów "Souvenirs" i "Home", czyli ostatnich studyjnych albumów The Gathering z Anneke van Giersbergen. Będą to wersje demo oraz odrzuty, które nie trafiły na finalne wersje tych krążków. Trudno będzie nie podejść sceptycznie do tego wydawnictwa, ale historia pokazała, że po odejściu Anneke w 2007 r. coś definitywnie się skończyło i zespół już nigdy nie powtórzył artystycznych i komercyjnych sukcesów. Dlatego ta retrospektywa z miejsca ma gwarancję atencji starszych fanów. Pytane tylko, czy jej zawartość będzie warta ich czasu. Inna sprawa, że zespół całkiem sprytnie zapowiedział "Blueprints" dość obiecująco brzmiącym i niepublikowanym wcześniej "Blister".


Na pewno warto będzie zapoznać się z tym wydawnictwem. W przypadku takich krążków dość szybko wiadomo, czy ktoś zaoferował nam coś naprawdę sensownego, czy raczej rozpaczliwie przejrzał zawartość piwnicy lub rzeczonego magazynu w poszukiwaniu pierwszych lepszych staroci, by zarobić parę dodatkowych euro. Z drugiej jednak strony koncertowo-studyjne kompilacje ukazujące się po zawieszeniu działalności The Gathering są bardzo porządnie wydane i wyprodukowane, zatem daje to nieco nadziei, że "Blueprints" będzie potrafiło obronić się samo. Poczekamy, posłuchamy, ocenimy.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Granie na sentymentach

Bracia Soellner w końcu poszli po rozum do głowy. Po latach pseudo rockowego i pseudo alternatywnego grania zaproponowali całkiem przyzwoitą niespodziankę. W nasze ręce trafiło podwójne wydawnictwo z aż dziewiętnastoma premierowymi nagraniami, o wiele bardziej przemawiającymi do słuchacza niż wszystko, co Włosi nagrali do tej pory. Widać, siedem lat wydawniczego milczenia i osiem w przypadku odstępów między regularnymi płytami nie poszło na marne. Ale spokojnie. Nie popadajmy od razu w przesadny zachwyt. "Sentimentale Jugend" ma niewątpliwie nieco zalet, choć nie odkrywa przed nami niczego nowego. Przekornie zacznijmy więc bynajmniej nie po dobroci.

Okładka "Sentimentale" Klimt 1918
Ilość rzadko idzie w parze z jakością i tutaj jest podobnie. Oprócz naprawdę bardzo dobrych utworów są również mniejsze bądź lepsze, ale mimo wszystko, klasyczne wypełniacze. W zasadzie śmiało mogłyby trafić na odrębny album, który relatywnie szybko poszedłby w zapomnienie, gdyby zestawić go z najlepszymi momentami "Sentimentale Jugend". Inna sprawa, że to wydawnictwo to w praktyce właśnie dwa krążki - "Sentimentale" i "Jugend". Ich tytuły miały wspólnie nawiązywać do słynnego projektu Alexandera Hacke z Einstürzende Neubauten. No i nawiązują, choć wyłącznie zamysłem i nazwą. Noise'u i eksperymentów tu nie ma. A co jest? 


"Sentymentalna młodzież" to przede wszystkim współczesne podejście do lat 80., początku 90. i zarazem hołd złożony ówczesnym muzycznym i kulturowym protagonistom. W pierwszym przypadku Włosi wręcz garściami czerpią z dorobku Cocteau Twins i The Jesus And Mary Chain, którego działalność de facto również dotyczy kolejnej dekady. A ta zaś, zwłaszcza na początku, to oczywiście gitarowe gapienie się w buty, czyli shoegaze. I taka jest ta płyta. Pełna piosenkowych melodii, miejscami może o wręcz przesadnym potencjale komercyjnym, co niekiedy jeszcze bardziej nie licuje z i tak kiepską próbą przynależności do tzw. alternatywy. Niech cover "Take My Breathe Away" Berlin, znanego ze ścieżki dźwiękowej "Top Gun", mówi sam za siebie. Gdzie w takim razie te zalety, o których wspomniałem wcześniej? Spokojnie, są. Trzeba je tylko wyłuskać.

Okładka "Jugend" Klimt 1918
Im dalej od piosenek, a bliżej utworów, tym lepiej. Za każdym razem, gdy Włosi dają ponieść się gitarom, nawiązując chociażby do Sigur Rós czy I Like Trains, zyskujemy na tym wszyscy. Przy tak dobrej produkcji "Sentimentale Jugend" aż chciałoby się posłuchać więcej zawartych na niej przestrzennych, shoegae'owo-indie-postrockowych odpływów. To zaledwie uchylona furtka, po przejściu przez którą Włosi mogliby poważnie myśleć o własnym stylu i wyrwać się z nieco pozorowanego, sentymentalnego doła, który i tak nie brzmi przesadnie przekonująco. A przy okazji mogłaby wyjść z tego całkiem ciekawa alternatywa względem najlepszych czasów ich rodaków z Canaan. Wydaje się, że to nie wiele, ale gdy zebrać te momenty i słuchać ich z pominięciem reszty, "Sentimentale" oraz "Jugend" robią się naprawdę ciekawe. Szkoda, że nie ma tego więcej. Widać, panowie myśleli o innym targecie i to przede wszystkim pod niego przygotowali to podwójne wydawnictwo. Może kiedyś zrozumieją, co maruda z Polski miał na myśli.


Warto poświecić nieco czasu, by wyciągnąć z tych płyt to, co najlepsze. Niezależnie jednak od wspomnianych proporcji panowie z Klimt 1918 zasłużyli na uznanie. Postawili wyraźny krok naprzód. Owszem, bardziej komercyjnie niż artystycznie, ale potencjał na więcej jest, i to zdecydowanie duży. Pytanie tylko, w którą stronę teraz pójdą. Obyśmy przekonali się o tym szybciej niż za kolejne osiem lat. Warto mieć ich na oku.

niedziela, 11 grudnia 2016

Warto posłuchać do końca

Jeszcze w ubiegłym roku mało kto wiedział o gdyńskim Lonker See. Teraz to się zmienia. Po pierwsze za sprawą debiutanckiego albumu "Split Image", a po drugie swoje zrobiła także jesienna trasa u boku Blindead. Nie oznacza to jednak wcale, że za moment wszyscy będą o nich mówić, a w efekcie zespół zapełni każdy klub w tym kraju. Bynajmniej, gdyż gdynianie grają swoje i na nikogo się nie oglądają. Robią to jednak na tyle dobrze, że już teraz z pewnością zyskali nie tylko umiarkowaną rozpoznawalność, ale i uznanie.

Lonker See jeszcze jako tercet  /  Fot. Facebook.com/pg/LonkerSee
To dość pokręcona muzyka, w znacznej mierze powstała na bazie improwizacji. W tym pozornym chaosie słychać wiele m.in. z ambientu, shoegaze'u, jazzu, a także space rocka. W zasadzie takie podejście pozwala włożyć do kompozycji niemal wszystko. Dzięki temu nigdy do końca nie wiemy, co usłyszymy za następnym dźwiękowym rogiem. Raz będzie to kosmiczna przestrzeń, w innym przypadku całkiem skoczne melodie, psychodela, bądź spalona słońcem pustynia, a nawet duszno-hermetyczne szaleństwa na saksofonie. Słowem, jest w czym wybierać. Zwłaszcza, gdy muzycy wpadną w ciąg, prowadzeni przez czyste emocje.


Oczywiście to, że gdynianie grają, jak grają, nie wzięło się znikąd. To nie są debiutanci i swoje już wiedzą. By daleko nie szukać, warto wymienić perkusistę Michała Gosa, który grywał z Wojtkiem Mazolewskim, i saksofonistę Tomasza Gadeckiego, którego nazwisko całkiem słusznie zestawia się z projektem Olbrzym. Do nich dochodzą basistka Joanna Kucharska oraz gitarzysta Bartosz Borowski. No i mamy komplet, który w znacznej mierze tworzy instrumentalne granie, choć na "Split Image" miejscami uświadczy się również o głosy wspominanych Kucharskiej i Borowskiego.


Warto posłuchać tej muzyki i dać jej się ponieść. Owszem, wymaga to czasu i skupienia, niemniej im bardziej zbliżymy się do końca utworu, tym więcej z tego będziemy mieli. A jest to o tyle ciekawe doznanie, że rzadko kiedy dwóch różnych słuchaczy zakończy tę dźwiękową podróż w tym samym miejscu, nie mówiąc już o tym, co może spotkać ich po drodze. Debiut Lonker See brzmi bardzo obiecująco i raz jeszcze podkreśla, że trójmiejska scena od lat nieprzypadkowo należy do najciekawszych w kraju.