niedziela, 2 czerwca 2019

Piachem po uszach

Czasem zdarza się, że jeszcze przed opublikowaniem muzyki w sieci dany zespół kontaktuje się ze mną, pytając o możliwość wypuszczenia na antenie jego debiutanckich nagrań. A że zazwyczaj w mailowej skrzynce znajduję wiadomości od muzyków znających specyfikę Melodii, chętnie udzielam im pozytywnej odpowiedzi. I tak też było tym razem, gdy napisał do mnie założyciel rodzimego Sandbreaker.

Okładka debiutanckiej epki Sandbreaker

Nadawca listu poprosił mnie o dochowanie tajemnicy, zatem nie mogę zdradzić, z kim prowadziłem korespondencję. Ale nie ma to większego znaczenia, gdyż tak na naprawdę liczy się muzyka. A Sandbreaker to istny doomowy walec przetaczający się po pustyni w cieniu piramid. Debiutancka epka, zatytułowana po prostu "Sandbreaker", przyniosła zaledwie kwadrans muzyki, ale te cztery utwory wystarczyły, by natychmiast posypały się propozycje wydania debiutu na kompakcie i perspektywa regularnej już płyty. Zaintrygowani? Nadstawcie ucha na niedawne Melodie Mgieł Nocnych. Tam epkę Sandbreaker usłyszycie w całości.



W Polsce takiej muzyki już nie gra się od wieków. Zresztą, niewielu grało nad Wisłą coś podobnego. Jeśli jednak cenicie sobie stare, dobre lata 90., nie będziecie rozczarowani. Sandbreaker to solidne i czarne jak smoła pogrzebowe granie. Granie, jakże wyraźnie odwracające się plecami do modnego obecnie podejścia do doomowej muzyki. Słowem, bezkompromisowy old-school w najczystszej postaci. Melodie szczerze polecają.

niedziela, 26 maja 2019

Podskórne zimno

Istnieje kilku rodzimych wykonawców, których poznaliście w Melodiach wraz z opublikowaniem przez nich pierwszej demówki, a nawet ledwie pierwszego nagrania. Czasem decydował o tym przypadek, dzięki któremu dokopałem się do jakiegoś nowego zespołu, czasem to sami zainteresowani kontaktowali się ze mną, szukając sposobu na promocję debiutu. Dziś to bez znaczenia. Teraz, po latach, najważniejsze jest to, kto sobie poradził, czyli tak naprawdę, czyja muzyka obroniła się sama. A że istnieje m.in. jeden bardzo dobry przykład takiej historii, odczuwam  tym większą satysfakcję, że najpewniej jako pierwszy w radiowym eterze zaproponowałem Wam coś, o czym jest teraz relatywnie głośno. Relatywnie, bo rodzime dark independent i okolice to zawsze będzie nisza. 

undertheskin przed She Past Away, 27.04.19, Warszawa  /  Fot. Kamil Mrozkowiak

Mowa o undertheskin, solowym projekcie Mariusza Łuniewskiego, czyli po prostu popularnego Voida z Deathcamp Project. I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od nocnego komponowania na laptopie we własnych czterech ścianach, a teraz mamy do czynienia z doskonale znanym zespołem, udanie koncertującym również po drugiej stronie Odry. Ale co ja Wam będę o tym pisał. Posłuchajcie, jak w marcu 2016 r. o początkach, w zamiarze jedynie projektu, i okolicznościach powstawania debiutanckiej płyty opowiadał mi sam Mariusz.   




Tę archiwalną audycję potraktujcie jako wstęp do rozmowy, którą przeprowadziłem z Mariuszem tej wiosny, gdy w nasze ręce trafiał "Negative" - drugi album undertheskin. To ważne wydawnictwo, zaspokajające nieco rodzime audytorium. Audytorium może nieprzesadnie liczne, ale z pewnością wiecznie głodne nowych zimnych, a tym bardziej dobrych krajowych, płyt. 


Słowem, bardzo owocna rozmowa, pełna wielu ciekawych informacji, uzupełniona prezentacją większości nagrań, jakie znajdziemy na "Nagative". Warto nadstawić ucha.

niedziela, 28 kwietnia 2019

Kwestia kultury

Nie tak dawny koncert w warszawskim klubie Palladium, ok. godz. 19. Do biletera na bramce podchodzi starszy pan z trzymającą się za nim osobą towarzyszącą. Dodajmy, podchodzi z charakterystyczną siwą czupryną, równie siwym wąsem i jeszcze bardziej charakterystycznym głosem.

- Przepraszam bardzo, gdzie znajduje się lista gości? - zapytał bardzo uprzejmie.

- Dobry wieczór, Panie Piotrze - odpowiedział bileter, natychmiast poznając, kto właśnie zwrócił się do niego z pytaniem. - Witam serdecznie - dodał po chwili - Proszę przejść tu, za taśmą, z lewej strony, do kolegi.

- Dziękuję bardzo - odpowiedział Pan Piotr i poszedł we wskazane miejsce.


Fot. Pixabay

Nieco ponad dwie godziny później, już po 21. Bileter odprowadza wzrokiem wychodzących uczestników koncertu, zerkając przy tym na zegarek i wyczekując końca pracy. Nagle słyszy dobrze znany mu głos, mijającego go starszego pana.

- Bardzo Panu dziękuję. Do widzenia - powiedział Pan Piotr, kierując się w stronę wyjścia.

Bileter, nieco zaskoczony absolutnie niewymuszoną uprzejmością, podniósł się z barowego stołka, odpowiadając - Ja również dziękuję. Dobranoc, Panie Piotrze. Wszystkiego dobrego.

Pan Piotr Kaczkowski nie miał prawa mnie poznać. Tym bardziej nie miał prawa mnie pamiętać. Ale ja bardzo dobrze zapamiętałem daną mi przez niego lekcję. Ciekawskich odsyłam tutaj

sobota, 6 kwietnia 2019

Baṣniowa muzyka

Jeszcze przed nagrywaniem debiutanckiej płyty, a nawet pierwszym koncertem (!), otrzymali zaproszenie od organizatorów Castle Party. Jeszcze nikt nie słyszał ich muzyki, a już rozpisywano się, że producentem krążka będzie TEN Waldemar Sorychta - swego czasu muzyk Therion i Grip Inc., ale przede wszystkim człowiek odpowiedzialny za brzmienie kultowych dziś płyt m.in. Samael, Moonspell, Unleashed, Tiamat, czy The Gathering. Nieźle, naprawdę nieźle, jak na początek. W zasadzie przed premierą ugrali wszystko, co można było ugrać - pełną atencję i niecierpliwe przebieranie nóżkami przyszłych słuchaczy. A że niedawno nareszcie nadszedł długo wyczekiwany dzień premiery debiutanckiego "No Falling Stars And No Wishes", tydzień przed tym terminem dwoje muzyków warszawskiej grupy Baṣnia zjawiło się w studiu przez Bednarskiej 2/4. 

Baṣnia podczas koncertu, klub Pogłos, fot. Kamil Mrozkowiak
Baṣnia Lipińska i Adam Kaliszewski nie wzięli się znikąd. Wokalistę mogliśmy słyszeć już na płytach Hidden By Ivy i God's Own Medicine, natomiast Adam przez lata grał w Namaah, któremu Metal Mind wydał dwa albumy. Do grupy dołączyła jeszcze sekcja rytmiczna i tak powstała ciekawa mieszanka nieco zimnego grania, mniej bądź bardziej romansującego z post punkiem i alternatywnym popem. Grania, które okazało się dość ciekawą propozycją na tle podobnych rodzimych wydawnictw. 



Zachęcam do nadstawienia ucha. Baṣnia i Adam opowiedzieli wiele ciekawych i mocno zaskakujących historii, jak chociażby droga do współpracy z Waldemarem Sorychtą, czy dosłownie bardzo gorące okoliczności nagrywania płyty w mieszkaniu na jednym z warszawskich osiedli. Inna rzecz, że wówczas w Melodiach wiele nagrań Baṣni zaprezentowałem po raz pierwszy. Wszak do premiery krążka pozostawało jeszcze osiem dni.

sobota, 30 marca 2019

SKY is the limit

Czasem po koncercie zdarza mi się podejść do wykonawcy i zaprosić go do studia. Tak po prostu. Jest tylko jeden warunek - musi grać dobrą i mało rozpoznawalną jeszcze muzykę. Muzykę w pełni zasługującą na dotarcie do szerszego odbiorcy. Muzykę, którą np. po raz pierwszy ponad rok temu usłyszałem w na żywo w warszawskiej Hydrozagadce, a nie tak dawno raz jeszcze w znajdującym się dosłownie za ścianą klubie Chmury. Muzykę SKY.

SKY podczas koncertu, klub Chmury, fot. Kamil Mrozkowiak 

Magda to niepozorna dama, na którą w tłumie nie zwrócicie uwagi. Jeśli jednak zobaczycie ją na scenie i posłuchacie jej przestrzennych, tak przyjemnie odrealnionych i onirycznych dźwięków, na długo zapadnie w Waszej pamięci. Choć niewykluczone, że kojarzycie ją jeszcze z czasów shoegaze'owo-postpunkowego Evvolves, z którym jeździła po Europie, zajmując się automatem perkusyjnym. A jeśli nie, nie szkodzi. Teraz możecie nadstawić ucha na zapis pierwszych marcowych Melodii, po brzegi wypełnionych muzyką SKY i wspomnieniem rzeczonego Evvolves. Wierzcie mi, będzie to nad wyraz dobrze zainwestowane 60 minut. A jeśli nadarzy się okazja, by zobaczyć Magdę na żywo, nie zastanawiajcie się. Choć przy okazji warto wspomnieć, że nieco częściej niż nad Wisłą, można ją spotkać na scenach niszowych klubów rozsianych po całym Starym Kontynencie. "Przypadek? Nie sądzę".


Co ważne, SKY w pełni udostępniła swoje dwa dotychczasowe wydawnictwa. Jeśli więc jej muzyka przypadnie Wam do gustu i zapragniecie posiadać ją w przyzwoitej jakości, cyfrowe wersje kaset "Lullabies" i "Prey" znajdziecie w dziale MP3, których warto posłuchać.

poniedziałek, 18 marca 2019

Historia pewnej pazerności

Nie znoszę pazernych ludzi. Tych, którzy nie potrafią powiedzieć dość. Tych, którzy dyktują ceny z kosmosu, zamierzając wycisnąć wszystko, dajmy na to, z fanów muzyki gotowych wesprzeć cenionego przez siebie wykonawcę. Kilka razy miałem do czynienia z takimi magikami na stoisku z merchem, zarówno w Polsce, jak i za granicą. Jednak jeden z nich w przedbiegach pokonuje całą resztę. Raz na niego trafiłem i sądziłem, że już wystarczy. Nic z tych rzeczy. 

Rome podczas koncertu w Hydrozagadce, Fot. Kamil Mrozkowiak

Sobota, 16 marca, klub Chmury na warszawskiej Pradze. Wraz z osobą towarzyszącą usiedliśmy w fotelach w oczekiwaniu na otwarcie znajdującej się za ścianą Hydrozagadki. Na koncert Grave of Love i Rome organizator miał wpuszczać od godz. 19, zatem zostało jeszcze 20 minut. Czekamy. I nagle przy sąsiednim stole widzę znajomo wyglądającego Niemca z irokezem. Prawdopodobnie Niemca. Widywałem go na różnych koncertach, m.in. w Berlinie. Co więcej, to był ten sam jegomość, który dokładnie rok temu, również w Hydrozagadce, podczas koncertu Rome, odpowiadał za stoisko z merchem. Gdy chciałem wówczas kupić nowy krążek "Hall Of Thatch", dostrzegłem zaklejoną cenę 60 zł i jej następczynię 80 zł. Pan Merch wyjaśniał, że to ostatni egzemplarz, dlatego jest droższy. A to wcale nie był koniec trasy. Pewnie ostatni przeznaczony na warszawski koncert. Zacząłem mu wiercić dziurę w brzuchu i szedłem w zaparte. Po bitych 10 minutach odpuścił z wielką łaską, zatem ostatecznie zdołałem wyszarpać krążek za sześć dych. Dlatego, gdy teraz zobaczyłem go w Chmurach, wiedziałem, że nie obędzie się bez cudów. Nie myliłem się. 


Rome podczas koncertu w Hydrozagadce, Fot. Kamil Mrozkowiak

Jeśli ktoś wszedł do Hydrozagadki zaraz po otwarciu klubu, mógł nieco zaoszczędzić. Wówczas cena jednej płyty, poza dwoma wyjątkami, wynosiła 65 zł. Niestety za niedawno wydaną "Le Ceneri Di Heliodoro" Pan Merch krzyknął 80 zł (w sieci jest podobnie, sprawdzałem w klubie). Suma nieco kosmiczna za nowy i powszechnie dostępny album zapisany na srebrnym plastiku. Słowem, drogo.  W dodatku dotyczyło to też m.in. epki "L'Assassin", którą roku temu kupiłem w tym samym miejscu, od tego samego człowieka za... 40 zł. Wówczas zresztą wszystkie pomniejsze wydawnictwa były w tej cenie. Ale to nie koniec.

Płyty jeszcze po 65 zł, fot. Kamil Mrozkowiak

Do klubu zdążyło wejść 20-30 osób, a cena płyt nagle skoczyła z 65 na 70 zł. Wówczas uznałem, że to przekroczenie psychologicznej bariery. W zasadzie wszystkie te płyty, poza najnowszą, można bez problemu dostać po znacznie lub umiarkowanie niższych cenach. Ostatecznie odmówiłem sobie dwóch piw, z zaciśniętą pięścią biorąc jedynie "Le Ceneri Di Heliodoro". W końcu prawdziwy fan i tak kupi... Nie było sensu wydawać więcej.


Taśma z nowymi cenami idzie w ruch, fot. Kamil Mrozkowiak

To prawda, Rome ma świetny merch. Znakomicie dopracowany pod względem graficznym, spójny i dobrze wykonany, a Polska to kraina biedaszybów w porównaniu do Luksemburga. Nie chce mi się jednak wierzyć, że marża musiała być aż tak wysoka. Owszem, przyczyny mogą być różne. Pan Merch rozlicza się po trasie, więc może musiał łatać jakąś dziurę. Może pomylił przy ustalaniu cen na wcześniejszym koncercie , a może zwyczajnie, jak rok temu, był chciwy i pazerny na "polnische zlotys". Może.

Nagle z 65 robi się 70 zł, fot. Kamil Mrozkowiak

Często kupuję płyty na koncertach. W ten sposób wspieram wykonawcę i liczę, że bez łańcuszka pośredników nośnik będzie tańszy. Vide dwukrotny przykład Lebanon Hanover również z Hydrozagadki. W sieci sprowadzane CD powyżej 70 zł + wysyłka, a płyta na koncercie 40 zł. Dlatego nośniki szły jak woda, a teraz Rome jakoś specjalnie nie zarobiło. Szkoda, bo byłem gotów zostawić tam więcej gotówki, a i płyta z koncertu to przecież zawsze pamiątka. Dlatego teraz będę szukał wybranych tytułów Rome w sieci. Zarobią więc również pośrednicy, a nie bezpośrednio artysta. Pozdrowienia, Panie Merch.

niedziela, 10 lutego 2019

Tańcz, nie gadaj!

To zadziwiające, jak łatwo wywołać wilka z lasu. Także w radiu. Gdy czekałem na nadejście północy wraz Tomkiem Kamińskim, gitarzystą trójmiejskiego Dance Like Dynamite, okazało się, że grał kiedyś z Grzegorzem „Guzikiem” Guzińskim w zapomnianym już nieco Red Rooster. Korzystając więc z okazji, dla zabicia czasu opowiedziałem mu historię, jak to wokalista Flapjack udzielił mi wywiadu po raz drugi, gdy na koniec bardzo owocnej rozmowy mini disk nie pokazał żadnej ścieżki. I co się okazało? Gdy Tomek wychodził ze studia, zobaczyłem, że zawiesił się komputer zapisujący wszystko, co działo się na antenie. Cały program poszedł tylko w eter. Tylko w eter i w kosmos. 
&

Po wyczerpaniu wszelkich możliwości w radiu, zrezygnowany zwróciłem się Was, licząc, że być może ktoś nagrywał ten program. Zaledwie po godzinie okazało się, że trzeba było od tego zacząć. Z pomocą przyszedł Marek z Sulejówka. Szczęśliwie dla nas wszystkich nie mógł słuchać Melodii na żywo i nastawił nagrywanie. Słowem, cuda jednak czasem się zdarzają. Marku, bardzo Ci dziękuję. A wracając do Dance Like Dynamite...




To trójmiejska, nieco efemeryczna, grupa, w której skał wchodzą m.in. rzeczony Tomek Kamiński, którego możecie pamiętać również z Golden Life, Piotr Pawłowski (Made In Poland), Krzysztof Sadowski (Vulgar) i Karol Skrzyński (niegdyś Sweet Noise). Przez skład i studio przewinął się również Mariusz Noskowiak z Blenders. W ciągu kilku lat działalności panowie wypuścili epkę "Dying in Slow Mation" oraz regularną płytę "This Funeral Is Sold Out". No dobrze, ale jaka to muzyka? Parafrazując klasyka rodzimego kabaretu, powiem "różna, różnista".


Nie przesadzam. Tu w zasadzie jest niemal wszystko. Wieloletnie doświadczenie muzyków i brak ponagleń ze strony pana z neseserem sprawiłby, że podczas dwóch okrążeń Ziemi wokół Słońca zespół spokojnie robił swoje. A to "swoje" to m.in. nie tyle zimne, co raczej bardzo chłodne nowofalowe granie, iście parkietowa elektronika, miejscami okolice grania panów w podkutych butach, a nawet moment hucznej zabawy rodem z irlandzkiej knajpy, z której nie każdy wyjdzie z taką samą liczbą zębów, z jaką do niej wszedł. Słowem, dużo autorskiej i dość mroczno-gorzkiej interpretacji muzyki lat 80. we wszelkich możliwych konfiguracjach. Inna rzecz, że na olbrzymią różnorodność "This Funeral Is Sold Out" niemały wpływ miała również pokaźna liczba zaproszonych gości. W efekcie standardowe rockowe instrumentarium znakomicie uzupełniły m.in. saksofon, flet, czy klarnet. Zatem jest tu na bogato. Na muzycznie bogato. Także za sprawą poniższego opracowania dobrze Wam znanej kompozycji. Gdyby tylko czasem angielski Krzysztofa Sadowskiego nie był tak polski... 
Miejcie na nich oko. Tym bardziej, że jak dotąd Dance Like Dynamite można było zobaczyć na scenie zaledwie raz. Ale koncertów ma być więcej. I dobrze, bo "This Funeral Is Sold Out" to ciekawa, niszowa płyta, którą zaskoczycie niejednego znajomego. 

poniedziałek, 21 stycznia 2019

Przed takim PAST to dopiero jest FUTURE

Melodie nigdy nie stały punkiem. I raczej stać nie będą. Mimo że w latach 90. zebrałem kasety, mogące stanowić dziś bezcenną wręcz kolekcję, to jednak muzyka i ideologia, poza pewnymi aspektami, jakoś nie zatrzymały mnie na dłużej. Co innego z post punkiem. Tu możliwości zawsze było i jest zdecydowanie więcej. Może to kwestia wieku, może ewolucji światopoglądu, może zmieniającego się gustu. Albo wszystkiego po trochu. W każdym razie z tej szuflady można wybierać do woli. Także w Polsce, co ostatnio dość głośno i z niemałym powodzeniem udowodnia warszawskie PAST.

Za tą nazwą stoją doświadczeni i rozpoznawalni już muzycy, którzy w zasadzie teraz grają, jak sami powiedzieli mi w studiu, "totalne softy". Ale te "softy" podobają się. I to bardzo. Nie tylko nad Wisłą, ale i w Stanach, Czechach oraz Japonii, gdzie płyty warszawiaków trafiły do regularnej dystrybucji. Dlatego teraz mam olbrzymią satysfakcję, że w 2015 r. otrzymałem od nich demo na płycie cd-r i w konsekwencji razem mogliśmy ich poznać na początku ich wydawniczej aktywności. A teraz? Teraz ukazała się ich druga regularna płyta - "Sama". Płyta dobra, ciekawsza niż skądinąd udany przecież debiut, ale  przede wszystkim będąca rozwojem potencjału zespołu. Słowem, silnie punkowe korzenie z dodatkiem zimnej nuty. Czasem mniejszym, czasem większym, ale zawsze ciekawym.     


Nie ma jednak potrzeby, by pisać o tym więcej. Podczas pierwszych tegorocznych Melodii w studiu pojawili się Gosia i Darek, odpowiednio wokalista i basista PAST. Byli na tyle wdzięcznymi interlokutorami, że ta rozmowa w zasadzie zrobiła się sama. Znajdziecie w niej dużo informacji i ciekawostek, nie tylko na temat nowej płyty. Warto nadstawić ucha już teraz, bo za kilka lat ten zespół będzie jeszcze większy i wstyd będzie go nie znać.

niedziela, 13 stycznia 2019

Grać, nie umierać

Ciekawe, choć i nieco gorzkie. Z każdym rokiem mam coraz miej czasu na aktualizowanie strony głównej tej witryny, a z kolei audycja ma się coraz lepiej. Przychodzi więcej płyt, odzywa się więcej potencjalnych gości, wydawców i organizatorów koncertów. To poniekąd potwierdza wnioski wyciągnięte niegdyś wspólnie z kolegami po fachu, gdy deliberowaliśmy w studiu, czekając na swój czas antenowy. Słowem, gdy tworzy się coś absolutnie od zera, samemu, dotarcie do satysfakcjonującej nas grupy odbiorców zajmuje średnio 10 lat. Owszem, przy pomocy dzisiejszych narzędzi i umiejętnego wykorzystania oleju w głowie można znacząco skrócić ten czas. Jednak spokojne robienie swojego i nieco karkołomne postawienie na pocztę pantoflową, a nie krzyczące reklamy, średnio wydłuża cały okres do dekady. Wybrałem to drugie rozwiązanie i nie żałuję. Radio zawsze było pasją, a nie źródłem pozyskiwania kapryśnych kolegów na banknotach NBP. Na to są inne sposoby. Dlatego teraz mam tym większą satysfakcję, gdy w zasadzie Melodie robią się same. Czasem tylko chciałoby się wrócić do dwóch godzin na antenie. Ale kto wie, być może ten rok przyniesienie nie tylko taką zmianę. Bo inne nadejdą na pewno.

Fot. Kamil Mrozkowiak
Przede wszystkim Melodie zamierzają zacieśnić kontakty z klubami, organizatorami koncertów i festiwali oraz wyławiać jeszcze więcej mało znanych, początkujących wykonawców. Na razie, siłą rzeczy, przede wszystkim w Warszawie. Powstanie nieregularny cykl, w ramach którego nadarzy się więcej okazji, byście mogli usłyszeć, co wydarzy się na mniej i bardziej oficjalnych scenach stolicy. Nadstawiajcie więc ucha w kolejnym, 14. już, kalendarzowym roku naszych spotkań. Dziękuję, że jesteście i wierzę, że wciąż będziecie. Do usłyszenia.

niedziela, 9 grudnia 2018

Melodie po słowie

W tym roku, jak mało którym, momentami musiałem wręcz stawać na głowie, by nikt z Was nie żałował pozostania przy radiu kosztem snu. Dlatego nie rzadko pomysły na poszczególne audycje powstawały w pociągach, komunikacji miejskiej, samochodzie, a nawet podczas szwendania się po lesie. Ale najważniejsze, że zawsze jakoś udawało się dojechać do radia na czas i mieć przy sobie komplet płyt. Choć jest i druga, o wiele mniej przyjemna, strona tej pogoni. Obowiązki zawodowe, brak czasu, wypadki losowe dotyczące prywatnych spraw i wiele innych historii czasem sprawiały, że w Melodiach nie pojawiali się goście.

Fot. Kamil Mrozkowiak
Nie zwykłem zapraszać muzyka lub pozytywnie odpowiadać na pytanie menedżera, jeśli nie jestem w stanie przygotować się do rozmowy. Trzeba szanować czas słuchaczy, gościa i w końcu swój. Tak niestety kilka razy zdarzyło się w ciągu minionych dwunastu miesięcy. Inna sprawa, że czasem wysyłano mi płytę, a dopiero potem, o ile w ogóle, sprawdzano, co to za audycja. By nie zostawiać twórcy na lodzie, polecałem programy kolegów po fachu, a w ostateczności odpowiadałem, że niestety Melodie, przy całej swojej otwartości na różne gatunki muzyczne, nie znajdują się w grupie docelowej danego wykonawcy. Słowem, momentami lista potencjalnych zaproszonych skracała się sama.


Fot. Kamil Mrozkowiak


Dlatego w tym roku zaledwie pięciokrotnie usłyszeliście w Melodiach gościa lub gości. To niewiele jak na ok. 40 audycji, ale zawsze były to istotne rozmowy, wspierające niszowych muzyków. Czasem dość młodych, a czasem legendarnych, choć od wielu lat grających gdzieś na peryferiach powszechnie rozumianej sceny. Dlatego wraz z nadchodzącym końcem grudnia oddaję w Wasze ręce zestawienie wszystkich tegorocznych Melodii, w których miałem przyjemność kogoś gościć. Mimo że w tych audycjach momentami słowo, siłą rzeczy, wypychało muzykę, to jednak przekazane w ten sposób anegdoty, historie czy po prostu informacje wciąż mają swoją wartość. Zatem przyjemnego odsłuchu.

Fot. Kamil Mrozkowiak

Madame, Variété, Made in Poland, 1984 czy Siekierę z na każdy szanujący się fan rodzimego zimnego grania. A warszawską Joannę Makabresku? To już niekoniecznie. Szkoda. Różnica kilku lat i przeciwności losu zrobiły jednak swoje. Tak to już jest z młodszym rodzeństwem. Jak wszyscy dobrze wiemy. Ma trudniej. "Jest wystarczająco dobrze, czyli o tym, jak Joanna Makabresku z latami 80. przegrała" - książka, o której opowiadają Marek Karcerowicz, wokalista Joanny, i Piotr Roszczyk, fotograf zespołu.




Trójmiejski Tranqulizer błyskawicznie przyciągnął uwagę co bardziej poszukujących ciekawych zjawisk na rodzimej scenie. Przyciągnął i zamilkł na pewien czas. Teraz powrócił z nową, dość odmienną,  muzyką oraz nową nazwą - Tranq. O nieco zawiłej historii zespołu i dość poważnych zmianach opowiadała Luna, wokalistka Tranq.




Bardzo przyjemna rozmowa z Piotrem Pawłowskim, basistą legendy rodzimej zimnej fali, Made In Poland. Rozmowa, która co prawda miała potoczyć się zupełnie inaczej, ale teraz bynajmniej tego nie żałuję.




Rozmowa z Andrzejem Turajem, chyba jednym z najbardziej zapracowanych, co równie mało znanych, podkarpackich muzyków. Rzecz dotyczyła nie tylko wydanej na początku 2018 r. nowej i, jak się teraz okazuje, chyba ostatniej, regularnej płyty God's Own Medicine. 



Rozmowa z Tytusem de Ville z łódzkiej Pornografii na temat wznowienia pierwotnie wydanego jedynie na kasecie debiutanckiego albumu "1989-1990". Na srebrny krążek czekaliśmy długo, bo niemal 28 lat. Było warto, szczególnie biorąc pod uwagę albumową formułę reedycji z licznymi fotografiami zespołu, które zrobił niejaki wówczas Wojciech Smarzowski.