piątek, 10 kwietnia 2015

Taśma prawdy

Czasem trudno zachować obiektywizm. Każdy piszący lub mówiący o muzyce, czy czymkolwiek innym, ma swoje preferencje i one prędzej czy później dają o sobie znać, nawet w najbardziej subtelny sposób. Pewnych, nazwijmy to szumnie, tekstów (pop)kultury po prostu się nie toleruje, uważając, że są one złe, plastikowe, bez wartości i wyrazu lub stworzone w odstręczającym stylu. Zwyczajnie nie przepadamy za określonymi twórcami, choć oczywiście nie wyklucza to możliwości docenienia ich przez jakiś inny pryzmat. Za przykład niech posłuży chociażby Within Temptation. Począwszy od drugiej płyty, Holendrzy obrali drogę pseudosymfoniczno-przebojowych, w zasadzie ocierających się o pop, piosenek, których grupą docelową stały się zagubione w blasku księżyca i zamkowych labiryntach "gotyckie" zapłakane duszyczki. Odnieśli komercyjny sukces? Owszem, i to znaczny. Produkt doskonale się sprzedał i wciąż są na niego chętni. Ja zaś nie zaliczam się do kupujących, niemniej istnieje pewne wydawnictwo niderlandzkich muzyków, do którego mam duży sentyment i które pozostaje doskonałym przykładem tego, co działo się w muzyce lat 90. 

Początki Within Temptation, najpewniej 1996 r.  /  Fot. Arch. zespołu
W ubiegłym roku ukazała się reedycja "Enter", debiutanckiej płyty Within Temptation, do której nawet dziś wzdycha wielu sympatyków klimatycznego grania, niemogących jednocześnie pogodzić się z tym, co muzycy uprawiają teraz. Z jednej strony ten wydany niespełna 18 lat temu album pozostaje typowym reprezentantem szalenie popularnego wówczas kontrastowego wokalnego zestawienia ponurego niedźwiedzia i filigranowej sarenki, przy akompaniamencie melodyjnych, melancholijnych i ciężkich partiach gitar oraz wtórujących im klawiszach. Wystarczy przypomnieć sobie liczne podobne zespoły, chociażby Sins of Thy Beloved czy pierwsze wydawnictwa Theatre of Tragedy, Tristanii, a także białostockiej Via Mistica. Jednakże w tych ramach owej typowości Holendrzy poruszali się bardzo sprawnie. Zaś tym, co dało początek ich wydanego na całym świecie debiutu, była na swój sposób jeszcze ciekawsza taśma demo, również zatytułowana "Enter"  

Booklet dema "Enter"
Na skromną wydaną 1996 r. kasetę trafiły cztery nagrania. Były one na tyle interesujące, że prężnie wówczas działająca holenderska DFSA Records, która nota bene wypuściła także płyty naszych Tenebris i Corruption, natychmiast wzięła muzyków pod swoje skrzydła. Trudno się dziwić. Pierwsze oficjalne nagrania Within Temptation miały w sobie olbrzymią dawkę klimatu, a taka muzyka była wówczas u szczytu popularności. Owszem, też w jakiś sposób adresowano ją do wspominanych wcześniej umęczonych dusz, ale wówczas bynajmniej nie można było zarzucić jej tego, co obecnie dominuje w pokłosiu takiego grania. Nie było plastikowej, aż do przesady cukierkowej, produkcji i całej tej ciągniętej za uszy "gotyckości". W nasze ręce i do naszych uszu trafiało o wiele więcej autentyczności, a znacznie mniej produktu. W końcu umowna piwnica zawsze zabrzmi szczerzej.


Inna sprawa, że na pierwszą wersję "Enter" trafiły dobre utwory. Było w nich wszystko, na co wówczas zwracano uwagę w tej muzyce i co siłą rzeczy przyciągało uwagę jej sympatyków. Nie wspominając już o głosie Sharon den Adel. Co więcej, wszystkie cztery nagrania trafiły ostatecznie na debiutancką płytę. Jedyną różnicą była modyfikacja tytułu jednego z nich - "Pearls" zmieniono na "Pearls of Light". Dla porządku należy jednak wspomnieć, że przed ukazaniem się taśmy "Enter", także w 1996 r., Holendrzy na własny użytek nagrali na roboczej kasecie również cztery kompozycje. Dwie z nich, "Grace" i "Blooded", trafiły na regularny album. O pozostałych dwóch muzycy już pewnie zapomnieli. Nigdy nie zostały wydane.


To prawda, że to wszystko można napisać o każdym zespole, którego muzycy grali kiedyś ciężej, a teraz komponują proste, singlowe piosenki, bo zwyczajnie z tego żyją, a lata 90. przecież już dawno się skończyły. Inne czasy, panie Mrozkowiak. Zapomnij więc pan o tych wszystkich kasetach i płytach, za którymi 20 lat temu jeździłeś po całym mieście lub wypatrywałeś w antykwariatach na byle jakim dworcu, wydając na nie ostatnie pieniądze. Albo sprzedaj, rozdaj, bądź znieś do piwnicy, albo przestań marudzić i trzymaj wszystkie na porządnych regałach i regularnie zanoś je do radia, by ktoś mógł uśmiechnąć się, wspominając czasy młodości, a ktoś z obecnego pokolenia miał sposobność je poznać i dowiedzieć się, dlaczego kiedyś taka muzyka brzmiała inaczej. Niby odpowiedź jest prosta, tylko kogo ja chcę oszukać?

niedziela, 5 kwietnia 2015

U(duch)owiona muzyka

Ktoś kiedyś powiedział, że wielu żyje, ponieważ obawia się umrzeć, tak samo jak wielu umiera, gdyż boi się żyć. Te słowa, jak mało które, pasują do muzyków Ghost Bath i trudno dziwić się, że Amerykanie mocno wzięli je sobie do serca. Co więcej, ich zdaniem umrzeć jest łatwo. To życie kosztuje nas zdecydowanie więcej niż potencjalnie decyzja o jego odebraniu, i to nie tyle komuś, co zwłaszcza sobie. Dlatego niektórzy robią, to co robią, nie znajdując już w sobie ani woli, ani jakichkolwiek pokładów sił. To wszystko brzmi śmiertelnie poważnie, i to dosłownie, jednak ile w tym fasady, a ile prawdy, wiedzą jedynie sami zainteresowani. W każdym razie nie zmienia to faktu, że tworzą muzykę balansującą na granicy życia i śmierci.

Ghost Bath  /  Fot. facebook.com/blackghostbath
Nikt, przynajmniej oficjalnie, nie wie, jak się nazywają. Oni sami również nie ułatwiają zadania tym, którzy chcieliby dowiedzieć się czegoś więcej. Jest ich czterech, są Amerykanami z Dakoty Północnej i to ma nam wystarczyć. Inna sprawa, że bezimienni panowie bynajmniej nie są anonimowi jako zespół. Ghost Bath już jakiś czas temu zdobyło sobie uznanie wśród fanów depresyjnego grania debiutancką epką "Ghost Bath" oraz regularną płytą "Funeral". Teraz zaś wszystko wskazuje na to, że grono ich fanów będzie zdecydowanie szersze. Za sprawą ukazującego się teraz "Moonlover", muzycy jednoznacznie udowodnili, że szuflada z etykietą depressive black metal może skrywać dźwięki nieszablonowe, dzikie i wbrew pozorom pełne energii.  

Okładka "Moonlover"
Ghost Bath samo w sobie to jakby poruszanie się po limbo, wyczekiwanie aż Charon łaskawie dobije do brzegu i błądzenie w poszukiwaniu światełka na końcu tunelu. Niby coś się stało i już nas lub kogoś nie ma, ale jak się okazuje, nie do końca. Albo odwrotnie. Ktoś czuje potrzebę wcześniejszego porzucenia tego świata i już jest o krok od zrealizowania decyzji, gdy magle z jakiegoś powodu tego nie robi. W obu przypadkach mamy do czynienia z duchami, zazwyczaj umęczonymi niedokończonym życiem lub niedokończoną śmiercią.  



Wszystkie te emocje, ponure przemyślenia i wnioski Amerykanie zamknęli w dość ciekawej hybrydzie. Depresyjny black metal? Owszem, ale tak bardziej na siłę. To raczej przypięta łatka, utarte hasło i uproszenie, na których zespół dużo traci. W rzeczywistości naturalnie dominuje czerń, jednak w tej muzyce paradoksalnie jest bardzo dużo energii i, bynajmniej nie trupiej, żywotności. Szalone, opętane partie gitar znakomicie współgrają z nieokiełznanymi krzykami. Ciężar równie ciekawie przeplata się z bardziej nostalgicznymi momentami. Melodii również nie brakuje. Szczęśliwie jednak wykorzystane postrockowe i postmetalowe patenty nie zacierają największej zalety tej płyty - wydawałoby się nieokrzesanej spontaniczności, dzięki której raz po raz jesteśmy zaskakiwani na nowo. Zadziwiające, jak wiele energii można odnaleźć w tej depresji.



"Moonlover" to znakomita alternatywa dla nieco niewieściejącego ostatnimi czasy shoegaze'owego lub postrockowego black metalu. A z drugiej strony, nie aż tak radykalnego, jak podcinanie sobie żył zardzewiałą żyletką w stylu Forgotten Tomb za czasów "Songs to Leave". Gdzieś tam za to przypominają się początki Agalloch, ale muzycy Ghost Bath poszli o krok dalej, na czym bardzo dobrze wyszli. Amerykanie udowodnili, że zwrócenie na siebie uwagi dwoma pierwszymi wydawnictwami nie było przypadkiem. Dopóki formuła nie wyczerpie się i nie zabraknie im pomysłów, dopóty będą nagrywali dobre i wbrew pozorom nieszablonowe płyty. Oby jak najdłużej. Dwa pierwsze wydawnictwa Ghost Bath zostały w pełni udostępnione przez muzyków. Linki znajdziecie w dziale MP3 warte posłuchania.

wtorek, 31 marca 2015

Kompakt i pędzel

Latem 2013 r. napisała do mnie Joanna Girej, szerzej znana jako Pani Nożownik. Dobrze wiedziałem, kim jest. Elektroniczny list dotyczył nawiązania współpracy z prowadzoną przez nią wytwórnią Mirrorphobic Productions. Odparłem, że doskonale znam jej katalog i sięgałem już Melodiach m.in. po nagrania Eternalovers i Orchard za sprawą płyt, które nabyłem od niej prywatnie. Zdziwiła się, ale było jej miło. Później kontaktowaliśmy się jeszcze kilka razy, głównie w sprawie nabycia przeze mnie jakichś wydawnictw lub rozdania Wam egzemplarzy wybranych płyt. Od jakiegoś czasu jednak nie miałem z nią żadnego kontaktu. Gdy wszedłem na jej autorską stronę, dowiedziałem się, że nie żyje. Miała 26 lat.

Joanna Girej  /  Fot. Tomasz Girej/paninozownik.com
Najbardziej rozpoznawalna była w rodzinnej Świdnicy. Kojarzyli ją również bywalcy Castle Party oraz osoby związane z rodzimym dark independent, zarówno muzycy, jak i po prostu fani.  Zaś w globalnej sieci niejedna osoba zaglądała na prowadzonego przez nią muzycznego bloga, dzięki któremu poznawała płyty klasyki okołogotyckiej sceny oraz jej współczesnych przedstawicieli. Początkowo Joanna udostępniała wszystkie swoje ulubione wydawnictwa, potem już tylko te, których twórcy zgodzili się na to. Ro0poznawano ją jeszcze z jednego powodu, czysto artystycznego. Pani Nożownik chętnie chwytała za pędzel i malowała. Jej prace można było zobaczyć przede wszystkim w rodzinnej Świdnicy, ale i nadarzyła się stosowna okazja w kilku innych miastach, m.in. w Warszawie.

"(Bez)senność"  /  paninozownik.com
Najbardziej jednak kojarzono ją z muzyką. Nietrudno było zauważyć, że wkładała bardzo dużo pracy w działalność Mirrorphobic Productions. Wyciągała rękę do artystów i wydawała ich płyty, najpewniej, sądząc po aktywności w sieci, praktycznie samodzielnie załatwiając wszystkie sprawy. Była przykładem jednej z tych osób, które tak naprawdę tworzą scenę. Chodziło o pasję, energię, czas i własne środki, czyli atuty, bez których nic nie może ruszyć z miejsca. Wielu narzekało. Ona coś robiła. Szkoda, że jej zabrakło.

Wybrani artyści, których płyty wydawała Joanna Girej


Eternalovers - Silence of Sorrow (2013)



Zdecydowanie najciekawszy sygnatariusz umowy z Mirrorphobic Productions. Wejherowski duet, którego debiutancka płyta najpierw ukazała się w Japonii w wersji cyfrowej, a następnie za sprawą Joanny Girej doczekaliśmy się jej fizycznych kopii.


Xanctux - Kingdom of Gloom (2013)



Dark ambient, całkiem rozpoznawany w środowisku nihilistów i mizantropów. Jednoosobowy projekt powstały w Stalowej Woli w 2005 r. Większość swojej muzyki autor udostępnia w sieci.


Dreamerion - All Gods Are Dumb (2012)



Jednoosobowy projekt Jakuba Ernestowicza. Czasem dark ambient, czasem neoklasyka. Słowem, mroczna elektronika w różnych odmianach.


Cabaret Grey - Cranes (2014)





Zimnofalowe, postpunkowe granie z Legnicy. Obecnie już nie tak surowe i bezpretensjonalne jak za czasów znakomitej debiutanckiej epki "Stirring", ale wciąż potwierdzające, że muzycy słusznie cieszą się zainteresowaniem fanów chłodnych dźwięków.

piątek, 27 marca 2015

Dźwięki zespojone

Są zespoły, w których muzykę wierzymy już po pierwszym nagraniu, dające nam wszelkie podstawy do tego, by cierpliwie zaczekać na coś więcej niż cyfrowy singiel lub skromną epkę. Nie ma ich dużo, ale raz na jakiś czas ich muzyka dobiega do naszych uszu. Za przykład niech posłuży chociażby trójmiejskie Spoiwo, którego muzycy wzbudzili olbrzymią ciekawość zaledwie dwoma utworami opublikowanymi w sieci. Choć należy także wspomnieć, że nie bez znaczenia były promujące je filmy, które śmiało można było traktować jako profesjonalne teledyski. Od tamtej pory minęły niemal trzy lata i wprost proporcjonalnie do upływu kolejnych miesięcy rosły poziom zwątpienia i liczba pytań, która w sadzie sprowadzała się jednego - czy będzie z tego coś więcej? Otóż w końcu jest.

Spoiwo  /  Fot. facebook.com/Spoiwo
"Salute Solitude" to pół godziny ciężaru i przestrzeni składających się na instrumentalną grę kontrastów, zawieszoną gdzieś pomiędzy post rockiem i ambientem. Brzmi oryginalnie? Bynajmniej. Jednak sposób, w jaki młodzi gdańszczanie podeszli do tematu i finalna produkcja ich wydawniczego debiutu, czynią z niego coś, co na rodzimej scenie z pewnością nie przejdzie bez echa. Po prostu nie może. Dlatego doszedłem do wniosku, że najlepiej będzie, gdy o "Salute Solitude" opowie ktoś, kto brał bezpośredni udział w powstawaniu tej płyty.



W najbliższy poniedziałek Waszym i moim gościem będzie Krzysztof Zaczyński, jeden z pięciorga muzyków tworzących Spoiwo. Pytań nasuwa się na tyle dużo, że w ciągu godziny nie sposób będzie poruszyć wszystkie wątki, niemniej tych najciekawszych z pewnością nie zabraknie. Zazwyczaj daleki jestem od przesadnego optymizmu i euforii, ale doświadczenie podpowiada mi, że w tym przypadku jest to w pełni uzasadnione. Do usłyszenia w poniedziałek o północy.

poniedziałek, 23 marca 2015

Kości zostały rzucone

Przypatrując się ostatnim poczynaniom Pandemonium, każdy złośliwy, a tych przecież wśród pokaźnego grona użytkowników rodzimej sieci nie brakuje, zwróci uwagę, że ostatnio częściej mamy do czynienia raczej z nowymi wydawnictwami łodzian niż ich nowymi utworami. Jak to możliwe? Niemal co do dnia trzy lata temu ukazało się "Misantrophy", ostatnia jak dotąd regularna płyta Pandemonium, a od tamtej pory w nasze ręce trafiły kolejne już reedycje demo "Deviliri" oraz debiutanckiej płyty "The Ancient Catatonia". Co więcej, obie pozycje zostały poszerzone o to, co starsi sympatycy zespołu pamiętają z ich drugich wydań, jakie ukazały się za sprawą nieistniejącej już Apocalypse Productions. Były one wówczas poszerzone o zapis występu z ciechanowskiego festiwalu S'thrash'ydlo z 1991 r. oraz nagranej rok wcześniej na próbie taśmy demo. Słowem, pod względem zawartości to w praktyce reedycje reedycji. Ale to nie koniec. W ubiegłym roku ukazał się skromny premierowy singiel "Przyjdź królestwo twoje", zaś teraz w nasze ręce trafia nie wyczekiwana płyta, a kompilacja, na której pojawia się również zaledwie jedna nowa autorska kompozycja oraz premierowy cover. Zdecydowanie za mało. Są jednak pewne zalety, a w zasadzie jedna.

Pandemonium  /  Fot. facebook.com/pandemoniumpl
"Bones Will Rise From The Ground" to niespełna godzina muzyki, na którą składa się w sumie czternaście nagrań. Kluczowe dla całego wydawnictwa pozostaje pięć z nich. Tworzą je premierowe "In Lord We Trust", cover Bathory "Equimanthorn", a także alternatywne miksy trzech utworów z płyt "Hellspawn" i "Misanthropy w postaci nagrań tytułowych oraz "Only The Dead Will See The End Of War". Zestawienie zamyka zapis koncertu Pandemonium, który odbył się 2005 r. w łódzkim klubie Lokomotywa. Szkoda, że jego jakość to odpowiednik bootlegu. W zasadzie łodzianie nigdy nie mieli szczęścia do nagrań koncertowych. Jak dotąd żadne z tych, jakie znajdziemy na ich oficjalnych wydawnictwach, nie miało produkcji z prawdziwego zdarzenia. Szkoda.



Zaś co do zalet, to bezsprzecznie najjaśniejszym punktem "Bones Will Rise From The Ground" pozostaje premierowe "In Lord We Trust". To kolejny po singlu "Przyjdź królestwo twoje" przykład kierunku, który obrał Paweł Mazur. Jest ciężko, dostojnie, nie za szybko i z odpowiednim nastrojem. Takie Pandemonium sprawdza się najlepiej i takiego słucha się najprzyjemniej. Można jedynie żałować, że nowe utwory ograniczono zaledwie do jednego. Owszem, jest jeszcze wspominane opracowanie "Equimanthorn" Bathory, ale to nie to samo. A co z nowymi miksami starszych nagrań?  Dobrze, że są. Wszak nikomu nie powinny zawadzać, jednak niewątpliwie pozostają w tyle za premierową kompozycją. Nie dlatego, że nie są udane. To poczucie wynika raczej z głodu nowych utworów. Czekamy dość długo, ale niestety nie ma ich za wiele. A przecież potencjał i pomysły najwyraźniej wciąż są.



Podążając za tytułem "Bones Will Rise From The Ground", trzeba przyznać, że ta kompilacja to faktycznie w jakiejś mierze coś, co powstało samo lub sprawnym ruchem zostało wyciągnięte spod ziemi. Owszem, sprawia przyzwoite wrażenie, ale dobrze wiemy, że pociągających za sznurki stać na znacznie więcej. Trudno powiedzieć, na ile ta premiera jest podtrzymaniem wydawniczego cyklu w obliczu braku materiału na regularny album, a w jakiej mierze mamy tu do czynienia z ukłonem w stronę fanów i świadomym zaostrzaniem ich apetytów. Teraz tego nie rozstrzygniemy, ale czas rozwieje wszelkie wątpliwości. Pandemonium to legenda, ale i wielka odpowiedzialność, która z biegiem kolejnych lat działalności wywiera coraz większy nacisk na barki muzyków. Oby nie zabrakło im siły.

środa, 18 marca 2015

Post rock po raz trzeci

Trudno nie być pod wrażeniem punktualności i konsekwencji włodarzy internetowej społeczności Post-rock.PL. Skutecznie skupili wokół sobie niemałe grono rodzimych sympatyków gitarowego grania, z powodzeniem organizują koncerty polskich i zagranicznych grup oraz sprawiają, że poznajemy ciekawych krajowych wykonawców na dość wczesnym etapie ich działalności. A gdzie w tym wszystkim wspomiana punktualność? W dacie ukazania się trzeciej części kompilacji prezentujących naszych przedstawicieli post rocka, post metalu i wszelkich dźwiękowych okolic. 

Okładka "The Landscape After the Flood"
Zaczęło się w marcu 2013 r. od cyfrowego zestawienia 24 wykonawców pod tytułem "Lights and Air". W lutym następnego roku, skłonieni olbrzymim zainteresowaniem, autorzy kompilacji wydali już na fizycznym nośniku dwupłytową "Cold Wind is the Promise of a Storm", której nakład rozszedł się niemal w całości. Teraz zaś, niemal dokładnie rok później, w nasze ręce, ponownie na dwóch krążkach, trafia "The Landscape After the Flood". Wysoki poziom wydawniczej serii został podtrzymany. Na śmiałym pomyśle raz jeszcze skorzystali wszyscy. Środowisko otrzymało kolejny integrujący impuls. Zespoły poszerzyły swoje dyskografie, otrzymały też egzemplarze, które mogą rozprowadzać na koncertach wraz ze swoimi wydawnictwami. My zaś możemy nabyć bardzo rzetelnie przygotowaną i przyjemnie dla oka wydaną płytę w zaskakująco skromnej cenie, porównywalnej z równowartością butelki popularnego niegazowanego trunku. A żeby tego było mało, każdy chętny może pozyskać cyfrowy odpowiednik krążków bez jakichkolwiek zobowiązań. W zasadzie same zalety.


A co z muzyką? Największą zaletą tego wydawnictwa jest oczywiście faktycznie pokaźna liczba młodych wykonawców, których nazwy w komplecie kojarzą co najwyżej najbardziej wtajemniczeni z kręgu Post-rock.PL lub absolutni maniacy gatunku, każdą wolną chwilę poświęcający na poszukanie kolejnych debiutantów. Choć oczywiście w zestawieniu nie zabrakło kilku rozpoznawalnych już wykonawców, jak chociażby bielska Moanna, wareckie Maszyny i Motyle, krakowski Fleshworld, coraz śmielej poczynające sobie warszawskie The Frozen North, czy np. również stołeczny Moonglass, poboczny projekt dwóch muzyków Tides Fron Nebula. Oprócz dużego zróżnicowania pod względem stażu zestawionych grup, "The Landscape After the Flood" charakteryzuje się również niemałym wachlarzem stylistycznym. Dominuje oczywiście post rock, ale on przecież niejedno ma imię. Jest lżej, ciężej, mniej bądź bardziej gitarowo. Znajdą się również elektronika, smyczki, trąbki, przestrzenne klawisze oraz instrumentalne i w zasadzie piosenkowe utwory, a nawet dźwięki nawiązujące do progresywnego grania. Post metal i gitarowy industrial także mają tu swoich przedstawicieli.


Z dziennikarskiego punktu widzenia ta kompilacja to rzecz bezcenna, będąca równie wartościową dla fanów rodzimych przedstawicieli gatunku. Wszak świeżej krwi i nowych pomysłów nigdy za wiele, a w końcu na dwóch płytach "The Landscape After the Flood" w znacznej mierze znajdziemy grupy, których muzycy nie cieszyli się jeszcze z regularnego debiutu. W większości to nagrania z materiałów demo, singli i pomniejszych wydawnictw, czasem szumnie nazywanych epkami, często opublikowanych jedynie w wersji cyfrowej. Jest zatem w czym wybierać. Minione dwa lata pokazały, że co ciekawsze zespoły, wychwycone przez układających dotychczasowe kompilacje, dopięły swego i dotarły do szerszej grupy odbiorców. W tym przypadku z pewnością będzie podobnie, gdyż potencjał jest, i to duży. A co za rok? Czwarta część? Być może. W stosownym momencie spojrzymy w kalendarz i odpowiemy sobie na pytanie, czy formuła już się wyczerpała, czy może jeszcze nie. W każdym razie, spotykając na koncercie lub ulicy pomysłodawców serii, warto uchylić kapelusza. Udało im się stworzyć coś wartościowego, czym możemy pochwalić się również poza granicami Polski. Cyfrową wersję kompilacji możecie bezpłatnie pobrać tutaj.

Lista wykonawców


CD 1

1. Warm Shelter - Far From The Stars
2. Frondibus - The Splitting Prism
3. Moanaa - Lit
4. Ennoven - Celestial
5. Spiral - Dive
6. Maszyny i Motyle - Artefakty
7. The Frozen North - Movement of Empires
8. Backbone - Cathedral
9. nespaperflyhunting - 3 words   
10.Miro - Be There

CD 2

11. Moonglass - Red in Azure
12. Sekta Denta - Beatrap
13. Tsima - Split
14. Craith - Maedr
15. HOAP - Noise
16. Signal From Europa - Pandorum
17. Foma - Podró­ż, której nie było
18. The Last Cube Of Sugar - You
19. Fleshworld - Rezygnacja
20. Paweł Oleksiński - 夢mèng
21. Eaten Sun - Loneliness of the Moon

piątek, 13 marca 2015

Podskórna muzyka

Rodzime dark independent ma się relatywnie dobrze. Dosłownie i przenośni żyje sobie w cieniu. Ludzie chodzą na koncerty i imprezy, muzycy grają i komponują, a i raz do roku za sprawą Castle Party o scenie zrobi się na tyle głośniej, że mogą o niej usłyszeć także przypadkowi fani takiej czy innej muzyki. W praktyce na co dzień to jednak podziemie. O tym, co się dzieje, wiedzą jedynie ci, którzy chcą wiedzieć. Oczywiście,  nie ma tu żadnej tajemnicy, ale z drugiej strony, by trafić w odpowiednie miejsce, trzeba choćby odrobiny chęci lub znajomego, który poda kilka adresów i podrzuci kilka płyt. I tak wszystko się toczy, gdzieś na obrzeżach rodzimej fonografii. A dlaczego o tym wspominam? Po pierwsze, gdyż dość często słyszę pytania od młodszych słuchaczy, gdzie dokładnie szukać takiej muzyki, zwłaszcza tej nagranej przez rodzimych wykonawców. A po drugie? Jest i czysto wydawniczy pretekst pochylenia się nad tematem, ściśle związany z pewnym nagraniem demo.
Void  /  Fot.  facebook.com/0undertheskin
Deathcamp Project zna dziś, lub przynajmniej kojarzy, niemal każdy, kto w tym kraju sięga po szeroko rozumiane gotyckie lub zimnofalowe dźwięki. Panowie Void i Betrayal wyrobili sobie markę i mniej bądź bardziej intensywnie kontynuują działalność, spotykając się także ciepłym przyjęciem za zagranicą. Jednak najwyraźniej teraz nadszedł czas na coś jeszcze. Pierwszy z rzeczonych muzyków opublikował nagranie zwiastujące czteroutworową epkę. Poniższa kompozycja "Cold" to premierowy przejaw działalności jego solowego projektu  Undertheskin.



Teoretycznie pięć minut muzyki to niewiele, ale w tym przypadku wystarczająco dużo, byśmy mieli pojęcie, czego możemy się spodziewać. Wydaje się, że w założeniu Undertheskin nie ma być przesadnie odkrywcze, lecz solidnie nawiązywać do różnych zakątków gatunku, na post punku i zimnej fali począwszy, a dark wave skończywszy. Idąc tym tropem, trzeba przyznać, że pomysł zapowiada się interesująco. Jest nieco przebojowo i przede wszystkim zimno, czego w tym kraju zdecydowanie częściej doświadczamy po wyjściu z domu, niż włożeniu płyty do odtwarzacza. A szkoda. Więcej z pewnością dowiemy się wkrótce, zaś tym czasem w razie potrzeby każdy chętny może pobrać "Cold". Void udostępnił nagranie bez ograniczeń.

niedziela, 8 marca 2015

Kielich wspomnień

W 1999 r. za pośrednictwem popularnego serwisu aukcyjnego nabyłem płytę "The Time of Knight's Return" niejakiej krakowskiej Lacrimy. Przypadkiem okazało się, że to skromne wydawnictwo cd-r, jakością zdecydowanie bardziej przypominające demo niż pełnoprawny album, pozyskałem bezpośrednio od Kuby Morawskiego, czyli gitarzysty i wokalisty rzeczonej grupy. Przyjemne dla ucha melancholijne doomowe dźwięki przypadły mi do gustu i od tamtej pory zacząłem obserwować poczynania krakowian. Śledziłem niezliczone zmiany składu, przerywanie i wznawianie działalności oraz rodzące się w bólach kolejne samodzielnie wydawane krążki. W tym wszystkim największe wrażenie robiła na mnie może nie tyle sama muzyka, choć zawsze miałem do niej sentyment, co raczej upór i potencjalne wyrzeczenia jednego człowieka. Tym razem doprowadziło to do ukazania się "A Story from Limbo", specjalnego wydawnictwa podsumowującego umowne 18 lat istnienia Łzy. Umowne, bo rzeczywiste początki Lacrimy to połowa lat 90.

Kuba Morawski  /  Fot. facebook.com/lacrimapl
To wydawnictwo w znacznej mierze ucieszy wszystkich dobrze pamiętających rozwój muzycznych wypadków ostatniej dekady XX w. oraz młodszych, poszukujących czegoś, czego obecnie raczej się nie gra. Na "A Story from Limbo" składa się jedenaście na nowo nagranych kompozycji, w znacznej mierze pochodzących z debiutanckiego demo "Prisoners of Time", które nota bene mało kto w ogóle miał w rękach, oraz wspominanej wcześniej płyty "The Time of Knight's Return". Zestawienie uzupełniają nagrania z epki "Innocent Incarnations" oraz zamykające całość "Alar Shadows" z wydanego w 2011 r. albumu "Old Man's Hands".


Wszystkie te kompozycje, głównie fakt ponownego ich nagrania, to wyraz czystego sentymentu oraz tkwiącej gdzieś w środku tęsknoty za ostatnią dekadą ubiegłego stulecia, gdy nie liczyło się pędzenie w ku uciesze diabła, lecz prym wiodły melodia, nastrój i refleksja. Z pewnością w jakiejś mierze to także spełnienie dla Kuby Morawskiego i poukładanie dość zagmatwanej przeszłości zespołu, pełnej przeciwności losu i zawirowań personalnych. Ostatecznie zaś za sprawą "A story from Limbo" udało się również ocalić nieco starszych nagrań, które przepadłyby bez wieści na nienadających się już o użytku płytach cd-r i dla większości osób pozostałyby jedynie wzmianką w biografii zespołu. Szczęśliwie stało się inaczej. 



Z dzisiejszego punktu widzenia Lacrima gra wręcz archiwalno-muzealną muzykę, ale wątpię by krakowianie chcieli grać inną. Trudno nie odnieść wrażenia, że w istocie to kolektyw fanów klimatycznego grania grających dla fanów takich dźwięków. Co w tym złego? Nic. Są konkretni nadawcy i konkretni odbiorcy. Inna sprawa, że tak już się nie gra, zatem paradoksalnie w jakiejś mierze "A Story from Limbo" mocno zyskuje. Idąc za tytułem jednego z utworów Lacrimy, można by powiedzieć, że to wydawnictwo pozostaje kielichem wspomnień. Wystarczy się z niego napić, a przeszłość wróci sama. Odsłuch całej kompilacji znajdziecie tutaj. A co więcej, obecnie dzięki decyzji muzyków możecie ją pobrać bez finansowych zobowiązań. Z kolei co bardziej dociekliwi mogą również rozejrzeć się za fizycznymi egzemplarzami.

wtorek, 3 marca 2015

Iskra jeszcze się tli

Ostatnimi czasy reaktywacje rodzimych legend lat 90. niestety wzbudzają znacznie więcej zawodu i rozczarowań niż przyjemności z powrotu do starych, dobrych czasów. Muzycy Sirrah narobili wokół siebie dużego medialnego zamieszania, budząc olbrzymi sentyment i nadzieje. Od tamtej chwili mijają teraz dwa lata. Skończyło się na cyfrowym singlu i zamilknięciu na dobre. Nieco więcej muzycznych wrażeń dostarczyli nam płocczanie z Hazaela, ale ostatecznie po koncertach, reedycji płyty "Thor" i jednym nowym nagraniu ogłosili zakończenie działalności, by następnie skorygować je do zawieszenia. Zatem ostatnia nadzieja w częstochowskim Mordorze. Dzięki premierze nowego nagrania jest jeszcze szansa.


Od czasu wznowienia działalności mijają teraz trzy lata, przez które muzycy zbytnio nas nie rozpieszczali. Owszem, tu i ówdzie nadarzała się sporadyczna sposobność zobaczenia zespołu na żywo, ale w zasadzie to wszystko. Teraz jednak nadzieje odżywają na nowo, gdyż częstochowianie udostępnili pierwsze nagranie z bliżej niekreślonego wydawnictwa "Promo 2015". Kompozycja "Darkness Falls" to niewątpliwe odejście od progresywnego grania, pamiętanego z czasów "The Earth", i powrót do korzeni, w nieco uwspółcześnionej formule. Słowem, ciężko, mrocznie i posępnie. Oby przełożyło się to na regularną płytę wypełnioną premierowymi nagraniami. Wszyscy wspominający kultowe "Prayer to..." powinni być zadowoleni. Czas pokaże, pokaże, czy wyniknie z tego coś więcej. Oby.

wtorek, 24 lutego 2015

Nieco zapomniana przeszłość

Fakt zbliżania się wielkimi krokami daty premiery nowej studyjnej płyty Neolith przypomniał mi o zerwanej i mocno już zakurzonej taśmie "Trips Through Time and Loneliness", wydanej jedynie na kasecie kompilacji demówek muzyków z Leska. Mimo że posiadam również zdigitalizowaną po latach wersję tego wydawnictwa, to w żaden sposób nie potrafiłbym pozbyć się tego bezużytecznego już kawałka plastiku. Ostatecznie w jakiejś mierze to fragment historii rodzimej sceny, i to tym bardziej, że obecnie, a w praktyce od już wielu lat, Neolith gra zupełnie inaczej. Mierząc czas samymi wydawnictwami, można powiedzieć, że od 2004 r. muzycy bezlitośnie hałasują na deathmetalową nutę. Na mającej ukazać się 2 marca "Izi.Im.Kurnu-Ki" nie będzie inaczej, a nawet jeszcze szybciej i ciężej. Jednak śpieszenie się ku uciesze diabła nie zawsze było domeną Neolith.

Neolith w 1993 r.  /  Fot.facebook.com/neolith
Początki zespołu to 1991 r., a zatem czas, gdy w rodzimym podziemiu niepodzielnie królowały death i thrash metal. Jednak lada moment fala klimatycznego grania miała dotrzeć także do Polski. I dotarła, co w jakiejś mierze dało się usłyszeć również na surowym "Death Comes Slow", debiutanckim demo Neolith. Stało się tak w znacznej mierze dzięki licznym zwolnieniom, melodyjnym partiom gitar oraz skromnym śladom klawiszy i wokalom niejakiej Moniki. Te nastrojowe fragmenty były jednak zaledwie uzupełnieniem wspomnianego deathowo-thrashowego punktu wyjścia. Niemniej taśma spodobała się na tyle, że o zespole zrobiło się głośniej, a rzeczone proporcje niebawem miały ulec zmianie. Nadchodził rok 1995, tak kluczowy także dla rodzimego klimatycznego grania.


Dokładnie połowa ostatniej dekady XX w. to czas ukazania się kultowych dziś wśród sympatyków polskiego doom metalu materiałów demo Sirrah, Atrophia Red Sun, Unnnamed, Melancholy Cry i Nightly Gale. Wówczas wydano również debiutanckie płyty Cemetery of Scream oraz Corruption. Na tej samej fali zwolennikom melancholijnego grania dało się także poznać rzeczone Neolith. Demo "Journeys Inside the Maze of Time" było wyraźnym zwrotem ku atmosferze, która wówczas świeciła największe triumfy. Jeszcze więcej gitarowych melodii i klawiszy oraz wolnych i średnich temp, uzupełnionych szeptanymi wokalami. Słowem, kwintesencja dziś coraz rzadziej praktykowanego gatunku.


Jak się okazało, ta kaseta nie była jedynie incydentem. W 1996 r. muzycy nagrali jeszcze bardziej nastrojowy pięcioutworowy materiał promocyjny, który na tyle spodobał się Ceremony Records, że został wydany na kasecie wraz z niejako wznowieniem "Journeys Inside the Maze of Time". Co ciekawe, partie klawiszy na "Promo '96" nagrywał U.Reck, muzyk doskonale znany z Lux Occulty. Zespół był wówczas na fali wznoszącej. Kaseta wypuszczona przez Ceremony zbierała bardzo dobre recenzje i dobrze się sprzedawała. Jednak czas klimatycznego grania powoli dobiegał końca i siłą rzeczy także zwieńczenie najbardziej nastrojowego rozdziału w historii Neolith.


Paradoksalnie coś kończyło się wraz z debiutanckim "Igne Natura Renovabitur Integra". Wydanej w 1998 r., wreszcie na kompakcie, pierwszej regularnej płycie Neolith bliżej było do black metalu w stylu Lux Occulty niż mocno doomowej przeszłości zespołu. Owszem, wciąż melodyjnie, bardzo klawiszowo, z dużą dawką nastroju, ale jednak agresywniejsze partie wokalne i bardziej surowe brzmienie zwiastowały zmianę. Dobre recenzje w kraju i za granicą nie mogły dziwić. Nawet dziś przyjemnie słucha się tego wydawnictwa, wspominając schyłek lat 90. Niemniej to był koniec. Bardzo liczne zmiany w składzie nie mogły nie odcisnąć piętna na stylistyce grupy. Począwszy na wydanym w 2004 r. "Immortal", a na nadchodzącej premierze "Izi.Im.Kurnu-Ki" skończywszy, mamy do czynienia z muzyką śmierci,  miejscami mniej bądź bardziej kojarząca się z black metalem. Trudno się dziwić. W Polsce muzyczna ekstrema zawsze cieszyła się dużą dozą sympatii, natomiast szeroko rozumiane klimatyczne granie co najwyżej stanowiło margines, a teraz nawet zeszło nie tyle do Hadesu, co wręcz Tartaru. Odsuwając jednak te rozważania gdzieś na bok, trzeba przyznać, że Neolith miało swój niezaprzeczalny udział w współtworzeniu muzycznej rodzimej historii lat 90. Czy szkoda, że już tak nie gra? Bynajmniej. To definitywnie zamknięty rozdział, ale przyjemnie byłoby posiadać kompaktowe wznowienie chociażby "Trips Through Time and Loneliness". Mało realne, choć nie niemożliwe.