środa, 18 marca 2015

Post rock po raz trzeci

Trudno nie być pod wrażeniem punktualności i konsekwencji włodarzy internetowej społeczności Post-rock.PL. Skutecznie skupili wokół sobie niemałe grono rodzimych sympatyków gitarowego grania, z powodzeniem organizują koncerty polskich i zagranicznych grup oraz sprawiają, że poznajemy ciekawych krajowych wykonawców na dość wczesnym etapie ich działalności. A gdzie w tym wszystkim wspomiana punktualność? W dacie ukazania się trzeciej części kompilacji prezentujących naszych przedstawicieli post rocka, post metalu i wszelkich dźwiękowych okolic. 

Okładka "The Landscape After the Flood"
Zaczęło się w marcu 2013 r. od cyfrowego zestawienia 24 wykonawców pod tytułem "Lights and Air". W lutym następnego roku, skłonieni olbrzymim zainteresowaniem, autorzy kompilacji wydali już na fizycznym nośniku dwupłytową "Cold Wind is the Promise of a Storm", której nakład rozszedł się niemal w całości. Teraz zaś, niemal dokładnie rok później, w nasze ręce, ponownie na dwóch krążkach, trafia "The Landscape After the Flood". Wysoki poziom wydawniczej serii został podtrzymany. Na śmiałym pomyśle raz jeszcze skorzystali wszyscy. Środowisko otrzymało kolejny integrujący impuls. Zespoły poszerzyły swoje dyskografie, otrzymały też egzemplarze, które mogą rozprowadzać na koncertach wraz ze swoimi wydawnictwami. My zaś możemy nabyć bardzo rzetelnie przygotowaną i przyjemnie dla oka wydaną płytę w zaskakująco skromnej cenie, porównywalnej z równowartością butelki popularnego niegazowanego trunku. A żeby tego było mało, każdy chętny może pozyskać cyfrowy odpowiednik krążków bez jakichkolwiek zobowiązań. W zasadzie same zalety.


A co z muzyką? Największą zaletą tego wydawnictwa jest oczywiście faktycznie pokaźna liczba młodych wykonawców, których nazwy w komplecie kojarzą co najwyżej najbardziej wtajemniczeni z kręgu Post-rock.PL lub absolutni maniacy gatunku, każdą wolną chwilę poświęcający na poszukanie kolejnych debiutantów. Choć oczywiście w zestawieniu nie zabrakło kilku rozpoznawalnych już wykonawców, jak chociażby bielska Moanna, wareckie Maszyny i Motyle, krakowski Fleshworld, coraz śmielej poczynające sobie warszawskie The Frozen North, czy np. również stołeczny Moonglass, poboczny projekt dwóch muzyków Tides Fron Nebula. Oprócz dużego zróżnicowania pod względem stażu zestawionych grup, "The Landscape After the Flood" charakteryzuje się również niemałym wachlarzem stylistycznym. Dominuje oczywiście post rock, ale on przecież niejedno ma imię. Jest lżej, ciężej, mniej bądź bardziej gitarowo. Znajdą się również elektronika, smyczki, trąbki, przestrzenne klawisze oraz instrumentalne i w zasadzie piosenkowe utwory, a nawet dźwięki nawiązujące do progresywnego grania. Post metal i gitarowy industrial także mają tu swoich przedstawicieli.


Z dziennikarskiego punktu widzenia ta kompilacja to rzecz bezcenna, będąca równie wartościową dla fanów rodzimych przedstawicieli gatunku. Wszak świeżej krwi i nowych pomysłów nigdy za wiele, a w końcu na dwóch płytach "The Landscape After the Flood" w znacznej mierze znajdziemy grupy, których muzycy nie cieszyli się jeszcze z regularnego debiutu. W większości to nagrania z materiałów demo, singli i pomniejszych wydawnictw, czasem szumnie nazywanych epkami, często opublikowanych jedynie w wersji cyfrowej. Jest zatem w czym wybierać. Minione dwa lata pokazały, że co ciekawsze zespoły, wychwycone przez układających dotychczasowe kompilacje, dopięły swego i dotarły do szerszej grupy odbiorców. W tym przypadku z pewnością będzie podobnie, gdyż potencjał jest, i to duży. A co za rok? Czwarta część? Być może. W stosownym momencie spojrzymy w kalendarz i odpowiemy sobie na pytanie, czy formuła już się wyczerpała, czy może jeszcze nie. W każdym razie, spotykając na koncercie lub ulicy pomysłodawców serii, warto uchylić kapelusza. Udało im się stworzyć coś wartościowego, czym możemy pochwalić się również poza granicami Polski. Cyfrową wersję kompilacji możecie bezpłatnie pobrać tutaj.

Lista wykonawców


CD 1

1. Warm Shelter - Far From The Stars
2. Frondibus - The Splitting Prism
3. Moanaa - Lit
4. Ennoven - Celestial
5. Spiral - Dive
6. Maszyny i Motyle - Artefakty
7. The Frozen North - Movement of Empires
8. Backbone - Cathedral
9. nespaperflyhunting - 3 words   
10.Miro - Be There

CD 2

11. Moonglass - Red in Azure
12. Sekta Denta - Beatrap
13. Tsima - Split
14. Craith - Maedr
15. HOAP - Noise
16. Signal From Europa - Pandorum
17. Foma - Podró­ż, której nie było
18. The Last Cube Of Sugar - You
19. Fleshworld - Rezygnacja
20. Paweł Oleksiński - 夢mèng
21. Eaten Sun - Loneliness of the Moon

piątek, 13 marca 2015

Podskórna muzyka

Rodzime dark independent ma się relatywnie dobrze. Dosłownie i przenośni żyje sobie w cieniu. Ludzie chodzą na koncerty i imprezy, muzycy grają i komponują, a i raz do roku za sprawą Castle Party o scenie zrobi się na tyle głośniej, że mogą o niej usłyszeć także przypadkowi fani takiej czy innej muzyki. W praktyce na co dzień to jednak podziemie. O tym, co się dzieje, wiedzą jedynie ci, którzy chcą wiedzieć. Oczywiście,  nie ma tu żadnej tajemnicy, ale z drugiej strony, by trafić w odpowiednie miejsce, trzeba choćby odrobiny chęci lub znajomego, który poda kilka adresów i podrzuci kilka płyt. I tak wszystko się toczy, gdzieś na obrzeżach rodzimej fonografii. A dlaczego o tym wspominam? Po pierwsze, gdyż dość często słyszę pytania od młodszych słuchaczy, gdzie dokładnie szukać takiej muzyki, zwłaszcza tej nagranej przez rodzimych wykonawców. A po drugie? Jest i czysto wydawniczy pretekst pochylenia się nad tematem, ściśle związany z pewnym nagraniem demo.
Void  /  Fot.  facebook.com/0undertheskin
Deathcamp Project zna dziś, lub przynajmniej kojarzy, niemal każdy, kto w tym kraju sięga po szeroko rozumiane gotyckie lub zimnofalowe dźwięki. Panowie Void i Betrayal wyrobili sobie markę i mniej bądź bardziej intensywnie kontynuują działalność, spotykając się także ciepłym przyjęciem za zagranicą. Jednak najwyraźniej teraz nadszedł czas na coś jeszcze. Pierwszy z rzeczonych muzyków opublikował nagranie zwiastujące czteroutworową epkę. Poniższa kompozycja "Cold" to premierowy przejaw działalności jego solowego projektu  Undertheskin.



Teoretycznie pięć minut muzyki to niewiele, ale w tym przypadku wystarczająco dużo, byśmy mieli pojęcie, czego możemy się spodziewać. Wydaje się, że w założeniu Undertheskin nie ma być przesadnie odkrywcze, lecz solidnie nawiązywać do różnych zakątków gatunku, na post punku i zimnej fali począwszy, a dark wave skończywszy. Idąc tym tropem, trzeba przyznać, że pomysł zapowiada się interesująco. Jest nieco przebojowo i przede wszystkim zimno, czego w tym kraju zdecydowanie częściej doświadczamy po wyjściu z domu, niż włożeniu płyty do odtwarzacza. A szkoda. Więcej z pewnością dowiemy się wkrótce, zaś tym czasem w razie potrzeby każdy chętny może pobrać "Cold". Void udostępnił nagranie bez ograniczeń.

niedziela, 8 marca 2015

Kielich wspomnień

W 1999 r. za pośrednictwem popularnego serwisu aukcyjnego nabyłem płytę "The Time of Knight's Return" niejakiej krakowskiej Lacrimy. Przypadkiem okazało się, że to skromne wydawnictwo cd-r, jakością zdecydowanie bardziej przypominające demo niż pełnoprawny album, pozyskałem bezpośrednio od Kuby Morawskiego, czyli gitarzysty i wokalisty rzeczonej grupy. Przyjemne dla ucha melancholijne doomowe dźwięki przypadły mi do gustu i od tamtej pory zacząłem obserwować poczynania krakowian. Śledziłem niezliczone zmiany składu, przerywanie i wznawianie działalności oraz rodzące się w bólach kolejne samodzielnie wydawane krążki. W tym wszystkim największe wrażenie robiła na mnie może nie tyle sama muzyka, choć zawsze miałem do niej sentyment, co raczej upór i potencjalne wyrzeczenia jednego człowieka. Tym razem doprowadziło to do ukazania się "A Story from Limbo", specjalnego wydawnictwa podsumowującego umowne 18 lat istnienia Łzy. Umowne, bo rzeczywiste początki Lacrimy to połowa lat 90.

Kuba Morawski  /  Fot. facebook.com/lacrimapl
To wydawnictwo w znacznej mierze ucieszy wszystkich dobrze pamiętających rozwój muzycznych wypadków ostatniej dekady XX w. oraz młodszych, poszukujących czegoś, czego obecnie raczej się nie gra. Na "A Story from Limbo" składa się jedenaście na nowo nagranych kompozycji, w znacznej mierze pochodzących z debiutanckiego demo "Prisoners of Time", które nota bene mało kto w ogóle miał w rękach, oraz wspominanej wcześniej płyty "The Time of Knight's Return". Zestawienie uzupełniają nagrania z epki "Innocent Incarnations" oraz zamykające całość "Alar Shadows" z wydanego w 2011 r. albumu "Old Man's Hands".


Wszystkie te kompozycje, głównie fakt ponownego ich nagrania, to wyraz czystego sentymentu oraz tkwiącej gdzieś w środku tęsknoty za ostatnią dekadą ubiegłego stulecia, gdy nie liczyło się pędzenie w ku uciesze diabła, lecz prym wiodły melodia, nastrój i refleksja. Z pewnością w jakiejś mierze to także spełnienie dla Kuby Morawskiego i poukładanie dość zagmatwanej przeszłości zespołu, pełnej przeciwności losu i zawirowań personalnych. Ostatecznie zaś za sprawą "A story from Limbo" udało się również ocalić nieco starszych nagrań, które przepadłyby bez wieści na nienadających się już o użytku płytach cd-r i dla większości osób pozostałyby jedynie wzmianką w biografii zespołu. Szczęśliwie stało się inaczej. 



Z dzisiejszego punktu widzenia Lacrima gra wręcz archiwalno-muzealną muzykę, ale wątpię by krakowianie chcieli grać inną. Trudno nie odnieść wrażenia, że w istocie to kolektyw fanów klimatycznego grania grających dla fanów takich dźwięków. Co w tym złego? Nic. Są konkretni nadawcy i konkretni odbiorcy. Inna sprawa, że tak już się nie gra, zatem paradoksalnie w jakiejś mierze "A Story from Limbo" mocno zyskuje. Idąc za tytułem jednego z utworów Lacrimy, można by powiedzieć, że to wydawnictwo pozostaje kielichem wspomnień. Wystarczy się z niego napić, a przeszłość wróci sama. Odsłuch całej kompilacji znajdziecie tutaj. A co więcej, obecnie dzięki decyzji muzyków możecie ją pobrać bez finansowych zobowiązań. Z kolei co bardziej dociekliwi mogą również rozejrzeć się za fizycznymi egzemplarzami.

wtorek, 3 marca 2015

Iskra jeszcze się tli

Ostatnimi czasy reaktywacje rodzimych legend lat 90. niestety wzbudzają znacznie więcej zawodu i rozczarowań niż przyjemności z powrotu do starych, dobrych czasów. Muzycy Sirrah narobili wokół siebie dużego medialnego zamieszania, budząc olbrzymi sentyment i nadzieje. Od tamtej chwili mijają teraz dwa lata. Skończyło się na cyfrowym singlu i zamilknięciu na dobre. Nieco więcej muzycznych wrażeń dostarczyli nam płocczanie z Hazaela, ale ostatecznie po koncertach, reedycji płyty "Thor" i jednym nowym nagraniu ogłosili zakończenie działalności, by następnie skorygować je do zawieszenia. Zatem ostatnia nadzieja w częstochowskim Mordorze. Dzięki premierze nowego nagrania jest jeszcze szansa.


Od czasu wznowienia działalności mijają teraz trzy lata, przez które muzycy zbytnio nas nie rozpieszczali. Owszem, tu i ówdzie nadarzała się sporadyczna sposobność zobaczenia zespołu na żywo, ale w zasadzie to wszystko. Teraz jednak nadzieje odżywają na nowo, gdyż częstochowianie udostępnili pierwsze nagranie z bliżej niekreślonego wydawnictwa "Promo 2015". Kompozycja "Darkness Falls" to niewątpliwe odejście od progresywnego grania, pamiętanego z czasów "The Earth", i powrót do korzeni, w nieco uwspółcześnionej formule. Słowem, ciężko, mrocznie i posępnie. Oby przełożyło się to na regularną płytę wypełnioną premierowymi nagraniami. Wszyscy wspominający kultowe "Prayer to..." powinni być zadowoleni. Czas pokaże, pokaże, czy wyniknie z tego coś więcej. Oby.

wtorek, 24 lutego 2015

Nieco zapomniana przeszłość

Fakt zbliżania się wielkimi krokami daty premiery nowej studyjnej płyty Neolith przypomniał mi o zerwanej i mocno już zakurzonej taśmie "Trips Through Time and Loneliness", wydanej jedynie na kasecie kompilacji demówek muzyków z Leska. Mimo że posiadam również zdigitalizowaną po latach wersję tego wydawnictwa, to w żaden sposób nie potrafiłbym pozbyć się tego bezużytecznego już kawałka plastiku. Ostatecznie w jakiejś mierze to fragment historii rodzimej sceny, i to tym bardziej, że obecnie, a w praktyce od już wielu lat, Neolith gra zupełnie inaczej. Mierząc czas samymi wydawnictwami, można powiedzieć, że od 2004 r. muzycy bezlitośnie hałasują na deathmetalową nutę. Na mającej ukazać się 2 marca "Izi.Im.Kurnu-Ki" nie będzie inaczej, a nawet jeszcze szybciej i ciężej. Jednak śpieszenie się ku uciesze diabła nie zawsze było domeną Neolith.

Neolith w 1993 r.  /  Fot.facebook.com/neolith
Początki zespołu to 1991 r., a zatem czas, gdy w rodzimym podziemiu niepodzielnie królowały death i thrash metal. Jednak lada moment fala klimatycznego grania miała dotrzeć także do Polski. I dotarła, co w jakiejś mierze dało się usłyszeć również na surowym "Death Comes Slow", debiutanckim demo Neolith. Stało się tak w znacznej mierze dzięki licznym zwolnieniom, melodyjnym partiom gitar oraz skromnym śladom klawiszy i wokalom niejakiej Moniki. Te nastrojowe fragmenty były jednak zaledwie uzupełnieniem wspomnianego deathowo-thrashowego punktu wyjścia. Niemniej taśma spodobała się na tyle, że o zespole zrobiło się głośniej, a rzeczone proporcje niebawem miały ulec zmianie. Nadchodził rok 1995, tak kluczowy także dla rodzimego klimatycznego grania.


Dokładnie połowa ostatniej dekady XX w. to czas ukazania się kultowych dziś wśród sympatyków polskiego doom metalu materiałów demo Sirrah, Atrophia Red Sun, Unnnamed, Melancholy Cry i Nightly Gale. Wówczas wydano również debiutanckie płyty Cemetery of Scream oraz Corruption. Na tej samej fali zwolennikom melancholijnego grania dało się także poznać rzeczone Neolith. Demo "Journeys Inside the Maze of Time" było wyraźnym zwrotem ku atmosferze, która wówczas świeciła największe triumfy. Jeszcze więcej gitarowych melodii i klawiszy oraz wolnych i średnich temp, uzupełnionych szeptanymi wokalami. Słowem, kwintesencja dziś coraz rzadziej praktykowanego gatunku.


Jak się okazało, ta kaseta nie była jedynie incydentem. W 1996 r. muzycy nagrali jeszcze bardziej nastrojowy pięcioutworowy materiał promocyjny, który na tyle spodobał się Ceremony Records, że został wydany na kasecie wraz z niejako wznowieniem "Journeys Inside the Maze of Time". Co ciekawe, partie klawiszy na "Promo '96" nagrywał U.Reck, muzyk doskonale znany z Lux Occulty. Zespół był wówczas na fali wznoszącej. Kaseta wypuszczona przez Ceremony zbierała bardzo dobre recenzje i dobrze się sprzedawała. Jednak czas klimatycznego grania powoli dobiegał końca i siłą rzeczy także zwieńczenie najbardziej nastrojowego rozdziału w historii Neolith.


Paradoksalnie coś kończyło się wraz z debiutanckim "Igne Natura Renovabitur Integra". Wydanej w 1998 r., wreszcie na kompakcie, pierwszej regularnej płycie Neolith bliżej było do black metalu w stylu Lux Occulty niż mocno doomowej przeszłości zespołu. Owszem, wciąż melodyjnie, bardzo klawiszowo, z dużą dawką nastroju, ale jednak agresywniejsze partie wokalne i bardziej surowe brzmienie zwiastowały zmianę. Dobre recenzje w kraju i za granicą nie mogły dziwić. Nawet dziś przyjemnie słucha się tego wydawnictwa, wspominając schyłek lat 90. Niemniej to był koniec. Bardzo liczne zmiany w składzie nie mogły nie odcisnąć piętna na stylistyce grupy. Począwszy na wydanym w 2004 r. "Immortal", a na nadchodzącej premierze "Izi.Im.Kurnu-Ki" skończywszy, mamy do czynienia z muzyką śmierci,  miejscami mniej bądź bardziej kojarząca się z black metalem. Trudno się dziwić. W Polsce muzyczna ekstrema zawsze cieszyła się dużą dozą sympatii, natomiast szeroko rozumiane klimatyczne granie co najwyżej stanowiło margines, a teraz nawet zeszło nie tyle do Hadesu, co wręcz Tartaru. Odsuwając jednak te rozważania gdzieś na bok, trzeba przyznać, że Neolith miało swój niezaprzeczalny udział w współtworzeniu muzycznej rodzimej historii lat 90. Czy szkoda, że już tak nie gra? Bynajmniej. To definitywnie zamknięty rozdział, ale przyjemnie byłoby posiadać kompaktowe wznowienie chociażby "Trips Through Time and Loneliness". Mało realne, choć nie niemożliwe.

wtorek, 17 lutego 2015

Wampir z Myśliwieckiej

Wbrew wszelkim znakom na niebie i ziemi na swój sposób Tomasz Beksiński wciąż żyje. Pomijając nawet wydaną w ubiegłym roku głośną książkę "Beksińscy" Magdaleny Grzebałowskiej, wystarczy zajrzeć do rodzimych zasobów globalnej sieci. Pełno w nich mniejszych lub większych wspomnieniowych tekstów, a z każdym rokiem przecież przybywa kolejnych. Nie brakuje także sposobności obejrzenia poświęconych mu filmów dokumentalnych oraz posłuchania tego najważniejszego, czyli audycji, ze szczególnym uwzględnieniem tej ostatniej, nadanej w nocy z 11 na 12 grudnia 1999 r. W ten sposób mit o wampirze z ul. Myśliwieckiej wciąż jest podtrzymywany i nic nie wskazuje na to, by pamięć o dziennikarzu i tłumaczu miała zaniknąć. Wręcz przeciwnie, teraz dowiaduje się o nim jeszcze więcej osób, m.in. za sprawą wydanej 2 lutego płyty "Tomasz Beksiński - In memoriam"

Tomasz Beksiński  /  Fot. Zdzisław Beksiński
To nie pierwsze tego typu wydawnictwo. W 2011 r. ukazał się album Ome, projektu powstałego w wyniku współpracy muzyków Omni i Macieja Januszko z grupy Mech. W ten sposób narodziła się inicjatywa, pod której szyldem nagrano dziesięć kompozycji, a w ośmiu z nich wykorzystano teksty napisane przez Tomasza Beksińskiego jeszcze w latach 80. Teraz w jakimś sensie jest podobnie, ale z drugiej strony jakże inaczej. Chodzi już nie tylko o człowieka i przypadającą w minionym grudniu 15. rocznicę jego samobójczej śmierci. W tym wypadku kluczowe jest również wspomnienie tego, co działo się na antenie, gdy popularny Beksa zasiadał przy mikrofonie. "In memoriam" to wybór czternastu kompozycji, które syn Zdzisława Beksińskiego prywatnie bardzo lubił i niejednokrotnie prezentował w swoich audycjach. Zestawienia nagrań dokonali dziennikarze Trójki oraz słuchacze.

Okładka "Tomasz Beksiński - In memoriam"
Mimo że każdy pamiętający "Trójkę pod księżycem" miałby własny klucz przy doborze wykonawców, to jednak trzeba przyznać, że jest on dość trafny. Owszem, brakuje chociażby Petera Hammilla, Clan of Xymox, czy fragmentu któregoś z wręcz niekończących się nagrań Devil Doll, niemniej w większości zestawień z pewnością widniałoby co najmniej kilka powtarzających się nagrań, które znajdziemy na "In memoriam". Trudno wyobrazić sobie tę płytę bez Lacrimosy, The Legendary Pink Dots, Marillion oraz rodzimych Closterkeller i Abraxas. Najważniejsze jednak, że nie zabrakło "Stationary Traveller" Camel, którym Tomasz Beksiński pożegnał się ze słuchaczami, najpewniej dobrze wiedząc, że niebawem odbierze sobie życie. Wiele z tych zespołów zawdzięcza Beksińskiemu coś bezcennego - popularność, która trwa do dziś. Gdyby nie tłumacz skeczów Monty Pythona, po ich płyty dziś mogłoby sięgać o wiele mniej osób.
Tomasz Beksiński  /  Fot. Wikipedia
Dużą zaletą "In Memoriam" jest jej wydanie, a w zasadzie pozamuzyczna zawartość.W książeczce znalazły się wspomnienia o Tomaszu Beksińskim, spisane przez znanych z anteny z Trójki Piotra Kosińskiego, Piotra Stelmacha i Marka Niedźwiedzkiego. Nie zabrakło anegdot i osobistych wyznań. Oprócz rzeczonych radiowców znalazło się także słowo od Anji Orthodox, prywatnie przyjaciółki Tomasza Beksińskiego, oraz Wiesława Weissa, niegdyś redaktora naczelnego miesięcznika "Tylko Rock", dziś "Teraz Rock". Ten ostatni przytoczył ciekawe zdarzenie. Otóż przy okazji zamkniętego przedpremierowego odsłuchu "Fassade" Lacrimosy, podszedł do niego Tilo Wolff, poruszony śmiercią dziennikarza Polskiego Radia. Biorąc pod uwagę, jak wiele Niemiec zawdzięczał synowi słynnego malarza, trudno uwierzyć, że panowie nigdy nie poznali się osobiście. A jednak. Co ważne, oprócz wspomnień w książeczce pojawiły się również szczegółowe informacje na temat każdego z czternastu nagrań składających się na "In memoriam".


Oprócz rzeczonych walorów ta kompilacja ma jednak jedną olbrzymią wadę. Pośród całej tej znakomitej muzyki zwyczajnie zabrakło tego najważniejszego - głosu Tomasza Beksińskiego. A wystarczyło przecież zrezygnować z jednego utworu, by zamieścić chociażby jego słowa wypowiedziane na zakończenie ostatniej audycji. Nie byłoby lepszego podsumowania, zwieńczenia i puenty tego wydawnictwa. W obliczu takiego zabiegu każde wypowiedziane słowo, czy chociażby jeden dźwięk byłyby absolutnie zbędne. Szkoda, gdyż w nasze ręce trafia dobra, ale mimo wszystko jedynie kompilacja poświęcona pamięci radiowca, tłumacza, sympatyka grozy, horrorów i członka swobodnego w byciu, acz sformalizowanego na papierze, związku wampirów. Z pewnością wielu do dziś marzy się posiadanie profesjonalnego zapisu czterogodzinnej i zarazem ostatniej audycji z grudnia 1999 r. lub chociażby słynnej "Nocy z Lacrimosą". Nie dziś i nie jutro, ale może kiedyś.

Lista nagrań z "In  memoriam"

1. The Legendary Pink Dots - Neon Mariners (fragment)
2. The Sisters of Mercy - Lucretia My Reflection
3. Lacrimosa - Halt Mich   
4. Deine Lakaien - The Game
5. Galahad - Julie Anne   
6. Fish - Vigil   
7. Collage - Living In The Moonlight
8. Closterkeller - Violette
9. Abraxas - Pokuszenie
10. Marillion - Sugar Mice
11. Jethro Tull - Living In The Past
12. Cockney Rebel - Sebastian
13. The Alan Parsons Project - Ammonia Avenue
14. Camel - Stationary Traveller

piątek, 13 lutego 2015

Rozmowa z Antonim Budzińskim

Ten trójmiejski muzyk nigdy nie śpieszył się z wydawaniem płyt pod szyldem Klimt. Debiutanckie "Jesienne odcienie melancholii" ukazały się w 2007 r., drugi album "Agape" cztery lata później, zaś w miniony poniedziałek,tj. 9 lutego, po kolejnych czterech wiosnach doczekaliśmy się "Genesy". Los chciał, że dokładnie tydzień później w Waszej obecności będę miał przyjemność porozmawiania z samym zainteresowanym. Pytań z pewnością nie zabraknie, gdyż trzecie wydawnictwo Klimt zdecydowanie różni się od poprzednich. Do usłyszenia.

Antoni Budziński  /  Fot. Paweł Budziński/facebook.com/klimtpl

wtorek, 10 lutego 2015

Trzy utwory na początek

Dobrze pamiętam, jak niespełna dekadę temu w moich rękach znalazła się kompilacja "Dark East Music Meeting 2005". Trafiły na nią nagrania niezależnych wykonawców z Europy Wschodniej, w tym siłą rzeczy także tych znad Wisły, nierzadko dotychczas niepublikowane lub w wersji demo. Nazwy takie jak Daimonion, God’s Own Medicine, No Signal Detected i D'Archangel  dziś mówią coś większości stałych bywalców Castle Party. I choć różne były i są losy tych grup, to teraz warto o nich przypomnieć w kontekście ukazania się debiutanckiej epki Hidden By Ivy, projektu Rafała Tomaszczuka z nieistniejącego już Agonised By Love i Andrzeja Turaja z wciąż aktywnego God's Own Medicine.

Hidden by Ivy  /  Fot. www.facebook.com/hiddenbyivy
Skromne cyfrowe wydawnictwo "To Abandon" to zapowiedź mającej ukazać się jesienią regularnej płyty. A że od czegoś trzeba zacząć, teraz muzycy udostępnili trzy nagrania. To niespełna 20 minut zróżnicowanej gatunkowo muzyki, choć jednocześnie utrzymanej w określonym tonie, doskonale znanym z klasyków wytwórni 4AD. Dominują tu przede wszystkim spokój oraz oniryczna i refleksyjna atmosfera. Wyjątkiem pozostają momenty opracowania "Searching" pamiętanego z Clan of Xymox Petera Nootena oraz Michaela Brooka. Całość zaś ciekawie spaja solidna produkcja, dzięki czemu dźwiękowa i kompozycyjna estetyka pozostaje mocną stroną tej epki.


Skojarzeń jest wiele i nie ma zbytniego sensu rozwodzić się nad wyraźnie słyszalnymi inspiracjami. Muzycy otwarcie przyznają się do czerpania garściami z dorobku wspomnianej 4AD i na tym można poprzestać. No może poza jednym subtelnym uśmiechem na myśl o "Shadows of The Sun" Ulver. Ważniejsze jest jednak tutaj bardzo przyjemne dla ucha wykorzystane instrumentarium i wynikający z niego gatunkowy eklektyzm. Rock miesza się z darkwave, ambientem, także art popem i szeroko rozumianym gotykiem. Nie ma tu agresji i nachalności. Nic i nikt nie narzuca się. Barwa głosu Rafała Tomaszczuka może nie wszystkim i nie od razu przypadnie do gustu, ale trudno zaprzeczyć, że w znacznej mierze pasuje do tej muzyki. Brzmi czysto i charakterystycznie. Łatwo ją rozpoznać.


Nie jest to muzyka wyłącznie dla posępnych blado-czarnych ortodoksów zaparzonych w blask księżyca. Z drugiej zaś strony nie sposób jednoznacznie stwierdzić, że "The Abandon" to umyślnie przygotowana produkcja mająca na celu przede wszystkim szybkie i łatwe dotarcie do szerszego grona odbiorców. Śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że na debiucie Hidden By Ivy i jedni i drudzy znajdą dla dla siebie. Choć oczywiście byłoby to zdecydowanie prostsze i klarowniejsze, gdybyśmy mieli do czynienia z regularną płytą, a nie trzyutworową epką, na której i tak jest przecież jeden cover. Słowem, brzmi to obiecująco. Zaczekajmy jednak do jesieni. Wówczas będzie można powiedzieć zdecydowanie więcej.

piątek, 6 lutego 2015

Pół tysiąca audycji

Trudno powiedzieć, jak to się stało. Zwyczajnie? Z pewnością, ale sam fakt, że w ogóle do tego doszło już jest zadziwiający. Idąc po raz pierwszy do studia przy ul. Bednarskiej, nie mogłem tego przewidzieć. Wówczas sądziłem, że rok w eterze to i tak będzie dużo, a w najlepszym wypadku dotrwam do końca studiów. Stało się jednak inaczej. W najbliższy poniedziałek usłyszymy się po raz 500. Nie przepadam za podsumowaniami, ale w tym momencie nie sposób nie odnieść się do pół tysiąca naszych spotkań, wspólnego słuchania płyt, odbierania telefonów, odpisywania na Wasze listy i ostatecznie wszystkich tych zarwanych nocy. Dlatego pozwoliłem sobie zajrzeć do archiwalnych wywiadów i starych wydawnictw oraz przygotować nieco historii i anegdot dotyczących rodzimych i zagranicznych muzyków. To będą szczególne Melodie. Do usłyszenia.

Fot. Wojtek Dobrogojski

wtorek, 3 lutego 2015

Hałas maszyny, trzepot motyla

Pewnego wieczoru podczas przeczesywania muzycznych zasobów rodzimego internetu moją uwagę przyciągnął tytuł "Koniec Kubicy" niejakiego kolektywu Maszyny i Motyle. Klikając, spodziewałem się wówczas instrumentalnego post rocka lub czegoś pokroju Mogwai. Jakież zatem było moje zdziwienie, gdy nagle rozległy się surowe, mechaniczne i bezduszne partie gitar, niemalże dosłownie udarowo wwiercające się w moją głowę. Siłą rzeczy zapamiętałem tytuł nagrania oraz pełną kontrastu nazwę zespołu. Od tego zdarzenia minęło kilka lat i oto teraz, ku niemałemu zaskoczeniu, w radiowej przegródce znalazłem debiutancki album wareckich muzyków. Od początku działalności nie oszczędzali zdrowia ani przypadkowych internetowych słuchaczy, ani swoich bardziej świadomych sympatyków. Jak nietrudno się domyślić, nie oszczędzają ich także teraz, i to do bólu.

Maszyny i Motyle  /  Fot. Anna Łuszczyk
"Panoptikon" to niespełna godzina kucia ścian, wiercenia dziur, lutowania układów scalonych, hałasu zawieszonego komputera, uderzania w klawiaturę oraz wszelkich odgłosów maszyn, raczej bez motyli, które można wygenerować przy pomocy dwóch gitar, basu i odpowiedniego oprogramowania. To strunowy industrial bez najmniejszej taryfy ulgowej, choć gdyby muzycy chcieli poigrać z naszymi uszami jeszcze bardziej, to tylko kaprys dzieliłby ich od ściany w postaci noise, drone i antymuzyki samej w sobie. Słuchając tego kontrolowanego dźwiękowego chaosu, nietrudno wyobrazić sobie kogoś przetrzymywanego w tytułowym więzieniu filozofa, krążącego po korytarzach w nadziei odlezienia wyjścia. Nic z tego. Taki jegomość cały czas jest obserwowany przez strażnika, o czym szalenie trafnie przypomina lustrzana okładka fizycznego wydania "Panoptikonu", w której każdy z nas może zobaczyć swoje, nomen omen, zniekształcone odbicie.

Lustrzana okładka "Panoptikonu"  /  Fot. facebook.com/maszynyimotyle
Trzeba mieć odwagę, żeby tak grać, nagrywać takie płyty i starać się przyciągać ludzi na koncerty. W kontekście muzyki tak trudnej w odbiorze trudno mówić o jakichkolwiek zewnętrznych kompromisach, co z kolei w tym przypadku nam słuchaczom gwarantuje autentyczność odgłosów pracy maszyn i trzepotu skrzydeł motyli. Konsekwencja i upór na takim polu zasługują na szacunek, i to niezależnie od muzycznych preferencji. A przy okazji warto wspomnieć o jeszcze jednym. W pracach nad "Panoptikonem" brali udział Jacek Sokołowski i Małgorzata Florczak z reaktywowanego niedawno płockiego Rigor Mortiss. Czyżby rodzimy gitarowy industrial miał mieć niebawem swoje kolejne pięć minut? Na pewno nie w szerszej skali, ale maniacy połamanych, fabrycznych i niemalże matematycznych dźwięków mają pełne prawo zacierać ręce.