poniedziałek, 17 lutego 2014

Okultacja w Nowym Jorku

Kanadyjska Profound Lore Records kilkukrotnie przywracała moją wiarę w muzykę zza Wielkiej Wody. Włodarzom tej stosunkowo małej wytwórni udało się przyciągnąć, a w konsekwencji wydać płyty, wielu cenionych podziemnych i niezależnych wykonawców, głównie z sąsiednich Stanów Zjednoczonych. To dzięki niej w nasze ręce trafiły nagrania m.in. Agalloch, Evoken, Amber Asylum, Graves at Sea, Asunder i Witch Mountain. Te albumy udowadniały, że lepiej wyrzucić telewizor przez okno i zapomnieć o amerykańskich wykonawcach, których nagrania są nam niemalże wciskane na każdym kroku. A co ważne, w katalogu Kanadyjczyków takich albumów wciąż przybywa. Za przykład niech posłuży debiut nowojorskiego Occultation. 

Occultation  /  Fot. Arch. zespołu
Wyobraźcie sobie pogrzebowe tempa Black Sabbath, oniryczne melodie King Crimson, organy, obłąkane kobiece wokale oraz nałożony na całość charakterystyczny basowy pogłos. Taka właśnie jest muzyka Occultation, a ściśle rzecz ujmując wydana w 2012 r. płyta "Three & Seven", pierwszy album Amerykanów będący następcą demo "Somber Dawn". Za te dźwięki odpowiada troje muzyków, w tym dwie damy, którym udało się idealnie wręcz połączyć surowy i ponury nastrój piwnicznej sali w prób z możliwościami, jakie daje profesjonalne studio nagrań. Słuchając tej muzyki, odnosi się wrażenie uczestnictwa w sabacie lub jakimś rytuale. Tu panuje przede wszystkim mrok.  

Jednak Occultation to niewątpliwie również melodia, utrzymana w wolnych i średnich tempach, która prowadzi słuchacza przez poszczególne kompozycje i ciekawie uzupełnia wspomniane partie wokalne. Dwa zawodzące głosy należą do pań współtworzących sekcję rytmiczną i to ich obłąkane śpiewy nadają tej muzyce mocno ezoterycznego charakteru. Mówi się, że diabeł tkwi w szczegółach. Jak dobrze słychać, nie bez przyczyny.

Okładka "Three & Seven"
Ta płyta pokazuje, że stosunkowo niedużym nakładem artystycznych zabiegów, można osiągnąć bardzo wyrazisty efekt, który w tym przypadku jest jednoznaczny ze zdefiniowaniem przez muzyków własnego stylu. Wbrew powszechnie panującym domysłom i trendom w amerykańskim podziemiu doom metal i jego pochodne wciąż cieszą się dużą popularnością, jednak na tle wielu relatywnie podobnych wykonawców Occultation zdecydowanie wyróżnia się dzięki prostej syntezie wszystkich wspomnianych pomysłów. Nie jest to oszałamiająca i przesadnie wyszukana muzyka, ale ma w sobie nastrój, który przekłada się na to "coś". Warto po nią sięgnąć, zwłaszcza jeśli chce się posłuchać czegoś zwyczajnie innego. 

środa, 12 lutego 2014

Niekończąca się trasa

Jest kilka takich osób, związanych z różnymi środowiskami twórczymi, które działają w nich, odkąd pamiętamy, w zasadzie od zawsze. Trudno nam sobie wyobrazić dane kręgi bez takiej czy innej cenionej przez nas persony. To już nie byłoby to samo. Bo przecież nie jest łatwo myśleć o świecie kina bez największych żyjących reżyserów, teatru bez aktorów, a w przypadku rock 'n' rolla z pewnością bez Lemmiego Kilmistera, którego wspomnienia niedawno znalazły się w moich rękach. 

Lemmy podczas koncertu Motorhead  /  Fot. Wikipedia
W przypadku książki "Biała gorączka" wydawca używa określenia autobiografia, ale tak naprawdę tekstowi bliżej do terminu rzeczonych wspomnień, napisanych w pierwszej osobie. Te wydrukowane słowa to w rzeczywistości spisane opowieści, którym w przypadku Lemmy'iego najbliżej do historii opowiedzianych w koncie zadymionego baru przy butelce Jacka Danielsa. Taki sam sposób mówienia i relacjonowania słyszy każdy z nas, gdy w lokalu spotyka się z dawno niewidzianych przyjacielem z czasów szkoły lub studiów. Jest bardzo subiektywnie, anegdotycznie, nieco wulgarnie i zazwyczaj zabawnie, jakby zamiast refleksji dotyczącej mijającego czasu, częściej na twarzy słuchacza pojawiał się uśmiech, a nawet lekkie niedowierzanie. Przyjemnie słucha się takich opowieści i równie przyjemnie się je czyta.

Okładka "Białej gorączki"
Największą zaletą tej książki jest barwność wspomnień, historii i anegdot. Można dowiedzieć się, że John Lennon wcale nie był grzecznym chłopcem i koncercie The Beatles pobił obrażającego go fana. Znalazło się również kilka ciekawych informacji na temat pracy Lemmy'iego w charakterze technicznego The Jimmi Hendrix Experience. Gdzieniegdzie pada również nieco detali związanych z aktywną działalnością fanclubową niejakiego Larsa Urlicha, który za młodu był ogromnym fanem Motorhead, i to jeszcze w czasie, gdy Za Wielką Wodą mało kto słyszał o tym zespole. Oczywiście, nie mogło również zabraknąć nieco pikanterii i niewybrednych dowcipów. Wyobraźcie sobie, że po pewnym koncercie, zdaje się w Finlandii, jeden z muzyków Motorhead szuka ustronnego miejsca z dziewczyną. Garderoba była zajęta przez pozostałych członków głupy, więc miejscem docelowym rozkoszy miłości francuskiej stała się stojąca w niej szafa. Zaś finał tej przygody, także ten dosłowny, okazał się wspomnieniem na naprawdę długie lata. Nie mogło również zabraknąć szczegółów związanych z chemią płynącą w żyłach Lemmy'iego. Jak się okazuje, najlepiej w zespole dogadujesz się z tym, kto sięga po takie same substancje rozweselające. Im większa różnica między nimi, tym czasem trudniej się porozumieć, czego najlepszym przykładem są lata spędzone przez Kilmistera w Hawkwind. Swoją drogą, uśmiechniecie się, czytając także o tym, w jaki sposób Lemmy został basistą. Wszak wcześniej grał na gitarze, co na koncertach widać do dziś, a solówki raczej mu nie wychodziły.


W tym wszystkim jest jednak także i miejsce na niemałą czarę goryczy, gdyż pojęcie łyżki dziegciu w beczce miodu byłoby tutaj niepoprawnym eufemizmem. To przede wszystkim szczegóły współpracy z wytwórniami płytowymi. Fani nie mają jak tego zobaczyć. Dla nich, co w pełni zrozumiałe, liczy się przede wszystkim koncert i możliwość nabycia płyty. Jak się jednak okazuje, czasem muzycy muszą wziąć sprawy w swoje ręce. Inna sprawa, że jako tekściarz i kompozytor Lemmy wcale nie zarobił najwięcej na graniu w Motorhead. Napisanie kilku tekstów dla Ozzy'iego Osbourne'a, nota bene bardzo znanych dziś utworów, przyniosło mu większe pieniądze niż 25 lat jeżdżenia w trasy. Między wierszami można także wyczytać nieco więcej czysto życiowej refleksji, zwłaszcza gdy mowa o osobach, których już nie ma. Wówczas odnosi się wrażenie, że w tych miejscach opowieści autor dość intensywnie myślał o upływającym czasie. Z drugiej jednak strony, jak mocno podkreśla, nigdy nie zamieniłby życia w latach 60. na nic innego. Nietrudno domyślić się dlaczego. 

Koncert Motorhead na warszawskich Ursynaliach w 2013 r.  /  Fot. Wikipedia
"Białą gorączkę" czyta się szybko i przyjemnie. To dość lekka lektura, ale pełna ciekawych informacji, bynajmniej nie zebranych z sieci i wycinków prasowych, co niestety jest dość częste w przypadku ukazujących się w Polsce "biografii", lecz w całości oparta na opowieści samego zainteresowanego. Owszem, czasem padające nazwiska nieco różnią się od prawdziwych, ale z pomocą zawsze przychodzi odpowiedni przypis. Drobny błąd dotyczy również koncertu w Warszawie, który odbył się 6.12.2000 r. Pamiętnego ze względu na ponad trzygodzinne opóźnienie i salę Stodoły wypełnioną do tego stopnia, że wielu zainteresowanym nie udało się do niej wejść. Ja miałem to szczęście, więc śmiało mogę sprostować, że zespół zaczął grać ok. 23:30, a nie o 1, jak wspomina Lemmy. Dlaczego tak się stało? Szczegóły znajdziecie pod koniec książki. Warto również wspomnieć, że oryginalny tekst przełożył Jarosław Szubrycht, co z pewnością miało dobry wpływ na ostateczny kształt "Białej gorączki". Sięgając po nią, trzeba jednak pamiętać, że pierwotne wydanie tej pozycji liczy już sobie ponad 10 lat. Biorąc jednak pod uwagę, kogo dotyczy, warto ją przeczytać. I to niezależnie od gatunku rocka, które słucha się dziś. Bez tego muzyka, a w konsekwencji Motorhead, wiele uznanych dziś zespołów mogłoby grać zupełnie inaczej. 
   

sobota, 8 lutego 2014

Potrzeba ekspresji

Dopóki w nasze ręce trafiają płyty, które potrafią nas zaskoczyć i zaintrygować niczym za czasów beztroskiej nastoletniości, śmiało możemy uznać, że jest jeszcze sens poświęcać czas i środki na poszukiwania w obrębie muzycznej pasji. W przeciwnym razie nieco obojętniejemy, tracimy zapał i zaczynamy rozglądać się czymś zupełnie nowym, dlatego dobrze co jakiś czas znaleźć takie wydawnictwo. Szczęśliwie dla siebie niedawno otrzymałem w prezencie taką właśnie płytę. 

Öxxö Xööx  /  Fot. Clément Prié
Powstałe w normandzkim Dieppie Oxxo Xoox to kompozytorski tandem, za który odpowiadają Laure Le Prunenec i Laurent Lunoir. Ten duet, wspomagany na koncertach przez muzyków sesyjnych, postanowił uwiecznić w muzycznych pomysłach swoje rozterki, spostrzeżenia i fascynacje dotyczące m.in. istoty życia oraz teorii światów równoległych. Jego muzyka stała się dźwiękową terapią, sposobem wyrażenia uczuć odnoszących się do dualizmu sił rządzących światem i naturą, przy jednoczesnej mocno zarysowanej antyreligijności. Tutaj potrzeba ekspresji była na tyle silna, że początkowo przybierała różne formy, by ostatecznie ewoluować do myśli powstania Oxxo Xoox, któremu i tak towarzyszy szereg innych sposobów wyrażania samego siebie, w tym m.in. grafika i samodzielnie stworzony język. Wielu weźmie ich za dziwaków, ale jakież to ma znaczenie, skoro ich idea przekłada się na ciekawą, spajającą całość muzykę?

Wydane w 2011 r. przez samych zainteresowanych "Reveurt" to niemal 80 minut muzyki opartej przede wszystkim na doom metalu, ale zarazem bardzo melodyjnej, szalenie teatralnej, pełnej ekspresji i dźwiękowego bogactwa. Wybijające się na pierwszy plan krzyki i zawodzenia sprawiają wrażenie niezwykle realnych, szczerych. Trudno odmówić Francuzom  łatwości wzbudzania w słuchaczu przekonania, że to co słyszy, jest prawdziwe, że ktoś naprawdę zawarł w swojej muzyce to, co myśli. A są to przecież teorie, których przedstawiciele pozostają w zdecydowanej mniejszości. Łatwo wyczuć, gdy dany "artysta" chce nas oszukać. Tutaj tego nie doświadczycie. Wręcz przeciwnie. Owszem, muzycznych skojarzeń nie brakuje, jak chociażby miejscami z Arcturus, ale wszelkie porównania są bezcelowe, gdyż ta muzyka potrafi obronić się sama, a niesiona przez nią treść nie ma zbyt wielu kompozytorskich odpowiedników. 

Gdy wręczano mi tę płytę, osoba obdarowująca była przekonana, że ten album spodoba mi się. Miała rację. Dlatego, że Oxxo Xoox to może nie tyle coś nowego, lecz raczej zupełnie innego od tego, do czego przywykliśmy, dokonując wyborów spośród wydawnictw będących w decydowanej większości. "Reveurt" okazało się miłą niespodzianką przy jednoczesnej niemal zupełnej anonimowości w Polsce jego twórców. Tym wydawnictwem możecie kogoś zaskoczyć, nie mówiąc już o sobie samych.

wtorek, 4 lutego 2014

Z Zielonej Wyspy do Polski

Przerwanie milczenia na emigracji, wydane w 2011 r. demo "Opowieść jednej nocy" i wreszcie ubiegłoroczna kompaktowa reedycja kultowego już "Popiołu" sprawiły, że o Thy Worshiper przypomnieli sobie starsi, a młodsi mieli okazję poznać ciekawy rozdział w bogatej historii rodzimego grania. Teraz jednak skończył się czas wyrozumiałości spowodowanej przeszłością i nadszedł okres bezwzględnych rozliczeń. 18 lutego ukaże się "Czarna dzika czerwień", trzeci regularny album Thy Worshiper.

Thy Worshiper  /  Fot.  Lisa Tiffany Gellar  
Pobyt w Irlandii najwyraźniej służy muzykom, gdyż w obecnym składzie udało im się nagrać bez wątpienia najdojrzalszy album w całej dyskografii Thy Worhiper. Owszem, nie jest ona przesadnie bogata, ale po szalenie spontanicznym i legendarnym już debiucie oraz dość przeciętnym "Signum" wreszcie doczekaliśmy się czegoś przemyślanego, poukładanego i przepełnionego szamańską atmosferą czasów Słowian. Nowa płyta to nowa jakość. Podstawą muzyki jest tu typowo rockowe instrumentarium, do którego dodano szereg pomniejszych muzycznych pomysłów zrealizowanych m.in. na djembie i kotle Te zaś uzupełniono damskimi partiami wokalnymi, które nadają całości wyraźnie słowiańskiego sznytu i stanowią przeciwwagę dla charakterystycznych dla Thy Worhiper krzyczanych męskich wokali. Przeszłość zespołu to black metal i jego echa wciąż są tu wyraźnie słyszalne, niemniej mądre poukładanie przez muzyków wspomnianych elementów przyniosło coś przyjemnie oddalonego od utartych schematów.



Z drugiej strony, oczekiwania wobec nowej płyty były dość duże i najwyraźniej stąd bierze się subiektywne poczucie pewnego braku. Czego? Może jeszcze większej dawki melodii, szamańskiego mistycyzmu, ogłady i liczniejszego zestawu instrumentów dawnych. Należy jednak pamiętać, że Thy Worshiper to zawsze była nieprzesadnie skomplikowana muzyka pełna dzikości, opętania i energii. Zatem słuszność proporcji zachowanych przez muzyków każdy powinien już ocenić sam. Możliwość przesuwania rzeczonej granicy otwiera przed grupą nowe możliwości i już od niej samej będzie zależało, czy za wszelką cenę zechce zachować ducha starszego Thy Worshiper, czy raczej podejmie jakaś odważną decyzję. Jednak takowa to naturalnie pieśń przeszłości.

Thy Worshiper  /  Fot.  Lisa Tiffany Gellar  
Mimo że bardzo udana, "Czarna dzika czerwień" nie zmieni diametralnie pozycji Thy Worshiper. Wciąż będzie to niszowy zespół. Niemniej teraz jego muzycy mają dużą jak nigdy szansę dotarcia do nieco szerszego grona odbiorców, niż jedynie coraz mniej licznej grupy weteranów pamiętających jeszcze taśmy demo i ukazanie się w 1996 r. debiutanckiego "Popiołu". Nareszcie będziemy mogli postawić na półce płytę Thy Worshiper, po którą sięgniemy równie często, co po wznowioną nie tak dawno na kompakcie pamiętną kasetę. Zapewniam, że warto zaczekać do 18 lutego.

sobota, 1 lutego 2014

Zdobywcy Eteru 2013

Półtora roku temu przypadkiem natrafiłem na listę laureatów prestiżowego konkursu Zdobywcy Eteru organizowanego przez Portal Medialny. Jest on o tyle ważny, że wyróżnienia w nim przyznają nie twardogłowi jurorzy zasiadający za zielonym suknem, lecz Wy, słuchacze. Była to bardzo miła niespodzianka, gdyż Melodie Mgieł Nocnych znalazły się na 23. miejscu w kategorii Perełek Radiowych, mnie zaś zestawiono na 52. lokacie w Złotej Setce Radiowców 2011 r. Teraz wypada mi podziękować Wam raz jeszcze, i to tym bardziej, że nie wiedziałem nic o głosowaniu, a informacje o podsumowaniu 2013 r. dotarły do mnie od kogoś z Was.

Fot. Wojtek Dobrogojski
Melodie znalazły się na 14. miejscu w zestawieniu Perełek Radiowych, zaś moje nazwisko widnieje obecnie na 44. pozycji w Złotej Setce w kategorii Radiowiec Roku. Dziękuję raz jeszcze. Widać, wciąż znajdujecie czas i chęci, by włączyć radio w poniedziałek o północy, a ja tym samym dziewiąty już rok widzę, że to wszystko nadal ma jednak sens i warto było zostać w małej rozgłośni, by cieszyć się pełną swobodą antenową, która najwyraźniej owocuje dobrymi muzycznymi pomysłami. Będę prowadził ten program tak długo, jak tylko będę mógł. Do usłyszenia o stałej porze.

wtorek, 28 stycznia 2014

Idź do diabła

Debiutancki album anonimowego łodzianina tworzącego pod pseudonimem K. zyskał niemały rozgłos na rodzimej scenie niezależnej. Wydany w 2012 r. "There's The Devil Waiting Outside Your Door" zaskakiwał niezwykle ponurym i dekadenckim nastrojem rodem z klasyków kina noir. Nieszablonowa muzyka, której najbliżej było do mrocznej odmiany jazzu, powszechnie budziła przyjemne i nobilitujące dla twórcy skojarzenia m.in. z Bohren & der Club of Gore oraz Heroin And Your Veins. Teraz zaś nadszedł czas na drugi album tego dość mocno enigmatycznego projektu. Sądząc po tym, co na niego trafiło, tajemniczy K. nie poszedł na na skróty i wybrał dłuższą drogę. Nawet więcej, rzucił nam niemałe wyzwanie.

K.  /  Fot. Arch. zespołu
"Lord said Go to the Devil" to nieco ponad 45 minut ambientu mniej bądź bardziej przepełnionego ciemnością, duchotą, niepokojem i jednoznacznym wskazaniem tytułowego kierunku, w którym zabiera nas ta muzyka. Fakt, że o jej twórcy nie wiemy w zasadzie nic, mocno utrudnia jej interpretację, ale z drugiej strony jednocześnie pozostawia słuchaczowi bezkresny horyzont skojarzeń i domysłów. O co w tym wszystkim chodzi, skoro raz słyszymy opętane dźwięki pokroju Aghast, a w innym nagraniu, np. tym poniższym, przyjemne dla ucha oniryczne, niemal szeptane zawodzenie kobiecego głosu? To chyba wie tylko K., który z pewnością od czasu do czasu zagląda w sieć, uśmiechając się pod nosem w trakcie lektury tekstów poświęconych jego muzyce.

Mimo że ta płyta wymaga dość dużo od sięgającego po nią słuchacza, to wbrew pozorom nie jest nudna, jak niestety dość często bywa z ambientowymi krążkami. W tej muzyce dzieje się sporo, ale żeby to usłyszeć, najlepiej założyć słuchawki. Wówczas można dostrzec coś więcej, czyli schowany za fasadą psychodeliczny świat wyobraźni pełen wizji. To wszystko dzieje się gdzieś na pograniczu halucynacji, obłędu i snu. Wydaje się, że to przyjemna kołysanka, ale miejscami kończąca się drenażem mózgu.

Pamiętając "There's The Devil Waiting Outside Your Door", trudno nie docenić odwagi K., choć z drugiej strony chwilami żałuje się, że łodzianin nie poszedł w kierunku obranym na debiucie i nie rozwinął ówczesnych pomysłów. Taki album jak "Lord said Go to the Devil" mógł jeszcze zaczekać. Choć oczywiście na taki scenariusz nigdy nie będzie za późno, pod warunkiem, że K. wciąż będzie nagrywał. Jeśli jego muzykę poznajecie dopiero teraz, najpierw sięgnijcie po debiut, a dopiero w drugiej kolejności po jego następcę. Słowem, najpierw przyjemność, potem diabeł. 
Okładka "Lord said Go to the Devil"

piątek, 24 stycznia 2014

Odrobina dobrej woli

Niespełna rok temu siłami internetowej społeczności Post-rock.PL ukazała się cyfrowa kompilacja zawierająca dwadzieścia cztery nagrania rodzimych wykonawców związanych z szeroko pojętym gitarowym graniem. Poza jednym wyjątkiem były to zespoły same wydające swoją muzykę. Większość z nich była już znana wszystkim śledzącym rozwój wypadków na niezależnej scenie rzeczonego gatunku. Wystarczy wymienić chociażby Arrm, Butterfly Trajectory, Sun For Miles, Thesis, Servants of Silence, czy Naked On My Own. W tym zestawieniu znalazło się także miejsce dla absolutnych debiutantów, którzy dopiero dawali o sobie znać szerszemu gronu odbiorców. Mowa tu o świebodzińskim No News For Tomorrow.

No Newsfor Tomorrow  /  Fot.  facebook.com/NoNewsForTomorrow
Czy jest sens pisać o trzech muzykach, którzy zaledwie wypuścili do sieci dwa nagrania zapowiadające debiutancką epkę? Owszem, gdyż trudno przewidzieć, co ciekawego może przynieść przyszłość, a i przecież odrobina dobrej woli względem debiutantów nigdy nie zaszkodzi. Oczywiście nie wspominałbym o No News For Tormorrow, gdyby nie pewne przesłanki, w tym przede wszystkim znajdująca się poniżej kompozycja "Troubles". To szeroko rozumiany post rock, w którym oprócz gitar istotną rolę ma odgrywać także wokal. Skojarzeń jest wiele, głównie z brytyjskim I Like Trains, ale słychać tu także kilka pomysłów, które być może przełożą się na coś więcej niż perspektywę wydawniczego debiutu. Wszystko w rękach muzyków.

Nie oczekujcie zbyt wiele. To zaledwie jedna kompozycja, a i tak o wiele bardziej zasługująca na uwagę niż jej poprzedniczka, którą również można znaleźć w sieci. Potraktujcie to raczej głównie jako przyjęcie do wiadomości, że taki zespół istnieje, że jego muzycy chcieliby zadebiutować, wypłynąć na szersze wody i być może nawet ta sztuka kiedyś im się uda. Pierwszą okazją, by się o tym przekonać, będzie zapowiadana już od jakiegoś czasu epka "Only Way Beneath The Sky". Nadstawcie ucha. Niewykluczone, że zainteresuje nasz wszystkich.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Zerwanie z przeszłością

Muzyczną historię Neige'a, a co za tym idzie także i Alcest, można by w sposób niemal podręcznikowy zobrazować za pomocą wykresu przedstawiającego wzajemną relację pomiędzy dwoma zmiennymi. Początkowo dominowała jedna z nich. Teraz zaś jest zgoła odwrotnie. W tej muzyce black metalu już nie ma. Został całkowicie wyparty przez shoegaze i post rock, które tak nieśmiało pukały do drzwi umysłu rzeczonego kompozytora na początku działalności Alcest. Nowa płyta nie pozostawia jednak wątpliwości. Coś się skończyło, i to niestety z nie do końca dobrym skutkiem.

Alcest  /  Fot. facebook.com/alcest.official
Wydany w miniony piątek "Shelter" to zerwanie z przeszłością, której echa były jeszcze słyszalne na "Les voyages de l'âme" z 2012 r. Wówczas przyjemnie słuchało się tej francuskiej gry kontrastów pomiędzy łagodnymi melodiami, a blackmetalowymi skrzekami. Nie miało znaczenia, że przeszłość była już w odwrocie. Liczył się efekt końcowy, a ten był niezwykły. Teraz jednak Alcest bardziej przypomina kolejny z zespołów aspirujących do grup pokroju Sigur Ros i Anathemy. Nieco zatraciło swój charakter. Za dużo tu wyspiarskich elementów i rozciągniętych melodyjnych i marzeń. Tego typu zespołów jest dużo, a takich jak jeszcze niedawne Alcest do tej pory było o wiele mniej. Gdzieś tu, przynajmniej na jakiś czas, zaginęła oryginalność.

Neige podczas próby w 2012 r.  /  Fot. facebook.com/alcest.official
Niewątpliwie wpływ na to miała nie tylko decyzja samego Neige'a, ale i jego współpraca z Birgirem Jónem Birgissonem, producentem Sigur Ros, który wskazał francuskiemu multiinstrumentaliście kilka drogowskazów w tym wciąż na swój sposób nowym dla niego muzycznym świecie. Oczywiście dzięki temu na "Shelter" nie brakuje muzycznego piękna. Te dźwięki płyną same za sprawą wszechobecnego eskapizmu, i, jak wskazuje sam tytuł, wyobrażeń na temat schronienia, do którego udaje się każdy, chcący uciec przed otaczającą go rzeczywistością. Jednak nie sposób nie odnieść wrażenia, że tych marzeń jest tutaj za dużo, zwłaszcza, gdy pamięta się wcześniejsze dokonania Alcest, jak chociażby poniższe nagranie "Faiseurs De Mondes" z wspominanego "Les voyages de l'âme". To idealny wręcz przykład mariażu przeszłości z ówczesnymi rockowymi pomysłami.


Neige podjął ryzyko. Postanowił otworzyć nowy rozdział w swojej muzycznej historii i zrobił to, dzięki czemu z pewnością zyska wielu nowych sympatyków. Jednakże otrzymany efekt nie przekonuje do końca. To znakomita muzyka, niemniej w wielu miejscach zbyt słodka, marzycielska, wręcz naiwna. To pierwsza taka płyta Alcest i wszystko wskazuje na to, że przyszłe będą podobne. Mogą być, jak najbardziej, byleby tylko nie brakowało im charakteru i potrafiły przekonać siłą nie tylko piękna, ale i ekspresji. Poniżej znajdziecie nagranie zamykające "Shelter", dziesięć minut muzyki wpisującej się w najlepsze momenty tej płyty.

czwartek, 16 stycznia 2014

W końcu coś zrozumieli

Najwyraźniej Hans i Rene Rutten z The Gathering usiedli i bardzo solidnie przedyskutowali obecną kondycję zespołu oraz pomysły na nową płytę. Wszystko wskazuje na to, że podjęli słuszne decyzje, dzięki czemu po raz pierwszy od czasu odejścia z zespołu Anneke van Giersbergen w nasze ręce trafił album mogący zadowolić nawet sympatyków owej wokalistki. Wystarczyły proste zabiegi.

The Gathering  /  Fot. gathering.nl
Gdy w 2009 r. Silje Wergeland przychodziła do The Gathering, oczekiwania były olbrzymie i najwyraźniej muzycy jednoznacznie powiedzieli jej, że ma śpiewać podobnie do Anneke. Finka zrobiła, co mogła i tak powstał raczej chłodno przyjęty album "The West Pole". Jej głos miotał się pomiędzy manierą wokalną poprzedniczki a wcześniejszymi dokonaniami  w Octavia Sperati. Na wydanym w 2012 r. "Disclosure" było nieco lepiej, ale ten album również nie przekonywał, zarówno muzycznie jak i wokalnie. Teraz coś się zmieniło. Po pierwsze, na mającym niedawno premierę "Afterwords" bracia Rutten zwolnili, zdecydowanie stawiając na znany już sobie zabieg trip-hopowego wyciszenia kosztem typowo rockowych gitar. Choć należy wspomnieć, że cztery nowe kompozycje powstały w oparciu o pomysły z "Disclosure", a i są tu nagrania, które znalazły się na epce "Afterlights" z 2012 r. Po drugie, na tym albumie muzyka ma wyraźną przewagę ilościową nad głosem Silje. Po trzecie zaś, Finka albo poczuła się pewniej, albo po raz pierwszy dano jej zdecydowanie więcej swobody, nawet w sytuacji, gdy jej głos słyszymy rzadziej. Owszem, w jej partiach wokalnych czasem jeszcze słychać Anneke, ale mimo wszystko teraz brzmi lepiej, autentyczniej.

W przypadku The Gathering zawsze byłem ortodoksem, często wracającym do doomowej przeszłości zespołu, a później i wspominającym jego największe sukcesy za czasów Anneke oraz ówczesne wizyty Holendrów w naszym kraju. Płyt z Silje Wergeland słuchałem raczej z dziennikarskiego obowiązku, ale jak się okazało do trzech razy sztuka. "Afterwords" daje muzykom szansę przestania bycia postrzeganymi wyłącznie przez pryzmat zmiany wokalistki. Stare The Gathering już nigdy nie wróci, ale może teraz na naszych oczach rodzi takie się, które pogodzi wszystkich. A co do przeszłości, miłą niespodzianką na "Afterwords" okazał się gościnny udział Barta Smitsa, współzałożyciela The Gathering i wokalisty z czasów demówek oraz debiutanckiego "Always", wydanego w 1992 r. Zaśpiewał w tytułowym nagraniu i trzeba przyznać, że zrobił to naprawdę dobrze. Poniżej znajdziecie teledysk promujący "Afterwords".

niedziela, 12 stycznia 2014

Świadome ryzyko

W większości przywykliśmy do ukazywania się płyt przede wszystkim wiosną i jesienią, jednak oczy i uszy warto mieć odpowiednio szeroko otwarte i nadstawione przez cały rok, i to także Polsce. Wszak mniejsze wytwórnie wydają bardzo ciekawe płyty, a zarządzający nimi decydenci nie są zobowiązani ściśle trzymać się utartego kalendarza. Bo po co? Muzyka obroni się sama, a teraz zaś nadchodzi czas takiej właśnie premiery. 25 stycznia ukaże się nowe wydawnictwo opolskiego Echoes of Yul.

Echoes of Yul  /  Fot. Arch. zespołu
Ten projekt w szybkim tempie zdobył szacunek nie tylko rodzimych sympatyków post metalu, ale i tych rozsianych po różnych zakątkach świata, wszak jego drugą płytę wydała uznana włoska Avangarde Music. To zainteresowanie nie było przypadkowe. Albumem "Cold Ground" Echoes of Yul tchnęło nieco życia w coraz bardziej kostniejący wspomniany gatunek. Postawienie na instrumentalne eksperymenty, przestrzeń i nastrój, a nie wyłącznie na ciężkie riffy, okazało się bardzo dobrym pomysłem. Teraz Michał Śliwa postawił kolejny krok w tym kierunku. Na mającą ukazać się pod koniec stycznia epkę "Tether" trafią cztery premierowe utwory oraz kilka remiksów opracowanych przez ciekawych gości, spośród których warto wymienić chociażby Macieja Szymczuka, uznaną personę w środowisku zwolenników ambientu i szeroko rozumianej dźwięków z pogranicza snu i jawy. Co ciekawe, wszystkie nagrania złożą się w sumie na niespełna 80 minut muzyki.

Okładka "Tether"
Pisanie o płycie, której jeszcze nie ma, jest niewątpliwie pewnym ryzykiem, ale podjętym przeze mnie jak najbardziej świadomie. Owszem, do epek często podchodzimy sceptycznie, sądząc, i zazwyczaj mając rację, że ktoś bardzo chce, byśmy sięgnęli do portfela, a niekoniecznie ma do zaoferowania pełny produkt. Jednak nie sugerowałbym poświęcenia "Tether" chwili cennego czasu już teraz, gdyby nie było tego warte. Ta epka może być jednym z ciekawszym rodzimych wydawnictw początku tego roku. Poniżej znajdziecie audiowizualną zapowiedź nowych nagrań Eches of Yul oraz rzeczonych remiksów. Niebawem posłuchamy ich wspólnie w Melodiach.