sobota, 27 września 2014

Druga alternatywa

Gdy cztery lata temu rozeszła się wieść, że Duncan Patterson powołał do życia projekt Alternative 4 i wraz z zaproszonymi muzykami pracuje nad debiutancką płytą, siłą rzeczy umyślna zbieżność nazw zrobiła swoje i wielu oczekiwało powrotu do nastroju z ostatniej płyty Anathemy, którą rzeczony basista nagrywał wraz z braćmi Cavanagh. Stało się jednak nieco inaczej i "alternatywny" nastrój bardziej czuło się na koncertach Alternative 4 niż za sprawą debiutanckiej płyty "The Brink". W przeważającej części album okazał się jednym wielkim interludium, dźwiękami niekiedy do tego stopnia schowanymi między nutami na pięciolinii, że w zasadzie ginęły we własnym echu. Teraz jest inaczej i zarazem o wiele ciekawiej. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że na dopiero co wydanym "The Obscurants" Duncan Patterson powrócił do przeszłości, ze szczególnym uwzględnieniem pewnego kompozytorskiego rozdziału.
Od lewej: Duncan Patterson, Mauro Frison i Simom Flatley  /  Fot. Prophecy Productions
Ta płyta ucieszy wiele osób. Jest nieporównywalnie bardziej interesująca od debiutu, wypełniona przede wszystkim konkretnymi pomysłami, a nie ciągnącymi się paraambientowymi łącznikami co lepszych fraz, których niestety na "The Brink" było aż nadto. Ze swoją poprzedniczką łączy ją co najwyżej oniryczny nastrój. Kluczowym pomysłem okazał się powrót byłego basisty Anathemy do czasów "Lights Out", najbardziej posępnej i najmroczniejszej płyty Antimatter. Płynnie pracująca sekcja rytmiczna przypomina najlepsze triphopowe momenty drugiego studyjnego wydawnictwa duetu Patterson & Moss. Takie nagrania jak "Dina", "Lifeline" czy "Mr Black" śmiało mogłyby na nią trafić. Nie oznacza to jednak, że mamy tu do czynienia z byle kopią. Bynajmniej. Spojrzenie na przeszłość pozwoliło wspomnianemu Brytyjczykowi stworzyć coś nowego, co niewątpliwie należy do grona najciekawszych przejawów jego działalności od czasu opuszczenia Anathemy.


Nie bez znaczenia dla całości okazał się również wpływ nowego muzyka. W zasadzie anonimowy Simon Flatley zastąpił nieporównywalnie bardziej rozpoznawalnego Marka Kelsona, australijskiego wokalistę znanego m.in. z Cryptal Darkess, dziś działającego jako The Eternal. Jego głos doskonale wpasował się w nowe oblicze Alternative 4 i podąża za spokojną, oniryczną muzyką. Równie dobrze sprawdza się w momentach, gdy zespół odchodzi od ponurego nastroju "Lights Out" na rzecz nieco "jaśniejszych" i żwawszych melodii. Owszem, nie ma ich przesadnie wiele, ale przynajmniej teraz wiemy, że jak trzeba, to Simon Flatley potrafi zaśpiewać coś więcej.

Okładka "The Obscurants"
Nowe "Alternatywy 4" to coś, do czego sympatycy Duncana Pattersona, jak i współczesnego Antimatter, długo jeszcze będą wracać. To nie jest ani wybitna, ani sensacyjnie przełomowa płyta, ale z drugiej strony na tyle solidna i z mądrze wyważonymi kompozytorskimi pomysłami, że w żaden sposób nie nudzi. I to nawet, gdy tak wiele na niej wyciszenia oraz refleksji. "The Brink" nie posiadało tej zalety, dlatego po latach bliżej jej będzie raczej do wzmianki w biografii niż faktycznego włożenia kompaktu do odtwarzacza i sumiennego przesłuchania od początku do końca. "The Obscurants" to nie grozi. Wystarczy nadstawić ucha.


niedziela, 21 września 2014

Warto posłuchać do końca

Coraz bardziej obecna  jesień to zawsze spadające liście i nowe płyty na naszych półkach. Ostatnie miesiące bieżącego roku zapowiadają się niezwykle ciekawie, zarówno w przypadku rodzimych jak i zagranicznych wykonawców. Pierwsze z tych wydawnictw zdążyły już się ukazać, a do ich grona niewątpliwie należy zaliczyć split dobrze nam znanych i uznanych Thaw oraz Echoes of Yul. 
Okładka splitu Echoes of Yul i Thaw
Obie nazwy mówią już dużo każdemu, kto śledzi rozwój wypadków na rodzimej scenie, ze szczególnym uwzględnieniem eksperymentów z okolic post i black metalu. Dlatego zestawienie ich razem po raz pierwszy okazało się ciekawym zabiegiem, zarówno pod względem artystycznym, jak i marketingowym. Michał Śliwa z Echoes of Yul od dobrych sześciu lat konsekwentnie stara się tchnąć nieco życia w wspomniany post metal, natomiast muzycy Thaw szturmem zdobyli dusze wyznawców poszukujących czegoś nieszablonowego w przyjętych granicach czarnej ekstremy. Co zatem z tego wniknęło? Z pewnością tyle dobrego, że każdy, kto przejdzie obojętnie obok tego wydawnictwa, uznając, że doskonale wie, czego się spodziewać, będzie potem bardzo żałował. Szczególnie jeśli nagle zapragnie posiadania jednej z jego zaledwie dwustu fizycznych kopii. Choć z drugiej strony, nikt też nie przyzna, że ten split to płyta łatwa, lekka i przyjemna. Wręcz przeciwnie. Wymaga od słuchacza cech mocno deficytowych w dzisiejszych czasach, czyli skupienia i cierpliwości. Wszak to zaledwie dwie kompozycje przy niemal czterdziestu minutach muzyki.



Trzeba otwarcie przyznać, że to wydawnictwo broni się samo. W przypadku Thaw dzieje się tak za sprawą połowicznej muzycznej niespodzianki. Nagranie "Earth Grounded" to niespełna kwadrans niepokoju zdominowanego przez sekcję rytmiczną, ze szczególnym wskazaniem na bębny. Nieco na przekór dotychczasowym dokonaniom muzyków nie znajdziemy tu dźwięków zakorzenionych w black metalu. I bardzo dobrze. Tym razem sosnowiczanie zwolnili i pozwolili sobie na eksperymenty na tle ciężkiego brzmienia uderzeń w werble. W efekcie wszyscy na tym zyskali, my mamy prawo być miło zaskoczeni, a zespół poszerzył repertuar o solidny, majestatyczny i ciężki utwór, momentami ocierający się o sceny z umysłu schizofrenika.



Zaś w przypadku Echoes of Yul trudno mówić o jakiejś przesadnej niespodziance, jednak Michał Śliwa udowodnił, że jeszcze nie powiedział wszystkiego w przyjętej przez siebie stylistyce. Przez dwadzieścia pięć minut ponury i szalenie obrazowy "Asemic" płynie z głośników, zaś autor doskonale wyczuwa granice pomiędzy ciężarem, transem, psychodelą i wręcz kosmiczną przestrzenią. Utwór ma swoje określone fazy i mimo że broni się jako całość, to momentami aż chciałoby się podzielić go na części i wracać do tej, która podoba się najbardziej. Raz jeszcze, ale bynajmniej nie w rutynowy sposób, opolanin udanie zagląda w duszne i rzadko odwiedzane zakamarki ludzkiej wyobraźni, zresztą nie tylko swoje, także nasze.


Ten split ucieszy przede wszystkim dotychczasowych sympatyków Thaw i Echoes of Yul oraz już zdecydowanie mniej liczne grono osób, które pod jego wpływem postanowią sięgnąć po nieznane im wcześniejsze dokonania obu grup. Stojąc z boku, wydawałoby się, że to co najwyżej muzyczna ciekawostka, ale po otwarciu pudełka i włożeniu płyty do odtwarzacza w naszej głowie może zmienić się naprawdę wiele. Wystarczy jedynie na to pozwolić.

poniedziałek, 8 września 2014

Na żywo, ale w studio

W ciągu ponad dziewięciu już lat naszych poniedziałkowych spotkań do studia przy ulicy Bednarskiej w Warszawie zajrzałem niemal pięćset razy. Przez ten czas szalenie rzadko korzystałem z możliwości wcześniejszego nagrywania audycji. Nie stało się tak więcej niż kilkanaście razy. Jednak raz do roku trzeba znaleźć się w innym miejscu, by zwyczajnie w tym kraju nie oszaleć. Dlatego wyjątkowo dwie najbliższe audycje zostały już przygotowane i usłyszycie je o stałej porze. Pozwoliłem sobie oprzeć je o coś, na co zazwyczaj podczas jednej godziny w skali tygodnia jest szalenie mało czasu. Na wszelką nadesłaną korespondencję odpowiem po powrocie. Wówczas uzupełnię także listy zaprezentowanych wykonawców. Siłą rzeczy niniejsza witryna także nie będzie aktualizowana do czasu naszego bardziej rzeczywistego spotkania. Mam nadzieję, że przygotowane muzyczne niespodzianki przypadną Wam do gustu. Do usłyszenia wkrótce.

Fot. Wojtek Dobrogojski

czwartek, 4 września 2014

Trzymając rękę na pulsie

Ostatnimi czasy powszechnie ceniony i lubiany w naszym kraju Mick Moss nie zwykł zasypiać gruszek w popiele. Niespełna dwa lata temu ukazała się "Fear Of A Unique Identity", bardzo dobrze przyjęta płyta Antimatter, którą muzyk systematycznie promował koncertami w całej Europie, odwiedzając także Polskę. W tym roku ponownie zawitał do naszego kraju, co zbiegło się z cyfrową premierą nowego nagrania. Obecnie najwyraźniej Anglik postanowił, że Antymateria to nie wszystko i równolegle poświęcił się czemuś nowemu. Po cichu, bez specjalnego rozgłosu, rozpoczął współpracę z Luisem Fazendeirem, Portugalczykiem kojarzonym przez co poniektórych z grupą Painted Black. Obaj powołali do życia Sleeping Pulse, którego debiutancka płyta ukaże się nadchodzącej jesieni.

Od lewej Mick Moss i Luis Fazendeir  /  Fot. Prochecy Produtions
Podobieństwa, nawiązania i skojarzenia z Antimatter są nieuniknione. Nie oznacza to jednak, że album "Under The Same Sky" to zwykła kopia tego, co już doskonale znamy z dokonań Micka Moss, licząc od chwili, gdy Duncan Patterson odszedł z zespołu. Jak sugeruje zamieszczona poniżej pięciominutowa zapowiedź albumu, będzie to nieco żwawsza i jeszcze bardziej gitarowa dawka melancholijnego rocka w porównaniu do tej, do jakiej ostatnio przyzwyczaiła nas Antymateria. Owszem, dźwiękowej melancholii nie zabraknie, niemniej mimo wszystko jest to coś nowego. W każdym razie gdyby ten album ukazał się pod szyldem Antimatter, nie moglibyśmy zarzucić Mossowi ponownego nagrania tej samej muzyki. Dzieje się tak także za sprawą produkcji, choć z drugiej strony słychać tu wiele rozwiązań wpisujących się w doskonale znany w naszym kraju kompozytorsko-towarzyski krąg Antimatter-Anathema-Alternative 4. Data premiery "Under The Same Sky" nie jest jeszcze znana. Wiemy jedynie, że debiut Sleeping Pulse ukaże się jesienią za sprawą niemieckiej Prophecy Productions, a to oznacza, że będzie oficjalnie dystrybuowany także w Polsce. 

niedziela, 31 sierpnia 2014

Muzyka czterech ścian

Obecnie technologia umożliwiająca profesjonalne nagrywanie muzyki jest na tyle dostępna, że w zasadzie każdy może stworzyć własne studio lub chociażby jego namiastkę. Wystarczą wolny pokój i nieco zasobów na podstawowy sprzęt. Największą zaletą takiego rozwiązania jest brak pośpiechu, presji i konfliktów personalnych, szczególnie jeśli zdecydujemy się komponować i nagrywać sami. Spokój sprzyja umysłowi i kreatywności człowieka. Nie ma znaczenia, że cała sesja może ciągnąć miesiącami lub latami. Liczy się efekt końcowy. Takich muzyków jest coraz więcej, a do ich grona dołączył ostatnio Jérémie Godet.

Jérémie Godet  /  Fot. snowshards.bandcamp.com
To multiinstrumentalista pochodzący z Wandei w zachodniej Francji. Niewiele osób o nim słyszało, nawet w jego ojczyźnie, nie mówiąc już o tych, którzy mieli potencjalnie tę sposobność nad Wisłą. Ale to się zmienia. Wszystko za sprawą tradycyjnej i przede wszystkim elektronicznej poczty pantoflowej. Wynika to przede wszystkim z faktu, że Jérémie udostępnił swoją płytę w całości, dając możliwość pobrania jej każdemu, kto będzie miał na to ochotę. Tworzony przeze niego projekt nosi nazwę Snow Shards, a owy album to "Blind", pozostający zarazem pierwszym regularnym wydawnictwem w dorobku rzeczonego Francuza.


To muzyka czterech ścian, komponowana i nagrywana długo, bo aż 18 miesięcy. Zdecydowaną większość tego czasu Jérémie spędził zamknięty w swoim pokoju, lawirując gdzieś pomiędzy gitarową improwizacją a tym, co doskonale znamy pod hasłami post rocka, ambientu, noise'u, shoegaze'u i wszystkiego związanego klimatycznym graniem pozostającym w cieniu sześciu strun. To zadziwiająco dojrzała płyta jak na muzycznego debiutanta, ale z drugiej strony najwyraźniej odzwierciedlająca stan umysłu człowieka już doświadczonego życiowo. To szalenie refleksyjne dźwięki, pełne pożegnania z przeszłością, zwłaszcza w kontekście utraty niewinności, poczucia pustki i braku odpowiedzi na wiele elementarnych pytań. W tych dźwiękach zawarto wielki ładunek emocji, ale nie tyle tych wyrażanych krzykiem i złością, co raczej milczeniem, szeptem i wyrazem twarzy. Tu wszystko zwalania i skłania do przemyślenia kilka życiowych tematów. A dzięki temu, że ten album powstawał tak długo i na niewielkiej przestrzeni, na której człowiek zostawał sam na z instrumentami, możemy wierzyć w jego autentyczność. Wszak szczerość i prawda to dziś towary wybitnie deficytowe.



Olbrzymią zaletą tej płyty jest jej różnorodność, oczywiście w granicach wspomnianych gatunków przyjętych przez samego muzyka. Chwilami słychać nieco elektorniki, czasem dźwięki rodem z Orientu, jest i gitarowy ambient, są i klawisze przeplatane szeptanymi partiami wokalnymi, a miejscami po prostu surowa dominacja gitary i perkusji. Każdemu debiutantowi należy się nieco dyspensy na swego rodzaju muzyczne niekrzesanie, ale tutaj o dziwo jest go stosunkowo niewiele. Jérémie Godet ma coś do powiedzenia nie tylko o sobie, ale i otaczającej go rzeczywistości. Najlepszym tego przykładem niech będzie wykorzystanie przez Francuza słynnych słów amerykańskiego dziennikarza Edwarda R. Murrowa, którego sylwetkę kulturze masowej przybliżył film "Good night and good luck".


Warto poświęcić nieco czasu tej płycie. I to zwłaszcza teraz, gdy Jérémie Godet w zasadzie jest jeszcze anonimowym muzykiem. Z taką świadomością będziecie czerpali więcej przyjemności ze słuchania "Blind", niż w przypadku chociażby nowego wydawnictwa powszechnie rozpoznawalnego twórcy. A to przecież rzecz bezcenna. Jak wspominałem wcześniej, debiut Snow Shards został udostępniony w całości przez samego zainteresowanego. Płytę możecie pobrać tutaj. Rzadko nadarza się taka okazja.

niedziela, 24 sierpnia 2014

Dekada zapisana na trzech płytach

W 2001 r. w moje ręce trafił split niejakiego fińskiego Nest oraz norweskiego Isafjord. Płytę wydała rodzima Thundra Records, która zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. O ile druga z tych grup usilnie chciała wypłynąć na coraz bardziej hamującej już fali black metalu z Bergen i okolic, o tyle projekt niejakiego Askala Tolonena sprawił, że trudno było mi oderwać się od głośników. W szalenie prosty, acz zarazem oryginalny wówczas, sposób połączył kantele, klawisze, szeptane wokale i nawet partie didgeridoo. To była magiczna muzyka, na którą pomysł rozwijał później wraz z Timo Saxellem, poszerzającym przyjętą formułę o partie basu i gitar. Sympatycy neofolku i ciężkiej muzyki byli zachwyceni. Ukazały się dwie regularne płyty, także m.in. split z Agalloch, a potem nastała sześcioletnia wydawnicza cisza i praktyczne rozejście się dróg wspominanych Finów. Tolonen poświecił się Syven, a o Saxellu słuch zaginął. Ale teraz coś się zmienia. Panowie znów grają razem, zaś w nasze ręce trafiło niezwykle ważne wznowienie.

Archiwalne już zdjęcie Nest, od lewej Aslak Tolonen i Timo Saxell  / Fot. Last.fm
Dla porządku należy wspomnieć, że w ubiegłym roku po bez większego rozgłosu rosyjska GS Productions wydała na jednej płycie demo "Fabled Lore" oraz nagrania ze wspominanego splitu z Isafjord. Teraz jednak w sprawa jest o tyle ciekawsza, że siłami także rosyjskiego, lecz już Infinite Fog Productions, na trzech kompaktach ukazała się kompilacja "Within a Decade", zawierająca niemal całą dyskografię Finów. Fizyczne kopie ich płyt nigdy nie były dostępne w większych nakładach i od dawna są już nieosiągalne, dlatego trudno o lepszą sposobność dotarcia do namacalnego zapisu ich niezwykłych dokonań.


Podobnie jak członkowie Tenhi, muzycy Nest, ze szczególnym wskazaniem na Askala Tolonena, to dźwiękowi czarodzieje. Potrafią stworzyć niezwykłą atmosferę, która tak bardzo kojarzy się z Krajem Tysiąca Jezior. To szalenie przestrzenna i tajemnicza muzyka, bijąca rześkim chłodem gór, lasów i zasypanych śniegiem fińskich bezdroży. W tym roku mija siedem lat od czasu ukazania się "Trail of the Unwary", ostatniej jak dotąd  regularnej płyty Nest. Niemniej istnieją pewne znaki na niebie i ziemi, że to jeszcze nie koniec. Chodzi nie tylko o wspominane wznowienia, czy nawet solowe koncerty Tolonena, ale przede wszystkim o nie tak dawno zamieszczone w sieci nowe nagranie inspirowane scenicznymi improwizacjami Ulver. Być może to początek nowego rozdziału w historii Nest. Oby. 
Okładka kompilacji "Within a Decade" 
Wątpliwe, by "Within a Decade" było dostępne w Polsce. By dotrzeć do tego wydawnictwa, trzeba będzie skorzystać z dobrodziejstw globalnej sieci i wierzyć, że przesyłka z Rosji dotrze w jednym kawałku. Jeśli teraz po raz pierwszy czytacie o Nest, a chcielibyście bliżej poznać muzykę Finów, zajrzyjcie do działu MP3, których warto posłuchać. W jego archiwalnych rejonach znajdziecie udostępnione przez samych zainteresowanych i gotowe do pobrania dwa całe pomniejsze wydawnictwa oraz po kilka utworów z dwóch dotychczasowych regularnych płyt. Warto.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Nieco zapomniana kaseta

Artrosis? Ileż to razy nazwa tej zielonogórskiej grupy wywoływała ironiczno-sakrastyczny uśmieszek na ustach wszystkich, którzy ją słyszeli. Zarzuty prostych melodyjek i infantylnych tekstów do dziś pojawiają się niemal w każdej dyskusji, w której biorą udział przeciwnicy zespołu. Owszem, można być złośliwym, można się uśmiechać, można się śmiać, ale trudno zaprzeczyć, że w latach 90. pierwsze dwie płyty Artrosis miały znaczący wkład w rozwój rodzimej sceny gotyckiej. Debiutancki "Ukryty wymiar" szturmem zdobył sobie sympatyków w Polsce i na Zachodzie Europy, a do dziś jest ceniony także w Meksyku i Ameryce Południowej. Podobnie było także z wydanym niedługo później "W imię nocy". Tylko co działo przedtem? Właśnie. O tym pamięta się już nieco mniej. W 1996 r. na kasecie magnetofonowej ukazało się demo "Siódma pieczęć". Na zawartości tej taśmy w znacznej mierze oparto to, co znamy z pierwszej z dwóch rzeczonych płyt. Zresztą dziś ma ona znacznie większą wartość także z kilku innych powodów. Szkoda, że nigdy później nie doczekała się chociażby skromnego wznowienia.

Artrosis w 1998 r., sesja do "W imię nocy"  /  Fot. artrosis.pl
Tak naprawdę "Siódma pieczęć" mogłaby być regularną płytą. Na taśmę trafiło dziewięć kompozycji o łącznym czasie przekraczającym 40 minut. Z tych wszystkich utworów pięć znalazło się na "Ukrytym wymiarze", choć warto odnotować, że na profesjonalnym debiucie demówkowe "Nazguls" to "Nazgul", a "Styks" stał się "Górą przeznaczenia". Z kolei na album "W imię nocy" trafiło "Crazy". A co z pozostałymi trzema utworami? "Ogień i woda", "Spotkanie" oraz rozbudowane "Intro" do dziś nie znalazły się na żadnym wydawnictwie, przynajmniej w postaci, jaką co poniektórzy pamiętają z "Siódmej pieczęci". O ile ostatni z nich faktycznie nigdzie nie trafił, o tyle w 2002 r. r. dwa pierwsze znalazły się na dvd "Live in Kraków", będącym wznowieniem uprzednio wydanej kasety vhs. Jednak nie w wersji audio, a bootlegu wideo, m.in. z 1996 r. z ówczesnej edycji Castle Party odbywającej się jeszcze na zamku w Grodźcu. To jedyna oficjalna namiastka tych pominiętych nagrań. 

"Ogień i woda" w wersji z dema "Siódma pieczęć"


"Siódmej pieczęci" słucha się przyjemnie dlatego, że wiele znanych dziś kompozycji brzmi na niej po prostu inaczej, co samo w sobie jest elementem charakteryzującym niemal wszystkie tego typu wydawnictwa. Nie ujmując niczego "Ukrytemu wymiarowi", w pierwotnych wersjach, pozbawionych wyraźnej ingerencji postprodukcji, te nagrania są posępniejsze, mroczniejsze, po prostu bardziej autentyczne. Stanowią również doskonałą pamiątkę po latach 90. i czasach, gdy w Artrosis brzmienie gitary miało do powiedzenia co najmniej tyle co elektroniczna perkusja i klawisze. Dziś te proporcje wyglądają zgoła inaczej. Ten zespół już nigdy nie będzie tak brzmiał, ale wynika to z wyboru samych muzyków. Kto wie, może pewnego dnia uczynią gest w stronę fanów i w skromnym nakładzie wznowią "Siódmą pieczęć". Obecnie demo krąży po zasobach globalnej sieci, zdigitalizowane przez najbardziej zagorzałych kronikarzy rodzimej sceny. Warto go posłuchać i porównać z tym, co później działo się z zespołem i co dzieje się z nim teraz. 

Demo "Siódma pieczęć"  /  Fot. Metal-Archives

czwartek, 14 sierpnia 2014

Więcej rocka w post rocku

Muzycy warszawskiego Frozen Lakes już na samym początku działalności podjęli się dużego wyzwania. Postanowili pójść nieco pod prąd i grać muzykę z okolic post rocka, ale w zgoła odmienny sposób niż czyniło i wciąż czyni to coraz więcej rodzimych grup. Na debiutanckim "Oceans of Subconscious" wyróżniali się przede wszystkim partiami wokalnymi Wawrzyńca Dąbrowskiego, które całkowicie zmieniały sposób odbierania gitarowej muzyki zespołu. Mówiąc o tej płycie w czasie jednego z naszych spotkań, powiedziałem, że aż prosi się, by warszawiacy jak najszybciej postawili kolejny krok i rozwinęli swoje pomysły, gdyż efekt ich potencjalnej pracy już wówczas zapowiadał się bardzo interesująco. Minęły dwa lata. Jest i nowe wydawnictwo, inne od swojej poprzedniczki.
Frozen Lakes  /  Fot. .facebook.com/frozenlakes
"Insuloj de lumo" to cztery utwory, które pozwalają postawić tezę, że wraz z upływem czasu muzycy Frozen Lakes grają nieco łagodniej. Odeszli od cięższych riffów, jeszcze bardziej dając się ponieść nastrojowi i dźwiękowej wrażliwości. Obecnie to muzyka pełna barw, ale i wciąż melancholijna i nostalgiczna. Przez to, że warszawiacy zdecydowali się odstąpić o kolejny krok od postrockowych korzeni, w nasze ręce trafiło wydawnictwo także o pewnym potencjale komercyjnym. Można by zaryzykować stwierdzenie, że owy rock powoli sposobi się, by przejąć nieco miejsca zajmowanego przez młodszego kolegę. Na szczęście robi w białych rękawiczkach, dzięki czemu Frozen Lakes może cieszyć się z własnego stylu, który w znacznej mierze charakteryzacje również rozpoznawalny głos wspomianego Wawrzyńca Dąbrowskiego.


Dużo w tej muzyce inspiracji brytyjskim graniem, zarówno tym bardziej, jak i mniej popularnym. Wraz z wspomnianym jeszcze wyraźniejszym zbliżeniem się do nastroju, muzyka Frozen Lakes staje się bardziej wymagająca. Nagrania zaczynają się spokojniej i dopiero po pewnym czasie słyszymy, co naprawdę w nich zawarto. Może i chwilami jest nawet zbyt spokojnie, ale widać taki najwyraźniej był zamysł. A idąc dalej tym tropem, ma to z pewnością związek z pomysłem na całe wydawnictwo. Insuloj de lumo w języku esperanto oznacza wyspy światła, a tytuły czterech utworów to w rzeczywistości kolory czterech wysp - niebieskiej, czarnej, czerwonej i zielonej. Kiedy jest się tego świadomym, nowej propozycji Frozen Lakes słucha się zupełnie inaczej.



To skromne wydawnictwo jest bez wątpienia kolejnym krokiem warszawiaków ku temu, by dowiedziało się o nich nieco więcej osób. Jednak z drugiej strony muzycy skutecznie pozostali w cieniu łatwych melodii i obronili się  walorami artystycznymi. Owszem, "Insuloj de lumo" miejscami jest dość rozmarzone i bardzo delikatne, ale mamy tu do czynienia raczej z ewolucją niż rewolucją. Takie rozwiązanie nie powinno nikogo dziwić. Pytanie, co muzycy nagrają w przyszłości. Coś mi podpowiada, że jeszcze nie opowiedzieli się, po której stornie stanąć, ciężaru czy wrażliwości. W każdym razie z pewnością będzie melancholijnie. Podobnie jak w przypadku debiutanckiego "Oceans of Subconscious", nowe nagrania zostały w całości udostępnione przez sam zespół. Stosowny link oraz informacje o możliwości pozyskania fizycznej kopii "Insuloj de lumo" znajdziecie tutaj.

niedziela, 10 sierpnia 2014

Pamiątka z Gdańska

Gdy w 2008 r. muzycy Deathcamp Project debiutowali regularną płytą za sprawą "Well-known Pleasures", byłem ciekaw, co z tego wyniknie. Zastanawiałem się, czy po pomniejszych wydawnictwach podtrzymają zainteresowanie fanów. Okazało się, że tak. Podobnie było z "Painthings", o którym trzy lata temu w Waszej obecności miałem przyjemność porozmawiać z Maćkiem Żolinasem, basistą owej grupy. A co teraz? Nowego albumu jeszcze nie ma, ale jest za to coś innego. I co ciekawe, to wydawnictwo w całości zostało udostępnione przez zespół.

Fot. facebook.com/deathcampprojectofficial
"Painthings Live 2014" to zapis koncertu, który Deathcamp Project zagrało 11 maja ubiegłego roku w gdańskim Wydziale Remontowym. Początkowo muzycy podzieli się nagraniami z wybranymi dziennikarzami muzycznymi, jednak teraz najwyraźniej postanowili przerwać wydawniczą ciszę i umożliwić wszystkim zainteresowanym nie tylko odsłuch, ale i zapisanie tego występu na dowolnym cyfrowym nośniku.



W tym całym pomyśle najpewniej było nieco przypadku. Muzycy otrzymali zapis śladów z konsolety i okazało się, że ich jakość jest na tyle satysfakcjonująca, że całość mogłaby trafić gdzieś dalej niż jedynie do zespołowego archiwum. Słychać wyraźnie, że ktoś przyłożył rękę, by "Painthings Live 2014" zabrzmiało dobrze. Na szczęście postprodukcja nie zabiła atmosfery koncertu. To wydawnictwo zespół określa mianem oficjalnego bootlegu, co brzmi nieco jak oksymoron, niemniej niezależnie od przyjętej nomenklatury powinno być miłą niespodzianką dla wcale nie małego grona sympatyków Deathcamp Project. Odsłuch i możliwość zapisania całości znajdziecie tutaj.

niedziela, 3 sierpnia 2014

Bezduszni z Bielska-Białej

Zawsze szanowałem muzyków bielskiego Psychotropic Transcendetal. Pozostała po nich jedynie debiutancka płyta, jak sami ją określali, o zapachu pogrzebowych kadzideł. Niemniej to wystarczyło. Nigdy nie zdobyli szerszego rozgłosu, ale pozostają rozpoznawalni przez wszystkich, którzy z uporem nadgorliwego grabarza kopią i kopią na cmentarzu rodzimej sceny. Czas pokazał, że drzemiący w nich olbrzymi potencjał nie był przypadkowy. Mariusz Kumala i Gnat, odpowiednio gitarzysta i perkusista PT, nagrali niezwykłą płytę pod szyldem Brain Story, a pierwszy z nich dodatkowo zmienił także muzyczne oblicze Closterkeller. Co więcej, pozostali z czwórki muzyków popularnych Psychotropów, czyli basista Chrzaniec i wokalista K-vass, zaangażowali się w nieszablonowy Unipolar Manic-Depressive Psychosis. Ale to nie koniec. Teraz można mówić o kolejnej ciekawej inicjatywie związanej z tym kręgiem personalnym. Właśnie ukazał się debiut Got No Soul Project.

Got No Soul Project  /  gotnosoul.bandcamp.com
Zespół tworzy dwóch muzyków, Kamil Baran, związany niegdyś z Unipolar Manic-Depressive Psychosis, oraz wciąż działający w nim wspomniany K-Vass. Obaj nagrali i udostępnili trzy utwory składające są na debiutancką epkę "Got No Soul". Niby niewiele, ale zarazem wystarczająco dużo, by przyciągnąć uwagę każdego, kto śledził późniejsze poczynania byłych muzyków Psychotropic Transcendental. Wszak ci zawsze grali inaczej, oryginalnie, po prostu po swojemu. Tu jest podobnie.



To bezduszna i niejednoznaczna muzyka. Gama efektów, sample, partie gitary z pogranicza drone'u i post metalu, automat perkusyjny oraz obłąkane wokale w świetle stroboskopu, niczym po wizycie u najlepszego pigularza w mieście. Spoko w tym transu, ściany dźwięku, miejscami dużej dawki energii i dość niskich częstotliwości. Co ważne, każdy z udostępnionych utworów jest inny. Różnią się między sobą nie tylko tempem, wolnym, średnim i szybkim, ale i siłą rzeczy nastrojem. W jednej chwili muzyka spokojnie płynie, by w kolejnym nagraniu uderzyć w stół kluczem wiolinowym lub próbować wybić nim komuś zęby. To wszystko dowodzi sporej wszechstronności doświadczonych muzyków i zarazem pozwala odnieść wrażenie, że mamy tu do czynienia z zamierzonym efektem działań, których celem była demonstracja spektrum możliwości Got No Soul Project. Po prostu epka "Got No Soul" to w istocie taśma demo.



Przyjemnie byłoby dowiedzieć się za jakiś czas, że z tej inicjatywy będzie coś więcej, że nie skończy się na trzech nagraniach wpuszczonych w sieć i w nasze ręce trafi długogrająca płyta. Aż prosiłoby się o jej fizyczny kompaktowy egzemplarz, niniejszej epki zresztą również. Trzeba jednak zejść na ziemię i być świadomym, że w tym przypadku mamy do czynienia z muzykami, którzy w znacznej mierze grają dla własnej przyjemności, wszystko robiąc po swojemu i nie idąc na organizacyjne, a tym bardziej twórcze, kompromisy. Skoro jednak grają już tyle lat i wciąż znajdują w sobie pokłady energii na działalność na obrzeżach sceny oraz sporadyczne koncerty w niewielkich klubach, to może jednak z tego bezdusznego projektu coś będzie. Oby, gdyż zasługuje na więcej niż tylko odnotowanie. Całej epki "Got No Soul" możecie posłuchać tutaj. Jej zawartość można również bezpłatnie pobrać w ramach opcji "name your price".