czwartek, 19 września 2013

Historia pewnego skrzypka

Jest kilku takich wszędobylskich muzyków, którzy sami nigdy nie odgrywali przesadnie istotnej roli, nie byli wymieniani w pierwszej kolejności przy opisywaniu składu, a na zdjęciach danych grup pojawiali się raczej na dalszym planie. Jednak gdy zebrać i podsumować wszystkie ich poszczególne dokonania, to z pewnością zasługują na uznanie. Jedną z takich osób jest multiinstrumentalista Martin Powell. Nawet jeśli to imię i nazwisko nic Wam nie mówią, to wierzcie mi, że znacie niemal wszystkie płyty, w których nagrywaniu uczestniczył ten człowiek.

Martin Powell podczas koncertu My Dying Bride, Kraków 01.03.1996 r.
Martin jest wszechstronnie wykształconym muzykiem, obecnie doktoryzącyjnym się na jednej z prestiżowym brytyjskich uczelni. Jako osiemnastolatek starał się o angaż do My Dying Bride na stanowisku basisty, ale został odprawiony kwitkiem. W końcu jednak przekonał przyszłych kolegów swoimi innymi talentami, pokazując im, co potrafi zagrać na klawiszach i skrzypcach. Początkowo został muzykiem sesyjnym, a następnie stałym członkiem zespołu, aż do 1998 r., gdy Aaron Stainthorpe uznał, że jego muzyczna wizja Mojej Umierającej Panny Młodej nie wymaga już umiejętności Powella. Ostatecznie skrzypek brał udział w nagrywaniu czterech albumów My Dying Bride, debiutanckiego "As the Flower Withers" oraz uznawanej dziś za klasyczną swego rodzaju trylogii - "Turn Loose the Swans", "The Angel and the Dark River" i "Like Gods of the Sun". Gdzie więc to wspomniane wszędobylstwo? Wędrówka Powella dopiero miała się zacząć.

Czasy Cradle of Filth. Powell na górze, pierwszy z lewej /  Fot. Arch. zespołu
Jako że niedaleko pada nuta My Dying Bride od Anathemy, warto wspomnieć czas, gdy w 1998 r. Martin Powell uczestniczył w nagrywaniu "Alternative 4", a następnie przez dwa lata koncertował jako klawiszowiec zespołu braci Cavanagh. Potem przyszedł czas na współpracę z Cradle of Filth i płyty "Midian", a każe systematycznie coraz słabsze "Bitter Suites to Succubi", "Damnation and a Day" oraz "Nymphetamine". Co ciekawe, w grupie Daniego Filtha Powell miał dużo do powiedzenia, komponując niemałą liczbę utworów i grając nie tylko jako skrzypek czy klawiszowiec, ale i gitarzysta. Ostatecznie odszedł z "Kredek" w 2005 r.
Cryptal Darkness, Martin Powell w środku  /  Fot. Arch. zespołu
Ciekawym wątkiem twórczości Powella jest nieco mniej znany epizod z australijskim Cryptal Darkness, działającym obecnie jako The Eternal. Skrzypek wziął udział w nagraniu dwóch regularnych albumów - "They Whispered You Had Risen" oraz "Chapter II - The Fallen", wydanych odpowiednio w 1999 i 2001 r. Był to odpowiednik My Dying Bride w linii prostej. Wierna, ale solidnie wykonana, kopia, która nawet dziś trafi do każdego malkontenta, tęskniącego za klimatem lat 90. Poniżej znajdziecie jedno z nagrań Cryptal Darkness, zaczynających się dobrze znajomymi dźwiękami instrumentu Martina Powella. Słowem, ciekawa przeszłość ciekawego muzyka.

niedziela, 15 września 2013

Z Kalifornii do Polski

To duży błąd postrzegać San Francisco wyłącznie przez pryzmat charakterystycznego mostu, trzęsień ziemi i Metalliki. Warto nieco dokładniej wytężyć wzrok i nadstawić ucha, gdyż na niezależnej scenie tego kalifornijskiego miasta działy, bądź dzieją się naprawdę ciekawe rzeczy, o czym świadczą chociażby dokonania The Gault, Amber Asylum, Neurosis, czy Asunder. Takich zespołów jest tam zresztą więcej, dlatego tym bardziej cieszy fakt, że kolejny z nich niebawem zawita do Polski.
Barn Owl  /  Fot. last.fm
Barn Owl to duet współtworzony przez Evana Caminitiego oraz Jona Porrasa, nie bez powodu uważanych za uczniów Earth i Sunn O))). Ich muzyka to jeden wielki eksperyment, któremu czasem najbliżej doom metalu, czasem drone'u, a miejscami po prostu ambientu. Tu liczą się przede wszystkim przestrzeń i otwarty umysł. Nie ma pośpiechu, są pojedyncze dźwięki, słońce palące pustynię, piasek pod stopami oraz kosmiczna otchłań wygenerowana efektami gitarowymi. Ta muzyka płynie sama, żyje własnym życiem, będąc zaledwie korygowaną przez muzyków. Nudy w niej nie znajdziemy, ale niezbędne jest odpowiednie nastawienie, by po prostu spróbować ją chłonąć.

Okładka płyty "V"
21 września Amerykanie zagrają pierwszy z serii dziesięciu europejskich koncertów promujących wydany w tym roku album "V". Aż trzy z nich odbędą się w Polsce. Jeśli cenicie sobie takie dźwięki lub zwyczajnie szukacie czegoś więcej niż plastiku w radiu i telewizji, czegoś ograniczonego wyłącznie horyzontami ludzkiej wyobraźni, to warto wybrać się na któreś z tych wydarzeń. Wbrew pozorom w naszym kraju tego typu występów wcale nie brakuje. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie i kiedy nadstawić ucha.

Daty polskich koncertów Barn Owl

30.09 Warszawa, Powiększenie
01.10 Kraków, Klub Re
02.10 Bytom, Bytomskie Centrum Kultury

czwartek, 12 września 2013

Z kasety na kompakt

Dotarcie do nagrań, jakie lata temu ukazały się wyłącznie na kasetach magnetofonowych, wbrew pozorom nie jest takie trudne. Globalna sieć oferuje wiele miejsc, w których co zagorzalsi fani sami digitalizują swoje archiwa i chętnie dzielą się nimi z każdym, kto odwiedzi ich witrynę. W latach 90., z wiadomych względów, było to znacznie bardziej utrudnione, dlatego wówczas bezcennymi okazywały się kompaktowe kompilacje z nagraniami, które w zdecydowanej większości przypadków wydawano jedynie na taśmach, a z których wiele wciąż nie doczekało się wznowienia na srebrnym krążku. Dziś bardzo często są to jedyne oficjalne cyfrowe nośniki pojedynczych utworów, których wątpliwej jakości ripy z kaset krążą po internecie. Z perspektywy czasu są wręcz bezcenne, dlatego nieco inaczej patrzy się obecnie na cykl kompilacji "Blood to come", którą dołączano do wybranych numerów nieistniejącego już rodzimego periodyku "Thrash'Em All". 

Okładka pierwszej części "Blood to come", 1996 r. 
Na Mariuszu Kmiołku, obecnym menedżerze Vader, powieszono już tyle psów i wylano na niego tyle kubłów pomyj, że można by o tym napisać książkę. Czy słusznie? Może tak, może nie. Trudno jednak jednak zaprzeczyć, że jego działalność wydawnicza odegrała istotną rolę w rodzimym podziemiu. Wielu krajowych wykonawców doczekało się kasety bądź płyty, a i czytelnicy chętnie sięgali po wspomniany "Thrash'Em All", zarówno w początkowej wersji zina, jak i później, już profesjonalnie wydawanego pisma. To właśnie do tego tytułu dołączono w sumie czternaście części cyklu "Blood to come", które ukazywały się w latach 1996 - 2001 r. Najważniejsze płyty tej serii to te pierwsze. Wówczas na tych kompaktach w przyzwoitej jakości zamieszczano liczne rzadkie dziś nagrania z nieodpornych na upływ czasu taśm promocyjnych, demonstracyjnych i regularnych albumów wydanych jedynie na kasetach, których na próżno teraz szukać, nawet wśród coraz częściej ukazujących się sentymentalnych reedycji.

Lista utworów z pierwszej części "Blood to come", 1996 r.
Na płytach cyklu "Blood to come" ukazały się m.in. jedyne wydane na kompakcie nagrania Groan, Stonehenge, Funeral Cult, Ignis Fauus, Sagittarius, a nawet Graviora Manent, później znanego jako Undish. Warto wspomnieć także o wersjach demo lub ich promocyjnych odpowiednikach utworów Aion, Reincarnation, Elysium, Ahret Dev, Yattering, Eclypse, Via Mistica i Sceptic, których regularne albumy dopiero miały się ukazać. To tylko wybrane przykłady i dowód na to, jak ważne z perspektywy czasu i fonograficznego punktu widzenia stały się te kompilacje. Owszem, po latach gust muzyczny może się zmienić, a płyty mogą pójść w kąt, niemniej to i tak kawałek ciekawej historii rodzimej sceny, więc lepiej oddać te kompilacje w ręce jakiegoś młodego zapaleńca, niż wyrzucić je do kosza. Poniżej znajdziecie nagranie "The Battle" płockiego Stonehenge, którego promocyjna wersja trafiła na czwartą część "Blood to come", jeszcze przed wydaniem jedynej taśmy "Engraved Enigma".

niedziela, 8 września 2013

Drugie oblicze kobiety

Można niekiedy odnieść wrażenie, że kobiety w szeregach przedstawicieli ciężkiego grania, o ile już się tam pojawią, są często traktowane jak maskotki lub chwyt marketingowy mający pomóc w promocji danego zespołu. Wszak długie włosy i ładna buzia zawsze doskonale zaprezentują się na koncertach i zdjęciach. W jakim stopniu wynika to ze świadomości pójścia na kompromis w postaci pogodzenia się z rolą dodatku, to już rozważania na długi wieczór i niejedną szklankę niegazowanego płynu. W tym momencie ważne jest przypomnienie sobie, że są pewne damy, które nigdy nie zgodziłyby się na coś takiego i własnym uporem zdobyły uznanie także liczebnie dominujących mężczyzn. W Warszawie takim zespołem było składające się niemal wyłącznie z pań Kayzen, zaś na świecie doskonałym tego przykładem jest chociażby swego czasu opisywane i prezentowane przeze mnie australijskie Murkrat, tworzone niegdyś przez Becky Nine-Iron i Mandy Andresen. Druga z tych dam ma jeszcze kilka ciekawych muzycznych oblicz, niekoniecznie związanych z najbliższym jej doom metalem.

Mandy Andresen, zdjęcie z sesji Murkrat  /  Fot. Archiwum
Zazwyczaj o mało znanym The Dust and the Howling Wind mówi się już w czasie przeszłym. Po tej inicjatywie pozostało jedynie wydane w 2009 r. debiutanckie demo, którego egzemplarze na płytach cd-r trafiły w ręce stosunkowo wąskiego grona osób."Songs From Stilton Farm" pozostaje efektem pracy wyłącznie rzeczonej Mandy. Sama napisała muzykę, nagrała ją i zaśpiewała. To w sumie pięć nagrań, które najwyraźniej powstały z potrzeby chwili, wszak mocno różnią się od jej dokonań w The Slow Death, Crone, czy wspominanym Murkrat. Tu nie ma ciężkich gitar. Zostały zastąpione dominujących pianinem i klawiszami, które wraz z sekcją rytmiczną tworzą duszną, posępną atmosferę, jakiej najbliżej do bluesa i stylistyki noir. Skojarzenia z Nickiem Cave'em czy Dead Can Dance są jak najbardziej na miejscu. Mandy sięgnęła po dość proste, niemalże domowe rozwiązania, ale nie ma to większego znaczenia, gdyż w pełni udało jej się oddać ponury nastrój, który niemal od zawsze towarzyszy pisanej przez niej muzyce. Co więcej, Australijka bardzo dobrze poradziła sobie również z partiami wokalnymi. Nie znaliśmy jej takiej wcześniej, dlatego tym przyjemniej słucha się "Songs From Stilton Farm".

Okładka dema "Songs From Stilton Farm" 
Czy pod tym szyldem doczekamy się czegoś jeszcze? Niestety nic na to wskazuje. Obecnie Mandy jest zaangażowana przede wszystkim w Crone, gdzie śpiewa i gra na basie. Niemniej, może pewnego dnia raz jeszcze nagra coś, co miło nas zaskoczy i być może będzie to właśnie muzyka pod szyldem The Dust and the Howling Wind. Poniżej znajdziecie wideo promujące "Songs From Stilton Farm". Warto zapoznać się ze wszystkimi nagraniami.

czwartek, 5 września 2013

Muzyka błędnego ognia

Światowe trendy zawsze docierały do Polski z większym bądź mniejszym opóźnieniem. Kiedy na Zachodzie dany nurt był u szczytu popularności lub powoli się wypalał, w nasze ręce trafiały coraz ciekawsze rodzime odpowiedniki danych dźwięków. Nie było istotne, czy wybrani muzycy pisali utwory, wypełniając zobowiązania zawarte w podpisanych cyrografy, czy też wyłącznie dla własnej przyjemności, od czasu do czasu koncertując na podziemnej scenie. Liczyła się muzyka sama w sobie. I tak jest do dzisiaj, tyle że danych wykonawców niestety już nie ma, jak chociażby żagańskiego Ignis Fatuus.

Skan z wkładki do kasety "Mental Gardens"  /  Fot. Metal Archives
To jeden z ciekawszych, ale zupełnie zapomnianych przedstawicieli rodzimego klimatycznego grania, po którego muzykę sięgają co najwyżej starsi, wspominając beztroską przeszłość, lub młodsi, ale już raczej na drodze muzycznej edukacji, bądź zupełnym przypadkiem wynikającym z dobrodziejstw globalnej sieci. Była to ciężka, solidna, bogata w wiele rozwiązań i melodyjna muzyka. Tak brzmiała ówczesna kwintesencja doom metalu, taka też trafiła na jedyną regularną płytę zespołu. "Mental Gardens" ukazało się wyłącznie na kasecie magnetofonowej w 1996 r. Dwa lata później muzycy rozsyłali jeszcze w podziemiu trzyutworową promocyjną taśmę "Ignis Ardens", ale tuż po tym wszelkich słuch o nich zaginął.


W połowie lat 90. podobnie grających zespołów w Polsce było dużo, niemniej do grona tych wyróżniających się z pewnością należy zaliczyć Żagan. Aż dziw bierze, że wówczas poza naszymi granicami na srebrnych krążkach tak często wydawano niewyobrażalnie mierne płyty, a my do dziś nie doczekaliśmy się sensownego cyfrowego zapisu tak wielu istotnych rodzimych wydawnictw. Sięgnijcie kiedyś po muzykę Błędnego Ognia. Potencjał na miarę Sirrah i zarazem stare, dobre czasy.

niedziela, 1 września 2013

W cieniu rocznicy

W Polsce pierwszy dzień września wiąże się z wiadomą datą i siłą rzeczy także rocznicą. Niemniej, ten dzień pozostaje także kojarzony, choć już zdecydowanie rzadziej, z płytą, której egzemplarz posiadało lub wciąż posiada wielu z Was. 1 września 1991 r. ukazało się "The Astral Sleep", druga regularna płyta Tiamat.  

Tiamat w 1991 r.  /  Fot.  Century Media
Gdyby Tiamat rozpadł się po debiutanckim "Summerian Cry", dziś tylko co najbardziej ortodoksyjni poszukiwacze starszych szwedzkich wydawnictw wspominaliby Treblinkę i jej bezpośrednią kontynuację w postaci zespołu niejakiego Johana Edlunda. Ale tak się nie stało. Zamiast tego Szwedzi szczęśliwie napotkali na swojej drodze Waldemara Sorychtę, naszego rodaka mieszkającego w Dortmundzie, którego producencka ręka w znaczny sposób przyczyniła się do największych studyjnych sukcesów zespołu. Ich zalążkiem był właśnie "Astralny sen".

Stare logo Tiamat
Kluczowym rozwiązaniem okazało się zagranie wolniej i ze zdecydowanie większą dawką nastroju stworzonego przez klawisze i gitary akustyczne. W ten sposób "The Astral Sleep" stała się jedną z licznego grona podobnych płyt początku lat 90., które dziś uznaje się za klasykę gatunku. Owszem, death metal i surowe brzmienie wciąż są tutaj bardzo słyszalne, niemniej dzięki temu druga płyta Tiamat stała się naturalnym pomostem łączącym brutalną przeszłość Szwedów z tym, co dopiero miało nadejść za sprawą kultowych dziś "Clouds" i "Wildhoney". Może właśnie dlatego o tym albumie dziś wspomina się nieco rzadziej. A szkoda.

czwartek, 29 sierpnia 2013

Słowa silniejsze od czasu

Płyty, które znajduję w radiowej przegródce, nie zawsze są nowe. Nie muszą być. Najważniejsze jest to, by po prostu zaciekawiły mnie, a w konsekwencji także i Was. Szczęśliwie tak dzieje się z większością docierających do mnie wydawnictw, a przyjemność z ich słuchania jest tym większa, gdy są to albumy rodzimych wykonawców. Ostatnio jedna z takich płyt dotarła do mnie z Zielonej Góry.

Mystherium  /  Fot. Archiwum zespołu
Wydany w 2012 r. "Memoriał" pozostaje trzecim regularnym albumem Mystherium. Ten album przyciąga uwagę przede wszystkim ciekawą interpretacją wierszy, które przypominają jeszcze czasy szkolne. Teksty m.in. Leopolda Staffa, Kazimierza Przerwy-Tetmajera, Tadeusza Micińskiego, Jana Kasprowicza i Krzysztofa Kamila Baczyńskiego powstały wiele lat temu, ale drzemiąca w nich siła zapewniła poetom nieśmiertelność. Do wszystkich tych słów muzycy napisali w sumie dziewięć utworów, mniej bądź bardziej wpisujących się w pojęcie black metalu. Teksty oczywiście, nie mogło być inaczej, zostały zaśpiewane po polsku, choć tak raczej należałoby mówić o krzyku w wykonaniu wokalistki Aleksandry Łopato. Niewątpliwe ten zabieg i związana z nim ekspresja wpisują się w melodyjną i agresywną muzykę, ale momentami niezwykłe słowa zwyczajnie zdają się ginąć. A szkoda, gdyż tak naprawdę to one stanowią o sile całej płyty. Aż chciałby się usłyszeć więcej fragmentów pokroju "Gdybym mógł", tekstu Przerwy-Tetmajera ciekawie wyrecytowanego na tle klawiszy przez Agatę Pawłowicz-Rumińską.

Okładka płyty "Memoriał"
To ciekawa płyta i warta tego, by ją poznać. Pozostaje jednym z coraz większej liczby wydawnictw udanie wymykających się schematom wątpliwej jakości anglojęzycznych tekstów napisanych do jeszcze bardziej przeciętnego black metalu. Oczywiście, napisanie muzyki do tekstu wybranego rodzimego poety nie jest niczym nowym. Ileż to podobnych zespołów czerpało z twórczości Tadeusza Micińskiego? Nie sposób zliczyć. Tu ważny jest jednak koncept. "Memoriał" to hołd złożony tym, którzy, jak piszą sami muzycy, "odeszli z tego świata, a jednak zostali w pamięci wielu, nieśmiertelni na zawsze." Warto poznać i na własną rękę poszukać dalej, gdyż podobnych i zarazem dobrych płyt ukazuje się w naszym kraju coraz więcej. Poniżej znajdziecie obszerne fragmenty wszystkich nagrań z ostatniej jak dotąd płyty Mystherium. 

niedziela, 25 sierpnia 2013

Bezimienna przeszłość

Swego czasu w przerwie pewnego koncertu w małej sali warszawskiego klubu Proxima napotkałem Piotra Grudzińskiego, gitarzystę powszechnie znanego Riverside. Niegdyś poznaliśmy się w radiu, więc grzecznościowo zamieniliśmy kilka zdań. Korzystając z okazji, zapytałem go o czasy, gdy grał w nieco zapomnianym już Unnamed. Byłem ciekaw, czy dysponuje może jeszcze dwiema taśmami demo, które ukazały się przed debiutancką płytą tegoż zespołu. Zależało mi na ich digitalizacji, gdyż posiadane przeze mnie kopie były dość wątpliwej jakości. Muzyk odparł twierdząco. Podał mi swój adres mailowy, ale ostatecznie nie odpowiedział na mają wiadomość i do pożyczenia kaset nie doszło do dziś. Na szczęście archiwalne nośniki niedawno trafiły w moje ręce inną drogą, przypominając mi tym samym o całym zdarzeniu i sprawiając, że po latach raz jeszcze sięgnąłem po wydawnictwa pozostałe po Unnamed.

Poczatki Unnamed, Piotr Grudziński drugi z prawej  /  Fot. Arch. zespołu
Był to zespół doskonale znany na niezależnej scenie stolicy, powstały w 1993 r. na fali fascynacji święcącym wówczas wielkie triumfy klimatycznym graniem. Dlatego to właśnie doom metal stanowił o muzycznych korzeniach tej grupy i ściśle zdefiniował pierwsze dwa kasetowe wydawnictwa Unnamed. Były to taśmy demo wydane siłami wielce zasłużonej dla rodzimego podziemia Ceremony Records. Surowy "The Black Monk" z 1995 r. oraz wydane dwa lata później bardziej melodyjne i nastrojowe "A Beauty of Suffering a Poetry of Dreams" pozostają wręcz podręcznikowymi przykładami tego, co działo się na ówczesnej rodzimej scenie. Wzajemnie przeplatające się doom i death metal, klimat budowany przez klawisze oraz partie wokalne na pograniczu growli - takie było Unnamed i wiele ówczesnych zespołów. Dlatego nikogo nie mogły dziwić koncerty warszawiaków u boku Sacriversum, Atrophia Red Sun, Cryptic Tales, czy Tenebris. Piękna karta rodzimej sceny. Kiedy jednak przyszedł czas na regularne płyty, coś zmieniło.

Okładka płyty "Id"
Zarówno wydany w 2001 r. "Id", jak i jego bezpośredni następca "Duality", to już muzyka o wiele szybsza, pełniejsza energii i miejscami wręcz przebojowa, otwierająca nowy rozdział w historii zespołu. Owszem, wciąż ciężka i melodyjna, ale nie tak duszna i nieporównywalnie lepiej wyprodukowana. Słychać w niej wyraźny postęp muzyków i zalążki tego, co wspomniany Piotr Grudziński gra obecnie w Riverside. Co ciekawe, obie regularne płyty Unnamed ukazały się pod szyldem Apocalypse Productions, nieistniejącej już wytwórni, której właścicielem był Piotr Kozieradzki, były perkusista m.in. Hate, a obecnie związany z Riverside. Ostatecznie los jednak nie okazał się łaskawy dla muzyków Unnamed i po serii koncertów zespół zakończył działalność w 2003 r., za główny powód podając ten najbardziej prozaiczny - życie.

Okładka płyty "Duality"
Żadne z czterech wydawnictw pozostałych po Unnamed nie było ani przełomowe, ani niezwykłe. Każde jednak na swój sposób wpisywało się w panujące wówczas muzyczne nurty, dlatego dziś warto po nie sięgnąć i przypomnieć sobie stare czasy lub zwyczajnie odrobić lekcję historii. Tym bardziej, że to już zamknięty rozdział, którego kontynuacji trudno się spodziewać. Poniżej znajdziecie nagranie z debiutanckiego demo Unnamed, zaś na wciąż aktywnej oficjalnej stronie zespołu czekają po dwie udostępnione kompozycje z każdej regularnej płyty warszawiaków. Bezimienna przeszłość na wyciągniecie ręki.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Rosyjska neutralność

Nieważne, czy w danym gatunku muzyki faktycznie nagrano i zaśpiewano już wszystko. Tym bardziej nie należy kierować się obiegowymi opiniami, według których każda kolejna płyta to powielanie już niemal wyblakłych schematów. Dlaczego? Dlatego, że wszystkie te teorie w końcu zawiodą, gdy w nasze ręce trafi album, jakiego jeszcze nie było. Nawet jeśli takie wydawnictwo będzie utrzymane w sztywnych ramach gatunku, to zwróci na siebie uwagę oryginalnością, tym samym rzucając nowe spojrzenie na to, co jeszcze przed chwilą wydawało się skostniałe jak partyjny beton. Banał? Być może. Nie zmienia to jednak faktu, że takie płyty co jakiś czas się ukazują i ku zaskoczeniu wielu także w Rosji.

Ash podczas koncertu Neutral  /  Fot. bandcamp.com
Neutral to neofolkowy projekt powstały w Moskwie w 1994 r., którego centralną postacią pozostał muzyk tworzący pod pseudonimem Ash. Kilka lat temu o tej grupie zaginął wszelki słuch i trudno stwierdzić, czy wciąż jeszcze istnieje. Niemniej, wydaną w 2008 r. płytą "Serpents in The Dawn", z której nagranie znajdziecie poniżej, muzycy udowodnili, że niemal klasyczne już neofolkowe instrumentarium potrafi zaskoczyć i przyciągnąć ucho słuchacza, że można nagrać muzykę tak silnie osadzoną w ramach gatunku, a jednak o wiele ciekawszą od niezliczonych płyt, którym przyczepia się taką samą etykietę. Należy jednak wspomnieć, że w przypadku Neutral kluczowa okazuje się nie tyle muzyka sama w sobie, co raczej niezwykle charakterystyczny i melancholijny głos Asha, który ją prowadzi. To dzięki niemu słuchacz czuje, że słyszy coś, czego jeszcze nie znał. 


Ciekawe jest to, że muzyka Neutral nie zawsze taka była. W latach 90. Ash i towarzyszący mu wówczas muzycy tworzyli bardziej industrialne i przestrzenne dźwięki. Czasem kluczowych zmian okazał się miniony przełom wieków. Rozpoczęta wówczas dominacja gitar akustycznych i skrzypiec oraz rozwój wokalny Asha zaowocowały płytą koncertową, będącą wydawniczym wstępem do tego, co usłyszeliśmy później na albumie ".​.​. of Shadow and Its Dream", a czego apogeum stanowi wspomniane "Serpents in the Dawn".   


Te dźwięki to niezwykły nastrój, którego próżno szukać na byle jakiej płycie. Sam talent to oczywiście nie wszystko i trzeba poprzeć go pracą, ale z drugiej strony trudno określić Asha mianem typowego rzemieślnika. Dlatego tym bardziej mam nadzieję, że jeszcze kiedyś doczekamy się nowych nagrań tego rosyjskiego muzyka. Zanim jednak, i w ogóle o ile, to nastąpi, zachęcam do zajrzenia do działu MP3, których warto posłuchać, w którym znajdziecie w pełni udostępnione niemal wszystkie wydawnictwa Neutral.

niedziela, 18 sierpnia 2013

Muzyczny wizjoner

Gdy słucha się Joy Division, zawsze jest mowa o Ianie Curtisie, jego małżeńskich problemach i wewnętrznych rozterkach. Pamięta się również o pozostałych muzykach i Tonym Wilsonie, twórcy Factory Records, dzięki któremu ukazały się dwie jedyne płyty zespołu. Nieco rzadziej niestety, a jeśli już to raczej po macoszemu, wspomina się o niezwykle ważnej osobie, bez której Joy Division nigdy nie stałoby się takim zespołem, jakim jest pamiętanym do dzisiaj. Tym człowiekiem był Martin Hannett, realizator dźwięku i producent, który uczynił "Unknown Pleasures" i "Closer" płytami wyprzedzającymi swoje czasy.

Bernard Summer i Martin Hannett podczas sesji, marzec 1980 r.  /  Fot. Arch. 
W Manchesterze Hannett nie bez powodu jest uważany za postać kultową, twórcę brzmienia tego miasta. To właśnie w nim urodził się, wychował i przez kilkanaście lat miał olbrzymi wpływ na lokalną scenę. Przygodę z realizacją dźwięku zaczynał od zera, w pomniejszych pubach, ale wszystko zmieniło się 1977 r., gdy wyprodukował epkę punkowej grupy The Buzz Cocks, nota bene przed którą nieco później muzycy Joy Division zagrali swój pierwszy koncert. To przyniosło mu duży rozgłos. Gdy Tony Wilson założył Factory Records, zatrudnił Hanetta, który w jego wytwórni z miejsca stał się niekwestionowaną wyrocznią w sprawach dźwięku. Stało się tak przede wszystkim dzięki niezwykłym rezultatom jego nieszablonowego podejścia do pracy w studiu. Dawał spokój muzykowi dopiero wtedy, gdy brzmienie instrumentu odpowiadało temu, co sobie wyobraził. Do legendy przeszły już historie nagrań płyt Joy Division, podczas których perkusista Stephen Morris musiał uderzać w werbel w toalecie i na dachu. Jak się jednak okazało, było warto. Hannett doskonale potrafił wykorzystać wybrane prze siebie miejsce, by osiągnąć zamierzony rezultat, którego na próżno było oszukać w typowym studiu.

Grób Martina Hannetta  /  Fot. enkiri.com
Oprócz dźwiękowej pasji, Martin Hannett miał także zainteresowania, które ostatecznie wpędziły go do grobu. Wieloletnie sięganie po alkohol, heroinę i papierosy doprowadziło do niewydolności jego serca. Pod koniec życia ważył ponad 160 kilogramów. Muzyczny geniusz zmarł w wieku 42 lat. Żył relatywnie krótko, ale niezwykle intensywnie, także zawodowo. Joy Division to zaledwie jeden z zespołów, który zawdzięcza mu swój sukces. W późniejszych latach Martin Hannett odpowiadał również za produkcję płyt bądź singli m.in. Happy Mondays, Stone Roses, U2 i New Order. Dziś pozostaje jedną z niestety coraz szerszego grona nieobecnych już osób, które odgrywały kluczowe role na muzycznej scenie Manchesteru końca lat 70. i całej dekady lat 80. Dzięki dobrodziejstwom techniki i odnalezionym archiwom możemy posłuchać fragmentów jego pracy z Joy Disision. Ich zapisy znalazły się na kompilacjach "Joy Division - Martin Hannett's Personal Mixes" oraz "Joy Division - In The Studio With Martin Hannett". Wspomnijcie kiedyś tego wizjonera. A jeśli chcielibyście poznać go od nieco bardziej rozrywkowej strony, sięgnijcie po film "24 hour Party People", komedii ze Stevenem Cooganem, który wcielając się w Tony'ego Wilsona, przybliża szaleństwa muzycznej rewolucji wspominanego Manchesteru. Poniżej zaś znajdziecie fragment telewizyjnego programu prawdziwego Tony'ego Wilsona, w którym Martin Hannett opowiada o swojej pracy.