poniedziałek, 7 grudnia 2015

Zapiski z ciemnego pokoju

Każdy ma swój dzień gniewu. Sto lat temu "Dies irae" miał Jan Kasprowicz, miał i Cezary Augustynowicz w okresie pisania "Unholyunion" Christ Agony, a teraz ma Bronisław Ehrlich oraz muzycy grający z nim pod szyldem Bruno Światłocień. Każdy z tych stanów gniewu jest inny, różniący się w formule, powstały w odmiennych czasach i okolicznościach. W przypadku wejherowian w nasze ręce trafiło coś bardziej przewrotnego, niż sugeruje tytuł. Ten album to paradoksalnie najbardziej hermetyczne i najtrudniejsze w odbiorze wydawnictwo zespołu. Każdy, kto spodziewa się ładunku wściekłości, agresji i zamętu, gorzko się rozczaruje. I to tym bardziej, jeśli nie poznał wcześniejszych płyt Bruna.
Bruno Światłocień  /  Fot. facebook.com/Zespół-Bruno-Światło-Cień
Z pozoru wszystko się zgadza. Słyszymy dobrze znane średnie i wolne tempa, charakterystyczne recytacje Bronisława Ehrlicha i chłód bijący od muzyki. Ale coś tu brzmi inaczej. To już nie jest debiutancka "Czerń i cień", a ni jej sukcesorka z dopiskiem "II". Na "Dies irae" słychać o wiele więcej smutku, żalu, przygnębienia i ponurych refleksji. Owszem, muzyka Bruna to nigdy nie były wesołe melodie, ale miejscami nawet dość skoczne. A teraz? Towarzyszący im chłód w znacznej mierze zastąpił mrok. Widać taka była potrzeba chwili i tego, co drzemało w Ehrlichu. A że sam muzyk i autor tekstów otwarcie przyznaje się do epizodu walki z depresją i pobytu w zakładzie psychiatrycznym, z pewnością przelewanie myśli na papier traktuje jako terapię, co w naszych oczach może go jedynie uwiarygadniać. Jak w życiu, tak i w przypadku tej płyty nie każdy znajdzie w sobie siłę na wysłuchanie kogoś w takim stanie emocjonalnym. Sztuka empatii do łatwych nie należy, a każdy ma przecież swoje granice. Pytanie tylko, jak daleko one leżą.

Okładka "Dies irae"
Samotność, ciemność, odchodzenie w pustych czterech ścianach i płacz. To wszystko, jak i wiele więcej, jest w słowach i muzyce, składających się na potężną dawkę przygnębienia. No ale takie często bywa życie. Jeśli nie nasze, to kogoś innego. A gdzie w tym wszystkim tytułowe "dies irae"? To pytanie, na które trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Tropem pozostają religijne odwołania bohatera tekstów Ehrlicha, za wyjątkiem wykorzystanych słów Józefa Szczepańskiego. Inna sprawa, że fragmenty pierwotnego "Dnia gniewu" weszły do mszalnego i pogrzebowego ceremoniału chrześcijan. Zatem odpowiedź z pewnością nie jest jednoznaczna. Dlaczego? Chociażby dlatego, że banał i dosłowność nigdy nie były domeną Bruna Światłocienia. I bardzo bym się zdziwił, gdyby to się zmieniło. Z tą płytą i samym Brunem jest tak, że im dalej w las, tym więcej drzew. Ale w tym lesie wyjątkowo nie rąbią, to i wióra nie lecą. Tylko czemu te siekiery, nawet jedynie oparte o pnie, tak bardzo przerażają?



sobota, 28 listopada 2015

Zamykając oczy

Dlaczego Kuba Ziołek tak się spodobał, skoro nie stała za nim żadna machina promocyjna, ani uzbrojona w laptopy i stałe łącza horda PR-owych piewców? Dlaczego przykuł uwagę niemal wszystkich "alternatywnych" mediów, wzajemnie prześcigających się w odnajdywaniu coraz to nowych nisz, o których nikt nie zdążył jeszcze napisać lub powiedzieć? Bo jego muzyka jest szczera i prawdziwa? Z pewnością jest, ale to samo w sobie byłoby za mało. Może dlatego, że jest nieszablonowa, mistyczna, a duchem słowiańska i niezmiernie bliska natury? Pewnie tak. Pewnie wszystkiego po trochu. Dlatego tym bardziej szkoda, że nowa płyta Starej Rzeki jest jej ostatnią.

Kuba Ziołek  /  Fot. Ela Schultz
"Zamknęły się oczy ziemi" zbiera niemal wyłącznie dobre lub bardzo dobre recenzje. Dużo w nich zarówno zachwytów, jak i dezorientacji. No bo mamy dwupłytowy album człowieka, który nie przejmuje się niczym. Gra to, na co ma ochotę, mieszając dobrze nam znane gatunki. Jedni starają się rozłożyć tę dźwiękową łamigłówkę na czynniki pierwsze, inni zaś na wstępie przyznają, że nie ma to większego sensu, mówiąc lub pisząc, że zwyczajnie "odlatują". Faktycznie, coś w tym jest. Przede wszystkim za sprawą nieszablonowości. Nawet znając dokonania Ziołka m.in. z Alamedy, Ed Wooda i Kapital, nigdy tak do końca nie będziemy wiedzieli, co czeka nas po włożeniu płyty do odtwarzacza. I to jest właśnie najlepsze. Oczywiście tropów i domysłów brakować nie będzie, ale niepewność i ciekawość zawsze wezmą górę. 



Kuba Ziołek żegna się ze Starą Rzeką w piękny sposób. Podarował nam muzykę z jednej strony kosmiczną, a z drugiej szalenie pierwotną, w linii prostej wywodzącą się z serca Borów Tucholskich. Co ciekawe stosuje szalenie proste rozwiązania, ale one jednak chwytają i za gardło, i za serce. Od razu czuć wewnętrzną bliskość, coś, z czym można by się zidentyfikować, bo jest zwyczajnie nasze, rodzime i przede wszystkim dobre. A że pożegnania i związane z nimi przemyślenia to zazwyczaj czas refleksji, tego uczucia zajdziemy tutaj najwięcej. A czy "Zamknęły się oczy ziemi" to podsumowanie? Bynajmniej. To zamknięcie pewnego rozdziału, dopełnienie tego, co pamiętamy z czasu debiutanckiego "Cienia chmury nad ukrytym polem" i zarazem dalsze kompozytorskie kroczenie przed siebie. W którą stronę? Ten, kto zgadnie, powinien spróbować szczęścia w grach liczbowych.



Cieszmy się, że mamy takiego muzyka. Ten skromny, spokojny facet, obdarzony wszechstronnym muzycznym talentem, po cichu i bez pośpiechu stworzył coś, do czego długo jeszcze wiele osób będzie nawiązywało. Niektóre na nagrywanych płytach, inne w pisanych tekstach. Ziołek żyje we własnym muzycznym świecie i nie każdemu przypadają do gustu jeszcze poszczególne, niekiedy dość hermetyczne, projekty, ale z pewnością to kawałek oryginalnej muzyki, nad którą warto się pochylić. Choć przez chwilę. Swoją drogą, ponoć nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. A do Starej Rzeki? Czas pokaże.

sobota, 21 listopada 2015

Bilet powrotny? Nie, dziękuję

Lata mijają, ale dla wielu osób czas stoi w miejscu. Świadomie żyją we własnym muzycznym świecie, niespecjalnie mając ochotę wychylać nos, by sprawdzić, co dzieje się za rogiem. Bo i po co? W końcu słuchanie i granie muzyki mają przede wszystkim sprawiać przyjemność. A że w zasadzie wszyscy funkcjonujemy także w równoległej wirtualnej rzeczywistości, szansa na odnalezienie osób o podobnych fascynacjach zawsze jest na wyciągniecie ręki. Z tej możliwości skorzystały m.in. dwie damy z australijskiego Brisbane. Komponowane przez nie dźwięki rodem z muzycznego skansenu lat 80. zyskują coraz więcej sympatyków. Trzeba przyznać, że nie bez powodu.

Pleasure Symbols  /  Fot.Haydn Hal / facebook.com/pleasur3symbols
Pleaseure Symbols tworzą Phoebe Paradise i Jasmine Dunn. Działają stosunkowo od niedawna. Dyskografię też mają w zasadzie niemal najskromniejszą z możliwych, gdyż składają się na nią dwa nagrania opublikowane wyłącznie w sieci oraz teledysk do jednego z nich. Co poza tym? Przede wszystkim koncerty i aktywność w lokalnym podziemiu. To niewiele, ale okazuje się, że na początek wystarcza. Wszystko za sprawą muzyki, będącej zdeklarowaną podróżą do lat 80., i to taką bez biletu powrotnego.


Tu wszystko jest jasne. Nie może być inaczej. Są powszechnie znane wzorce, z których garściami czerpano inspirację, jest ściśle określona stylistyka oraz wymowna ignorancja względem współczesnych trendów. Zaś na końcu założeń Pleaseure Symbol znajdziemy w pełni świadomą próbę współczesnego poruszania się w wąskich ramach gatunku. Australijki zajrzały do tego, co działo się 30 lat temu i w sali prób wymieszały zimną falę, darkwave, sytnh oraz wszelkie postpunkowe skojarzenia. Zebranym elementom nadały wpadające w ucho melodie i tak powstały m.in. opublikowane nagrania "Control" i "Ultraviolence". 


Dla zagorzałych fanów gatunku nie będzie miało znaczenia, że to wszystko już było, że takich duetów można znaleźć naprawdę dużo, a szczególnie takich tworzonych wyłącznie przez przedstawicielki płci pięknej. To skąd to rosnące zainteresowanie? Z tęsknoty za muzyczną przeszłością, z głodu nowości utrzymanej w ściśle określonej i zarazem preferowanej stylistyce. A że tej podróży w czasie chcą zarówno grający fascynaci, jak i ci, którzy ich słuchają, to koło się zamyka. Warto mieć oko na te Australijki i samemu przekonać się, czy podołają wyzwaniu w postaci regularnej płyty. Oby, gdyż brzmi to całkiem przyjemnie.

niedziela, 15 listopada 2015

Poznańskie horyzonty

Beyond The Event Horizon wypływa na coraz szersze wody. Była pojedyncza kompozycja zamykająca dwupłytową kompilację "Cold Wind Is The Promise of a Storm", wydanej siłami włodarzy internetowej społeczności Post-rock-PL, jest i teraz wyczekiwana debiutancka płyta. Dla porządku warto jeszcze wspomnieć, a co skrzętnie pominięto w obecnej wersji oficjalnej biografii, że niegdyś było i trzyutworowe demo nagrane z wokalistką. Ma to o tyle znaczenie, że raz, dziś BTEH to inna muzyka, a dwa, wyłącznie instrumentalna. A czy warta uwagi? Owszem, ale z kilkoma ważnymi zastrzeżeniami.
Beyond The Event Horizon  /  Fot. Piotr Gębarowski
Gdy niespełna miesiąc temu poznaniacy grali przed Antimatter w warszawskiej Progresji, brzmieli nudno, sennie i bez wyrazu. W przeciwieństwie do miejscowego Thesis, również poprzedzającego występ Micka Mossa, muzykom nie udało się wydobyć z instrumentów siły, energii i przestrzeni, czyli tego wszystkiego, co paradoksalnie w wielu miejscach usłyszałem później na ich debiutanckim albumie. Chwilami "Event Horizon" bardzo pozytywnie zaskakuje. W znacznej mierze to efekt solidnej produkcji, ale nawet ta przecież nie byłaby w stanie obronić miernych kompozycji. Gdzie zatem znajdziemy najwięcej zalet?


Kluczowymi okazało się kilka rozwiązań, z których największą uwagę przyciągają dwa - dobre riffy w wybranych nagraniach oraz sposób wykorzystania klawiszy. Kwintesencją tych spostrzeżeń są dwie kompozycje - "Movement Cycle" oraz "Unknown Void". Mają wpadające w ucho gitarowe zagrania, brzmią ciężko, przepełnia je energia oraz zimne, niemalże analogowe, brzmienie na pograniczu klawiszy i syntezatora. Rozwinięcie tego ostatniego elementu to największa szansa na to, by w przyszłości poznaniacy skutecznie zwrócili na siebie uwagę. Podobnych zespołów jest bardzo dużo, a instrumentalna fala, jeszcze do niedawna zalewająca Polskę, od jakiegoś czasu systematycznie opada. Same dobre riffy nie wystarczą. Konkurencja jest zbyt duża, a przeciętnych zespołów również nie brakuje. Silniejsze nawiązanie do lat 80., chociażby notabene również poznańskiego Klincz z czasów "Latarnika", mogłoby okazać się strzałem w dziesiątkę. Teraz jest obiecująco, ale w dalszej perspektywie to za mało.


Im dalej od schematów, tym lepiej. Każdy słyszalny jednoznaczny romans z prog lub post rockiem działa na niekorzyść zespołu. W głowie słuchacza natychmiast otwierają się wiadome szufladki. Łamane tempa w "Sharper" czy spokój i melodia "Post Waltz" za bardzo przypominają to, co już znamy. Na szczęście miejscami muzyka jest "gdzieś pomiędzy" i w tym, patrząc na BTEH życzliwym okiem, należałoby upatrywać szansy zespołu. No ale na to będziemy musieli jeszcze zaczekać. Wszak dopiero co poznaniacy ucieszyli się z debiutu. Warto mieć jednak na nich oko i za jakiś czas samemu dokonać weryfikacji, zarówno tej koncertowej, jak i studyjnej. Zespół z pewnością wart odnotowania, ale decydujące okaże się kolejne wydawnictwo. Danie mu szansy z pewnością nikomu nie zaszkodzi.

niedziela, 8 listopada 2015

Śmierć nosi się na biało

Lata mijają, a Anton Belov wciąż zaskakuje młodych, nieznających muzyki Kauan,  zarazem nadal budząc uznanie wśród bardziej doświadczonych słuchaczy. Dlaczego? Po prostu tworzy znakomitą muzykę. Dość szybko odnalazł własny styl i rozwinął pomysły powstałe na bazie doom metalu, idąc znacznie, znacznie dalej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać. A co najważniejsze, ten śpiewający po fińsku Rosjanin, w dodatku od lat mieszkający w Kijowie, wciąż się rozwija. Na każdej kolejnej płycie słychać pomysł i coś, czego w przypadku Kauan jeszcze nie znaliśmy, przynajmniej nie w danej formule. Teraz jest podobnie. Dopiero co wydana "Sorni nai" dojrzałością i majestatem pozostawia w tyle poprzednie wydawnictwa. Co więcej, stało się tak mimo faktu, że, może nie licząc debiutu, to przecież znakomite albumy.

Kauan  /  Fot. www.facebook.com/kauanmusic
Kauan powstał w Czelabińsku na Uralu, zatem Belov doskonale wie, co to znaczy zima. A to zaś ma bardzo duże znaczenie w przypadku nowej płyty. "Sorni nai" jest opowieścią o zdarzeniu znanym jako tragedia na Przełęczy Diatłowa. W 1959 r. grupa dziewięciu studentów zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Celem wyprawy był jeden z uralskich szczytów. Wszyscy byli doświadczeni i dobrze przygotowani, a mimo to część uczestników zmarła na skutek hipotermii, a kilka kolejnych ciał odnalezionych dopiero po wiosennych roztopach. Jak się okazało, miały zmiażdżone klatki piersiowe, a jeden ze studentów dodatkowo został pozbawiony języka i części twarzy. Co tam się wydarzyło? Tego nie wiadomo do dziś, choć oczywiście hipotez i teorii spiskowych nie brakuje. Ta na swój sposób romantyczna historia, przypominająca nieco tragedię polarnej wyprawy Roberta Scotta, została w znakomity sposób przełożona na muzykę. Anton Belov i towarzyszący mu kolektyw przekroczyli kolejną granicę swoich możliwości. 


Ciężkie, postdoomowe riffy, niemalże progresywne i postrockowe przestrzenne dialogi gitarowych solówek, akustyków, skrzypiec, a także klawiszy oraz bardzo starannie opracowane wokale w języku Kraju Tysiąca Jezior wręcz urzekają. Owszem, dobrze znamy te poszczególne elementy, ale wszystkie połączono w taki sposób, że "Sorni nai" to nowy album w dosłownym i przenośnym pojęciu tego terminu. Ta fuzja przełożyła się na powstanie szalenie obrazowej muzyki, w zasadzie mogącej posłużyć za ścieżkę dźwiękową do filmu poświęconego wszystkim zabranym przez białą śmierć, których ciała znajdowano w zaspach śniegu, bądź na skutej lodem ziemi. Wszak nieprzypadkowo zawartość płyty to jeden ponad pięćdziesięciominutowy utwór, sztucznie podzielony na siedem części. Ten album sprawia, że owiany tajemnicą dramat radzieckich studentów staje się uniwersalną historią. Zaczyna się od pięknych białych przestrzeni, a kończy straszną, niewyjaśnioną śmiercią w temperaturze minus 30 stopni Celsjusza.


Nie ma drugiego takiego zespołu. I nie mam tu na myśli jedynie faktu, że Kauan to najpewniej jedyna grupa, w składzie której nie ma rodowitego Fina, a na której płytach słychać ten jeden z bardziej skomplikowanych języków. Po prostu nikt inny tak nie gra. Od razu słychać, że za tymi dźwiękami stoi Anton Belov. To kawałek przepięknej muzyki, choć w przypadku "Sorni nai" zarazem o jakże tragicznej wymowie. Słychać tu zimę, słychać chłód i śmierć. Słychać także strach, przerażenie, a po wszystkich pamięć i refleksję. Jeśli tej zimy za Waszymi oknami będzie biało, a wieczorem znajdziecie dla siebie chwile, włączcie tę płytę i zobaczcie, co się stanie. A będzie to o tyle łatwiejsze, gdyż wydawca w całości udostępnił ją w sieci. Możecie wesprzeć zespół, możecie także pobrać ją za darmo. Szczegóły znajdziecie tutaj. Zdecydowanie warto.

niedziela, 1 listopada 2015

Noc rozświetlana blaskiem reflektorów

Przyjemnie jest obserwować wykonawców, którzy na naszych oczach stają się rozpoznawalni w gronie sympatyków określonej muzyki. Grają coś, co się sprawdziło, czego ludzie chcą słuchać i co po prostu jest ciekawe. Jednakże, no właśnie, nie mają jeszcze porządnie nagranej i przede wszystkim wydanej płyty. To gdzie ta rzeczona przyjemność? W obserwowaniu rozwoju, choć oczywiście chciałoby się, by fonograficzny finał danej historii nadszedł jak szybciej. No ale na to zazwyczaj trzeba nieco poczekać, tak jak m.in. w przypadku warszawskiego Mordenmoon. 

Modernmoon  /  Fot. facebook.com/modernmoonmodernmoon
W stolicy tę nazwę zna bądź kojarzy coraz więcej fanów dark independent i okolic. Powoli też takie spojrzenie na Księżyc zaczyna przemawiać również do sympatyków w innych zakątkach kraju. Niewątpliwie duży wpływ miał fakt występu Modermoon przed Clan of Xymox, do czego w ubiegłym roku doszło w Szczecinie. Nie bez znaczenia pozostaje także zainteresowanie ze strony Requiem Records, która ma wydać dziewczynom debiutancką płytę. Właśnie, dziewczynom. Modermoon tworzą dwie przedstawicielki płci pięknej - Hilda Hertz i Michalina Maria. Pierwsza z nich śpiewa, druga czuwa nad muzyką, którą swego czasu same określiły mianem nocy rozświetlanej blaskiem reflektorów. 



Tu nie ma dyskoteki, dzięki czemu całość brzmi przestrzennie, zimno i bardzo nastrojowo, co pozostaje największą zaletą tych dźwięków. Owszem, przy takim graniu od razu wiadomo, czym inspirują się twórczynie i jakie płyty pozostają im najbliższe, ale w końcu taka jest specyfika gatunku i nic tego nie zmieni. Szczęśliwie dla nas w tym potoku znajomych dźwięków panie stać na własne zdanie, co dość obiecująco zapowiada długogrający debiut. A kiedy trafi on w nasze ręce? Oficjalnie mówi się o przyszłym roku, ale nieoficjalnie wiem, że większość, o ile nawet nie całość, materiału musi zostać przearanżowana, zatem przed nami może i nawet kolejne sześć miesięcy cierpliwego wyczekiwania. Inna sprawa, że to najwyższy już czas. Nadszedł moment, by Moodermoon wyszło z roli wiecznego supportu bardziej rozpoznawalnych grup i zaczęło grać dla nieco szerszego grona osób. Wszystko jednak w rękach dziewczyn i oczywiście wydawcy.   


Z tego może być coś naprawdę ciekawego. To porządna dawka dark wave w bardzo solidnym wydaniu, która ma potencjał na to, by wbić się klinem w rodzimą scenę. Nie chodzi o to, by wszystko na niej przestawiać, ale o to, by tchnąć w nią nowego ducha. Wszak świeżej krwi nigdy za wiele. Oby tylko panie nie kazały nam przesadnie długo na siebie czekać. Owszem, najpierw należy wszystko dobrze dopracować, ale też warto pójść za ciosem, skoro o Modermoon teraz dowiaduje się coraz więcej osób. W przeciwnym razie księżycowy pył opadnie i wszystko trzeba będzie zaczynać niemalże od początku.

sobota, 24 października 2015

Śmiertelne czasy w Krakowie

Bart z Withing Hour zwietrzył krew. Z pewnością zdał sobie sprawę, że sentyment to zdecydowanie lepszy i łatwiejszy interes niż ciężka i mozolna praca polegająca na wypromowaniu nowego wykonawcy. Inna sprawa, że tego właśnie w większości chcemy my, fani. Szczególnie, jeśli muzycznie wychowywaliśmy się w latach 90., czasach eksplozji ówczesnego metalu i prężnie działającego rodzimego podziemia. Dlatego wszystkie dotychczasowe i planowane przez niego reedycje cieszą się niemałym zainteresowaniem, zarówno wśród młodzieży, jak i tych, których nośniki nie przetrwały próby czasu. Demówki Vader, archwiwa Xantotol, stare nagrania Sacrilegium, Mastiphal i Graveland, wznowienia Damnation oraz zapowiedziane przypomnienie fonografii Mordor - długo można by jeszcze wymieniać. A przecież 1 listopada ukaże mini album Christ Agony, a w ślad za nim dwa dema zespołu Cezarego Augustynowicza. No ale wystarczy. Spośród tych wszystkich zrealizowanych i przyszłych planów jeden ucieszył mnie szczególnie. Debiutancki album krakowskiego Holy Death znów jest dostępny. Trudno o drugą taką rodzimą płytę.

Holy Death w 1996 r.
Wydany pierwotnie 1996 r. "Triumph of Evil?" od dawna był już nieosiągalny, a jeśli nawet, to po zaporowych cenach. Trudno się dziwić, gdyż to znakomita płyta, będąca doskonałą polską odpowiedzią na nieco wcześniej płonące kościoły w Kraju Fiordów. Tę tezę niech zaś potwierdzi fakt wydania krążka przez uznaną norweską Head Not Foud. Inna sprawa, że firma z Oslo nie przyłożyła się za bardzo do jego promocji i o zespole o wiele głośniej było w rodzimym podziemiu za sprawą zaledwie kasety z ramienia Baron Records. Szkoda. Jednak szacunek, uznanie i pamieć na scenie pozostały, dlatego nawet po rozwiązaniu zespołu jego wydawnictwa cieszą się zainteresowaniem, a te najciekawsze są o wiele trudniej dostępne. Dlaczego? Można wymienić dwa powody.


Po pierwsze, muzyka. Holy Death czasu debiutu do majestat, brzmienie i nastrój. Tu nie było byle pędzenia ku uciesze diabła, tylko uważne pochylenie się nad jego ewangelią, co z kolei prowadzi do drugiego powodu. Leszek Wojnicz-Sianożęcki ma nieco oleju w głowie i potrafiłby w cztery oczy wyjaśnić, dlatego najbliższe są mu właśnie takie, a nie inne poglądy. Co więcej, prywatnie sprawia wrażenie osoby otwartej, potrafiącej uśmiechnąć się i mającej dystans do samej siebie. A to przecież nie są takie oczywiste cechy w środowisku pełnym napiętych muskułów i nad wyraz zwartych pośladków. No i jest coś jeszcze. Wokalista Holy Death to wręcz maniak metalu lat 80., aktywnie działający w podziemiu. Wydawał płyty, ziny, dość czynnie wspierając scenę. Takich rzeczy się zapomina.


To wszystko dowiodło szczerości działań popularnego Necronosferatusa i przełożyło się na darzenie go powszechnym szacunkiem. Można nie zgadzać się z jego poglądami, można uznawać je za skrajne i złe, ale po tych wszystkich latach panu Wojniczowi-Sianożęckiemu nikt nie będzie w stanie odmówić konsekwencji, zaś muzyce Holy Death tego, że wciąż potrafi się obronić. To wznowienie to doskonała lekcja dla młodzieży, a dla starszyzny bezcenne wspomnienie jakże muzycznie dobrych czasów. Na koniec dla porządku warto wspomnieć, że reedycja Withing Hour to w sumie drugie kompaktowe ponowne wypuszczenie "Triumph of Evil?". W 2003 r. stało się tak za sprawą Luciforus Art Productions, za którą stał notabene rzeczony wokalista Holy Death. 

niedziela, 18 października 2015

Gdzieś w okolicach zwrotnika Raka

Znalazłoby się nieco wykonawców, którzy z na tyle dużym powodzeniem lawirują pomiędzy określonymi, niekiedy dość często hermetycznymi, stylistykami, że nawet co bardziej wybredni fani danego gatunku uznają ich za swoich. Albo są to gwiazdy, które udanie zmieniały oblicza, albo grający swoje nieprzesadnie rozpoznawalni wykonawcy, czyniący to naprawdę dobrze lub przynajmniej szczerze i prawdziwie, co też jest przecież w cenie. Spośród tych drugich niedawno przypomniano mi o Tropic of Cancer, które nota bene niebawem ponownie zagra w Polsce.

Tropic of Cancer  /  Fot. facebook.com/tropicofcancerband 
Sprawa jest prosta. Mamy tu niejaką Kalifornijkę Carmelię Lobo, która w 2009 r., wówczas jeszcze z Juanem Mendezem, debiutowała pod nazwą Tropic of Cancer singlem "The Dull Age / Victims". Były to dwa odmienne nagrania wydobyte z czeluści leżącej gdzieś pomiędzy shoegaze'em i dronem. Punktem zwrotnym, a przynajmniej momentem bardziej świadomego określenia się rzeczonej pary, była epka "The Sorrow of Two Blooms". Tu zrobiło się zimno, elektronicznie, powróciły czarno-białe lata 80. i mniej więcej w tę stronę zmierza to do dziś. Różnica polega na tym, że od trzech lat kompozytorsko i koncepcyjnie za wszystko odpowiada już wyłączenie pani Lobo. A jak jej idzie? Całkiem dobrze.


Smutny, zawodzący głos, zaloopowany analogowy podkład żywcem wyjęty ze złotych czasów new wave, nieskompilowana linia basu, leniwie odzywająca się gitara i zimne brzmienie - takie jest Tropic of Cancer. Paradoks polega na tym, że ten dźwiękowy minimalizm to w gruncie rzeczy także eklektyzm. Jaki cudem? Muzyki znad zwrotnika Raka nie odrzuci żaden wojujący obrońca "alternatywy". Podobnie będzie np. z fanami Lebanon Hanover i w zasadzie każdym gotem wzdychającym za mroczną i smutną stroną lat 80. Shoegaze'owe smutasy także znajdą tu coś dla siebie. Głos Carmelii wręcz idealnie pasowałby do pomysłów Neila Halsteada i dokonań całej rzeszy późniejszych muzyków inspirujących się Slowdive. Zaś na końcu tej kolejki, nieco z uporem, ale mimo wszystko można ich wymienić, widziałbym co bardziej otwartych fanów ambitniejszego popu. W końcu teoretycznie komponować łatwo przyswajalną muzykę też trzeba umieć. 


W tej prostocie jest metoda. To szczera, pełna nastroju i wymagająca skupienia muzyka dla wrażliwych ludzi. Dla ludzi poszukujących wyciszenia oraz dźwiękowej przestrzeni, na których twarzach uśmiech gości nieco rzadziej niż odnotowują to urzędnicy GUS. Aż dziwne, że jak dotąd doczekaliśmy się zaledwie jednej regularnej płyty Tropic of Cancer, którą pozostaje "Restless Idylls" z 2013 r. Widać, Carmelia bardziej preferuje single i epki, czego konsekwencją jest ukazanie się w tym miesiącu "Stop Suffering", kolejnego skromnego wydawnictwa. To właśnie w ramach jego promocji Amerykanka i towarzyszący jej muzycy przemierzą Europę, 31 października zatrzymując się na jeden wieczór w warszawskiej Hydrozagadce. Warto będzie tam zajrzeć i wybrać się pod zwrotnik Raka.

niedziela, 11 października 2015

Zima nadchodzi już jesienią

Jakież było moje zdziwienie, gdy pofatygowałem się do warszawskiego antykwariatu płytowego Hey Joe, a stojący za umowną ladą jego właściciel, zapytany o nowy album Hatestory, zdjął z górnej półki nie jeden, a dwa krążki. Spojrzałem na niego pytająco, a on rzucił lakoniczne "uparli się". Owy upór polegał na jednoczesnym, jak sądzę, wydaniu dwuutworowego singla "Pochodnia" oraz regularnej płyty "Wilczyca". Łudząco podobne do siebie okładki i szata graficzna, swoją drogą bardzo przypominające także debiut, mogą nieco zdezorientować. Jednak w przypadku zawartej na nich muzyki nie ma mowy o jakimkolwiek nieporozumieniu. Od razu wiadomo, jaki to zespół i co gra.

Hatestory  /  Fot. Aleksandra Burska
Hatestory to ostoja współczesnej polskiej zimnej fali. Owszem, nie jedyna, ale zdecydowanie jedna z tych najciekawszych. Muzycy sami wydają swoje płyty, organizują koncerty i grają dla tych, którym wciąż bliskie jest chłodne, postpunkowe brzmienie oraz jego okolice. Są szalenie konsekwentni i za to zyskali sobie szacunek stosunkowo nielicznych w naszym kraju, ale w pełni oddanych, fanów gatunku. Jednak tego wszystkiego by nie było, gdyby zabrakło  najważniejszego - solidnej muzyki. Z perspektywy czasu bezcenne wręcz dokonania Septembra i Slavika w nieodżałowanym Miquel And The Living Dead oraz kultowej już Evie procentują. W pewnym momencie można było zadać sobie pytanie, czy zespół podniesie się odejściu Moniki. Wszak trudno o wokalistkę o tak wyrazistym i charyzmatycznym głosie. Ostatecznie skład uzupełniła Klaudia i podołała wyzwaniu. W każdym razie na pewno bardziej niż mniej. 


"Wilczyca" to z jednej strony bardzo solidna dawka poszukiwań w obszarze konserwatywnego zimnofalowego grania, a z drugiej dźwięki, których zadaniem jest urozmaicenie pomysłów zaczerpniętych z kanonu. Przyjemnie słucha się akustycznych gitar wykorzystanych na punkową modłę w "Ostatnim" oraz saksofonu w przestrzennie brzmiącej "Drodze". Niemałym zaskoczeniem, i to dość pozytywnym, okazała się również "Fala". Muzykom wyszła w zasadzie ballada, ale tak spokojnie i ciekawie zimna, że z pewnością sprawdzi się na koncertach jako chwila wytchnienia dla zespołu oraz publiczności. No ale wyraźny i cieszący rozwój to jedno, a ustalony stylistyczny kręgosłup to drugie. Ramy są wąskie i wykluczają jakiekolwiek zbędne pytania. Od razu wiadomo, co i w co grają muzycy oraz ci, którzy uważnie śledzą poczynania warszawiaków. A że grają dobrze i takiej muzyki jest w naszym kraju mało, to, przynajmniej na wstępie, atencję mają zapewnioną.


Nie wiem, jak długo ten zespół będzie jeszcze istniał. Nie wiem, ile jeszcze lat muzycy będą znajdowali czas na granie. Dlatego warto cieszyć się nim, póki wciąż działa. Tworzą go fani gatunku, którzy dobrze wiedzą, czego słuchają i co chcą grać, a to gwarantuje szczerość. Inna sprawa, że Hatestory po prostu przyjemnie się słucha. Jest energia, wyrazista muzyka, są polskie teksty, idealnie pasujące do czarno-białej stylistyki. Tu wszystko się układa, a muzycy z powodzeniem zapisują kolejny mały rozdział w  ciekawej historii rodzimego zimnego grania. Słowem, bardzo interesująca jesienna premiera, która bijącym od niej chłodem wyraźnie przyspiesza nadejście zimny.

sobota, 3 października 2015

Moje miasto upada, gnije od środka

Nigdy nie podzielałem "entuzjazmu" zwolenników Ruchu Autonomii Śląska, jednak zawsze szanowałem Ślązaków, ich historię i przymykałem oko na nieco przesadnie momentami demonstrowanie poczucia odmienności, czy nawet wyższości. Może po części dlatego, że sam pochodzę z dzielnicy Poznania, którą de facto wciąż w znacznej mierze tworzą jeszcze kamienice z XIX w., a wpływy nadgorliwych poczynań jaśnie pana von Bismarcka i jego następców mocno wpłynęły na życie ich niegdysiejszych lokatorów. Niemniej żeby zrozumieć pewne zachowania, a przynajmniej spróbować je pojąć, trzeba by zajrzeć na Śląsk nie tylko do katowickiego Spodka lub na stadion w Chorzowie. Warto zacząć rozglądać się np. już w pociągu, przepływając przez industrialne morze, co chwila zatrzymując się na innej stacji, która w praktyce oznacza inne miasto. Wtedy trochę inaczej podejdziemy do tematu w postaci potencjalnej rozmowy, lektury, czy płyty. Właśnie, płyty.

Beuthen  /  Fot. facebook.com/beuthen.official
Beuthen oznacza po niemiecku Bytom. To także nieco prowokacyjnie brzmiąca nazwa trzyosobowego projektu, który niedawno zadebiutował epką "Przewartościowanie". Jak nietrudno zgadnąć, nie uświadczymy tu przaśnych biesiad, gwary, Barbórki, bluesa, czy skocznych melodii spod znaku Oberschlesien. Z drugiej jednak strony nie jest to też wątpliwej jakości hałas, podciągnięty pod umowne śląskie zagłębie metalowe. Tu mamy coś innego, coś więcej. Jest Bytom i jego skomplikowana polsko-niemiecka historia, są warunki życia mieszkańców w brudnych, szarych, ponurych i zimnych miejscach wybudowanych ze stali i cegły. Nie brakuje poczucia przygnębienia i beznadziei oraz skutków lat zaniedbań, których symbolem pozostają m.in. wciąż obecne porzucone i zrujnowane oficyny, jakie nawet dziś można zobaczyć na terenie centrum miasta. 

Panowie bardzo dobrze wiedzą, o czym grają i śpiewają. Są rodowitymi bytomianami, dzięki czemu mamy pewność, że "Przewartościowanie" to zapis autentystycznych emocji, przemyśleń i refleksji. Największe wrażenie robią słowa "Moje miasto upada. Gnije od środka". Tak proste i bezpośrednie, a zarazem jakże uderzające przy silnej ekspresji wokalnej. Każdy kij powinien mieć jednak dwa końce. I ma. Muzycy Beuthen podkreślają, że ich celem wcale nie jest pławienie się w mentalnych lub rzeczywistych ruinach ich miasta, lecz traktują je jako inspirację do tworzenia w stylistyce, która jest im najbliższa. Słowem, ciężko, ale nie jednoznacznie. Jest nieco elektroniki, znajdzie się riff, który można by zaadoptować na potrzeby black metalu, jest też nieco zimnego grania. To dobrze. Dzięki temu w nasze ręce trafia mniej typowości, a są za to pomysł i nieco zaskoczenia. Ogólnie jednak sama ciekawa koncepcja  na zespół wyprzedza nieco muzykę. Jakby panowie nie we wszystkich miejscach kompozytorsko potrafili trafnie dopowiedzieć to, co pozostaje po wyrecytowaniu lub wykrzyczeniu danych słów. Skoro jednak już teraz otwarcie zapowiadają, że to nie koniec, jest jeszcze szansa i czas na nieco bardziej poukładaną i dopracowaną muzykę.   

Okładka epki "Przewartościowanie"
To ciekawy debiut. Oparto go na pomyśle, który bardzo dobrze oddaje atmosferę wybranego śląskiego miasta i świetnie wpisuje się spektrum wydawnictw odwołujących się do tego regionu Polski, np. na katowickim Dusseldorfie z lat 80. począwszy, a kompilacji "Silesian Metal Attack" skończywszy. Biorąc jednak pod uwagę koncepcję muzyków Beuthen, przy założeniu, że pochodzi się z innych stron, warto zajrzeć do kilku książek lub poczytać nieco w sieci. Po co? Ot tak, by chociaż wiedzieć, o czym dokładnie jest zamykająca "Przewartościowanie" kompozycja "W ciągłym strachu (Bytom-Miechowice 1945)". Panowie skutecznie zwrócili na siebie uwagę. Za jakiś czas będziemy mogli wymagać więcej.