czwartek, 17 kwietnia 2014

W Trójmieście wciąż grają

17 grudnia 2012 r. w Waszej obecności telefonicznie rozmawiałem z Andrzejem Bucikiewiczem. Był to o tyle niecodzienny wywiad, że wokalista Medebor akurat tej nocy przemierzał Polskę pociągiem. Poruszaliśmy wiele tematów, w tym ten najważniejszy, czyli przerwanie niemal dekady wydawniczego milczenia zespołu za sprawą płyty "A Taste of Insanity". Wówczas poza anteną muzyk wspomniał mi także o planach wznowień starszych i nieosiągalnych już wydawnictw zespołu. Od wypowiedzenia tych słów upłynęło nieco czasu, ale jak się teraz okazuje, nie były one rzucone na wiatr. A co więcej, to jeszcze nie wszystko. 

Medebor  /  Fot. Materiały promocyjne
Po dość ciepło przyjętym wydawniczym powrocie i wybitnie nieudanej przygodzie z niemiecką Legacy Records, nakładem której ukazało się rzeczone "A Taste of Insanity", muzycy najwyraźniej postanowili wziąć sprawy w swoje ręce. Wykupili całość nakładu i sami zajmują się dystrybucją ostatniej jak dotąd płyty. Równolegle na jednym kompakcie zamieścili materiały demo "Stars of Oblivion" z 1999 r. oraz wydany rok później "Last Dream". Podobnie rzecz ma się z debiutancką i od nieosiągalną od niemal dziesięciolecia "Phantasmą", która, co ciekawe, pierwotnie ukazała za sprawą Apocalypse Productions, byłej inicjatywy Piotra Kozierackiego, perkusisty Riverside.

Okładka łączonego wznowienia demówek
Powrót do wydawniczej przeszłości ma swoje niewątpliwe zalety, ale jest i coś jeszcze. Wraz ze dwoma wznowieniami muzycy postanowili również wydać "Equilibrium", trzyutworową epkę zawierającą dwie niepublikowane dotąd kompozycje z sesji "A Taste of Insanity" oraz krążące po sieci od dobrej dekady opracowanie "The Sleeping Beauty" Tiamat, które de facto dopiero teraz ukaże się oficjalnie. 

Okładka epki "Equilibrium"
Poczynania muzyków Medebor z pewnością cieszą wszystkich dość chętnie powracających myślami do lat 90. i związanego z nimi klimatycznego grania. Podejrzewam również, że i co poniektórzy przedstawiciele współczesnej młodzieży znajdują w tej muzyce coś dla siebie. Obecnie w Polsce królują zupełnie inne gatunki, dlatego trudno nie mieć uznania dla gdańszczan, że po latach ciszy, mimo braku formalnego rozwiązania zespołu, znaleźli czas i siły, by podjąć ryzyko faktycznego powrotu. Jak się okazało, wciąż są chętni na ich koncerty i wydawnictwa. Swoją drogą, sami zainteresowani najwyraźniej nie mają jeszcze dość. W październiku wejdą do studia z myślą o nagraniu nowej płyty, która nota bene już jest gotowa. Kaganek doom metalu wciąż tli się w naszym kraju i na przekór wszystkiemu jakoś nie chce zgasnąć. I dobrze. Poniżej znajdziecie jedno z bardziej rozpoznawalnych nagrań z pierwszego wydania "Phantasmy". Wszystkie wspomniane płyty można nabyć bezpośrednio od zespołu.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Tańczący z duchami

Czasem odnoszę wrażenie, że gdy mamy przesyt powszechnie rozpoznawalnych zespołów, koncertów odbywających się w ramach dużych tras, chodzenia do większych sklepów płytowych, słuchania lub oglądania marketingowych działań największych wytwórni, to chętnie wracamy do korzeni, czegoś, co w tym wszystkim uległo pewnemu zapomnieniu. Chodzi o człowieka, o twórcę samego w sobie, który otoczony instrumentami zamyka się we własnym domu i korzystając z dobrodziejstw techniki, nagrywa sam. Pozostają tylko artysta i jego muzyka. Czegoż chcieć więcej? Sądzę, że m.in. właśnie dlatego tak dużą popularność zyskała Stara Rzeka, solowy projekt Kuby Ziołka. I kto wie, być może na tej samej zasadzie pewnej rozpoznawalności doczeka się również inny rodzimy muzyk, którym jest Jakub Czyż. 

Jakub Czyż  /  Fot. Paweł Wojciechowski
Jeśli jakimś cudem słyszeliście kiedyś o gitarowych improwizacjach spod znaku Faaip de Oiad, bynajmniej nie chodzi tu o nagranie Toola, tylko o projekt Jakuba Czyża, to teraz rzeczony Ślązak z Mikołowa daje o sobie znać raz jeszcze. Tym razem za sprawą Odmieńca i jego pierwszej płyty. "Taniec Ducha" został w całości nagrany w domowych warunkach i zamieszczony w sieci. Jak pisze sam zainteresowany, jego muzyka "jest próbą opisania samego siebie, swoich lęków, bólu, przeżyć, oswojenia się ze swoimi traumami. To samotna wędrówka, poszukiwanie własnej tożsamości, chęć sprzymierzenia się z naturą, odszukanie tego co między światem obecnym, a nieobecnym." To dość górnolotne słowa, ale trzeba przyznać, że wkomponowują się w debiut Odmieńca.


"Taniec Ducha" to blisko godzina instrumentalnej muzyki zawieszonej gdzieś pomiędzy syberyjskim szamanizmem, gitarową improwizacją, ambientem, drownem, a wydobywającym się z wnętrza kompozytora strumieniem świadomości. To szalenie osobiste i indywidualne dźwięki, dlatego słuchacz de facto sam musi się do nich dopasować. Nie jest to łatwe i niejednokrotnie może odebrać tę muzykę jako monotonną i będącą bardziej zlepkiem przypadkowych dźwięków niż przemyślaną, zamkniętą całość. W tym wszystkim słychać jednak pewną perspektywę. Czyż sięgnął nie tylko po standardową gitarę elektryczną, ale i relatywnie urozmaicone instrumentarium, m.in. po harmonijkę, flet i gitarę akustyczną, z których stara się korzystać na wiele sposobów, przy jednoczesnym zastosowaniu gamy efektów dźwiękowych. Jednak puki co, bardziej przekonująco brzmią krótsze kompozycje, którym bliżej do regularnych utworów, niż ich dłuższe, nieco rozciągnięte,  odpowiedniki. Wyjątkiem pozostaje poniższy szamański "Taniec Ducha", który otwiera autorowi enigmatyczne drzwi do następnych "duchowych" nagrań.


Ten album można by śmiało skrócić o kilka kompozycji i odbierałoby się go zupełnie inaczej. Niemniej przy jego wszystkich niedoskonałościach trudno nie docenić jego autentyczności. Wspomniany wcześniej muzyk, samotnie nagrywający w domowym zaciszu, jest gwarantem zaangażowania, prawdziwości i szczerości tego, co trafia na dane wydawnictwo. Tutaj to wszystko jest. Pozostaje zatem jedynie kwestia formy, a ta, jak wiadomo, zawsze będzie budzić dyskusje i spory. Wydaje się, że Jakub Czyż ma gdzieś w głowie pomysł na swoją muzykę. Teraz musi to wszystko poukładać i sprawić, by w ślad za dźwiękami poszła także oryginalność. Wszystko przed nim.

środa, 9 kwietnia 2014

Odurzony słońcem

Ambient to jeden z tych gatunków, który wydaje się prosty. Pozornie wystarczy przecież włączyć mikrofon, upuścić monety lub gwoździe, uderzyć w gong, a na końcu pod wszystko podłożyć wygenerowany bliżej niekreślony szum. Dlatego tak wiele płyt wyjętych z tej szuflady jest zwyczajnie przeciętnych i nudnych. Nie dzieje się na nich absolutnie nic. W tej muzyce tym bardziej trzeba się postarać, by przyciągnąć i utrzymać uwagę słuchacza, który przecież do cierpliwych wcale nie należy. Jak zawsze, w tym wszystkim musi być pomysł lub przynajmniej jego zalążki. Jeśli go usłyszymy, będziemy skłonni wracać do danego wydawnictwa, nawet gdy okaże się ono bardzo wymagające. Jest wielu takich zagranicznych wykonawców, jest i kilku rodzimych. Jest także jeden, który aspiruje do członkostwa w tej drugiej grupie. 

Okładka płyty "Hidden Scenes"
Sundrugs to jednoosobowy warszawski projekt, za którym stoi niejaki Patryk Kawalarz, debiutujący w ubiegłym roku za sprawą krążka "Hidden Scenes". Płyta ukazała się nakładem francuskiej wytwórni BLWBCK i między innymi dlatego bardziej jest kojarzona nad Sekwaną niż Wisłą. Teraz jednak ten stan rzeczy może ulec zmianie, gdyż jedno z nagrań Sundrugs trafiło na "Cold Wind Is the Promise of A Storm", w pełni udostępnioną w sieci drugą część kompilacji przygotowanej przez internetową społeczność Post-rock.PL. A co z muzyką?


Największą zaletą "Hidden Scenes" jest lapidarność. Zdecydowana większość utworów, poza nielicznymi wyjątkami, liczy sobie od czterech do pięciu minut. Ma to olbrzymie znaczenie w przypadku tej płyty. W przeciwnym razie zawarte na niej pełne przestrzeni i otchłani wizje dłużyłyby się w nieskończoność, a tak wciągają słuchacza w swoistą grę wyobraźni, pozostawiając przy tym dobre w konsekwencji niedomówienie. Nie bez znaczenia jest tu również melodia oraz brzmienie. To pierwsze sprawia, że dany utwór ma sens, że nie jest zbitką przypadkowych dźwięków, drugie zaś pozostaje klarowne i zarazem dalekie od typowej w tym gatunku dźwiękowej duchoty. Ta muzyka, pełna ciemności i melancholii, rozchodzi się niczym wypuszczony z płuc papierosowy dym, jakże przyjemnie odległy pod względem subtelności od swojego kominowego odpowiednika. 


Mimo że jak na debiut "Hidden Scenes" ma wiele zalet, oczekiwanie od Sundrugs nagrań pokroju najciekawszych krążków wydanych przez Cold Meat Industry lub Cyclic Law absolutnie mija się z celem. Nie tędy droga. Teraz słychać tu przede wszystkim pomysł i kierunek dalszego rozwoju, a czy przyjdzie czas na własny styl, oryginalność i dobre kompozytorskie pomysły, to już czas pokaże. Debiutancki mają swoje prawa i przynajmniej na początku zasługują na nieco dobrej woli z naszej strony. Decydującą okazuje się druga płyta. Ta zawsze bezlitośnie rozlicza tych, którzy mierzą za wysoko oraz utrzymuje dotychczasowych i przysparza nowych sympatyków danemu wykonawcy, o ile ten udowodnił, że naprawdę coś potrafi. Oby tak było w przypadku Sundrugs. W każdym razie wydaje się, że są na to szanse.

niedziela, 6 kwietnia 2014

Gdzieś po drugiej stronie

Amerykańska scena niezależna to przyjemna dla ucha alternatywa wobec również pochodzącej zza Oceanu mieszaniny plastiku, kiczu i tandety wydawanej przez największe wytwórnie i zarazem usilnie promowanej przez środki masowego przekazu, także te polskie. To zaskakujące, jak niewiele trzeba, by zostawić to wszystko za plecami i zamiast podążać główną ulicą, skęrcić w lewo bądź w prawo i zajrzeć w mniej eksponowane okolice. Wystarczy tylko, i zarazem aż, odrobina czasu, a zasoby globalnej sieci staną przed nami otworem. Swego czasu przekonałem się o tym, dość dogłębnie badając m.in. perypetie grup aktywnie działających w San Francisco. Wiele z nich już niestety nie istnieje, ale spośród tych, które wciąż nagrywają, warto wymienić chociażby Worm Ouroboros.

Fot. Worm Ouroboros  /  Fot.  lastfm.pl/music/Worm+Ouroboros
Ten zespół to troje muzyków, z których każde ma ciekawą przeszłość lub obecnie angażuje się także w inne projekty. Lorraine Rath jest przede wszystkim pamiętana pamięta z czasów gry w Amber Asylum i The Gault, Jessica Way współtworzy obecnie Barren Harvest, zaś Aesop Dekker, jedyny mężczyzna w zespole, od lat bębni w powszechnie znanym Agalloch. To zderzenie osobowości zaowocowało czymś pomiędzy rockiem progresywnym, doom metalem, neoklasyką i okolicami ambientu. Powstało coś szalenie nastrojowego, czego najprzyjemniej słucha się wieczorami, niekoniecznie w domyślnym stanie świadomości.



Skojarzenia z Amber Asylum są jak najbardziej na miejscu, nie tylko ze względu na personalia. Tu również mamy do czynienia przestrzenną muzyką jakby zza drugiej struny szyby, zza mgły, z oddali spokojnie płynącą w kierunku ucha odbiorcy. Partie wokalne wspomnianych Jessiki Way i Lorraine Rath budzą jeszcze większe skojarzenia z grupą Kris Forse. Jest to jednak na tyle przekonujące, że Worm Ouroboros można uznać za nieznaczne, ale mimo wszystko, rozwinięcie pomysłów Amber Asylum, niż byle grupę muzyków kopiujących cudze patenty. Dlaczego? Tu nie ma wiolonczeli, a są za to dźwięki ciężkiej, sennej i chwilami psychodelicznej gitary rodem z King Crimson, prowadzącej cały ten senny orszak w jedynie sobie znanym kierunku. To wszystko sprawia, że czas zdecydowanej większości kompozycji waha się pomiędzy siedmioma a dziesięcioma minutami. Nie zawsze doczekamy się cięższego czy choćby nieco szybszego finału danej kompozycji. Czasem ten zwyczajne nie nadchodzi. Nie musi. W takiej muzyce nie jest to konieczne.



By zatopić się w melodiach Worm Ouroboros, trzeba być w odpowiednim nastroju, trochę w  nieco innym świecie lub dać się tam zaprowadzić. Nie znajdziecie tu radości lub energii do życia, lecz refleksję, melancholię, smutek, ale za to w szalenie nastrojowej i pełnej eskapizmu formule, ciekawie nawiązującej do wybranych rozdziałów dość pokaźnej historii rocka. Jedni uznają to za nudę, inni zaś odpłyną i może nawet w taki stopniu, że nie będą chcieli wracać. Ja na ten przykład nie zamierzam, zarówno za sprawą debiutanckiego "Worm Ouroboros", jak i drugiego i ostatniego jak dotąd krążka "Come The Thaw".

środa, 2 kwietnia 2014

Kołysanki na (nie)dobry sen

Gdy 25 lipca 2007 r. na warszawskim Służewcu pracowałem przy organizacji koncertu The Rolling Stones, w pewnym momencie napotkałem znajomego, który z kimś rozmawiał. Okazało się, że to niejaki Jarosław Szubrycht, który wówczas, o ile mnie pamięć nie myli, aktywnie działał w "Przekroju". Przedstawiono nas sobie, wymieniliśmy uprzejmości i już miałem z uśmiechem zadać legendarne wręcz pytanie, kiedy wróci Lux Occulta, gdy nagle Pan redaktor pożegnał się z nami oboma i udał w swoją stronę. To krótkie spotkanie przypominało mi się zawsze, gdy w radiu w Waszej obecności sięgałem po "Dionysos" czy "Forever Alone Immortal", także wówczas, gdy docierały do mnie informacje o reaktywacji zespołu i siłą rzeczy tak też jest teraz, gdy w moje ręce trafił egzemplarz "Kołysanek".

Okładka "Kołysanek"
Długo czekaliśmy na tę płytę. Pomijając sam fakt przerwania działalności zespołu, od chwili oficjalnego ogłoszenia nagrania muzyki i zapowiedzi rozpoczęcia prac nad partiami wokalnymi, minęły dobre dwa lata. A teraz, gdy "Kołysanki" są już dostępne, można powiedzieć, że muzycy nieco zagrali na nosie swoim krytykom i zarazem puścili oko w kierunku fanów, w przypadku których przyjemność sięgania do przeszłości Lux Occulty była równa entuzjazmowi wyczekiwania na "Kołysanki". Szkoda tylko, że tak późno. Gdyby ten album pojawił się po bezpośrednio po "Mother and the Enemy", doceniłoby go zdecydowanie więcej osób niż grono stęsknionych za jednym z ciekawszych rodzimych zespołów lat 90. Owszem, ortodoksi nie zostawiliby na nim suchej nitki, ale niejeden "alternatywny" dziennikarz zachwycałby się tym krążkiem. A jak jest dzisiaj? Ten album sprawi przyjemność przede wszystkim samym muzykom, którzy nagrali go dla siebie, oraz tym, którzy darzą Lux Occultę sentymentem, wspominając czasy podstawówki, liceum i studiów, a dziś słuchają nie tylko muzyki ludzi zakutych w skóry i żelazo.



"Kołysanki" to szalenie eklektyczna płyta. Znajdziemy na niej zimną elektronikę, ludowe przyśpiewki Łemków i kilka wyraźnie zaznaczonych instrumentów - akordeon, jakże pasujący do francuskojęzycznych partii wokalnych, kontrabas, trąbkę i gdzieniegdzie przebijającą się gitarę akustyczną. Czy jest to przesadnie oryginalne? Dziś już raczej nie. Niemniej, ta muzyka zyskuje bardzo dużo w połączeniu ze słowami. Wszystko dzięki różnym sposobom ich wykorzystania. Czasem słyszymy autorską polszczyznę Jarosława Szubrychta, czasem przytaczane przez niego słowa Tadeusza Micińskiego, chwilami pojawią się również język Łemków i ten, którym posługują się mieszkańcy okolic Sekwany. A co niosą te słowa? Coś mrocznego i chwilami makabrycznego. Wystarczy nadstawić ucha.



To nie są kołysanki na dobry sen. Mało kto chciałby zanucić te melodie własnemu dziecku i wyszeptać mu do ucha to, co sam usłyszy, sięgając po tę płytę. I właśnie dlatego ten album potrafi się obronić. Im dłużej się go słucha, tym więcej można w nim znaleźć. Owszem, "Kołysanki" nie zmienią świata, nie poruszą rodzimej sceny i nie przekonają nieprzekonanych, ale w najgorszym razie zostaną odnotowane przez obserwatorów rozwoju wypadków  i sprawią przyjemność tym, którzy wieczorową porą znajdą chwilę, by uważnie ich posłuchać.  No i są jeszcze sami zainteresowani, z pewnością miło zaskoczeni przychylnymi reakcjami, których raczej nie brakuje. Jeśli zatem będę miał jeszcze okazję spotkać Jarosława Szubrychta, to nie zapytam go już o to, kiedy wróci Lux Occutla, tylko o to, kiedy będzie nowa płyta. Czyżby "wkrótce"?

sobota, 29 marca 2014

Nowe nagranie i koncerty w Polsce

Antimatter od samego początku miał wielu sympatyków Polsce. Roztoczony w latach 90., i wciąż podtrzymywany, kult starszych nagrań Anathemy przełożył się na zainteresowanie projektem założonym 17 lat temu przez Micka Mossa i Duncana Pattersona, zwłaszcza w momencie, gdy  Patterson opuścił szeregi Klątwy. Obaj muzycy dość szybko wzięli sobie do serca wsparcie znad Wisły i w książeczce do debiutanckiego "Saviour" zamieścili adres polskojęzycznej witryny poświęconej Antimatter. Zresztą, w historii tej grupy polskich wątków jest dużo więcej. Warto wspomnieć chociażby o graniu Micka Mossa z poznańskimi muzykami, co zaowocowało projektem Antimatter Live Band oraz bootlegiem z występu z 20 listopada 2011 r., który odbył się klubie Johnny Rocker. Nasi rodacy odpowiadają również za animację, która promowała nagranie "Conspire" i trafia na także dvd Antimatter. Teraz nie można wykluczyć, że takich akcentów pojawi się jeszcze więcej. W najbliższy wtorek w Krakowie odbędzie się pierwszy z pięciu koncertów, jakie Mick Moss zagra w naszym kraju w ramach europejskich wojaży.

Mick Moss podczas koncertu w 2013 r. /  facebook.com/antimatteronline 
Koncertowy powrót Antimatter do Polski nieprzypadkowo zbiegła się z premierą nowego nagrania, które Mick zamieścił w sieci. Poniższa kompozycja "Too late" to synteza ducha wydanego jesienią 2012 r. "Fear Of A Unique Identity" oraz znajomych akustycznych dźwięków z czasów "Planetary Confinement". Wciąż przygnębiająco i refleksyjnie, a kompozycyjnie raczej więcej tu piosenki niż utworu. Czy to zatem zapowiedź kierunku nowej płyty? Raczej nie, za wcześnie na to. Przynajmniej lepiej potraktować "Too late" jako bieżący epizod, a co będzie dalej, zobaczymy. Wszak Mick wysoko postawił sobie poprzeczkę. Do tej pory każdy z pięciu studyjnych albumów Antimatter wyraźnie różnił się od poprzedniego.



Od pierwszego koncertu Antimatter w Polsce, który odbył się w Poznaniu w 2007 r., ten projekt występował u nas w różnych konfiguracjach. Czasem był to sam Mick wyłącznie z gitarą akustyczną, czasem wspomagany przez drugiego muzyka, w tym m.in. przez Duncana Pattersona i skrzypaczkę Lisę Cuthbert, a czasem na scenie widzieliśmy cały zespół. Tym razem Mick wybrał ostatnie z rzeczonych rozwiązań. Podczas każdego koncertu muzycy w całości zagrają płytę "Leavin Eden". Jeśli ktoś z Was nie miał okazji zobaczyć Antimatter na żywo, teraz będzie miał szansę to zmienić.

Polskie koncerty Antimatter w ramach europejskiej trasy

01.04 Alchemia, Kraków
03.04 RudeBoy, Bielsko-Biała
08.04 Ucho, Gdynia
09.04 Progresja Music Zone, Warszawa
10.04 Od Zmierzchu Do Świtu, Wrocław

wtorek, 25 marca 2014

Siła majestatu

Siódmego marca wybrałem się do warszawskiej Piwnicy pod Harendą, by zobaczyć Pandemonium na jednym z jego ostatnich koncertów w ramach tej jeszcze przedwiosennej wówczas trasy. Po występie zdałem sobie sprawę, że bez Pawła Mazura ten zespół niestety scenicznie nie istnieje. Owszem, wszystkie stare utwory zostały zagrane względnie poprawnie i skutecznie przypominały mi czasy beztroskiej młodości, ale w ślad za muzyką muszą iść także charyzma i odpowiednia prezencja wokalna. Bez tego trudno wyobrazić sobie Pandemonium, a co dopiero koncert tej rodzimej legendy. Sentyment jest jednak na tyle duży, że wciąż pozostaje i wszystko wskazuje na to, że rzeczony koncert na szczęście tego nie zmieni. Zwłaszcza, gdy 28 marca ukaże się nowy singiel z nagraniem udanie nawiązującym do najlepszej stylistyki łodzian. 

Paweł Mazur, Pandemonium  /  Fot. facebook.com/pandemoniumpl
Po mocno eksperymentalnym "The Zonai", przeciętnym hałasie pokroju "Hellspawn" i przyzwoitym "Misanthropy", nadszedł czas na zwiastun nowych pomysłów. Zamieszczone jakiś czas temu w sieci nagranie "Przyjdź Królestwo Twoje", ukazujące się teraz na fizycznym nośniku, udowadnia, że muzycy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Przypadające w tym roku 25-lecie istnienia Pandemonium mogą ukoronować płytą będącą kwintesencją tego, co sprawiło, że ich wczesne wydawnictwa są dziś otoczone istnym kultem. Majestat, średnie tempa, ciężar, siła wokalnej ekspresji i wszechobecny nastrój to elementy, które kojarzą się z najlepszymi dokonania zespołu i niewykluczone, że w bliżej nieokreślonej przyszłości raz jeszcze będzie on charakteryzował muzykę Pandemonium. W każdym razie ze wszystkich możliwych scenariuszy ten prezentuje się dobrze, zarówno na papierze, jak i w głośnikach.


Cieszy fakt, że ten zespół wciąż istnieje. Owszem, przykro patrzeć, gdy na jego koncert przychodzi 30-40 osób, ale z drugiej strony trudno się też temu dziwić w dobie globalnej sieci i obecnych muzycznych gustów. Młodzież wydaje się rozleniwiona dostępnością wszystkiego i zainteresowana inną muzyką, zaś weterani w pierwszej kolejności myślą przecież o rodzinie i pracy, a dopiero później w miarę możliwości podnieceni organizują sobie wolny wieczór, wspominając festiwalowe przygody, skóry i bujne fryzury. Niemniej, dopóki Paweł Mazur będzie znajdował  energię i czas na Pandemonium, dopóty warto będzie śledzić jego poczynania. Owszem, te nie zawsze będą musiały się podobać, ale mimo wszystko dorobek łodzian i ich miejsce w historii rodzimego grania do czegoś zobowiązują, zarówno muzyków, jak i nas. Singiel "Przyjdź Królestwo Twoje" ukaże się w nakładzie stu sztuk. Zaintrygowanych odsyłam do zasobów rodzimego Old Temple. Poniżej zaś klasyka z czasów debiutanckiego "The Ancient Catatonia".

piątek, 21 marca 2014

Polacy pod Olimpem

Są zespoły, które nawet po wielu latach darzymy zwyczajnym, ludzkim sentymentem. Nie ma znaczenia, ile czasu minęło od chwili, gdy po raz ostatni sięgnęliśmy po ich płytę lub widzieliśmy na koncercie. Słysząc, że wciąż istnieją i nagrywają, zazwyczaj uśmiechamy się pod nosem, miło wspominając beztroskie czasy adolescencji. Każdy ma w swoim życiorysie przynajmniej kilka taki grup. W moim przypadku jedną z nich jest Atropos, kolektyw weteranów warszawskiego podziemia z dwudziestoletnim stażem, których nowe nagrania w końcu trafiły w moje ręce.

Atropos  /  Fot. facebook.com/ATROPOSofficial
To istna muzyczna efemeryda. Raz jest, raz jej nie ma, czasem zagra koncert, a czasem jej muzycy niespodziewanie i po cichu, bez szerszej promocji, samodzielnie, w nieprzyzwoicie skąpym nakładzie, puszczą w świat jakieś wydawnictwo. Choć otwarcie trzeba przyznać, że ostatnio nie były to rzeczy nowe. Wydane w 2011 r. dwie epki, przerywające dekadę fonograficznego milczenia, to kompozycje zarejestrowane dobrych kilka lat wcześniej. Podobnie rzecz ma się z ostatnią jak dotąd regularną płytą Atropos. "Reconquista" została nagrana 2007 r., a ukazała się dopiero pięć lat później, o czym pewnie wiele osób nie wie do dziś. Najważniejsze jednak, że jest.



To jedno z relatywnie niewielu rodzimych wydawnictw nagranych poza Polską. Warszawiacy niemal od zawsze fascynowali się grecką sceną, zatem nie może dziwić fakt, że ślady instrumentów położyli w jednym ze studiów pod Olimpem. Nota bene w tym, do którego często zaglądali muzycy Rotting Christ. Najwyraźniej zachód opłacił się. "Reconquista" to bardzo wyrazisty w swojej formie melodyjny death metal z przyjemnymi dla ucha wpływami greckich bogów. Muzykom udało się w dobrych proporcjach zestawić ze sobą ciężar i nastrój. Dzięki temu mamy do czynienia z energią, a nie byle hałasem i urozmaicającymi całość, wpadającymi w ucho nutami, a nie byle słodką melodią. Chociaż w przypadku tego ostatniego jest mały wyjątek za sprawą autorskiej wersji przeboju Kocheen. Znajdujące się poniżej "Catch" to puszczenie oka do wszystkich, którzy mają dystans do słuchanej muzyki i przede wszystkim do samego siebie. Zresztą, nie pierwsze już w przypadku warszawiaków.



Mimo że "Reconquista" leżała w szufladzie aż pięć lat, to i tak pozostaje całościowo najciekawszym wydawnictwem Atropos. Już nie tak klimatycznie, melancholijnie i surowo jak za czasów "Silent Touch" i nie tak brutalnie, jak w przypadku "Crufiction". Po prostu przemyślanie i dojrzale. Oby nie po raz ostatni.

poniedziałek, 17 marca 2014

Pani Zdzisiu, cztery piwa!

Wino? Zbyt nadęte i pretensjonalne. Wódka? Za mocna, koniec imprezy gwarantowany pod stołem. Piwo? To co innego. Nie ma drugiego takiego trunku. Ten lekki alkohol relaksuje, podtrzymuje konwersację, integruje, niekiedy rozwiązując konflikty i pełniąc tym samym ciekawą rolę społeczną. Zatem pospolita plebejska rozrywka? Owszem, ale to jednocześnie jego największa zaleta. Ten złocisty płyn na bazie wody i chmielu doczekał się wielu pochwalnych pieśni, piosenek, przyśpiewek i utworów. Powstało ich tyle, że niemożliwe byłoby wymienienie ich wszystkich. Jednak skoro dziś przypada dzień św. Patryka, warto wspomnieć przynajmniej o jednym wydawnictwie poświęconym temu popularnemu napojowi bogów. Co więcej, w tym przypadku to album wydany z inicjatywy pewnej rodzimej wytwórni.
   
Okładka "Brewery in Piotrków Trybunalski"
Dwupłytowe  wydawnictwo "Brewery in Piotrków Trybunalski" ukazało się w 2006 r. z inicjatywy Beast of Prey, przedsięwzięcia wielce zasłużonego dla rodzimej sceny niezależnej. Pomysłodawcom udało się zaprosić do współpracy dwudziestu trzech krajowych i zagranicznych wykonawców. Tych drugich reprezentują m.in. francuskie Asmord, Sator Absentia i Storm of Capricorn, włoskie Division S i Rose Rovine E Amanti oraz The Well of Sadness, a także chilijski Der Arbeiter. Zaś polskich muzyków znajdziemy pod nazwami, które dziś mówią o wiele bardziej niż rzeczonych osiem lat temu, jak np. Outofsight, Inner Vision Laboratory, Hati, Horologium, czy chociażby Krępulec. A wszystko w jednym celu, którym było stworzenie wydawnictwa dosłownie i w przenośni wypełnionego po brzegi nagraniami inspirowanymi złocistym chmielowym trunkiem. Efekt okazał się zaskakująco ciekawy.

Fot. Kamil Mrozkowiak
Stylistyczna różnorodność zebranych wykonawców przełożyła się na skrajnie odmienne od siebie podejście do popularnego napoju. Przemieszane ze sobą ambient, neofolk, industrial i dark cabaret przynoszą na myśl wszelakie wyobrażenia. Na biesiadnych scenach i rubasznych śmiechach w karczmie oraz życiowych historiach opowiadanych po pracy pod budką z piwem począwszy, poprzez fabryczny proces powstawania trunku, a na mitologicznych wierzeniach, alkoholu w wydychanym powietrzu podczas policyjnej kontroli i wracaniu chwiejnym krokiem nad ranem skończywszy. W tej muzyce, tekstach i filmowych samplach zawarto fragmenty życia wielu z nas i nieco ponadczasowych społecznych prawd. Trudno stwierdzić, czy taki dokładnie był zamysł twórców tej kompilacji, ale nie zdziwiłbym się, gdyby otrzymany efekt nie przerósł przypadkiem ich oczekiwań i planów. To wydawnictwo ma jeszcze jedną zaletę. Nawet jeśli ktoś nie słucha takiej muzyki na co dzień, a z przyjemnością od czasu do czasu spędza chwile przy spienionym kufelku, uśmiechnie się nie raz i będzie wracał do "Browaru w Piotrkowie Trybunalskim", a przynajmniej do kilku wybranych nagrań, w których sposób postrzegania piwa jest mu najbliższy. W moim przypadku stało się tak za sprawą poniższego nagrania poznańskiego Outofsight. Jego muzycy trafili w sedno, znakomicie oddając nastrój rodzimego lokalu czasu głębokiego PRL-u. Ma to swój niepowtarzalny urok, pomimo wszystkich wad tego systemu. "Brewery in Piotrków Trybunalski" ukazało się w skromnym nakładzie 444 kopii, ale są jeszcze miejsca, gdzie można nabyć fizyczny egzemplarz tej kompilacji. Płyta nie tylko dla piwoszy.

Lista wykonawców

CD 1

1. Division S - Alla Salute
2. Barbarossa Umtrunk - Elixir Gaulois / Wassail Umtrunk
3. Niegrzeczna Pensjonarka - Małe piwko
4. Asmorod - Today
5. Krepulec- Żyto ziarnem zagryzaj
6. Dance Hospital - Untitled
7. Desolation Zone - Untitled
8. Nekyia - Untitled
9. Sator Absentia - [Knurd]
10. The Well Of Sadness - The Call Of A Bell
11. Isothesis - Untitled
12. Hati - Loaded

CD 2

1. Arkham - P.I.W.O.
2. Der Arbeiter - Hijo Del Sol
3. Storm Of Capricorn - Goule & Ocean
4. Dead Man's Hill - Blood-Belch
5. Outofsight - The Legend Of The Arrival Club
6. Horologium - Beer Supreme
7. Inner Vision laboratory - The Trade
8. Wermut - Song For René
9. Rose Rovine E Amanti - In Taberna Quando Sumus Non Curamus Qid Sit Humus!
10. Infamis - Untitled
11. Przemek Cackowski - Nie lubię...

czwartek, 13 marca 2014

Francuzi w hołdzie Warszawie

To, że Dawid Bowie do spółki z Brianem Eno nagrał niegdyś utwór "Warszawa", pod którego wpływem przyszli muzycy Joy Division przyjęli nazwę Warsaw, wie niemal każdy. To, że ci sami muzycy następnie porzucili ją m.in. dlatego, by uniknąć powiązań z innym brytyjskim z kolektywem Warsaw Pact, również jest względnie znanym faktem. Ale już o wiele mniej osób wie, że nad Sekwaną, a ściślej rzecz ujmując w Grenoble, istnieje grupa, której członkowie grają pod nazwą Varsovie.  

Varsovie  /  Fot. facebook.com/varsovie.propaganda
Jak sami przyznają, w 2005 r. przybrali ją ze względu na tragiczną przeszłość naszej stolicy, której zagłada wywarła na nich olbrzymie wrażenie, jednocześnie wpisując się w ich zimną, ponurą i dekadencką stylistykę. Co więcej, podczas koncertów wielokrotnie występowali z własnoręcznie wykonanymi opaskami Armii Krajowej. Początkowo było to granie garściami czerpane z dorobku postpunkowej sceny. Ale z drugiej strony na tyle skuteczne, że epka "Neuf millimètres" rozeszła  się w całym nakładzie. W 2009 r. przyszedł czas na regularny debiut w postaci płyty "Etat civil", której było już zdecydowanie bliżej do indie rocka i wszelkich muzycznych obszarów, jakie to niektóre duże rodzime media nazywają alternatywnymi. Niemniej, w tej muzyce wciąż słychać ten zimny, dekadencki i na swój sposób czarno-biały nastrój. Zaś rok później Francuzi sprawili nam drugą miłą niespodziankę, przygotowując własne opracowanie "Nowej Aleksandrii" Siekiery. 

Varsovie  /  Fot. facebook.com/varsovie.propaganda
Wszystko wskazuje na to, a przynajmniej można tak zakładać, że pomysł był pokłosiem wizyty muzyków w Warszawie. W 2008 r. zagrali w klubie Depozyt 44 podczas ówczesnej edycji imprezy Old Skull Party. Nagrania dokonali dwa lata później. Efektem jest niezwykle udane autorskie opracowanie dobrze znanej znam kompozycji. W zasadzie powstał z tego nowy utwór, w który muzycy Varsovie włożyli wiele życia i energii, jednocześnie budując go w oparciu o najlepsze elementy zimnego grania. Co więcej, gitarzysta Grégory Cathérina zaśpiewał cały tekst po polsku, a następnie powtórzył go po francusku, jak gdy była to kolejna zwrotka. W ten sposób krótki utwór Tomasza Adamskiego otrzymał nowe życie. Szalenie miły gest Francuzów, o którym mało kto wie. Tej kompozycji nie ma na pierwszej płycie Varsovie, ale być może pojawi się na kolejnej. Całe nagranie znajdziecie poniżej.