wtorek, 17 lutego 2015

Wampir z Myśliwieckiej

Wbrew wszelkim znakom na niebie i ziemi na swój sposób Tomasz Beksiński wciąż żyje. Pomijając nawet wydaną w ubiegłym roku głośną książkę "Beksińscy" Magdaleny Grzebałowskiej, wystarczy zajrzeć do rodzimych zasobów globalnej sieci. Pełno w nich mniejszych lub większych wspomnieniowych tekstów, a z każdym rokiem przecież przybywa kolejnych. Nie brakuje także sposobności obejrzenia poświęconych mu filmów dokumentalnych oraz posłuchania tego najważniejszego, czyli audycji, ze szczególnym uwzględnieniem tej ostatniej, nadanej w nocy z 11 na 12 grudnia 1999 r. W ten sposób mit o wampirze z ul. Myśliwieckiej wciąż jest podtrzymywany i nic nie wskazuje na to, by pamięć o dziennikarzu i tłumaczu miała zaniknąć. Wręcz przeciwnie, teraz dowiaduje się o nim jeszcze więcej osób, m.in. za sprawą wydanej 2 lutego płyty "Tomasz Beksiński - In memoriam"

Tomasz Beksiński  /  Fot. Zdzisław Beksiński
To nie pierwsze tego typu wydawnictwo. W 2011 r. ukazał się album Ome, projektu powstałego w wyniku współpracy muzyków Omni i Macieja Januszko z grupy Mech. W ten sposób narodziła się inicjatywa, pod której szyldem nagrano dziesięć kompozycji, a w ośmiu z nich wykorzystano teksty napisane przez Tomasza Beksińskiego jeszcze w latach 80. Teraz w jakimś sensie jest podobnie, ale z drugiej strony jakże inaczej. Chodzi już nie tylko o człowieka i przypadającą w minionym grudniu 15. rocznicę jego samobójczej śmierci. W tym wypadku kluczowe jest również wspomnienie tego, co działo się na antenie, gdy popularny Beksa zasiadał przy mikrofonie. "In memoriam" to wybór czternastu kompozycji, które syn Zdzisława Beksińskiego prywatnie bardzo lubił i niejednokrotnie prezentował w swoich audycjach. Zestawienia nagrań dokonali dziennikarze Trójki oraz słuchacze.

Okładka "Tomasz Beksiński - In memoriam"
Mimo że każdy pamiętający "Trójkę pod księżycem" miałby własny klucz przy doborze wykonawców, to jednak trzeba przyznać, że jest on dość trafny. Owszem, brakuje chociażby Petera Hammilla, Clan of Xymox, czy fragmentu któregoś z wręcz niekończących się nagrań Devil Doll, niemniej w większości zestawień z pewnością widniałoby co najmniej kilka powtarzających się nagrań, które znajdziemy na "In memoriam". Trudno wyobrazić sobie tę płytę bez Lacrimosy, The Legendary Pink Dots, Marillion oraz rodzimych Closterkeller i Abraxas. Najważniejsze jednak, że nie zabrakło "Stationary Traveller" Camel, którym Tomasz Beksiński pożegnał się ze słuchaczami, najpewniej dobrze wiedząc, że niebawem odbierze sobie życie. Wiele z tych zespołów zawdzięcza Beksińskiemu coś bezcennego - popularność, która trwa do dziś. Gdyby nie tłumacz skeczów Monty Pythona, po ich płyty dziś mogłoby sięgać o wiele mniej osób.
Tomasz Beksiński  /  Fot. Wikipedia
Dużą zaletą "In Memoriam" jest jej wydanie, a w zasadzie pozamuzyczna zawartość.W książeczce znalazły się wspomnienia o Tomaszu Beksińskim, spisane przez znanych z anteny z Trójki Piotra Kosińskiego, Piotra Stelmacha i Marka Niedźwiedzkiego. Nie zabrakło anegdot i osobistych wyznań. Oprócz rzeczonych radiowców znalazło się także słowo od Anji Orthodox, prywatnie przyjaciółki Tomasza Beksińskiego, oraz Wiesława Weissa, niegdyś redaktora naczelnego miesięcznika "Tylko Rock", dziś "Teraz Rock". Ten ostatni przytoczył ciekawe zdarzenie. Otóż przy okazji zamkniętego przedpremierowego odsłuchu "Fassade" Lacrimosy, podszedł do niego Tilo Wolff, poruszony śmiercią dziennikarza Polskiego Radia. Biorąc pod uwagę, jak wiele Niemiec zawdzięczał synowi słynnego malarza, trudno uwierzyć, że panowie nigdy nie poznali się osobiście. A jednak. Co ważne, oprócz wspomnień w książeczce pojawiły się również szczegółowe informacje na temat każdego z czternastu nagrań składających się na "In memoriam".


Oprócz rzeczonych walorów ta kompilacja ma jednak jedną olbrzymią wadę. Pośród całej tej znakomitej muzyki zwyczajnie zabrakło tego najważniejszego - głosu Tomasza Beksińskiego. A wystarczyło przecież zrezygnować z jednego utworu, by zamieścić chociażby jego słowa wypowiedziane na zakończenie ostatniej audycji. Nie byłoby lepszego podsumowania, zwieńczenia i puenty tego wydawnictwa. W obliczu takiego zabiegu każde wypowiedziane słowo, czy chociażby jeden dźwięk byłyby absolutnie zbędne. Szkoda, gdyż w nasze ręce trafia dobra, ale mimo wszystko jedynie kompilacja poświęcona pamięci radiowca, tłumacza, sympatyka grozy, horrorów i członka swobodnego w byciu, acz sformalizowanego na papierze, związku wampirów. Z pewnością wielu do dziś marzy się posiadanie profesjonalnego zapisu czterogodzinnej i zarazem ostatniej audycji z grudnia 1999 r. lub chociażby słynnej "Nocy z Lacrimosą". Nie dziś i nie jutro, ale może kiedyś.

Lista nagrań z "In  memoriam"

1. The Legendary Pink Dots - Neon Mariners (fragment)
2. The Sisters of Mercy - Lucretia My Reflection
3. Lacrimosa - Halt Mich   
4. Deine Lakaien - The Game
5. Galahad - Julie Anne   
6. Fish - Vigil   
7. Collage - Living In The Moonlight
8. Closterkeller - Violette
9. Abraxas - Pokuszenie
10. Marillion - Sugar Mice
11. Jethro Tull - Living In The Past
12. Cockney Rebel - Sebastian
13. The Alan Parsons Project - Ammonia Avenue
14. Camel - Stationary Traveller

piątek, 13 lutego 2015

Rozmowa z Antonim Budzińskim

Ten trójmiejski muzyk nigdy nie śpieszył się z wydawaniem płyt pod szyldem Klimt. Debiutanckie "Jesienne odcienie melancholii" ukazały się w 2007 r., drugi album "Agape" cztery lata później, zaś w miniony poniedziałek,tj. 9 lutego, po kolejnych czterech wiosnach doczekaliśmy się "Genesy". Los chciał, że dokładnie tydzień później w Waszej obecności będę miał przyjemność porozmawiania z samym zainteresowanym. Pytań z pewnością nie zabraknie, gdyż trzecie wydawnictwo Klimt zdecydowanie różni się od poprzednich. Do usłyszenia.

Antoni Budziński  /  Fot. Paweł Budziński/facebook.com/klimtpl

wtorek, 10 lutego 2015

Trzy utwory na początek

Dobrze pamiętam, jak niespełna dekadę temu w moich rękach znalazła się kompilacja "Dark East Music Meeting 2005". Trafiły na nią nagrania niezależnych wykonawców z Europy Wschodniej, w tym siłą rzeczy także tych znad Wisły, nierzadko dotychczas niepublikowane lub w wersji demo. Nazwy takie jak Daimonion, God’s Own Medicine, No Signal Detected i D'Archangel  dziś mówią coś większości stałych bywalców Castle Party. I choć różne były i są losy tych grup, to teraz warto o nich przypomnieć w kontekście ukazania się debiutanckiej epki Hidden By Ivy, projektu Rafała Tomaszczuka z nieistniejącego już Agonised By Love i Andrzeja Turaja z wciąż aktywnego God's Own Medicine.

Hidden by Ivy  /  Fot. www.facebook.com/hiddenbyivy
Skromne cyfrowe wydawnictwo "To Abandon" to zapowiedź mającej ukazać się jesienią regularnej płyty. A że od czegoś trzeba zacząć, teraz muzycy udostępnili trzy nagrania. To niespełna 20 minut zróżnicowanej gatunkowo muzyki, choć jednocześnie utrzymanej w określonym tonie, doskonale znanym z klasyków wytwórni 4AD. Dominują tu przede wszystkim spokój oraz oniryczna i refleksyjna atmosfera. Wyjątkiem pozostają momenty opracowania "Searching" pamiętanego z Clan of Xymox Petera Nootena oraz Michaela Brooka. Całość zaś ciekawie spaja solidna produkcja, dzięki czemu dźwiękowa i kompozycyjna estetyka pozostaje mocną stroną tej epki.


Skojarzeń jest wiele i nie ma zbytniego sensu rozwodzić się nad wyraźnie słyszalnymi inspiracjami. Muzycy otwarcie przyznają się do czerpania garściami z dorobku wspomnianej 4AD i na tym można poprzestać. No może poza jednym subtelnym uśmiechem na myśl o "Shadows of The Sun" Ulver. Ważniejsze jest jednak tutaj bardzo przyjemne dla ucha wykorzystane instrumentarium i wynikający z niego gatunkowy eklektyzm. Rock miesza się z darkwave, ambientem, także art popem i szeroko rozumianym gotykiem. Nie ma tu agresji i nachalności. Nic i nikt nie narzuca się. Barwa głosu Rafała Tomaszczuka może nie wszystkim i nie od razu przypadnie do gustu, ale trudno zaprzeczyć, że w znacznej mierze pasuje do tej muzyki. Brzmi czysto i charakterystycznie. Łatwo ją rozpoznać.


Nie jest to muzyka wyłącznie dla posępnych blado-czarnych ortodoksów zaparzonych w blask księżyca. Z drugiej zaś strony nie sposób jednoznacznie stwierdzić, że "The Abandon" to umyślnie przygotowana produkcja mająca na celu przede wszystkim szybkie i łatwe dotarcie do szerszego grona odbiorców. Śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że na debiucie Hidden By Ivy i jedni i drudzy znajdą dla dla siebie. Choć oczywiście byłoby to zdecydowanie prostsze i klarowniejsze, gdybyśmy mieli do czynienia z regularną płytą, a nie trzyutworową epką, na której i tak jest przecież jeden cover. Słowem, brzmi to obiecująco. Zaczekajmy jednak do jesieni. Wówczas będzie można powiedzieć zdecydowanie więcej.

piątek, 6 lutego 2015

Pół tysiąca audycji

Trudno powiedzieć, jak to się stało. Zwyczajnie? Z pewnością, ale sam fakt, że w ogóle do tego doszło już jest zadziwiający. Idąc po raz pierwszy do studia przy ul. Bednarskiej, nie mogłem tego przewidzieć. Wówczas sądziłem, że rok w eterze to i tak będzie dużo, a w najlepszym wypadku dotrwam do końca studiów. Stało się jednak inaczej. W najbliższy poniedziałek usłyszymy się po raz 500. Nie przepadam za podsumowaniami, ale w tym momencie nie sposób nie odnieść się do pół tysiąca naszych spotkań, wspólnego słuchania płyt, odbierania telefonów, odpisywania na Wasze listy i ostatecznie wszystkich tych zarwanych nocy. Dlatego pozwoliłem sobie zajrzeć do archiwalnych wywiadów i starych wydawnictw oraz przygotować nieco historii i anegdot dotyczących rodzimych i zagranicznych muzyków. To będą szczególne Melodie. Do usłyszenia.

Fot. Wojtek Dobrogojski

wtorek, 3 lutego 2015

Hałas maszyny, trzepot motyla

Pewnego wieczoru podczas przeczesywania muzycznych zasobów rodzimego internetu moją uwagę przyciągnął tytuł "Koniec Kubicy" niejakiego kolektywu Maszyny i Motyle. Klikając, spodziewałem się wówczas instrumentalnego post rocka lub czegoś pokroju Mogwai. Jakież zatem było moje zdziwienie, gdy nagle rozległy się surowe, mechaniczne i bezduszne partie gitar, niemalże dosłownie udarowo wwiercające się w moją głowę. Siłą rzeczy zapamiętałem tytuł nagrania oraz pełną kontrastu nazwę zespołu. Od tego zdarzenia minęło kilka lat i oto teraz, ku niemałemu zaskoczeniu, w radiowej przegródce znalazłem debiutancki album wareckich muzyków. Od początku działalności nie oszczędzali zdrowia ani przypadkowych internetowych słuchaczy, ani swoich bardziej świadomych sympatyków. Jak nietrudno się domyślić, nie oszczędzają ich także teraz, i to do bólu.

Maszyny i Motyle  /  Fot. Anna Łuszczyk
"Panoptikon" to niespełna godzina kucia ścian, wiercenia dziur, lutowania układów scalonych, hałasu zawieszonego komputera, uderzania w klawiaturę oraz wszelkich odgłosów maszyn, raczej bez motyli, które można wygenerować przy pomocy dwóch gitar, basu i odpowiedniego oprogramowania. To strunowy industrial bez najmniejszej taryfy ulgowej, choć gdyby muzycy chcieli poigrać z naszymi uszami jeszcze bardziej, to tylko kaprys dzieliłby ich od ściany w postaci noise, drone i antymuzyki samej w sobie. Słuchając tego kontrolowanego dźwiękowego chaosu, nietrudno wyobrazić sobie kogoś przetrzymywanego w tytułowym więzieniu filozofa, krążącego po korytarzach w nadziei odlezienia wyjścia. Nic z tego. Taki jegomość cały czas jest obserwowany przez strażnika, o czym szalenie trafnie przypomina lustrzana okładka fizycznego wydania "Panoptikonu", w której każdy z nas może zobaczyć swoje, nomen omen, zniekształcone odbicie.

Lustrzana okładka "Panoptikonu"  /  Fot. facebook.com/maszynyimotyle
Trzeba mieć odwagę, żeby tak grać, nagrywać takie płyty i starać się przyciągać ludzi na koncerty. W kontekście muzyki tak trudnej w odbiorze trudno mówić o jakichkolwiek zewnętrznych kompromisach, co z kolei w tym przypadku nam słuchaczom gwarantuje autentyczność odgłosów pracy maszyn i trzepotu skrzydeł motyli. Konsekwencja i upór na takim polu zasługują na szacunek, i to niezależnie od muzycznych preferencji. A przy okazji warto wspomnieć o jeszcze jednym. W pracach nad "Panoptikonem" brali udział Jacek Sokołowski i Małgorzata Florczak z reaktywowanego niedawno płockiego Rigor Mortiss. Czyżby rodzimy gitarowy industrial miał mieć niebawem swoje kolejne pięć minut? Na pewno nie w szerszej skali, ale maniacy połamanych, fabrycznych i niemalże matematycznych dźwięków mają pełne prawo zacierać ręce.

środa, 28 stycznia 2015

Violet Splat w Melodiach Mgieł Nocnych

Portishead wymieszany z Joy Division? Odważne zestawienie, które pewnego wieczoru usłyszałem jako odpowiedź na pytanie, co grają muzycy niejakiego warszawskiego Violet Splat. Wówczas nazwa tej grupy była mi zupełnie obca, ale też trudno się dziwić. Jak dotąd mało kto o nich słyszał. W znacznej mierze wynika to z faktu dopiero wypływania tegoż kolektywu na szersze wody niezależnej sceny stolicy. Od czegoś trzeba jednak zacząć, a w przypadku Violet Splat tym czymś jest debiutancka epka, o której w najbliższy poniedziałek w Waszej obecności porozmawiam z samymi zainteresowanymi.

Violet Splat  /  Fot. facebook.com/violetsplat
Będzie to pierwszy przypadek w niemal dziesięcioletniej historii Melodii, gdy nagrania zaproszonego wykonawcy zaprezentuję Wam dopiero w dniu przeprowadzania rozmowy. Zobaczymy, co z tego wyjdzie i zarazem przekonamy się, jak z tej sytuacji wybrną także młodzi muzycy. A co ciekawe, Violet Splat tworzą cztery osoby, z których trzy to przedstawicielki płci pięknej. Do usłyszenia.


wtorek, 20 stycznia 2015

Na granicy hipnozy

Trójmiejska Zoharum znana jest przede wszystkim z szalenie konsekwentnego wydawania, zarówno polskiej jak i zagranicznej, szeroko rozumianej elektroniki spod znaku ambientu, industrialu oraz wszelkich około gatunkowych eksperymentów. Gitarowe granie w jej macierzystym katalogu znajdujemy relatywnie rzadko. Nie jest to jednak niemożliwe. Jeśli połączymy umowne sześć strun z dźwiękami rozchodzącymi się aż po horyzont i raz jeszcze spojrzymy na premiery wytwórni Macieja Mahringa, to doszukamy się tam m.in. nowej płyty amerykańskiego Expo 70. 

Justin Wright  /  Fot.  facebook.com/pages/Expo-70
Justin Wright to jeden z muzyków pokroju Aidana Bakera z Nadji i Erika Quacha z Thisquietarmy. Mamy jednego człowieka z gitarą zastawionego kilometrami kabli oraz z całą gamą pedałów, pod którymi kryją się efekty pozwalające tak manipulować wydobywanymi dźwiękami, by zarówno kompozytor jak i słuchacze mogli przenieść się w odległą o lata świetlne bezkresną przestrzeń, osiągając tym samym alternatywne (ekhem...) stany świadomości. Wydaje się, że to nie jest takie trudne. Coś się zaimprowizuje, podłoży jakąś elektronikę, by zamaskować instrumentalne braki, a w celu osiągnięcia końcowego efektu wszystkie utwory zostaną rozciągnięte w czasie tak, by zegar w odtwarzaczu sugerował uczciwą regularną płytę. Nic bardziej mylnego. Nawet przy tego pokroju instrumentalnym graniu słuchacz dość szybko zacznie się nudzić, z łatwością wyczuwając fałsz i dosłowne przeciągnie struny. A jak jest w przypadku nowej płyty Justina Wrighta? Solidnie, miejscami bardzo ciekawie, wręcz odurzająco.



W dyskografii Expo 70 znajdziemy różne albumy. Niektóre bardziej elektroniczne, pełne syntezatorowych wariacji, inne bardziej gitarowe, ale wszystkie garściami czerpią z dorobku psychodelicznego rocka lat 70. "Frozen Living Elements" jest o tyle bliższe korzeniom gatunku, że tym razem Justin Wright nagrywał z dwoma muzykami tworzących sekcję rytmiczną. Efektem współpracy pozostają trzy tasiemcowe, najpewniej zaimprowizowane, nagrania - dwa gitarowe i jedno oparte na syntezatorze. Ta muzyka to kalejdoskop, ale nie z powodu nagłych i częstych zmian dźwięków, lecz konfiguracji zawartych w niej kolorów. To jakby wymieszać lata 70. z pomysłami My Sleeping Carma, przy jednoczesnym spożyciu popularnej tabletki na trzy litery oraz zawartości buteleczki z etykietą "wypij mnie", po którą sięgnęła Alicja. Każde z nagrań przenosi nas gdzieś indziej, pozwalając całkowicie odciąć się od rzeczywistości. Niezależnie od tego, czy poruszamy się po mieście ze słuchawkami na uszach, czy zamykamy drzwi od swojego pokoju, możemy wyłączyć umysł i odpłynąć. To prawda, że utwory są długie, oniryczne i przez to dość wymagające, ale muzyka wynagradza nam cierpliwość. Tyczy się to przede wszystkim dwóch rzeczonych gitarowych kompozycji. Dzieje się w nich na tyle dużo, choć wcale nie na pierwszy rzut ucha, że słuchacz może wraz z basem i perkusją podążać za prowadzącą całość gitarą. Wszystko o krok od hipnozy. A trzecie nagranie? Pozostaje dla najbardziej wytrwałych eskapistów.



Podobnych wykonawców jest dużo, ale z pewnością Justin Wright należy do cenionej mniejszości z nich, którą warto się zainteresować. W przypadku gdy lubicie eksperymenty polegające na odłączaniu głowy od reszty ciała, na "Frozen Living Elements" znajdziecie to, czego szukacie. A jeśli nawet nie w pełni, to przynajmniej po części. Bardzo udana płyta ciekawego muzyka. Bez zatuszowanych potknięć i niedociągnięć. Muzyka dla tych, którym się nie śpieszy.

czwartek, 15 stycznia 2015

Wicher wciąż wieje

Rodzimy black metal przeżywa obecnie drugą młodość. Ma się naprawdę dobrze, biorąc pod uwagę wzbudzane zainteresowanie, zwłaszcza w porównaniu do gatunkowego zastoju przełomu wieków, będącego konsekwencją wypalenia się formuły czasu dość radykalnych latach 90. Oczywiście na usta samo ciśnie się pytanie, czym jest dzisiaj black metal? Odpowiedź zaś brzmi, że muzycznie bezsprzecznie czymś innym, choć na swój sposób równie smolistym, o czym świadczą płyty m.in. Furii, Thaw i Morowe. Ale obecna scena to nie wszystko. Jest także burzliwa historia rodzimej czarnej muzyki i jej spuścizna, o czym przypominają liczne witryny w odmętach naszego internetu oraz poczynania co poniektórych wydawców wznawiających ważne, ciekawe, a niekiedy także i kluczowe albumy. Teraz do coraz liczniejszego grona reedycji można wreszcie zaliczyć jedyną regularną płytę pozostałą po wejherowskim Sacrilegium.

Sacrilegium w 1996 r.  /  Fot. facebook.com/SacrilegiumOfficial
Trudno wyobrazić sobie zestawienie najważniejszych rodzimych blackmetalowych wydawnictw, w którym nie znalazłby się "Wicher". Dziś to płyta kultowa, wzbudzająca szacunek i sentyment, jednym tchem wymienia na obok najważniejszych krążków m.in. Christ Agony, Thy Worshiper, Taranis, Holy Death, Graveland, a także wczesnego Behemoth. Z perspektywy czasu, bo raczej nie scenicznych antagonizmów lat 90., nie ma znaczenia, komu było bliżej do Szatana, a komu do Odyna, Thora, bądź Świętowita. Z kronikarskiego punktu widzenia liczy się przede wszystkim muzyka i to, co dane wydawnictwo wniosło do dorobku rodzimej sceny. A "Wicher" wniósł dużo.



Dla wielu już na krótko po premierze w 1996 r. długogrający debiut Sacilegium stał się obiektem kultu, który niewątpliwie przetrwał do dziś i obecnie rozkwitła na nowo za sprawą reedycji z ramienia pierwotnego wydawcy, czyli Pagan Records. Pytanie zatem nasuwa się samo. Dlaczego to wydawnictwo, które przecież nie mogło porazić wtedy i nie razi też dziś ani warstwą kompozytorską, ani produkcją, stało się tak ważne? Odpowiedź ma przynajmniej kilka płaszczyzn. Niewątpliwie olbrzymią zaletą "Wichru" było jego ukazanie się w czasie, gdy znaczna część sceny wciąż pozostawała pod silnym wpływem wydarzeń z Norwegii. Sacrilegium zaproponowało jednak coś innego, coś zdecydowanie bliższego mieszkańcom krainy położonej między Odrą a Bugiem. Owszem, w jakimś stopniu muzyczne wpływy z Bergen i okolic zostały przeniesione na słowiański grunt, ale słuchając "Wichru", można było mieć uzasadnione poczucie, że to jest "nasza" muzyka i "nasza" płyta. Pomimo surowości dźwięków, złagodzonej jednak nieco przez klawisze, z muzyki Sacrilegium biła szczerość, po prostu autentyczne emocje budujące charakterystyczny klimat tego wydawnictwa. W końcu ile można było słuchać o paleniu kościołów oraz nienawiści do i tak nieżyjącego już niegdysiejszego mieszkańca Nazaretu?



Jednak przeniesienie do muzyki szczerych emocji i ducha pomorskich lasów to nie wszystko. Na niekwestionowaną pozycję "Wichra" należy także spojrzeć z bardziej pragmatycznej strony. Płyta ukazała się w 1996 r. nakładem prężnie działającej Pagan Records, za którą do dziś stoi Tomasz Krajewski, uważany za jednego z akuszerów rodzimego black metalu. W końcu to jego wytwórnia wydała dwie taśmy demo i pierwszą płytę Behemoth. Co więcej, debiut Sacrilegium, w przeciwieństwie do demówki "Sleeptime", ukazał się nie tylko ona kasecie, ale i na kompakcie, co w tamtym czasie w przypadku tej muzyki było dość dużą nobilitacją. Trudno także nie zwrócić uwagi na koncerty wejherowian m.in. u boku rzeczonego Behemoth oraz Christ Agony, i to także w Niemczech, gdzie "Wicher" doczekał się osobnego wydania. To wszystko trafiło na szalenie podatny grunt. Wówczas głód black metalu, nieważne już jakiej maści, był bardzo duży.

Okładka pierwsze go wydania "Wichru"
Wznowienie tego albumu to przede wszystkim prezent dla każdego, kto pamięta tamte czasy, a nie było mu dane pozyskać od lat wyprzedanego kompaktowego wydania. W końcu kasety żyją krócej, a i z komputera, choć nie każdy musi podzielać ten pogląd, nie słucha się tego tak przyjemnie. Pozostaje również walor czysto edukacyjny. Młodzież wychowana chociażby na późniejszych płytach Dimmu Borgir być może wsadzi nos w kroniki rodzimej sceny i zacznie przeglądać zakurzone archiwa. W końcu jest w czym wybierać. Słowem, moda na reedycje krajowych klasyków trwa w najlepsze i miejmy nadzieję, że to jeszcze nie koniec.

piątek, 9 stycznia 2015

Niechciani, intrygujący, zapomniani

Dziesięć lat temu, z pewnością przy okazji jakiegoś koncertu, zjawiłem się w pierwszej jeszcze siedzibie warszawskiego klubu Progresja. Wówczas podszedłem do baru i zapytałem, czy można jeszcze nabyć płytę niejakiego Daemonicium. Pracownik popatrzył na mnie z miną świadczącą, że zupełnie nie wie, o co mi chodzi, po czym doznał olśnienia i kazał mi zaczekać. Po chwili wrócił z kompaktem i w ten sposób w moich rękach znalazła się jedyna regularna płyta tej niemal zapomnianej już jeleniogórskiej grupy, która swego czasu wywołała niemałe zamieszanie na rodzimej scenie. Szkoda, że zniknęła równie szybko, jak się pojawiła.  

Daemonicium w 2004 r.  /  Fot. Arch. zespołu
Skuteczne przyciągnięcie uwagi zespół zawdzięczał trzem powodom. Po pierwsze, w obliczu powszechnie granej w podziemiu muzyki śmierci, melodyjny i energiczny black metal stanowił przyjemną odmianę dla ucha. Po drugie, w parze z rzeczonym kontrastem szło wykonanie i profesjonalna produkcja debiutanckiej płyty, za którą odpowiadali bracia Wiesławscy z białostockiego studia Hertz. Zaś po trzecie, koncert na Castle Party w 2004 r. był na tyle udany, że został dobrze zapamiętany i odbił się szerokim echem. Zatem co się stało? Tego już trudno się doszukać. Po prostu nagle muzycy przestali dawać znaki życia. A szkoda, gdyż płyta "Through Time and Death", mimo że, mówiąc delikatnie, nie należała do pionierskich, to nawet po dekadzie swoją solidnością zasługuje na to, by o niej wspomnieć.


Stylistycznie Daemonicium najbliżej było do Cradle of Filth, co bardzo wyraźnie słychać niemal w każdej minucie ich debiutu. Praca gitar, szybkość perkusji, klawisze i w końcu partie wokalne, na szczęście nie aż tak wysokie jak u Danny'ego Filtha, w zasadzie są w linii prostej stylistyczną kopią dokonań Brytyjczyków, a mimo to spotkały się z bardzo dobrym przyjęciem. Dlaczego? Otóż muzycy znaleźli sposób na zręczne poruszanie się w wąskich ramach gatunku. Zamknęli drzwi do sali prób od środka i kosztem koncertów, jak i wszelkiej innej możliwej obecności, przez rok, a może i dłużej, pracowali nad następcą surowego demo "Lord of Moon" z 2001 r. W efekcie "Through Time and Death" to płyta pełna energii, szybkości i nastroju. Nawet jeśli ktoś nie sięgał po tę odmianę black metalu, i tak musiał przyznać, że to udana zamknięta całość. Co ciekawe żadna większa rodzima wytwórnia nie chciała wydać tej płyty. Widać fonograficzni włodarze nie wierzyli, że mogą na tym zarobić i woleli wyłożyć pieniądze jedynie z myślą o rozpoznawalnych już wykonawcach. Dlatego ostatecznie to sami zainteresowani sięgnęli do kieszeni, inwestując w profesjonalną poligrafię i tłoczenie. Tym samym dziś fizyczna kopia ich debiutu jest jeszcze trudniejsza do zdobycia. 

Fot. Last.fm
Pomijając fakt, że początki Daemonicium to jeszcze druga połowa lat 90., tak naprawdę w świadomości odbiorców zespół działał mniej więcej kilkanaście miesięcy, a według złośliwych był zaledwie czysto sezonowym kolektywem. W końcu wszystko skupia się wokół 2004 r., czyli premiery płyty i wspomnianego występu na Castle Party. Owszem, były i inne koncerty, także odnotowanie premiery debiutu na zachodzie Europy, ale tu dość nagle historia się urywa. Szkoda, gdyż ten zespół miał potencjał, by wyjść ze sztywnych ram gatunku i podjąć próbę zaproponowania czegoś więcej. Jedni uważają, że zawiesił działalność, inni, że definitywnie się rozpadł. W każdym razie od wielu już lat nikt nie słyszał o Demonicium. Tak wiele zaczęło się na jego debiutanckiej płycie i tak wiele się na niej skończyło. 

niedziela, 4 stycznia 2015

Gitara została w tyle

Gdy w 2007 r. rodzima Requiem Records wydała debiutancką płytę sopockiego Klimt, ta w zasadzie przepadła w natłoku premier innych, bardziej uznanych i rozpoznawalnych wydawnictw. Dopiero po jakimś czasie, gdy okazało się, że "Jesienne odcienie melancholii" to naprawdę kawałek dobrej muzyki, pocztą pantoflową rozeszła się wieść, która wyszła poza krąg najbardziej zagorzałych sympatyków shoegaze'u i post rocka. I tak Antoni  Budziński przestał być anonimowym muzykiem. Trzy lata później za sprawą Polskiego Radia doczekaliśmy się "Agape", dźwięków ze znacznie większą domieszką światła, optymizmu, melodii i marzeń. A teraz? 9 lutego ukaże się trzeci album Klimt.

Antoni Budziński  /  Fot. facebook.com/klimtpl  
Wszystko wskazuje na to, że "Genesa" w znaczący sposób będzie różniła się od poprzedniczek. Przedpremierowe odsłuchy to wyraźna dawka przestrzennej elektroniki, klawiszy i ambientu, które najwyraźniej wyeksponowano kosztem gitar. Płyta zapowiada się na spokojną, dojrzałą i, ku być może zaskoczeniu wielu osób, bez shoegaze'owo-postrockowych wojaży. To dobrze, a nawet bardzo dobrze, gdyż pod szyldem Klimt w nasze ręce powinno trafić coś nowego i wiele wskazuje na to, że tak też się stanie. 


Co ciekawe zakończenie nagrywania "Genesy" Antoni Budziński oznajmił niemal dokładnie rok temu. Jednak zaskakująco tuż po tym nastała wielomiesięczna cisza, a po niej ni stąd ni zowąd poznaliśmy rzeczoną datę premiery. By mieć pełny obraz trzeciego albumu Klimt, musimy zaczekać jeszcze miesiąc, ale pierwsze zdanie możemy wyrobić sobie już teraz na podstawie powyższego nagrania i poniższego teledysku. Gdy płyta znajdzie się w moich rękach, z pewnością zabiorę ją na nasze spotkanie i wówczas będziemy mogli sprawdzić, jak te przyjemne dla ucha zapowiedzi mają się do rzeczywistości.