poniedziałek, 28 listopada 2016

Przygód klubowicza ciąg dalszy

Czasy, gdy mało kto wiedział, kim jest tajemniczy łodzianin tworzący pod pseudonimem K. już dawno minęły. Choć warto przypomnieć, że po ukazaniu się w 2012 r. genialnego wręcz "There's A Devil Waiting Outside Your Door" wiele osób, w tym również ja, koniecznie chciało dowiedzieć się czegoś więcej, niż wynikało to z informacji dołączonych do płyty. A te w zasadzie ograniczały się do jednego zdania, głoszącego, że nagrania na debiut powstawały w latach 2007-2011. Tajemnica zrobiła swoje, a znakomicie zamknięte w nagraniach dekadencja i klimat noir zasłużenie zbierały w zasadzie niemal wyłącznie pozytywne recenzje. A co teraz? Jakub Adamiak, o którym tu mowa, chyba zatęsknił za duchem debiutu. Tak w każdym razie sugerują trzy nowe nagrania zebrane pod tytułem "Die Wölfe kommen züruck", jakie wraz z "Nightclubbing" Monopium, o którym będzie mowa przy innej okazji, składają się na split inspirowany krautrockiem.

K.  /   Fot. zoharum.com
Po dwóch ambientowych i nieco dusznych albumach oraz jednym żwawszym eksperymencie, K. przypomina o sobie w możliwie najlepszym stylu. Ale bynajmniej nie ma tu mowy o byle kopii z czasów diabła czyhającego na progu. Można powiedzieć, że umowny bohater-klubowicz z "There's A Devil Waiting Outside Your Door" zmienił lokal. Wyszedł z zadymionej knajpy, po której rozchodziły się ponure, dekadenckie i okołojazzowe dźwięki, a na barze polewał uśmiechnięty od ucha do ucha Rogaty. Ale czy zaszedł daleko? Niekoniecznie. Można powiedzieć, że nasz klubowicz zajrzał kilkadziesiąt metrów dalej do innego przybytku, zamówił coś i odpłynął przy bardziej analogowej i nie tak zadymionej muzyce.


Nie wiedział jednak, że tutaj za barem również stoi Rogaty. Mimo że wygląda nieco niepozornie i nie aż tak lubuje się w klimacie noir jak jego kolega po fachu, to jednak ta diabelska dźwiękowa korespondencja jest dość dobrze słyszalna. Do naszych uszu trafia żwawsza i bardziej przestrzenna muzyka, choć miejscami  trzeba dać jej nieco czasu na rozpędzenie się. Za przykład niech posłuży powyższe "Steppenwolf", które tak naprawdę zaczyna się w czwartej minucie. Ale warto wykazać nieco cierpliwości, bo tymi trzema premierowymi nagraniami Jakub Adamiak udanie wymknął się z dusznej, ambientowej szuflady, w której znacznie łatwiej ukryć kompozytorskie braki. A tutaj jest konkret, w dodatku nieszablonowy, i być może zarazem kierunek, w którym w przyszłości podąży K. A ile tego wspomnianego krautrocka w krautrocku? Pół żartem można powiedzieć, że najwięcej chyba w tytule. Nie myślcie o nim, słuchając tej płyty. To później przyjdzie samo. Najpierw po prostu ją włączcie i spójrzcie na tytuł "Die Wölfe kommen züruck", który również nie pozostaje bez znaczenia. Warto.

niedziela, 20 listopada 2016

Koniec wyczekiwania

Marketing, w tym przypadku muzyczny, rządzi się swoimi prawami i na okładce debiutu ARRM widnie informacja dumnie głosząca, że to "nowy projekt członków post-blackmetalowego" Thaw. Wiadomo, płytę jakoś sprzedać trzeba. Jednak co bardziej świadomi doskonale wiedzą, że pierwsze nagrania sosnowiczan trafiały do sieci już dobre pięć lat temu, gdy Thaw było jeszcze na etapie demówek, zaś w Melodiach ARRM debiutowało już w 2012 r. Ekipa Instant Classic robi jednak wiele dobrego, więc znacznie ważniejszy od mojego czepialstwa jest fakt, że fani ARRM w końcu doczekali fizycznego nośnika z muzyką swoich ulubieńców. Czekali długo, ale było warto.

ARRM  /  Fot. www.facebook.com/ARRMambient
Muzycy nagrali to, czego co prawda można było się po nich spodziewać, ale jedną płytą znakomicie zamknęli dotychczasowe lata mniej bądź bardziej aktywnej działalności. Raczej z naciskiem ma mniej, choć przecież w tym czasie można było oglądać ich w innych zespołach. Szczególnie Artura Rumińskiego na koncertach rzeczonego Thaw czy Furii. W efekcie w nasze ręce trafiło ponad 50 minut znakomitej muzyki o mocno improwizowanych korzeniach. Kosmos, pustynia, palące słońce, szamańskie rytuały oraz oniryczny i niepokojący nastrój kina noir - to wszystko tu jest, wygenerowane dzięki sekcji rytmicznej, klawiszom i przede wszystkim gitarze. Ta muzyka pozwala oderwać się od rzeczywistości i całkowicie, choć na chwilę, przed nią uciec. Jeśli damy się ponieść, odpłyniemy tak bardzo, że mentalnie nie pozostanie po nas nawet ślad. Trzeba tylko chcieć. 


Druga strona medalu, by nie powiedzieć płyty zatytułowanej po prostu "ARRM", to jej wymagania względem słuchacza. Na ten album trzeba mieć czas. A fakt, że cztery na pięć utworów liczą sobie ponad 10 minut, już powinien być pewną podpowiedzią. Można położyć się na łóżku w stanie pełnej lub ograniczonej świadomości i zwyczajnie słuchać tej muzyki. Można też włączyć ją sobie jako znakomite uzupełnienie tła i zabicie ciszy w mieszkaniu lub pokoju. Nie sądzę, by w tym drugim przypadku było to ujmą dla muzyków. "ARRM" doskonale wypełnia puste przestrzenie, burząc ograniczające je mury. A to zaś wzięło się nie tylko z rozciągniętej struktury utworów, ale i bardzo dobrej produkcji. Gdyby puścić ten album komuś na Zachodzie, pewnie od razu powiedziałby, że twórcy garściami czerpią z dorobku Earth czy Barn Owl i nie ma tu przesadnie wiele oryginalności. Owszem, będzie miał nieco racji, ale chwilę później musiałby też przyznać, że to po protu dobrze brzmi. Bo brzmi.


Przyjemnie wiedzieć, że zespół, który odkryło się dawno temu i któremu kibicowało się przez te wszystkie lata w końcu uraczył nas porządnie wydanym, regularnym debiutem, a nie jedynie kolejną pojedynczą kompozycją wpuszczoną w sieć. "ARRM" to 50 minut wymagającej, ale i bardzo wdzięcznej muzyki, po którą warto sięgnąć, szczególnie o tej porze roku. Obyśmy tylko nie musieli tak długo czekać na kolejną płytę, bo ta zdecydowanie powinna się kiedyś ukazać. 

niedziela, 13 listopada 2016

Siłą rzeczy jest inaczej

Wydany trzy lata temu "Absence" otworzył przed muzykami wiele zamkniętych do tej pory drzwi i umysłów. Porzucenie postmetalowych schematów w najbardziej odpowiednim momencie działalności okazało się strzałem w dziesiątkę. Zespół w zasadzie przykuł uwagę wszystkich. Potem przyszedł czas na równie znakomitą koncertową "Live at Radio Gdańsk" i nieoczekiwane odejście Piotra Zwolińskiego. A co teraz? Nowa płyta z nowym wokalistą oraz dość mocno rozbudzone ciekawość i oczekiwania. 

Blindead  /  Fot. facebook.com/blindeadofficial 
"Ascesion" to nie powtórka z "Absence". Nie ma w sobie aż takiej dźwiękowej plastyczności i ciepła, co jedni uznają za jej zaletę, inni za wadę. Po prostu jest inaczej, choć w ramach wytyczonych przez muzyków na poprzedniej płycie. Nieco częściej słyszymy tym razem ciężar gitar. Przyczyn decyzji było z pewnością kilka. W końcu gdyby gdańszczanie chcieli kontynuować nastrój "Absence", Piotr Pieza siłą rzeczy musiałby śpiewać jak jego poprzednik, a to zdecydowanie nie byłby dobry pomysł. Co więc okazało się dobrym pomysłem? Wyważenie proporcji. Jedna trzecia płyty to przypominający o przeszłości rzeczony ciężar, pozostałą jej część stanowi próba przesunięcia dotychczasowych horyzontów znanego już nastroju, co w wielu miejscach się udaje. To właśnie między innymi dzięki temu "Ascesion" ma do zaoferowania coś nowego.


Z drugiej strony do tego albumu trzeba jednak nieco się przyzwyczaić. Nie jest aż tak przystępny, w tym dobrym znaczeniu tego słowa, jak jego poprzednik. Inna sprawa, że głos Piotra Piezy to znacząca różnica. Obiektywnie rzecz ujmując, potrafi zaśpiewać, ale w tym przypadku każdy sam powinien ocenić, czy barwa jego głosu przypadnie mu do gustu. W każdym razie mogę zapewnić, że na koncercie podczas tegorocznego Castle Party wszystko było jak należy. Na płycie zaś wcale nie jest gorzej. Ten anonimowy do tej pory dla większości z nas wokalista wydaje się całkiem trafnym wyborem zespołu. 


Warto sięgnąć po tę płytę, przynajmniej z czystej ciekawości. Pod względem artystycznym "Ascesion" stoi na wysokim poziomie i może nie wytycza przesadnie nowego kierunku dla zespołu, ale z pewnością potwierdza jego zasłużoną pozycję. Posłuchajcie tego krążka, porównajcie z poprzednikiem i sami wyciągnijcie wnioski. Ja zaś ze swojej strony jak najbardziej zachęcam do dania mu szansy.

poniedziałek, 7 listopada 2016

Muzyka listopada

Splity zazwyczaj pozostawały domeną sceny niezależnej. Trzeba było sobie pomagać, dzieląc się kosztami wydawnictwa, a fizyczny nośnik to przecież jak słowo drukowane. Zawsze potrafił otworzyć wiele z zamkniętych wcześniej drzwi. Mimo że czasy się zmieniły, to jego charakter pozostawał bez zmian, choć obecnie coraz rzadziej trafiamy na takie krążki. W zasadzie im bliżej powierzchni, tym o nie trudniej, dlatego pewną niespodzianką było dla mnie ukazania się płyty "Listopad", zawierającej po jednym premierowym nagraniu legnickiego This Cold oraz bytomskiego Beuthen. To ciekawe zestawienie, bo obie grupy stylistycznie łączy niewiele. Najbliżej im do siebie ze względu na geografię. Choć kto wie, być może właśnie w tym tkwił cały pomysł.

Okładka splitu This Cold i Beuthen
Nowa kompozycja This Cold, czyli Paradoxes", to zimny kierunek, do którego muzycy zdążyli nas przyzwyczaić. Choć ostatnimi czasy chętnie też eksperymentowali z akustycznym graniem, czego efektem będzie zapowiadana również na listopad epka "Hollow Acoustic", zawierająca nowe opracowania nagrań z płyty "Hollow". A co z tymi "Paradoksami"? Muzycznie nie ma żadnego. Proste, bezpretensjonalne, zimne i wpadające w ucho granie. Legniczanom wyszedł całkiem przyjemny, w zasadzie radiowy-piosenkowy singiel. Trwa krócej niż cztery minuty i wpada w ucho. Ciekaw jestem, czy to podtrzymanie zimnego kierunku This Cold. W końcu równolegle muzycy rozwijają akustyczny pomysł na zespół. Czas pokaże.

This Cold  /  Fot. W. Kwaśniewski


Jeśli zaś idzie o Beuthen, to "Zjawa" dowodzi postawienia przez grupę wyraźnego kroku na przód. Co prawda debiutancka epka "Przewartościowanie" miała w sobie bardzo wiele ważnej treści, ale momentami forma jej przekazania zostawała w tyle za ciekawym pomysłem poświęconym historii Bytomia. Teraz jest lepiej. Panowie wydają się być o wiele pewniejsi siebie. Muzyka jest bogatsza, bardziej złożona i zdecydowanie przybliża ich do wypracowania w pełni własnego stylu. Na więcej będziemy musieli jednak poczekać. Wszelkie odpowiedzi przyniesie pierwsza regularna płyta. Oby w przyszłym roku.

Beuthen  /  Fot. facebook.com/beuthen.official


"Listopad" to czysto promocyjna płyta i tak należy ją traktować. Trudno teraz powiedzieć, na ile zawarta na niej muzyka jest zapowiedzią tego, co legniczanie i bytomianie sprezentują nam w przyszłości. Niemniej warto odnotować te pozycję. Jednym wyszedł przyzwoity radiowy singiel, drugim nagranie pozostawiające w tyle pierwsze opublikowane pomysły. W obu przypadkach jest ciekawie. Czekamy zatem na więcej.

niedziela, 30 października 2016

Diabeł z krakowskiej pustyni

Za jakiś czas ruszy promocyjna machina i wszyscy będą mówić, a może i zachwycać się, solową płytą Nergala, na której usłyszymy również m.in. Johna Portera. Ma być nefolkowo, więc z pewnością znajdzie się też nieco retro grania zza Wielkiej Wody. Ale moment. Powoli. Zaczekajmy. W tym temacie już teraz jest coś, nad czym warto się pochylić. Dwóch panów z Grodu Kraka uprzedziło niejako fakty i wypuściło debiutancką płytę, która sprawi, że niebawem będzie o nich głośno.

Fot. Them Pulp Criminals  /  Fot. Katarzyna Nacht
Tworzący Them Pulp Criminals Tymoteusz Jędrzejczyk i Igor Herzyk piszą o sobie, że zawarli porozumienie w stylu gentlemen's agreement. To dobre określenie, biorąc pod uwagę, że obaj na co dzień wywodzą się z zupełnie innych parafii krakowskiej sceny. Pierwszy hałasuje w Ragehammer, a drugiemu dość bliskie są elektroniczne eksperymenty. Spotkali się, jak to zazwyczaj bywa, w połowie drogi, czyli w tym przypadku na pustyni. Choć na tę Błędowską mieli zdecydowanie bliżej, mentalnie wybrali Wielki Kanion w Kolorado. I trzeba przyznać, że całkiem sprawnie im to wyszło.


"Lucifer is Love" to krótkie utwory i w większości przypadków całkiem chwytliwe melodie. Te niespełna półgodziny autorskich pomysłów i coveru Siouxsie and the Banshees sprawia, że nad morzem piasku i kamieni nagle zachodzi słońce, a stopa samowolnie wybija rytm. I tu spoczywa przyjemna dla ucha największa zaleta tej płyty. Ten krążek ma szansę spodobać się nawet tym, którzy za żadne skarby nie sięgnęliby po jakąkolwiek odmianę country bądź folku. Wspomniane wpadające w ucho melodie to jedno, ale tu mamy przede wszystkim nastrój. Aż przypomina się klimat genialnego wręcz "There's the Devil Waiting Outside Your Door" łódzkiego K. Zadymiony lokal, przepite głosy, taniec z diabłem w świetle księżyca i oczywiście obowiązkowa jazda cadillakiem. To wszystko tutaj znajdziecie. No, może dodałbym jeszcze kroplę noir i nieco dekadencji. Je też możecie usłyszeć.


Ten album zbierze dobre, albo co najmniej pozytywne recenzje, zbudzając przede wszystkim ciekawość. Nie zdziwiłbym się jednak, gdyby w wielu przypadkach ta przerodziła się w coś więcej niż przelotne zainteresowanie. Cieszę się, że panowie wyczuli granicę i to, co zrobili, jest zwyczajnie w punkt. Bardzo dobrze wyważyli proporcje. Brak kapeluszy to zdecydowanie mądra decyzja, nawet jeśli nieświadoma. Mam tylko nadzieję, że krakowianie wypiją, niczym mleko na okładce "Lucifer is Love", lampki lukru, które teraz niemal wszyscy będą im stawiać i ta słodycz nie uderzy im do głowy. Oby, bo przyszłość zapowiada się szalenie ciekawie. A gdzie w tym wszystkim tytułowa miłość z debiutu Them Pulp Criminals? W ciemności Lucyfer zawsze będzie miłością. W końcu to ten, który niesie światło. Czyż nie?

poniedziałek, 24 października 2016

(Nie)kontrolowany chaos

Godzinę przed audycją zwykłem zaglądać do pokoju redakcyjnego i sprawdzać, czy w mojej przegródce nie pojawiło się coś nowego. Zazwyczaj jestem uprzedzany o nadejściu danego krążka i dobrze wiem, czego się podziewać, dlatego w tym przypadku byłem nieco zaskoczony. Stempel pocztowy z Pruszcza Gdańskiego przypominał mi co najwyżej ekipę zakutą skóry i żelazo, która w latach 90. siała postrach na koncertach w całej Polsce. Jednak w kopercie ekipy nie było. Znalazłem za to debiutancki krążek Eta Nearrum. Nazwa nic mi nie mówiła, ale że do północy było jeszcze nieco czasu, włożyłem płytę do studyjnego odtwarzacza.

Eta Nearrum  /  Fot. .facebook.com/EtaNearrum
Młodzi mieszają, i to bardzo. Wyraźnie słychać, że w ich sali prób zderzają się różne gusty, zaś nagrania powstają na drodze kompromisu. Mamy tu klimat, nieco nastrojowej przestrzeni, znacznie więcej ciężaru, a chwilami nie brakuje również i hałasu. Operując w uproszczonych kategoriach szuflad, można powiedzieć, że tych czterech młodzieńców przesypało zawartość progresywnych i lekko deathowych rozwiązań do miejsca z łatką "post metal". Zostawiając jednak już te wyblakłe etykiety, najprościej jest powiedzieć, że "Behind The Apocalypse" to jedno wielkie nieokrzesanie. Ale takie pozytywne. Chłopaki mają w sobie dużo energii i chęci do grania. Dowodem niech będą nie tylko koncerty, ale i fakt rozsyłania po Europie i jeszcze dalszym Zachodzie pokaźnej liczby egzemplarzy debiutu. Nie szczędzą na to czasu i środków. Na efekty akcji trzeba będzie jeszcze zaczekać, ale już teraz można przypomnieć stare porzekadło, mówiące, że każdy kij ma jednak dwa końce.    


Otwarcie trzeba przyznać, że za tym pozytywnym chaosem kryje się także duża nierówność. Owszem, "Behind The Apocalypse" to regularny debiut i z pewnością panowie szukają jeszcze swojego miejsca, niemniej ten album spokojnie obszedłby się bez kilku nagrań. Im muzycy starają się grać szybciej, tym bardziej na tym tracą. Zdecydowanie ciekawiej wypadają utwory, którym daleko do hałasu. Może być ciężko, ale gdy jest przy tym nieco wolniej, z większą dozą melodii i przestrzeni, tym bardziej przyciąga to ucho. Podobnie rzecz ma się z wokalami. Ileż to razy słyszeliśmy typowy postmetalowy growl? Warto postawić na czyste partie. Taki głos, charakterystyczny dzięki swojej barwie, skuteczniej przyciągnie uwagę. Na "Behind The Apocalypse" jest go zdecydowanie za mało.    


Debiut Eta Nearrum to potencjał wymieszany ze sztampą, ale z widokami na przyszłość. Wiele będzie jednak zależało od produkcji. Pomysły są ciekawe, jednak bez nadania im odpowiedniej dźwiękowej formy bardzo dużo stracą. To niestety słychać. "Behind The Apocalypse" miałoby do zaoferowania więcej, gdy je nieco dopieścić. Niemniej sukcesor wydanej dwa lata temu epki "Event Horizon" to interesujący prognostyk, świadczący, że Trójmiasto i okolice to wciąż ważne miejsca na muzycznej mapie Polski.

niedziela, 16 października 2016

Gdańsk wysyła Europie wyraźny sygnał

O Signal From Europa po raz pierwszy można było usłyszeć w 2014 r. za sprawą "The Landscape After the Flood", kompilacji wydanej siłami internetowej społeczności Post-rock PL. Można było usłyszeć i dość szybko zapomnieć. Ich nagranie przeszło w zasadzie bez echa, przegrywając z utworami o wiele bardziej doświadczonych grup. Jednak minęły dwa lata i w kwietniu odezwali się sami, informując mnie o singlu zwiastującym debiutancką epkę. W czerwcu zaś premierowo zaprezentowałem go w Melodiach, mówiąc przy tym, że młodzież z Gdańska wysyła Europie wyraźny sygnał. Teraz jest on jeszcze wyraźniejszy, bo epka w końcu się ukazała.

Signal From Europa  /  Fot. facebook.com/SignalfromEuropa
Najbardziej w muzyce tych chyba od stosunkowo niedawna na poważnie golących się panach przypadł mi do gustu brak pośpiechu. Niewiele? Otóż wbrew pozorom nie, bo od tego wszystko się zaczyna. "Dusty Monuments" to co prawda zaledwie cztery instrumentalnie, czysto postrockowe nagrania, ale nagrania przemyślane, zarówno kompozytorsko, jak i produkcyjnie. Panowie nie pędzili ku uciesze diabła, lecz mozolnie szlifowali swoje, a dopiero potem weszli do studia. Opłaciło się, bo ta epka intryguje. Być może m.in. dlatego, że nie przypomina demówki, a z drugiej strony daleko jej też do wypieszczonego, sterylnego brzmienia. Dzięki temu brzmi autentycznie i czuć w niej salę prób. Inna sprawa, że jak na dość wąskie ramy gatunku jest całkiem zróżnicowana. Owszem, nie znajdziemy na niej niczego nowego, a utwory tradycyjnie rozkręcają się dość niemrawo, ale może się podobać. I to nawet gdy, tak jak ja, ktoś sądzi, że apogeum zainteresowania rodzimymi przedstawicielami gatunku już dawno minęło. No ale od czego w końcu jest młodzież, której zwyczajnie się chce. 


Debiut Signal From Europa to zdecydowanie zastrzyk świeżej krwi, mający szansę z pewnością nie powalić, ale przynajmniej przyciągnąć uwagę. Te niespełna czterdzieści minut muzyki to energia, emocje spontaniczność i swego rodzaju powiew optymizmu, mogącego zarazić nawet co bardziej zdeklarowanych malkontentów, do których zalicza się m.in. piszący te słowa. Rysuje się tu ciekawa perspektywa i apetyt na więcej, bo po prostu jest ciekawie. Warto dać im szansę, nadstawiając ucha na wyraźnie wysyłany sygnał. Póki co "Dusty Monuments" jest dostępne jedynie w wersji cyfrowej, ale niebawem ma ukazać się również na kompakcie. Słowem, powodzenia panowie.

poniedziałek, 10 października 2016

Stojąc w przejściu

Jeśli muzycy Moany chcieli się rozwijać, to po wydaniu "Descent" musieli usiąść i odpowiedzieć sobie na kilka pytań. Ich pierwsza regularna płyta była relatywnie ciekawa, ale niestety na tyle spóźniona w stosunku do debiutanckiej epki, że nie mogła wnieść do rodzimego grania tyle, ile chwielibyśmy tego my, słuchacze, jak i z pewnością sami zainteresowani. Minęły dwa lata i w nasze ręce trafia "Passage", którego tytuł nomen omen zdaje się dobrze oddawać miejsce bielszczan na zespołowej osi czasu. Panowie stoją w przejściu. Trochę bokiem, trochę przodem, ale tuż po tym, jak wykonali wyraźny krok w jak najbardziej słusznym kierunku.

Moanaa  /  Fot. Marcin Pawłowski
Jest lepiej, jest ciekawiej. Drugi krążek ma to, czego nie miał poprzednik, czyli świeżość. Może nie taką gatunkową, bo przed "Passage" nikt ze starych wyjadaczy raczej nie padnie natychmiast na kolana, ale w skali samego zespołu czuć znacznie więcej finezji i lekkości. Powiedziałbym nawet, że miejscami przypomina to kolory nieodżałowanego Psychotropic Transcendental. Oczywiście w znacznej mierze za sprawą głosu Rafała Kwaśnego, ale nie tylko. W niektórych fragmentach tuż za nim czai się odrobina psychotropowej melodii, której dość mocno mi brakuje. Może właśnie dlatego gdzieś podświadomie zastanawiam się, jak brzmiałaby Moanaa, gdyby popularny Kvass posługiwał się jedynie czystym głosem. No ale równie szybko pojawia się odpowiedź, że lepiej nie postrzegać jednego zespołu przez pryzmat drugiego, którego zresztą i tak już nie ma. W końcu bielszczanie wypracowali własny styl i choćby za to należy im się uznanie.


Jest i jednak druga strona medalu. "Passage" najwięcej oferuje w momentach, w których panowie odchodzą od gatunkowego kręgosłupa. Im więcej szukają, tym więcej dostajemy. Sęk w tym, że takich chwil mogłoby być o wiele więcej. Jakby ktoś nieco bał się zupełnie odpłynąć. Choć oczywiście muzycy z pewnością chcą, by Moanaa pozostała Moanaą i trudno, by ktokolwiek ich do czegoś zmuszał. Niemniej może warto się nad tym zastanowić? W końcu dotychczasowe, postępowe decyzje przyniosły interesujący efekt. Wystarczy postawić kolejny krok.


Póki co cieszmy się jednak z tego, co jest, bo w nasze ręce trafiła naprawdę solidna płyta. Nie dość, że słychać na niej wyraźny postęp, to jeszcze kreśli przed słuchaczem perspektywę czegoś więcej. Na to jednak będziemy musieli jeszcze nieco poczekać. Wszystko w sowim czasie. Teraz pozostaje stanąć w przejściu.

piątek, 30 września 2016

Historia pewnej tragedii

Wychodząc z przedpremierowego pokazu "Ostatniej rodziny", aż czułem pod skórą, że lada moment rozpęta się typowo polska wojenka o pamięć o nieżyjących. Oficjalnie film wchodzi do kin dopiero dziś, a już od jakiegoś czasu można obserwować wymachiwanie słowną szabelką na temat sposobu, w jaki rodzinę Beksińskich przedstawił Jan P. Matuszyński. Burzy się Kamil Kuc, kuzyn Tomasza Beksińskiego. Wiesław Weiss z "Teraz Rocka",  mówiąc delikatnie, również jest odmiennego zdania. W końcu zbieżność dat premiery filmu i ukazania się jego książki "Tomek Beksiński. Portret prawdziwy" nie może być przypadkiem. Co prawda podobna dyskusja toczyła się po wydaniu publikacji "Beksińscy. Portret podwójny" Magdaleny Grzebałkowskiej, ale teraz kurz tak szybko nie opadnie. W końcu w naszym kraju znacznie więcej osób ogląda niż czyta.

Plakat "Ostatniej rodziny"  /  Fot. Materiały promocyjne
Nie oczekujcie zbyt wiele na temat powstawania porażających dzieł Zdzisława Beksińskiego. Nie spodziewajcie się również kulisów radiowej działalności jego syna. Owszem, to szalenie wciągające, lekko zaznaczone w filmie, powszechnie znane wątki na temat rodziny z Sanoka, ale tu liczy się coś zupełnie innego. Kluczowa jest rodzina, czyli dwie skomplikowane twórcze osobowości połączone zazwyczaj pomijaną, poza wspomnianą książką Grzebałkowskiej, osobą Zofii Beksińskiej. To matka i żona, bezgranicznie poświęcająca się najbliższym, w tym także będącym już w sędziwym wieku mamie i teściowej. To dzięki niej przyglądamy się Beksińskim jako rodzinie. Zaś sposób, w jaki film to pokazał, skłania widza do zastanowienia się, ile tych scen widział we własnym domu. Sądzę, że wbrew pozorom niemało. Nawet jeśli wydarzenia i relacje w mieszkaniu na warszawskim Służewcu wielu określałoby jako specyficzne, a może i nawet w jakiejś mierze patologiczne, to bije z nich wiele życiowej prawdy. Niestety bardzo często brutalnej.  


I gdzie tu te wspomniane kontrowersje? Zdecydowanie największe będzie budził sposób przedstawienia Tomasza Beksińskiego. Ten film mocno go odbrązawia. Słynnego radiowca i tłumacza, dla wielu postać kultową, widzimy jako człowieka niepotrafiącego odnaleźć się pośród ludzi, zwłaszcza kobiet. Targają nim bardzo skrajne emocje, co najlepiej pokazuje scena demolowania kuchni. Trudno także uznać go za osobę zaradną, potrafiącą np. przygotować posiłek. W zasadzie wszystko miał na zawołanie. Dochody ojca, tak w każdym razie to wygląda, pozwoliły mu korzystać z najnowocześniejszego, jak na PRL, sprzętu i zgromadzić olbrzymią w tamtych czasach kolekcję płyt. Z miejsca dostał również mieszkanie. Mało kto pogardziłby takim startem po przeprowadzce do stolicy. To by nawet korespondowało z tym, co w jednym z filmów dokumentalnych mówiła po jego śmierci Katarzyna Rakowska, przyjaciółka Beksińskiego i wokalistka Fading Colours. Jej zdaniem miał on dobre życie i ominęło go w nim wiele złego. Co więcej, sytuacje z którymi się spotykał, nie różniły się od wyzwań stawianych przez los większości ludzi. Wyzwań, z którym można sobie poradzić. Ile w tym wszystkim prawdy? Na pewno więcej niż ziarno. W każdym razie twórcy będą bronić filmu, a antagoniści podnosić larum.   

Pracownia w mieszkaniu Zdzisława Beksińskiego  /  Fot. Wikipedia
Obraz Jana P. Matuszyńskiego to jednak nie tylko ludzka tragedia i śmierć, po kolei zagarniająca członków rodziny Beksińskich. Twórcy momentami starają się rozładować napięcie czarnym, a jakże by inaczej, humorem. Sytuacje, których pozwolę sobie Wam nie zdradzać, pojawiają się w dość zaskakujących momentach, budząc wyraźny śmiech na kinowej sali. Ale to nie wszystko. Uważny widz, dobrze znający obrazy i grafiki Zdzisława Beksińskiego oraz pamiętający audycje jego syna, wychwyci bardzo dużo przemyconych smaczków oraz treści ukrytych między wierszami i kadrami. A to na sztalugę trafi obraz, z którym wiążą się określone wydarzenia, a to na ścianie mignie niepozorny plakat jakiegoś zespołu lub zza otwartych drzwi dobiegnie określone nagranie. Wbrew pozorom nieświadomemu widzowi może bardzo dużo uciec, ale w żadnej mierze jego uwadze nie ujdzie to, co w "Ostatniej rodzinie" jest najważniejsze.

Kadr z "Ostatniej rodziny"  /  Fot. Materiały promocyjne
Wbrew wszelkim pozorom to nie jest hermetyczny film o bardzo specyficznej rodzinie. Jej tragiczną historię pokazano w na tyle uniwersalny sposób, że bardzo często możemy zobaczyć w niej siebie lub zdarzenia, o których nam opowiadano. Wszystko wygląda szalenie realistycznie dzięki znakomitym kreacjom aktorskim. Pokaz kunsztu Andrzeja Seweryna oraz gra Aleksandry Koniecznej i Dawida Ogrodnika zasługują na wielkie uznanie, pokazując tym samym, jak ogromny potencjał może tkwić w młodych polskich twórcach. W końcu ich poczynaniami na planie kierował debiutant. Słowa uznania należą się także za scenografię. Przez pryzmat jednego mieszkania pokazano więcej Polski końca PRL niż mogłoby się wydawać. Słowem, naprawdę warto pójść do kina, bo jest co oglądać.

niedziela, 18 września 2016

Po raz trzeci, ostatni?

W Obscure Sphinx podoba mi się wiele rzeczy, ale przede wszystkim, zapominając na moment o muzyce, brak pośpiechu. Nie odnosi się wrażenia, że do czyjejś głowy uderzyła woda sodowa i śpiesząc się ku uciesze diabła, za wszelką cenę chce wykorzystać niemałe w końcu zainteresowanie, zarówno w kraju jak i za granicą. Na debiut szczęśliwi posiadacze demówek czekali dwa lata, po kolejnych dwóch w nasze ręce trafił drugi album, a teraz, już po następnych trzech, do odtwarzacza możemy włożyć "Epitaphs", najnowsze długogrające wydawnictwo. Po przesłuchaniu odnoszę wrażenie, nawet jeśli muzycy będą teraz innego zdania, że to w jakimś sensie epitafium złożone przeszłości i zamknięcie pewnego rozdziału. Co więcej, nawet bym tego chciał.

Obscure Sphinx  /  Fot. facebook.com/obscuresphinx
Nie ma rewolucji. "Epitafia" to niespełna godzina ciężaru, wciąż wbijającej w fotel ekspresji wokalnej Zofii Fraś, przestrzeni i, no właśnie, olbrzymiej dawki refleksji. Słuchając tekstów i czytając ich fragmenty zamieszczone w książeczce, można czuć się nawet przytłoczonym. Za przykład niech posłuży chociażby "Memorare", czyli łacińskie "Pomnij". Wszechobecne tu echa przeszłości rozchodzą się wręcz po całym albumie. A jeśli do tego dodamy wyraźnie wyczuwalne w słowach ból i cierpienie, skompletujemy układankę. To między innymi dlatego sądzę, że mimo wszystko coś tu się kończy, a w zasadzie ulega zamknięciu i w przyszłości raczej powinniśmy oczekiwać czegoś nowego (innego).


Oddając jednak muzykom sprawiedliwość, "Epitaphs" to nie to samo, co "Void Mother", a już na pewno nie wciąż siejące spustoszenie "Anaesthetic Inhalation Ritual". Te krążki odróżnia od siebie przede wszystkim atmosfera, a nie instrumentarium, dlatego otrzymaliśmy coś, co nie może zupełnie zaskoczyć. Niemniej nowy Sfinks to kawałek naprawdę solidnej i dobrze wyprodukowanej muzyki. Wystarczy wymienić chociażby "Sepulchre", "Nieprawotę" czy "At The Mouth Of The Sounding Sea" - koncertowe walce, które tej jesieni przejadą po publiczności. Co więcej, zmierzając niemal w kierunku zaprzeczenia sobie, stwierdzę, że "Epitafia" to również kompozytorski progres muzyków, miejscami wręcz z nutką przebojowości. Zatem w czym problem, panie Mrozkowiak?

Fot. Kamil Mrozkowiak
Od tak dobrych zespołów mamy prawo oczekiwać nieco więcej. Jeśli nie w danym momencie, to chociaż zaznaczając, że za jakiś czas taki powinien nadejść. A sądzę, że w przypadku Obscure Sphinx powinien. Jest dobrze, jest solidnie i cieszmy się tym. Jednak niech to moje malkontenctwo pozostanie sygnałem, że za dwa, trzy czy cztery lata, gdy muzycy, miejmy nadzieję, będą myśleli o wydaniu czegoś nowego, to nowe będzie naprawdę nowe, a "Epitaphs" z perspektywy czasu pozostanie świetnie napisanym, choć jednak, panegirykiem. Ale to z perspektywy czasu, bo teraz naprawdę warto sięgnąć po tę płytę.